Wolność w sieci | Mój debianoid

Podziel się:
0Shares

Rzygam już tą burzą wokół zablokowania kont społecznościowych Trumpa i innych prawoskrętnych ścierwojadów. Cała “afera” ma kompletnie żenujące podłoże i przede wszystkim mówi nam o jednym: polityczne świnie maści wszelakiej, dziennikarze i tzw. “opinia publiczna”, to koszmarnie tępa masa idiotów, która nie ma zielonego pojęcia, o czym mówi. Oto bowiem z faktu, iż Faceshit, Twitter, czy YouTube stosują mechanizmy banowania określonych kont, wyciąga się z automatu wniosek, że jest to “zagrożenie dla wolności w sieci”, a zatem uznaje się tą korelację za naturalną i oczywistą, choć tak naprawdę to kompletna bzdura i niebezpieczny kierunek w myśleniu o przestrzeni internetowej i wolności w niej.

Zacznijmy może od podstaw. Otóż Facebook, Twitter, YouTube, Google, Instagram i szereg innych korporacyjnych, scentralizowanych usług społecznościowych, z których korzysta tzw. większość, to ewidentne i pozadyskusyjne pogwałcenie wolności swoich użytkowników. Kropka. Korzystając z w/w sieci (usług), a zatem akceptując terms of service, automatycznie zrzekamy się wolności, stajemy się produktem na rynku danych, zostajemy zmieleni przez miliony algorytmów, a nasze dane i metadane są pieczołowicie gromadzone na serwerach tych gigantów, lub są udostępniane innym graczom na globalnym rynku. Jesteśmy nikim, jako świadomy podmiot ruchu internetowego nie istniejemy w w/w sieciach (to tylko kilka skromnych przykładów – w rzeczywistości każdego dnia sprzedajemy się wielu innym koncernom).

Obecnie mamy do czynienia z osobliwą, internetową formą syndromu sztokholmskiego, kiedy to sami użytkownicy tych sieci rozlewają krokodyle łzy nad tym, że sieci banują, blokują, usuwają! Wielkie oburzenie! Kiedy dodatkowo słyszę, że tzw. “poważni dziennikarze” krzyczą: to zagrożenie dla demokracji!, mój wkurw osiąga poziom krytyczny! Jak można być tak bezdennie głupim?! Jak można pierdolić takie chore brednie?!
Scentralizowane, korporacyjne sieci społecznościowe banują i usuwają, bo po pierwsze chcą i mogą to robić, a po drugie, użytkownicy tychże pokornie się na to godzą, akceptując kolejne zmiany w regulaminach, które sukcesywnie wysysają resztki quasi-swobody wypowiedzi… Jak można dobrowolnie zgodzić się na cenzurę i ograniczenia wypowiedzi, a potem płakać nad “wolnością”?! Czy wy macie po kolei w głowach?

Oczywiście spora część użytkowników tych sieci zdaje sobie sprawę, że jest coś nie tak z ich swobodą poruszania się i wypowiedzi, ale ulega stadnemu przywiązaniu do produktu, marki i “społeczności” – wszyscy mają Facebooka… Twitter jest tak popularny! jak to? bez Google? a jak coś wyszukać w sieci? Te debilne pytania [retoryczne] pojawiają się tak często…
Wszystkie scentralizowane sieci społecznościowe, to gwałciciele wolności i realne zagrożenie dla swobody jakiejkolwiek wypowiedzi. To oczywisty fakt, z którym nie ma sensu się spierać.

Wspomniany wyżej syndrom uzależnienia od oprawcy skutecznie blokuje próby wyzwolenia się z sideł korporacyjnych mediów internetowych; coraz częściej zrezygnowanie z używania Facebooka, czy Instagrama poczytywane jest za nie lada wyczyn, porównywalny z rzuceniem alkoholu, czy dragów. Z drugiej jednak strony korporacje tego typu nie śpią i robią wszystko, by przywiązywać ludzi do siebie jeszcze mocniej (szerzej piszę o tym w poście nt. jednego z filmów Netflixa).
Kolejnym, znanym przecież powszechnie, przykładem na to, że najbardziej znane sieci społecznościowe i korporacje internetowe mają głęboko w dupie jakąś tam wolność (poza – rzecz jasna – wolnością do własnej, możliwie nieskrępowanej działalności) jest ich ścisła współpraca z reżimami gwałcącymi wszelkie prawa człowieka (Rosja, Iran, Chiny, Białoruś itp.), lub z reżimami gwałcącymi tylko część owych praw (USA). Współpraca ta zakłada względną swobodę działania w danym kraju, pod warunkiem blokowania newralgicznych, niewygodnych dla reżimów informacji, lub przekazywanie [meta]danych użytkowników psom reżimów.

Internet powinien zostać wolny i anonimowy w takim zakresie jak to tylko możliwe do osiągnięcia. Tutaj nie ma żadnych kompromisów!
O ile kompletnie mnie nie obchodzi, że Faceshit, czy Twitter blokują konta jakichś prawicowych zjebów (skoro są na tyle tępi, że korzystają z sieci, które w regulaminach mają zawarte restrykcje, cenzurę i możliwości banowania – to ich pieprzona sprawa), o tyle nie godzę się na jakąkolwiek cenzurę (nawet owych prawicowych zjebów!) w internecie w ogóle! O ile w duchu cieszę się, że multikorporacje w ramach usług które świadczą, blokują politycznych palantów i wszelkie naziolstwo, a oni z kolei nie przymuszeni zakładają konta w tych sieciach, o tyle jestem przeciwny jakimkolwiek ograniczeniom wypowiedzi i aktywności w sieci (poza czołowymi scentralizowanymi machinami web social) – bez względu na to, jakich grup społeczno-politycznych to dotyczy.

Istnieją rozwiązania i sieci społecznościowe zbudowane na zupełnie innych pryncypiach: zupełnej wolności wypowiedzi, pozbawione cenzury, pozbawione zarządów, od których zależy profil danej sieci. To sieci zdecentralizowane, których struktura jest totalnie oddolna, oparta o otwartoźródłowe oprogrmowanie (free and open source software – FOSS), gdzie każdy użytkownik może postawić swój własny serwer z oprogramowaniem kompatybilnym z daną siecią i tam głosić swoje poglądy – na równi z innymi serwerami podłączonymi do sieci.
Tak właśnie działają wolne projekty typu: diaspora*, Mastodon, Fediverse, PeerTube, GNUSocial, protokół Jabber/XMPP i wiele wiele innych. Rozproszona, ale połączona sieć serwerów bez jakiejkolwiek hierarchii, bez centrum nadzorującego, gdzie to sami użytkownicy decydują o zawartości sieci społecznościowej, nie ograniczani przez kogokolwiek z zewnątrz.

Jeśli okazuje się, że w takich zdecentralizowanych sieciach pojawia się np. ktoś, kto ma ochotę postawić sobie swój serwer i skupiać na nim ludzi, którzy rzygają rasizmem, homofobią, faszyzmem, religijnym ekstremizmem, sprawa jest do ogarnięcia w kilka minut. To ja, jako indywidualny użytkownik , jako świadomy podmiot w owych sieciach blokuję do siebie dostęp treści, które uważam za gówniane i szkodliwe. Co więcej – ludzie w wolnych sieciach społecznościowych błyskawicznie wyłapują treści, z którymi się nie zgadzają i – metodą domina – serwer za serwerem, odcinają się od serwera z chorymi treściami. Ponadto – w każdym innym przypadku, w owych zdecentralizowanych sieciach i poza nimi – istnieją przecież grupy hacktywistów, którzy dokonują ataków na naziolsko-nacjonalistyczno-rasistowskie portale/serwery, niszczą infrastrukturę i na własną rękę walczą “partyznacko” w sieci w celu zniszczenia takich delikwentów; walka zamiast urzędniczo-kapitałowej cenzury! Świadome odsiewanie gównianych informacji od tego, z czym sami się zgadzamy i co jest nam bliskie! Ale wara państwu i korporacjom od internetu – te molochy zawsze blokują, ograniczają i zamykają “na ślepo”; dziś Trump, a jutro ty i twoi znajomi, bo w swoim mieście walczycie o nowy park, zamiast deweloperskich “szklanych domów”. Dziś naziole i homofoby, a jutro ty i twój blog, który nie podoba się jakiemuś fiutkowi z Rady Miejskiej.

Wolnością się nie handluje, wolności się broni! Dlatego zamiast kopać się z koniem, który kradnie twoje dane, knebluje ci gębę, cenzuruje za kawałek cycka na zdjęciu w sieci społecznościowej, czy za niepoprawne politycznie słowa, słówka, akcenty, warto pójść po rozum do głowy , skasować wszelkie profile w “oficjalnych sieciach społecznościowych” i… odetchnąć pełną piersią! Owszem, owe sieci będą przechowywać dane, których im dostarczyłeś/-aś – trudno, płacisz cenę za swoją głupotę.

Wyłącz internet w telefonie i w domu na klika dni. Idź na spacer, posłuchaj muzyki, poczytaj książkę, spotkaj się ze starym kumplem, odwiedź babcię… Wytrzymaj bez jebanego klikania i twitterowania przez dwie, trzy doby…
Potem zrób sobie kawę, usiądź przed kompem…
To dobry czas, by zastanowić się nad podjęciem kilku ważnych kroków, które zapewne nie uczynią cię totalnie wolnym w internecie, ale mocno ograniczą wpływ i dostęp do twojego komputera czynnikom trzecim. Tak, istnieją alternatywy dla Facebooka i Twittera! Tak, istnieje “niezależny Instagram”! Oczywiście, masz możliwość publikowania swoich treści video w alternatywnych wobec YouTube’a portalach! Jasne, że masz ogromny wybór wśród wolnych, otwartoźródłowych i bezpiecznych, nie szpiegujących cię komunikatorów, które zastąpią Viber, WhatsApp i Messenger! Możesz odzyskać kontrolę nad swoimi danymi, którymi dzielisz się ze znajomymi! Możesz prowadzić konferencje nie używając Zoom’a!

Trzeba tylko chcieć i zrobić ten pierwszy krok!
W komentarzach do tego posta i na naszym czacie w Telegramie (namiar na niego znajdziecie w zakładce “o mnie | kontakt” oraz w prawej kolumnie obok) możecie zadawać konkretne pytania odnośnie alternatyw dla mainstreamowych i ograniczających swobodę komunikacji / wypowiedzi mediów internetowych. W miarę skromnych możliwości, postaram się pomóc i odpowiedzieć na wszystkie wasze pytania!


Mój debianoid, Sparky Linux, ma się rewelacyjnie! Nie wiem, na jakiej zasadzie to działa, ale z Windowsem pożegnałem się 21 lat temu i od tamtej pory wciąż jaram się jak dzieciak tym, że używam Linuxa! Bez dwóch zdań – Linux, to moja pasja, ale i zwyczajna radość i komfort pracy na systemie operacyjnym, który od A do Z jest mój, którego konfiguruję stricte pod swoje potrzeby, który jest jak druga skóra. Działa jak ja chcę i wygląda jak chcę. Ogranicza mnie wyłącznie moja wiedza i wyobraźnia.

i3 – clean

i3 – dirty

Wciąż w codziennej pracy z kompem używam menadżera okien i3, a więc minimal, w 80% przypadków aplikacje konsolowe i wygoda nawigacyjna. Przyzwyczajenie do tiling window managers sprawia, że dosyć niechętnie człowiek przestawia się na “klikalne” środowiska graficzne, choć ja wiedziony nostalgią i pewnym przywiązaniem, przełączam się czasem na XFCE. Ostatnio miała miejsce aktualizacja tego środowiska graficznego do wersji 4.16, chociaż nie zauważyłem żadnych przełomowych zmian, XFCE pracuje mega-stabilnie i płynnie; wiadomo, że łyka ono nieco więcej zasobów CPU, aniżeli lekkie i szybkie i3, ale wciąż XFCE pozostaje środowiskiem graficznym w kategorii lightweight. Zresztą przy 16GB pamięci RAM na moim Dellu, kompletnie nie czuję obciążenia samym XFCE.

XFCE

Co poza tym? Otóż jakiś czas temu przeniosłem się na nową powłokę. Nie pamiętam, czy wspominałem o tym tutaj, czy tylko na kanale tego bloga na Telegramie (zaglądajcie tam, albowiem na kanale wrzucam naprawdę dużo małych, postrzępionych wiadomości, z których nie chce mi się robić osobnych postów – nie tylko ze świata Linuxa, ale i jakieś wtręty muzyczne, obserwacje wszelakie, ciekawe grafiki z netu, interesujące linki itd. ), w każdym razie porzuciłem domyślną powłokę bash, na rzecz powłoki fish.
Zmiana powłoki w Linuxie nie jest niczym skomplikowanym, a korzyści z takiej zmiany bywają zaskakujące, przynajmniej dla mnie, linuksiarza, który nie pisze kodu i nie musi brać udziału w niekończących się dyskusjach nt. tego, czy lepszy jest bash, czy zsh, czy fish itd.

powłoka fish w xfce4-terminal
jedno z narzędzi do konfiguracji prompta dostępne w powłoce fish

Powłoka fish charakteryzuje się prostotą obsługi i ogromem udogodnień, m.in. takich jak perfekcyjne autouzupełnianie komend (nieskończony limit ich zapamiętywania), mega-czytelne kolorowanie składni, bogaty panel konfiguracji powłoki przy pomocy komendy: fish_config, która uruchamia panel konfiguracyjny w domyślnej dla systemu przeglądarce. Fish, to także super-szybkie tworzenie aliasów, dzięki czemu długie komendy zamieniasz w jedno łatwe do zapamiętania wyrażenie (które po wpisaniu jednej, bądź kilku liter i tak zostanie ci podpowiedziane w terminalu).
W porównaniu ze starym bashem, fish to dla mnie wieeelka wygoda i szybkość pracy w konsoli. Polecam wszystkim wypróbowanie tej powłoki!

Zainstalowałem ncspot – konsolowy Spotify player i od razu się w nim zakochałem! ncspot jest prosty, czytelny, łatwy w nawigacji i w wersji CLI oferuje wszystkie funkcje dostępne w “reżimowej” wersji aplikacji Spotify…
Wyszukiwanie, albumy, artyści, playlisty, podkasty, tworzenie własnych kolejek – jest wszystko czego potrzeba do obsługi Spotify Premium. Polecam!

ncspot – konsolowa wersja Spotify Premium w akcji

Ponadto, w ostatnim czasie ostatecznie zdecydowałem się na używanie GNU screen’a jako domyślnego multipleksera. Dlaczego nie wybrałem – jak olbrzymia większość linuksiarzy – tmuxa? Bo nie :D Taki kaprys. Przyzwyczaiłem się do screen’a i spełnia on wszystkie moje zachcianki w materii nowych okien i wirtualnych powłok w terminalu, a wygląda on u mnie tak:

GNU screen

Odświeżyłem też nieco wygląd mojego weechata. To mój ukochany klient IRC i mogę w nim dłubać w nieskończoność! Zmieniłem nieco znaczniki i symbole, zastępując je FontAwesome (m.in. strzałki wejść i wyjść z kanałów – vide screenshot poniżej) i dodając dodatkowe odstępy w liście uczestników kanału dla lepszej czytelności. Zmieniłem też skrypt sortujący kanały i listę serwerów…

sesja screen: weechat, profanity (klient XMPP) i rtv (konsolowy czytnik Reddita)

Hmm… to chyba na tyle… Jeszcze raz zapraszam wszystkich na kanał tego bloga w Telegramie (podgląd tego kanału znajduje się w kolumnie po prawej) i na nasz czat tamże! Komentujcie, czytajcie, krytykujcie!

Kazanie noworoczne

Podziel się:
0Shares

1 stycznia 2021 roku.

Nie wydarzyło się nic, ponad to, co z dopuszczalnymi dozami prawdopodobieństwa powinno się wydarzyć. Nie podoba mi się nasze “ugłaskiwanie” czasu, wszelkie tendencje do trywializacji naszego zanurzenia – bycia w czasie, z jednej strony, a z drugiej traktowanie czasu do bólu “użytkowo”. Tak, jakbyśmy nie byli w stanie wyzbyć się nawyku “wykrawania” z czasu wygodnych dla nas pojedynczych kąsków; linearna percepcja czasu jest jednocześnie jego instrumentalizacją, a my tkwimy pomiędzy tymi ścinkami, skrawkami, okruchami czasu, z poczuciem coraz większego burdelu w głowie…
Marzy mi się doświadczenie bycia w czasie tak, jakby go zupełnie nie było. Ale czego? Czasu jako takiego, czy też doświadczenia czasu? Intuicyjnie skłaniam się ku drugiemu wariantowi, a zatem ku doświadczeniu bycia zanurzonym w strumień egzystencji, bez świadomości jej “czasowych atrybutów”…

Sądzę jednak, że na taki luksus możemy pozwolić sobie jedynie w przestrzeni, której nie jesteśmy w stanie ogarnąć ot tak – umysłem, wzrokiem, wyobraźnią… Coś musi ewidentnie wymykać się nam z rąk, przelewać, przesypywać przez nie, by owa bezsilność doprowadziła nas do pogodzenia się z naszymi ułomnościami. Swoista bezradność jaka nas ogarnia w czterowymiarowym świecie musi być na tyle dojmująca, czy wręcz bolesna, abyśmy w efekcie zrezygnowali z prób rozumienia, ogarniania, uchwycenia nas w byciu.

Takimi przestrzeniami są niewątpliwie niekończące się stepy Mongolii, czy Kazachstanu, albo syberyjska tundra. Ale nie rozpędzajmy się zbytnio – możemy spokojnie rozmyślać nad tymi przestrzeniami, bez śliskiej poetyckiej nuty, bez metafizycznych kalek, bez błazenady polegającej na “przebieraniu się w szamanów”, do czego tak często skłonni są ludzie Zachodu; szamanizm zostawmy prawdziwym szamanom – to ich działka i ich naturalny świat. My, w naszym europocentryzmie tkwimy, niczym w szambie i ciężko nam w smrodzie naszej codzienności wyłowić nuty światów ewidentnie nie naszych.

foto: www.indostan.ru

W mojej ulubionej wersji filozofowania i potykania się o rzeczywistość, bycie jako takie (kocham tą jedną z najbardziej popularnych konstrukcji ontologicznych obecną niemal w każdym dyskursie nt istnienia!) obwarowane jest szeregiem zastrzeżeń, przypisów i lęków związanych z niemożnością “pozostawienia w spokoju” własnego istnienia, jako bezprzymiotnikowego bycia. Problem polega na tym, że rozmyślając nad tym gdzie umiejscowione jest moje bycie (czy raczej – w jakiej przestrzeni kształtuje się świadomość mojego bycia), niejako automatycznie pojawiają się refleksje na temat tego, jak owo bycie przejawia się w rzeczywistości, a zatem i w przestrzeni skorelowanej z czasem (bądź też z naszym wyobrażeniem czasu). Te nieznośne zastrzeżenia i wspomniane “jak” są u mnie niczym zgliszcza, jakie pozostawiły w mojej głowie trzy huragany o nazwach: Kirkegaard, Nietzsche i Heidegger.

Z takim doświadczeniem filozoficznym ciężko rozmyślać o bezkresnych stepach Mongolii w celu wyzbycia się toksycznych wyobrażeń o czasie – po to, by po prostu być. Przepiękne w filozofowaniu jest odkrywanie meandrów naszego istnienia niejako “po drodze”. Jeszcze ciekawsze jest to, że owe ontologiczne refleksje mogą pojawić się znikąd, a niemożność zlokalizowania ich pochodzenia tym bardziej prowokuje do dalszego wgryzania się w materię bycia.
Oto wczoraj, wiedziony kompletnie bezrefleksyjnym, tępym instynktem stadnym, wypiłem o północy Северное Игристое (“ruski szampan” made in Góra Kalwaria, produkt o smaku mydła i perfumowanych kostek do kibla),a pusta butelka skłoniła mnie do powyższych rozmyślań…

… albowiem w chwili, której się nie spodziewacie, myśl filozoficzna przyjdzie.

··· podkład muzyczny: Hanggai, Sedaa, Yat-Kha, Huun-Huur-Tu, San Mantsakay

Gniewko ~ RIP

Podziel się:
0Shares

Odszedł człowiek, który towarzyszył mi przez dłuższą część mojego życia…

Człowiek, z którym włóczyłem się po Polsce i po Europie, człowiek z którym squatowałem w Belgii, melanżowałem w Czechach, bywałem w tysiącach miejsc w tym naszym zwariowanym, pojebanym, destrukcyjno-kreatywnym punkowym żywocie…

Nie dociera do mnie ta miażdżąca wiadomość. Paraliżuje mnie ta myśl, w naturalny sposób przed oczyma stają miliony wspomnień, setki imprez, miliony gestów przyjaźni, trochę kłótni i nade wszystko – wielka miłość i przywiązanie.
Nasze drogi rozeszły się wiele lat temu; ja walcząc z własnym alko-karaluchem zżerającym mnie od środka, mocno ograniczyłem spożycie, jakoś zniknąłem z wytartych ścieżek, którymi podążaliśmy wszyscy, by się najebać i trzymałem się z dala od starej ekipy, ze swoimi problemami, z rozjebanym umysłem. Gniewko miał specyficzny stosunek do tego, co go zabijało; z pełną świadomością nadużywał, nie miał złudzeń, co do tego, jak ponury może być finał tego wszystkiego. Choć tak naprawdę nikt z nas, starych znajomych, nie rozgryzł go do końca – Gniewko miał swój zabetonowany świat, do którego nie wpuszczał nikogo…

Ja zapamiętam jednak wszystkie wspaniałe chwile, gigi, wyjazdy, włóczęgi autostopem, zwariowany squatting w Antwerpii, hektolitry zrobionego domowego wina, ogniska, imprezy… Gniewko był niewyobrażalnie pogodnym i absolutnie bezinteresownym człowiekiem. Gotowy zawsze by pomóc każdemu, kto pomocy potrzebował. Zawsze uśmiechnięty, nawet w najbardziej przejebanych sytuacjach. Taki pozostaje w mojej głowie na zawsze!

Nie zagłębiając się teraz w dziesiątki różnych dramatycznych okoliczności pod koniec życia Gniewka – czuję ogromny żal, że już go nie ma… Ryczę i gapię się w przestrzeń. Kolejny z nas opuścił ten najbardziej zjebany ze światów… Wykruszamy się, rok po roku, dobijamy siebie samych, albo dobija nas spierdolona rzeczywistość i spierdolony świat, na który nigdy się nie godziliśmy, przeciwko któremu zawsze się buntowaliśmy i buntujemy…

previous arrow
next arrow
Slider


Siedzę, ryczę i słucham jednego z najbardziej lubianych przez Gniewka kawałków…

TROMPKA POMPKA – Czarna Gwiazda

Do zobaczenia w piekle, Gniewko!