Jessikka Aro – Trolle Putina. Prawdziwe historie z frontów rosyjskiej wojny informacyjnej

Podziel się:
0Shares

Zamieszczam tą recenzję tutaj, albowiem książka ewidentnie porusza “tematykę rosyjską”. Wszystkie inne recenzje książek popełniane przeze mnie znajdziecie na write.as oraz w mojej kapsule gemini pod adresem:

gemini://nuclear.discrust.pl/gemi/books.gmi

Muszę przyznać, że podszedłem do tej książki nazbyt powierzchownie. Sądziłem, że będzie to kolejna książka-ściema, perwersyjna kopia tematu z Wikipedii i kilku stron internetowych (jak ma to, niestety, miejsce bardzo często, gdy na rynku pojawiają się “książki o Rosji”)… Jakże się myliłem! Jakże się cieszę, że się myliłem!

Książka Jessikki Aro, Trolle Putina, to doskonała i heroiczna reporterska robota w temacie, który niejednemu reporterowi skręciłby kark już na starcie. Zjawisko internetowego trollingu akceptowanego, wspieranego i dotowanego przez państwo nie jest [już] zjawiskiem nowym. W tym jednak przypadku mamy do czynienia z wyjątkowym państwem i wyjątkowym głównym decydentem.
Gdy w światowych mediach zaczęło pojawiać się coraz więcej informacji nt “fabryki trolli” w Sankt Petersburgu, czyli państwowej, realnie istniejącej placówce zatrudniającej mnóstwo ludzi, którzy całą dobę monitorują światowe sieci społecznościowe i reagują wpisami (na wymyślonych profilach), zgodnie z oczekiwaniami władzy, Kreml gwałtownie zaprzeczył, po czym od razu przeszedł do ataku. Propagandowe machiny medialne w Rosji, 100%-owo zależne od decyzji Putina i jego najbliższych współpracowników, takie jak Russia Today, czy Sputnik momentalnie znalazły “dobitne przykłady” na to, że to właśnie Zachód jest kłębowiskiem podstępnych trolli, agentów i wrogów Rosji (Rosji właśnie – to dobitne podkreślenie jest istotne dla Putina, albowiem zawiera sugestię, że wrogie działania ze strony “obcych” są kierowane przeciwko narodowi rosyjskiemu, a nie samej [represyjnej i autorytarnej] władzy).

Dlaczego ten schemat jest istotny? Po pierwsze dlatego, że wynika on bezpośrednio z logiki działań najpierw sowieckich, a później rosyjskich służb specjalnych (CzeKa/NKWD/KGB, potem FSB i wojskowe GRU), po drugie zaś – jest to fundament szerokich strategii dezinformacyjnych rozmaitych agentur wpływu (również medialnych, jak w/w RT i Sputink) w obecnej cyber-wojnie. W zależności od okoliczności, specyfiki danej sprawy i aktualnych interesów Kremla, władze rosyjskie albo kompletnie ignorują dane zarzuty wobec niej, albo przeciwnie – organizują wielofrontowe, szeroko zakrojone kampanie internetowej dezinformacji. Kampanie, które złamały życie i karierę niejednemu dziennikarzowi, uczonemu, biznesmenowi, który postanowił otwarcie i rzeczowo ujawnić rozmaite fakty nt. korupcji, ukrytych zbrodni, finansowych wałków i operacji specjalnych prowadzonych i aprobowanych przez samego Putina.

Takiej zmasowanej kampanii rosyjskich (i pro-rosyjskich w innych krajach) służb oraz trolli posłusznych Kremlowi doświadczyła właśnie Jessikka Aro, jako dziennikarka fińskiej gazety. Obrzydliwe i nieprawdziwe ataki na jej osobę sprawiły, że była ona zmuszona do opuszczenia Finlandii.
Aro w swojej książce opisuje wszystkie swoje perypetie dziennikarskie, prywatne, sądowe i internetowe ze stronnikami rosyjskiego reżimu i z DOSKONALE naoliwioną maszyną trollingu, działająca za kasę z Kremla.
Zasięg putinowskiej wojny dezinformacyjnej prowadzonej na Twitterze, Facebooku, na rozmaitych portalach, to zasięg ogólnoświatowy. Gdziekolwiek pojawi się krytycyzm wobec działania rosyjskich władz, tam natychmiast pojawiają się trolle, “autorytety”, “świadkowie”, którzy robią wszystko, by zgnoić, ośmieszyć, zdyskredytować danego śmiałka, który odważył się podnieść rękę na rosyjską władzę. Najgorsze jest to, że w naprawdę wielu przypadkach kremlowskie kampanie dezinformacyjne okazują się skuteczne i światowe media łykają prowokacje i manipulacje Putina jako prawdę.

Jessika Aro szczegółowo opisuje swój własny przypadek, gdy wiele lat temu jako pierwsza w świecie na poważnie poruszyła temat petersburskiej fabryki trolli. Opisuje też realne i świadome kampanie Kremla służące ingerencji w wybory Trampa na prezydenta USA, czy brawurową aktywność obywatelsko-hackerskiej grupy ukraińskich aktywistów: InformNapalm. W Trollach Putina znajdziemy również inne przykłady indywidualnych wojen biznesmenów i dziennikarzy z potężnym walcem putinowskich cyber-psów. Wszystko doskonale udokumentowane, konkretnie i ciekawie opisane!

Co mnie drażni w tej książce i czego mi w niej brakuje? Otóż wkurza mnie modelowa, książkowa wręcz, sztuczna prozachodniość Autorki. Gdy Aro pisze o swoim zaufaniu do fińskich władz (które działały ospale w jej sprawie, gdy trolle molestowały ją w necie i wyzywał od kurew z NATO), do amerykańskiej administracji, czy instytucji międzynarodowych. To zaskakujący kontrast, albowiem wobec Kremla Jessikka Aro jest odważna i bezkompromisowa tam, gdzie niejednemu samczemu dziennikarzowi odpadły by jaja ze strachu już na początku dziennikarskiego śledztwa. Z drugiej zaś strony pisze ona o zachodnich strukturach medialno-państwowch jak z propagandowych podręczników nt “wolności i demokracji”. Szkoda, że nie zadaje sobie trudu zagłębienia się w temat “od zachodniej strony”; nie bądźmy dziećmi – nie wszystkie fundacje i grupy wsparcia z Zachodu, które pomagają finansować opozycyjne media w Rosji, w Białorusi, Ukrainie, czy w krajach azjatyckich, to po prostu “grupy wolontariuszy”. Zachodnia agentura wpływu nie musi być aż tak pancerna i rozległa jak machina Putina, ale nie oszukujmy się – podobną wojnę na fake newsy i manipulacje prowadzą również kraje “wolne i demokratyczne”… Tego w książce Aro nie przeczytamy.
Zabrakło mi również szerszego potraktowania spraw Snowdena i Assange’a. Oto bowiem ich przypadki wiele lat temu pokazały i zależności i samą scenę, na której rozgrywane są tematy na styku: media-internet-władza. Rozczulają mnie bezkrytyczni stronnicy w/w bohaterów światowego formatu oraz ich naiwna wiara w krystaliczność poczynań i charakterów Snowdena i Assange’a… Kto raz wpadł w wywiadowcze wpływy U$A i Kremla, już nigdy nie może być traktowany, jako w 100% wiarygodne źródło informacji (piszę to, uwzględniając świadome wybory obu kolesi, w toku ich spraw)…

Podsumowując – “Trolle Putina”, to świetny kawałek dziennikarskiej prozy dokumentalnej, rzetelnie udokumentowany i godny polecenia wszystkim interesującym się kształtowaniem polityk i strategii przez trolle, fake newsy, służby wywiadowcze państw. Kawał dobrej roboty! W tematyce ogólnorosyjskiej, to lektura jak najbardziej obowiązkowa!

дискраст zawęża tematykę | Zmian kilka na blogu | Protokół Gemini

Podziel się:
0Shares

Cóż, kiedyś to musiało się wydarzyć… дискраст zostanie dość radykalnie odchudzony tematycznie, uporządkowany i przygotowany stricte pod tematykę rosyjską, czy ogólnie wschodnią.

Decyzja o skupieniu się na w miarę spójnej tematycznie treści chodziła za mną już dawno, ale jakoś nie miałem ani weny, ani konkretnego pomysłu co do tego, jak miałoby to wyglądać. Pomoc w podjęciu decyzji przyszła nieoczekiwanie – w ostatnich kilku dniach.


W alternatywnych sieciach społecznościowych (Mastodon, diaspora*, Pleroma, GNU Social…) coraz częściej zaczęły pojawiać się wiadomości od ludzi, którzy zaczęli testować nowy internetowy protokół o nazwie Gemini. Gemini – w dużym skrócie i bez zbędnych technicznych szczegółów – to bardzo minimalistyczna alternatywa dla protokołu https, skupiająca się szczególnie na tekście, nie wymagająca takich “wynalazków” (powszechnie występujących w każdej współczesnej stronie internetowej) jak JavaScript, ciasteczka, wodotryski, a co za tym idzie, morze trackingu, wolne działanie stron, wolne ładowanie się grafiki / video i inne niespodzianki.
Gemini jest “podrasowaną” formą protokołu Gopher. Gemini, to prostota, bezpieczeństwo i ogólność. Protokół ten akcentuje pracę z tekstem, zamiast miliona “ozdobników” tak oczywistych na każdej “nowoczesnej” stronie internetowej; gemini, to bloki tekstowe, odnośniki do innych stron/podstron/grafik w osobnych liniach – czytelność i prostota formy. Gemini, to nie minimalizm dla samego minimalizmu, ale raczej powrót do początków, gdy to informacja była najważniejsza, gdy strony ładowały się szybciej. O wiele łatwiej będzie wam zrozumieć, w czym rzecz, gdy spojrzycie na screeny poniżej, na których znajdują się interfejsy klientów Gemini (czyli przeglądarek obsługujących protokół gemini; protokół ten bowiem działa na zasadzie: klient-serwer).

moja kapsuła gemini w przeglądarce Lagrange

Gemini powstał w 2019 roku i oczywiście od razu znaleźli się krytycy tegoż. Pojawiły się głosy wiecznych malkontentów, że to niepotrzebne, że ten sam efekt można osiągnąć również w tradycyjnym protokole http, że to głupi minimalizm, że brzydkie, że nikt nie będzie tego używał, że nuda itd…

przeglądarka Amfora
przeglądarka Amfora | intro mojej strony
przeglądarka Amfora | strona “o mnie”
przeglądarka Lagrange w wersji kolorystycznej, bez konsolowych fontów typu Monospace

A mnie gemini mega zafascynował! Doceniam jego prostotę i kocham jego minimalizm! Strony w gemini, to tekst i linki. Nic więcej. To informacja, czysty przekaz, treść. Czasem to również zabawy z artami i grafikami tworzonymi w ASCII (vide “nuklearne” logo mojego bloga w gemini – powyżej). Mimo tego, społeczność używająca protokołu gemini zajmuje się w necie dokładnie tym, czym zajmują się inni powszechnie publikujący na stronach http. Piszą blogi, udostępniają swoją twórczość, wymieniają się wolnym oprogramowaniem, wiedzą, doświadczeniami. W gemini udostępniona jest np. Wikipedia, YouTube, serwisy informacyjne, bazy danych, W gemini możesz słuchać radia, muzyki, korzystać z wyszukiwarek, cieszyć się informacjami z KAŻDEJ możliwej dziedziny. Różnicą jest jedynie forma – tekstowa; strony otwierają się błyskawicznie, nacisk położony jest na konkret, a nie na fajerwerki reklam, bannerów, dodatków, pop-upów – to właśnie przez ten cały śmieć gemini jest bardzo bezpiecznym rozwiązaniem! Każda przeglądarka gemini ma swój fingerprint, brak ciasteczek sprawia, że w protokole tym jesteśmy o niebo lepiej chronieni przed trackingiem, spywerem itd.

Co trzeba zrobić, aby przeglądać strony w protokole gemini? Nic wielkiego. Wystarczy jedynie zainstalować klienta gemini, czyli przeglądarkę. Tylko tyle. Dostępnych jest naprawdę wiele przeglądarek dla wszystkich najpopularniejszych systemów operacyjnych (Windows, iOS, Linux, BSD, Android), więc nie ma żadnej przeszkody, by nie rozpocząć przygody z minimalistycznym internetem! :)

Dlaczego o tym wszystkim piszę tak szczegółowo? Przyczyna jest bardzo prosta. Oto bowiem дискраст przechodzi metamorfozę: na obecnym blogu pozostaną jedynie wpisy odnoszące się do sytuacji w Rosji, do historii tego kraju, literatury i wszelkich innych aspektów życia. Oczywiście będę również poruszał tu kwestie związane z krajami byłego ZSRS – najogólniej rzecz ujmując, дискраст od teraz staje się blogiem “rosyjsko-wschodnim” w swoim wydźwięku i to właśnie taka tematyka będzie tu królować.

Co z innymi tematami, sprawami, pasjami z mojej strony? Otóż wszystko to będę publikował właśnie w protokole gemini – w minimalistycznej formie. W tym celu właśnie uruchomiłem własną kapsułę i gemlog w gemini. Skąd te kosmiczne określenia? Taki jest bowiem rodowód nazwy owego protokołu i ma swoje źródło w programie NASA, o nazwie Gemini właśnie (więcej naprawdę ciekawych szczegółów odnośnie nazwy i tego jak ma się ona metaforycznie do statusu protokołu w środowisku internetowym, przeczytacie w FAQ Gemini). Capsule, to po prostu prywatne miejsce w protokole gemini, twoja kapsuła, w której zamieszczone są treści publikowane przez ciebie, w tym tzw. gemlog – nazwa powstała z połączenia dwóch słów: gemini + blog. Inni używają również formy glog.

Moja kapsuła gemini funkcjonuje pod adresem:

gemini://nuclear.discrust.pl

Jeśli tradycyjne adresy internetowe rozpoczynają się od http:// lub https://, adresy gemini rozpoczynają się od: gemini:// – to będzie stały widok w twojej przeglądarce gemini.
Dwie polecane przeze mnie przeglądarki gemini pracujące na Windowsie, to Agregore Browser i Lagrange – przeglądarka cross-platform, dostępna również na Linuxa, BSD i macOS. Bardzo wygodna, elegancka i świetnie działająca pod protokołem gemini. Przeglądarką na iOS jest Elaho.
Klientów gemini na Linuxa jest tyle, że ciężko wszystkie wymienić.. W wresji GUI jak najbardziej polecam w/w Lagrange, a w konsoli koniecznie wypróbujcie Amforę! Jak dla mnie to najlepsza i najwygodniejsza przeglądarka gemini jaka istnieje.

Jeśli chcecie sami mieć swój blog w protokole gemini, ale nie do końca jeszcze wiecie, z czym to się je, możecie skorzystać z możliwości tworzenia bloga ze strony http, poprzez serwis gemlog.blue. Poza tym mocno polecam odwiedzenie tej strony i poczytanie o szczegółach projektu gemini.

Myślę, ze дискраст nabierze nowego kolorytu i stanie się ciekawszym blogiem z racji skoncentrowania się na jednolitej tematyce. Nie kasuję wcześniejszych postów nie związanych z Rosją, nie robię strukturalnych przemeblowań; wszystko, co do tej pory tutaj zamieściłem, pozostaje. Jedyna różnica będzie taka, że kolejne wpisy będą wyłącznie “rosyjskie” lub “wschodnie”, a kwestie związane z moimi filozoficznymi glutami, z Linuxem/BSD, anarchizmem, jakieś moje miniatury prozatorskie i każdy inny temat – wszystko będzie dostępne w mojej nuklearnej kapsule gemini, na moim gemlogu.

Zapraszam wszystkich serdecznie do zainstalowania przeglądarki gemini (w razie problemów, służę pomocą – odezwijcie się na Telegramie, mailem, przez Jabbera, na IRCu, jak chcecie…), do odwiedzenia mojej kapsuły i do zainteresowania się tematem… A дискраст funkcjjonuje dalej, tyle że w zawężonej formie :)


Przepiękne fotografie prowincjonalnej Rosji:
Alexandra KampinskiFacebook | Instagram

Dmitrij Głuchowski – Tekst | prawda słowa, prawda ekranu

Podziel się:
0Shares

Tekst, to wyjątkowo rosyjska książka. Oczywiście mógłbym sobie wyobrazić, że napisał ją, ktoś inny, jakiś inny autor z któregoś z byłych demoludów, ale mam wrażenie, że cala historia w niej zawarta rozpadałaby się jak spróchniała wieżyczka w dalekiej zonie, gdyby umiejscowić ją gdziekolwiek w zachodnich realiach…

Ilia – blady, wygaszony 27-latek opuszcza zonę po 7 latach odsiadki za posiadanie i handel narkotykami… Z dalekiego zadupia (bo jak inaczej nazwać Solikamsk?) przyjeżdża do Moskwy i jedyne czego pragnie, to spotkania z ukochaną matką, która zapewne już czeka na niego z gorącą zupą…
Z retrospektywy dowiadujemy się, że Ilia – zanim naznaczono go nieścieralnym piętnem zeka – był do szaleństwa zakochany, studiował, miał przyjaciół i szalał w jednej z moskiewskich dyskotek, do której wpadła milicyjna sfora. W ogólnym zamieszaniu Ilja pada ofiarą podbroski – jednej z najczęściej stosowanych metod rosyjskiej milicji; kryminalny Pietia, dowodzący “antynarkotykową” akcją w klubie podrzuca chłopakowi stuff i zamyka Ilię na 7 lat w kolonii karnej. Jest milicyjny awans, życie toczy się dalej…

Historia nabiera właściwego sobie rosyjskiego dramatyzmu po tym, gdy Ilia wraca do domu i dowiaduje się, że ukochana mama, zmarła na zawał dzień przed jego przybyciem. Zrobiła jednak gar jego ulubionej zupy. Jego była dziewczyna ułożyła sobie życie z innym, a on z resztkami rubli łaskawie wydzielonymi przez więzienne władze, niknie w oczach, zamroczony ruską wódą (pić, żeby się znieczulić, wytworzyć w głowie pancerz alkoholowej amnezji…).
Wyrusza w pijacką wycieczkę po centrum wielkiej Moskwy, odwiedza nawet dzielnicę z dyskoteką, w której siedem lat temu skończyło się jego szczęśliwe życie… Aby uniknąć spoilerowania nadmienię, że właśnie tam Ilia natyka się na swojego oprawcę – kryminalny Pietia po godzinach diluje prochami, więc pod pozorem kupna dragów Ilia zaciąga milicyjnego psa w zaułek… Wymierzona kara za siedem przeklętych lat w zonie okazuje się zbyt surowa, nie taka jakiej Ilia chciał. Gliniarz pada martwy, a spanikowany Ilia wrzuca jego ciało do pobliskiej studzienki kanalizacyjnej.
Podnosi tylko komórkę milicjanta, która wypadła mu z rąk, gdy chciał wezwać pomoc i ucieka z miejsca zbrodni…

Tutaj właściwie zaczyna się cała historia, a kluczowym elementem jest w niej telefon śledczego. Telefon, czy raczej przychodzące na niego wiadomości i połączenia oraz to, co do tej pory zgromadził na nim milicjant.
To, co dzieje się dalej jest surową alegorią, boleśnie wyrwaną z Dostojewskiego; to skok w kłębowisko obłędu, plątanina sprzecznych pragnień, próba przetrawienia konsekwencji czynów… Dmitrij Głuchowski wyrzygał dla nas współczesny dramat perfekcyjnie zakorzeniony w rozgorączkowanych instynktach i afektach bohaterów prozy Dostojewskiego.
Tak, wyrzygał. W języku rosyjskim jest cudownie sugestywne słowo oznaczające wymioty: рвота (czyt. rwota). Słowo to perfekcyjnie oddaje narrację książki, jest boleśnie konkretne, brzmi surowo i prawdziwie; Autor pisze językiem, który nazwałbym deklaratywnym, umiejętnie porcjuje on ból, krew i łzy, pomieszane w szaleńczym tańcu to pijanej, to zmęczonej głowy. Swego rodzaju skończoność ludzkich pragnień i cierpień splatają się tutaj w jedną ścieżkę, którą podąża główny bohater.

Miłośnicy Rosji zapewne docenią w książce moskiewski koloryt moskiewską szarość; szaleńczy puls ogromnej metropolii i urywany, niezdrowy oddech przedmieść Moskwy.

W 2019 roku reżyser Klim Szipenko kręci film pt: Tekst, a scenarzystą tego obrazu jest sam autor książki, Głuchowski. W roli Ilji występuje utalentowany rosyjski aktor Aleksander Pietrow

Nie zawsze zdarza się tak, że pisarz sprawdza się w roli scenarzysty. W tym wypadku nie musimy obawiać się czegokolwiek – Autor perfekcyjnie wywiązuje się ze swojej roli, dzięki czemu film jest naprawdę dobrą ekranizacją książki.
Obejrzałem Tekst zaraz po przeczytaniu książki, przez co nie wyparowały ze mnie emocje po lekturze. Wszystkim innym również polecam taką kolejność: przeczytajcie książkę, zróbcie sobie kawę i obejrzyjcie film.

··· źródło: youtube.com

Wielokrotnie spotykałem się z tym, że ludzie nie zaznajomieni z “ruskimi klimatami” mają trudności z uchwyceniem specyfiki współczesnej Rosji (współczesnej Moskwy, Petersburga itd…). Myślę, że dzięki temu obrazowi Moskwa choć na moment otworzy się przed tymi, którzy chcieliby ją dostrzec.
Pietrow fenomenalnie gra rolę Ilji zarówno w momentach radosnej euforii, jak i pijackiej depresji; to częsty “ruski rollercoaster”, dotykający miliony ludzi w tym kraju. W oczach niektórych Rosjan zatopiona jest jakaś wieczna udręka i ból, połączone z lśniącą nadzieją, że za rogiem, za horyzontem jest ciut lepiej. Że jest spokój. Wieczny spokój.

Wolność w sieci | Mój debianoid

Podziel się:
0Shares

Rzygam już tą burzą wokół zablokowania kont społecznościowych Trumpa i innych prawoskrętnych ścierwojadów. Cała “afera” ma kompletnie żenujące podłoże i przede wszystkim mówi nam o jednym: polityczne świnie maści wszelakiej, dziennikarze i tzw. “opinia publiczna”, to koszmarnie tępa masa idiotów, która nie ma zielonego pojęcia, o czym mówi. Oto bowiem z faktu, iż Faceshit, Twitter, czy YouTube stosują mechanizmy banowania określonych kont, wyciąga się z automatu wniosek, że jest to “zagrożenie dla wolności w sieci”, a zatem uznaje się tą korelację za naturalną i oczywistą, choć tak naprawdę to kompletna bzdura i niebezpieczny kierunek w myśleniu o przestrzeni internetowej i wolności w niej.

Zacznijmy może od podstaw. Otóż Facebook, Twitter, YouTube, Google, Instagram i szereg innych korporacyjnych, scentralizowanych usług społecznościowych, z których korzysta tzw. większość, to ewidentne i pozadyskusyjne pogwałcenie wolności swoich użytkowników. Kropka. Korzystając z w/w sieci (usług), a zatem akceptując terms of service, automatycznie zrzekamy się wolności, stajemy się produktem na rynku danych, zostajemy zmieleni przez miliony algorytmów, a nasze dane i metadane są pieczołowicie gromadzone na serwerach tych gigantów, lub są udostępniane innym graczom na globalnym rynku. Jesteśmy nikim, jako świadomy podmiot ruchu internetowego nie istniejemy w w/w sieciach (to tylko kilka skromnych przykładów – w rzeczywistości każdego dnia sprzedajemy się wielu innym koncernom).

Obecnie mamy do czynienia z osobliwą, internetową formą syndromu sztokholmskiego, kiedy to sami użytkownicy tych sieci rozlewają krokodyle łzy nad tym, że sieci banują, blokują, usuwają! Wielkie oburzenie! Kiedy dodatkowo słyszę, że tzw. “poważni dziennikarze” krzyczą: to zagrożenie dla demokracji!, mój wkurw osiąga poziom krytyczny! Jak można być tak bezdennie głupim?! Jak można pierdolić takie chore brednie?!
Scentralizowane, korporacyjne sieci społecznościowe banują i usuwają, bo po pierwsze chcą i mogą to robić, a po drugie, użytkownicy tychże pokornie się na to godzą, akceptując kolejne zmiany w regulaminach, które sukcesywnie wysysają resztki quasi-swobody wypowiedzi… Jak można dobrowolnie zgodzić się na cenzurę i ograniczenia wypowiedzi, a potem płakać nad “wolnością”?! Czy wy macie po kolei w głowach?

Oczywiście spora część użytkowników tych sieci zdaje sobie sprawę, że jest coś nie tak z ich swobodą poruszania się i wypowiedzi, ale ulega stadnemu przywiązaniu do produktu, marki i “społeczności” – wszyscy mają Facebooka… Twitter jest tak popularny! jak to? bez Google? a jak coś wyszukać w sieci? Te debilne pytania [retoryczne] pojawiają się tak często…
Wszystkie scentralizowane sieci społecznościowe, to gwałciciele wolności i realne zagrożenie dla swobody jakiejkolwiek wypowiedzi. To oczywisty fakt, z którym nie ma sensu się spierać.

Wspomniany wyżej syndrom uzależnienia od oprawcy skutecznie blokuje próby wyzwolenia się z sideł korporacyjnych mediów internetowych; coraz częściej zrezygnowanie z używania Facebooka, czy Instagrama poczytywane jest za nie lada wyczyn, porównywalny z rzuceniem alkoholu, czy dragów. Z drugiej jednak strony korporacje tego typu nie śpią i robią wszystko, by przywiązywać ludzi do siebie jeszcze mocniej (szerzej piszę o tym w poście nt. jednego z filmów Netflixa).
Kolejnym, znanym przecież powszechnie, przykładem na to, że najbardziej znane sieci społecznościowe i korporacje internetowe mają głęboko w dupie jakąś tam wolność (poza – rzecz jasna – wolnością do własnej, możliwie nieskrępowanej działalności) jest ich ścisła współpraca z reżimami gwałcącymi wszelkie prawa człowieka (Rosja, Iran, Chiny, Białoruś itp.), lub z reżimami gwałcącymi tylko część owych praw (USA). Współpraca ta zakłada względną swobodę działania w danym kraju, pod warunkiem blokowania newralgicznych, niewygodnych dla reżimów informacji, lub przekazywanie [meta]danych użytkowników psom reżimów.

Internet powinien zostać wolny i anonimowy w takim zakresie jak to tylko możliwe do osiągnięcia. Tutaj nie ma żadnych kompromisów!
O ile kompletnie mnie nie obchodzi, że Faceshit, czy Twitter blokują konta jakichś prawicowych zjebów (skoro są na tyle tępi, że korzystają z sieci, które w regulaminach mają zawarte restrykcje, cenzurę i możliwości banowania – to ich pieprzona sprawa), o tyle nie godzę się na jakąkolwiek cenzurę (nawet owych prawicowych zjebów!) w internecie w ogóle! O ile w duchu cieszę się, że multikorporacje w ramach usług które świadczą, blokują politycznych palantów i wszelkie naziolstwo, a oni z kolei nie przymuszeni zakładają konta w tych sieciach, o tyle jestem przeciwny jakimkolwiek ograniczeniom wypowiedzi i aktywności w sieci (poza czołowymi scentralizowanymi machinami web social) – bez względu na to, jakich grup społeczno-politycznych to dotyczy.

Istnieją rozwiązania i sieci społecznościowe zbudowane na zupełnie innych pryncypiach: zupełnej wolności wypowiedzi, pozbawione cenzury, pozbawione zarządów, od których zależy profil danej sieci. To sieci zdecentralizowane, których struktura jest totalnie oddolna, oparta o otwartoźródłowe oprogrmowanie (free and open source software – FOSS), gdzie każdy użytkownik może postawić swój własny serwer z oprogramowaniem kompatybilnym z daną siecią i tam głosić swoje poglądy – na równi z innymi serwerami podłączonymi do sieci.
Tak właśnie działają wolne projekty typu: diaspora*, Mastodon, Fediverse, PeerTube, GNUSocial, protokół Jabber/XMPP i wiele wiele innych. Rozproszona, ale połączona sieć serwerów bez jakiejkolwiek hierarchii, bez centrum nadzorującego, gdzie to sami użytkownicy decydują o zawartości sieci społecznościowej, nie ograniczani przez kogokolwiek z zewnątrz.

Jeśli okazuje się, że w takich zdecentralizowanych sieciach pojawia się np. ktoś, kto ma ochotę postawić sobie swój serwer i skupiać na nim ludzi, którzy rzygają rasizmem, homofobią, faszyzmem, religijnym ekstremizmem, sprawa jest do ogarnięcia w kilka minut. To ja, jako indywidualny użytkownik , jako świadomy podmiot w owych sieciach blokuję do siebie dostęp treści, które uważam za gówniane i szkodliwe. Co więcej – ludzie w wolnych sieciach społecznościowych błyskawicznie wyłapują treści, z którymi się nie zgadzają i – metodą domina – serwer za serwerem, odcinają się od serwera z chorymi treściami. Ponadto – w każdym innym przypadku, w owych zdecentralizowanych sieciach i poza nimi – istnieją przecież grupy hacktywistów, którzy dokonują ataków na naziolsko-nacjonalistyczno-rasistowskie portale/serwery, niszczą infrastrukturę i na własną rękę walczą “partyznacko” w sieci w celu zniszczenia takich delikwentów; walka zamiast urzędniczo-kapitałowej cenzury! Świadome odsiewanie gównianych informacji od tego, z czym sami się zgadzamy i co jest nam bliskie! Ale wara państwu i korporacjom od internetu – te molochy zawsze blokują, ograniczają i zamykają “na ślepo”; dziś Trump, a jutro ty i twoi znajomi, bo w swoim mieście walczycie o nowy park, zamiast deweloperskich “szklanych domów”. Dziś naziole i homofoby, a jutro ty i twój blog, który nie podoba się jakiemuś fiutkowi z Rady Miejskiej.

Wolnością się nie handluje, wolności się broni! Dlatego zamiast kopać się z koniem, który kradnie twoje dane, knebluje ci gębę, cenzuruje za kawałek cycka na zdjęciu w sieci społecznościowej, czy za niepoprawne politycznie słowa, słówka, akcenty, warto pójść po rozum do głowy , skasować wszelkie profile w “oficjalnych sieciach społecznościowych” i… odetchnąć pełną piersią! Owszem, owe sieci będą przechowywać dane, których im dostarczyłeś/-aś – trudno, płacisz cenę za swoją głupotę.

Wyłącz internet w telefonie i w domu na klika dni. Idź na spacer, posłuchaj muzyki, poczytaj książkę, spotkaj się ze starym kumplem, odwiedź babcię… Wytrzymaj bez jebanego klikania i twitterowania przez dwie, trzy doby…
Potem zrób sobie kawę, usiądź przed kompem…
To dobry czas, by zastanowić się nad podjęciem kilku ważnych kroków, które zapewne nie uczynią cię totalnie wolnym w internecie, ale mocno ograniczą wpływ i dostęp do twojego komputera czynnikom trzecim. Tak, istnieją alternatywy dla Facebooka i Twittera! Tak, istnieje “niezależny Instagram”! Oczywiście, masz możliwość publikowania swoich treści video w alternatywnych wobec YouTube’a portalach! Jasne, że masz ogromny wybór wśród wolnych, otwartoźródłowych i bezpiecznych, nie szpiegujących cię komunikatorów, które zastąpią Viber, WhatsApp i Messenger! Możesz odzyskać kontrolę nad swoimi danymi, którymi dzielisz się ze znajomymi! Możesz prowadzić konferencje nie używając Zoom’a!

Trzeba tylko chcieć i zrobić ten pierwszy krok!
W komentarzach do tego posta i na naszym czacie w Telegramie (namiar na niego znajdziecie w zakładce “o mnie | kontakt” oraz w prawej kolumnie obok) możecie zadawać konkretne pytania odnośnie alternatyw dla mainstreamowych i ograniczających swobodę komunikacji / wypowiedzi mediów internetowych. W miarę skromnych możliwości, postaram się pomóc i odpowiedzieć na wszystkie wasze pytania!


Mój debianoid, Sparky Linux, ma się rewelacyjnie! Nie wiem, na jakiej zasadzie to działa, ale z Windowsem pożegnałem się 21 lat temu i od tamtej pory wciąż jaram się jak dzieciak tym, że używam Linuxa! Bez dwóch zdań – Linux, to moja pasja, ale i zwyczajna radość i komfort pracy na systemie operacyjnym, który od A do Z jest mój, którego konfiguruję stricte pod swoje potrzeby, który jest jak druga skóra. Działa jak ja chcę i wygląda jak chcę. Ogranicza mnie wyłącznie moja wiedza i wyobraźnia.

i3 – clean

i3 – dirty

Wciąż w codziennej pracy z kompem używam menadżera okien i3, a więc minimal, w 80% przypadków aplikacje konsolowe i wygoda nawigacyjna. Przyzwyczajenie do tiling window managers sprawia, że dosyć niechętnie człowiek przestawia się na “klikalne” środowiska graficzne, choć ja wiedziony nostalgią i pewnym przywiązaniem, przełączam się czasem na XFCE. Ostatnio miała miejsce aktualizacja tego środowiska graficznego do wersji 4.16, chociaż nie zauważyłem żadnych przełomowych zmian, XFCE pracuje mega-stabilnie i płynnie; wiadomo, że łyka ono nieco więcej zasobów CPU, aniżeli lekkie i szybkie i3, ale wciąż XFCE pozostaje środowiskiem graficznym w kategorii lightweight. Zresztą przy 16GB pamięci RAM na moim Dellu, kompletnie nie czuję obciążenia samym XFCE.

XFCE

Co poza tym? Otóż jakiś czas temu przeniosłem się na nową powłokę. Nie pamiętam, czy wspominałem o tym tutaj, czy tylko na kanale tego bloga na Telegramie (zaglądajcie tam, albowiem na kanale wrzucam naprawdę dużo małych, postrzępionych wiadomości, z których nie chce mi się robić osobnych postów – nie tylko ze świata Linuxa, ale i jakieś wtręty muzyczne, obserwacje wszelakie, ciekawe grafiki z netu, interesujące linki itd. ), w każdym razie porzuciłem domyślną powłokę bash, na rzecz powłoki fish.
Zmiana powłoki w Linuxie nie jest niczym skomplikowanym, a korzyści z takiej zmiany bywają zaskakujące, przynajmniej dla mnie, linuksiarza, który nie pisze kodu i nie musi brać udziału w niekończących się dyskusjach nt. tego, czy lepszy jest bash, czy zsh, czy fish itd.

powłoka fish w xfce4-terminal
jedno z narzędzi do konfiguracji prompta dostępne w powłoce fish

Powłoka fish charakteryzuje się prostotą obsługi i ogromem udogodnień, m.in. takich jak perfekcyjne autouzupełnianie komend (nieskończony limit ich zapamiętywania), mega-czytelne kolorowanie składni, bogaty panel konfiguracji powłoki przy pomocy komendy: fish_config, która uruchamia panel konfiguracyjny w domyślnej dla systemu przeglądarce. Fish, to także super-szybkie tworzenie aliasów, dzięki czemu długie komendy zamieniasz w jedno łatwe do zapamiętania wyrażenie (które po wpisaniu jednej, bądź kilku liter i tak zostanie ci podpowiedziane w terminalu).
W porównaniu ze starym bashem, fish to dla mnie wieeelka wygoda i szybkość pracy w konsoli. Polecam wszystkim wypróbowanie tej powłoki!

Zainstalowałem ncspot – konsolowy Spotify player i od razu się w nim zakochałem! ncspot jest prosty, czytelny, łatwy w nawigacji i w wersji CLI oferuje wszystkie funkcje dostępne w “reżimowej” wersji aplikacji Spotify…
Wyszukiwanie, albumy, artyści, playlisty, podkasty, tworzenie własnych kolejek – jest wszystko czego potrzeba do obsługi Spotify Premium. Polecam!

ncspot – konsolowa wersja Spotify Premium w akcji

Ponadto, w ostatnim czasie ostatecznie zdecydowałem się na używanie GNU screen’a jako domyślnego multipleksera. Dlaczego nie wybrałem – jak olbrzymia większość linuksiarzy – tmuxa? Bo nie :D Taki kaprys. Przyzwyczaiłem się do screen’a i spełnia on wszystkie moje zachcianki w materii nowych okien i wirtualnych powłok w terminalu, a wygląda on u mnie tak:

GNU screen

Odświeżyłem też nieco wygląd mojego weechata. To mój ukochany klient IRC i mogę w nim dłubać w nieskończoność! Zmieniłem nieco znaczniki i symbole, zastępując je FontAwesome (m.in. strzałki wejść i wyjść z kanałów – vide screenshot poniżej) i dodając dodatkowe odstępy w liście uczestników kanału dla lepszej czytelności. Zmieniłem też skrypt sortujący kanały i listę serwerów…

sesja screen: weechat, profanity (klient XMPP) i rtv (konsolowy czytnik Reddita)

Hmm… to chyba na tyle… Jeszcze raz zapraszam wszystkich na kanał tego bloga w Telegramie (podgląd tego kanału znajduje się w kolumnie po prawej) i na nasz czat tamże! Komentujcie, czytajcie, krytykujcie!