18.XI. – Światowy Dzień Filozofii.

Podziel się:
0Shares
18 listopada obchodzony będzie Światowy Dzień Filozofii, ustanowiony w 2002 roku przez UNESCO. W mediach ani widu, ani słychu, w szkołach pewnie także, może jedynie na wydziałach filozofii poszczególnych uczelni bąknie się coś na ten temat, czy zorganizuje symboliczne sympozjum…
Nie ma co jednak rozdzierać szat – UNESCO, podobnie jak wszysktkie ONZ-owskie biurokratyczne molochy wymyślają kolejne dni okolicznościowe, by utrzymać tą (podejrzewam że w 70% kompletnie zbędną) bandę urzędasów. Z drugiej jednak strony ludzie w minimalnym stopniu traktują poważniej coś, co odbywa się pod auspicjami miedzynarodowej organizacji i to akurat mogłoby pomóc w tym, by choć na chwilę filozofia wypłynęła na powierzchnię społecznego bajora, by zaznaczyć swoją ukrytą obecność w życiu każdego/-ej z nas. Widać jednak jak nieroby z UNESCO dwoją się i troją, by Światowy Dzień Filozofii stał się wydarzeniem przynajmniej średniej miary. Porażka.
Samo “święto” nie ma dla mnie większego znaczenia. Czysto pragmatycznie wykorzystałbym je wyłącznie do propagowania filozofii jako takiej, będącej sposobem ujmowania świata dogłębniej, aniżeli zwykliśmy to robić. Cóż, samo słowo: filozofia wzbudza w ludziach instynktownie: znudzenie, panikę, zdziwienie, zmieszanie i strach (w całym pakiecie tych odczuć, bądź z osobna, w zależności od człowieka), nie dziwmy się zatem, że takie dni jak dzisiejszy przechodzą bez echa, obok międzynarodowego dnia majtek, dnia bez krawata, dnia facebookowych napierdalaczy w farmę itd.
Kondycja samej filozofii jako nauki – w zewnętrznym odbiorze – wygląda mizernie, ale od czasów conajmniej późnego Kotarbińskiego na polskich uczelniach ta tendencja ma podobny kształt. Jeszcze na studiach odkryłem pewne skrzywienie optyki profesorów, którzy jednak zanurzeni po uszy w swych specjalnościach filozoficznych, skłonni byli operować przekonaniem (zapewne podszytym poczciwą, naukową nadzieją), że zakres wiedzy ludzkiej jakim jest filozofia odbija się pozytywnie na życiu codziennym.
Jednak nie percepcja filozofii w przestrzeni społecznej interesuje mnie najbardziej. Czy ktoś tego chce, czy nie chce, filozofia nosi jednak znamiona pewnej wyrafinowanej metody podejścia do świata i ludzie słonni są bardziej wyrozumiałym okiem patrzeć na ekscentrycznego fizyka czy matematyka, aniżeli na wariata zasypanego górą książek, wgapionego w jakiś niezmiernie istotny (dla niego) punkt w przestrzeni. To oczywiście przerysowany i sztampowy obraz filozofa, ale to przerysowanie ma jednak w sobie sporo okrychów prawdziwego postrzegania tej dyscypliny wiedzy i uprawiających filozofię. To co zajmuje mnie bardziej, jest oczywiście nierozerwalnie związane ze mną samym, albowiem nawet anarchizm nie zaszczepił we mnie tak silnie indywidualistycznego podejścia do zjawisk z jakimi mamy do czynienia na tym łez padole i poza nim, jak właśnie filozofia.
Filozofia to moja codzienność, to każdy dzień z nieznośnym mrowieniem myśli, refleksji i dylematów. Owszem, zdarza mi się czasem w najmniej spodziewanym momencie grzebać wśród książek by tu i teraz, natychmiast znaleźć jakiś kawałek, jakąś sentencję, zapisać ją na skrawku papieru, gdy nagle nie daje mi ona spokoju, po czym spokojnie wrócić do obiadu. Zdarza mi się czytać w kiblu Heideggera. Nie wyjeżdżam nigdzie bez książki, która nie miałaby choćby jednej filozoficznej “rysy”. Wciąż najlepszym prezentem, z jakiego cieszę się najbardziej jest egzemplarz czegoś “dotkniętego”  filozofią…
Chodzi mi jednak o coś głębszego, tkwiącego w trzewiach, w każdym zakątku głowy. To filozofia właśnie czyni mnie na codzień tym, kim jestem, to dzięki niej nie jestem tym, kim być nie chcę, a czasem paradoksalnie “uwalnia” mnie od bycia tym, kim być powinienem (sic!). Jest to dla mnie zatem najdoskonalsza intelektualna infekcja jaka mogła mnie w życiu spotkać. Ze wszystkich bowiem przypadłości , ciekawość świata, zagłębianie się w meandry ludzkich refleksji i dążenie do możliwie najlepszego zrozumienia rzeczywistości, czy wreszcie męczenie się z decyzjami życiowymi – czyli jednym słowem: filozofia, jest dla mnie tą najbardziej wartościową i przynoszącą najwięcej satysfakcji.
Różne były moje filozoficzne fascynacje, różne żywiołowe polemiki i dyskusje zdarzało mi się prowadzić z równie “zainfekowanymi” jak ja. Nie raz przed laty udzielały mi się i imponowały mi czyjeś zdolności w przenikliwym budowaniu konstrukcji pomocnych przy wyjaśnianiu zjawisk z pozoru błahych, a jednak otwierających przede mną zupełnie nowe możliwości obcowania ze światem. Tocząc boje z sobą samym, ocierałem i ocieram się każdorazowo o filozoficzne labirynty. To pomaga mi zrozumieć, że rzeczywistość nie jest ani spójnym granitowym klocem, w którym można wyrzeźbić dowolny monolit, ani metafizyczną plasteliną, z której możemy lepić sobie “ludziki niebieskie” i stwory realnie nieistniejące.
Gdyby nie filozofia, nie byłbym tym, kim jestem. Gdyby nie kilka osób z jakimi zetkąłem się na Uniwersytecie Śląskim, zapewne moje umiłowanie filozofii nie byłoby tak intensywne. Wymienić chciałbym tych, którzy najmocniej wbili mi się w pamięć i poprzez swoją fascynację dziedzinami jakie uprawiają sprawili, że do dziś filozofia jest dla mnie najwspanialszą dziedziną wiedzy. Są nimi: prof. K. Ślęczka, dr J. Gazda, dr W. Morszczyński i prof. A. Jonkisz.
Obok pozwoliłem sobie wrzucić fotografie tych filozofów, którzy odcisnęli i odciskają do dziś największe piętno na mym łbie. Są to kolejno: Demokryt, Voltaire, Kirkegaard, Schopenhauer, Nietzsche, Stirner, Russell, Wittgenstein, Kotarbiński, Heidegger.