* * *

Podziel się:
0Shares

image

A więc tak… Spłodziłem kilkadziesiąt (jeśli nie więcej) mało porywających historyjek tyczących się tego, dlaczego właściwie znikam. Żadna z nich nie jest warta uwagi, albowiem wszystkie wymyślam tak naprawdę na własny użytek. Wmawiam sobie później, że któraś z nich brzmi na tyle wiarygodnie, by potraktować ją poważnie. Trudno jednak umówić się z samym sobą, nie wspominając już o innych ludziach.

Domyślam się, że jest to kurewsko groteskowe. Nic na to nie poradzę. Nie chce mi się.
Żyję sobie w lesie, pozbawiony ckliwych uniesień związanych z okolicznościami przyrody. Bywają jednak tendencje wznoszące – gdy piję, albo przestaję pić i rzucam się chciwie na książki; w słowie pisanym chaust powietrza, w cyrylicy szorstkie bruzdy…

Mieszkanie w lesie, ucieczka z lasu; słuchawki w uszach, crustowy rzyg i zjazd rowerem w dół. W beton.

Lekko mi, gdy nie muszę myśleć o tym, co należałoby powiedzieć poszczególnym ciekawskim, dobijającym się, włamującym i awanturującym się – w lesie i poza nim. Rower, wódka, książka czy wyciszony telefon. Heidegger, historia Omska, jointy w morawskich wioskach, albo leniwa abstynencja podszyta kacem moralnym. To wszystko sprawia, że czuję się nieco mniejszym skurwielem w stosunku do innych – we własnych oczach. To dosyć debilna forma samousprawiedliwiania się, dlatego też nie przeczytacie tutaj, dlaczego po raz n-ty ulotniłem się na długi czas.

Вот, пиздец…