Jessikka Aro – Trolle Putina. Prawdziwe historie z frontów rosyjskiej wojny informacyjnej

Podziel się:
0Shares

Zamieszczam tą recenzję tutaj, albowiem książka ewidentnie porusza “tematykę rosyjską”. Wszystkie inne recenzje książek popełniane przeze mnie znajdziecie na write.as oraz w mojej kapsule gemini pod adresem:

gemini://nuclear.discrust.pl/gemi/books.gmi

Muszę przyznać, że podszedłem do tej książki nazbyt powierzchownie. Sądziłem, że będzie to kolejna książka-ściema, perwersyjna kopia tematu z Wikipedii i kilku stron internetowych (jak ma to, niestety, miejsce bardzo często, gdy na rynku pojawiają się “książki o Rosji”)… Jakże się myliłem! Jakże się cieszę, że się myliłem!

Książka Jessikki Aro, Trolle Putina, to doskonała i heroiczna reporterska robota w temacie, który niejednemu reporterowi skręciłby kark już na starcie. Zjawisko internetowego trollingu akceptowanego, wspieranego i dotowanego przez państwo nie jest [już] zjawiskiem nowym. W tym jednak przypadku mamy do czynienia z wyjątkowym państwem i wyjątkowym głównym decydentem.
Gdy w światowych mediach zaczęło pojawiać się coraz więcej informacji nt “fabryki trolli” w Sankt Petersburgu, czyli państwowej, realnie istniejącej placówce zatrudniającej mnóstwo ludzi, którzy całą dobę monitorują światowe sieci społecznościowe i reagują wpisami (na wymyślonych profilach), zgodnie z oczekiwaniami władzy, Kreml gwałtownie zaprzeczył, po czym od razu przeszedł do ataku. Propagandowe machiny medialne w Rosji, 100%-owo zależne od decyzji Putina i jego najbliższych współpracowników, takie jak Russia Today, czy Sputnik momentalnie znalazły “dobitne przykłady” na to, że to właśnie Zachód jest kłębowiskiem podstępnych trolli, agentów i wrogów Rosji (Rosji właśnie – to dobitne podkreślenie jest istotne dla Putina, albowiem zawiera sugestię, że wrogie działania ze strony “obcych” są kierowane przeciwko narodowi rosyjskiemu, a nie samej [represyjnej i autorytarnej] władzy).

Dlaczego ten schemat jest istotny? Po pierwsze dlatego, że wynika on bezpośrednio z logiki działań najpierw sowieckich, a później rosyjskich służb specjalnych (CzeKa/NKWD/KGB, potem FSB i wojskowe GRU), po drugie zaś – jest to fundament szerokich strategii dezinformacyjnych rozmaitych agentur wpływu (również medialnych, jak w/w RT i Sputink) w obecnej cyber-wojnie. W zależności od okoliczności, specyfiki danej sprawy i aktualnych interesów Kremla, władze rosyjskie albo kompletnie ignorują dane zarzuty wobec niej, albo przeciwnie – organizują wielofrontowe, szeroko zakrojone kampanie internetowej dezinformacji. Kampanie, które złamały życie i karierę niejednemu dziennikarzowi, uczonemu, biznesmenowi, który postanowił otwarcie i rzeczowo ujawnić rozmaite fakty nt. korupcji, ukrytych zbrodni, finansowych wałków i operacji specjalnych prowadzonych i aprobowanych przez samego Putina.

Takiej zmasowanej kampanii rosyjskich (i pro-rosyjskich w innych krajach) służb oraz trolli posłusznych Kremlowi doświadczyła właśnie Jessikka Aro, jako dziennikarka fińskiej gazety. Obrzydliwe i nieprawdziwe ataki na jej osobę sprawiły, że była ona zmuszona do opuszczenia Finlandii.
Aro w swojej książce opisuje wszystkie swoje perypetie dziennikarskie, prywatne, sądowe i internetowe ze stronnikami rosyjskiego reżimu i z DOSKONALE naoliwioną maszyną trollingu, działająca za kasę z Kremla.
Zasięg putinowskiej wojny dezinformacyjnej prowadzonej na Twitterze, Facebooku, na rozmaitych portalach, to zasięg ogólnoświatowy. Gdziekolwiek pojawi się krytycyzm wobec działania rosyjskich władz, tam natychmiast pojawiają się trolle, “autorytety”, “świadkowie”, którzy robią wszystko, by zgnoić, ośmieszyć, zdyskredytować danego śmiałka, który odważył się podnieść rękę na rosyjską władzę. Najgorsze jest to, że w naprawdę wielu przypadkach kremlowskie kampanie dezinformacyjne okazują się skuteczne i światowe media łykają prowokacje i manipulacje Putina jako prawdę.

Jessika Aro szczegółowo opisuje swój własny przypadek, gdy wiele lat temu jako pierwsza w świecie na poważnie poruszyła temat petersburskiej fabryki trolli. Opisuje też realne i świadome kampanie Kremla służące ingerencji w wybory Trampa na prezydenta USA, czy brawurową aktywność obywatelsko-hackerskiej grupy ukraińskich aktywistów: InformNapalm. W Trollach Putina znajdziemy również inne przykłady indywidualnych wojen biznesmenów i dziennikarzy z potężnym walcem putinowskich cyber-psów. Wszystko doskonale udokumentowane, konkretnie i ciekawie opisane!

Co mnie drażni w tej książce i czego mi w niej brakuje? Otóż wkurza mnie modelowa, książkowa wręcz, sztuczna prozachodniość Autorki. Gdy Aro pisze o swoim zaufaniu do fińskich władz (które działały ospale w jej sprawie, gdy trolle molestowały ją w necie i wyzywał od kurew z NATO), do amerykańskiej administracji, czy instytucji międzynarodowych. To zaskakujący kontrast, albowiem wobec Kremla Jessikka Aro jest odważna i bezkompromisowa tam, gdzie niejednemu samczemu dziennikarzowi odpadły by jaja ze strachu już na początku dziennikarskiego śledztwa. Z drugiej zaś strony pisze ona o zachodnich strukturach medialno-państwowch jak z propagandowych podręczników nt “wolności i demokracji”. Szkoda, że nie zadaje sobie trudu zagłębienia się w temat “od zachodniej strony”; nie bądźmy dziećmi – nie wszystkie fundacje i grupy wsparcia z Zachodu, które pomagają finansować opozycyjne media w Rosji, w Białorusi, Ukrainie, czy w krajach azjatyckich, to po prostu “grupy wolontariuszy”. Zachodnia agentura wpływu nie musi być aż tak pancerna i rozległa jak machina Putina, ale nie oszukujmy się – podobną wojnę na fake newsy i manipulacje prowadzą również kraje “wolne i demokratyczne”… Tego w książce Aro nie przeczytamy.
Zabrakło mi również szerszego potraktowania spraw Snowdena i Assange’a. Oto bowiem ich przypadki wiele lat temu pokazały i zależności i samą scenę, na której rozgrywane są tematy na styku: media-internet-władza. Rozczulają mnie bezkrytyczni stronnicy w/w bohaterów światowego formatu oraz ich naiwna wiara w krystaliczność poczynań i charakterów Snowdena i Assange’a… Kto raz wpadł w wywiadowcze wpływy U$A i Kremla, już nigdy nie może być traktowany, jako w 100% wiarygodne źródło informacji (piszę to, uwzględniając świadome wybory obu kolesi, w toku ich spraw)…

Podsumowując – “Trolle Putina”, to świetny kawałek dziennikarskiej prozy dokumentalnej, rzetelnie udokumentowany i godny polecenia wszystkim interesującym się kształtowaniem polityk i strategii przez trolle, fake newsy, służby wywiadowcze państw. Kawał dobrej roboty! W tematyce ogólnorosyjskiej, to lektura jak najbardziej obowiązkowa!

Dmitrij Głuchowski – Tekst | prawda słowa, prawda ekranu

Podziel się:
0Shares

Tekst, to wyjątkowo rosyjska książka. Oczywiście mógłbym sobie wyobrazić, że napisał ją, ktoś inny, jakiś inny autor z któregoś z byłych demoludów, ale mam wrażenie, że cala historia w niej zawarta rozpadałaby się jak spróchniała wieżyczka w dalekiej zonie, gdyby umiejscowić ją gdziekolwiek w zachodnich realiach…

Ilia – blady, wygaszony 27-latek opuszcza zonę po 7 latach odsiadki za posiadanie i handel narkotykami… Z dalekiego zadupia (bo jak inaczej nazwać Solikamsk?) przyjeżdża do Moskwy i jedyne czego pragnie, to spotkania z ukochaną matką, która zapewne już czeka na niego z gorącą zupą…
Z retrospektywy dowiadujemy się, że Ilia – zanim naznaczono go nieścieralnym piętnem zeka – był do szaleństwa zakochany, studiował, miał przyjaciół i szalał w jednej z moskiewskich dyskotek, do której wpadła milicyjna sfora. W ogólnym zamieszaniu Ilja pada ofiarą podbroski – jednej z najczęściej stosowanych metod rosyjskiej milicji; kryminalny Pietia, dowodzący “antynarkotykową” akcją w klubie podrzuca chłopakowi stuff i zamyka Ilię na 7 lat w kolonii karnej. Jest milicyjny awans, życie toczy się dalej…

Historia nabiera właściwego sobie rosyjskiego dramatyzmu po tym, gdy Ilia wraca do domu i dowiaduje się, że ukochana mama, zmarła na zawał dzień przed jego przybyciem. Zrobiła jednak gar jego ulubionej zupy. Jego była dziewczyna ułożyła sobie życie z innym, a on z resztkami rubli łaskawie wydzielonymi przez więzienne władze, niknie w oczach, zamroczony ruską wódą (pić, żeby się znieczulić, wytworzyć w głowie pancerz alkoholowej amnezji…).
Wyrusza w pijacką wycieczkę po centrum wielkiej Moskwy, odwiedza nawet dzielnicę z dyskoteką, w której siedem lat temu skończyło się jego szczęśliwe życie… Aby uniknąć spoilerowania nadmienię, że właśnie tam Ilia natyka się na swojego oprawcę – kryminalny Pietia po godzinach diluje prochami, więc pod pozorem kupna dragów Ilia zaciąga milicyjnego psa w zaułek… Wymierzona kara za siedem przeklętych lat w zonie okazuje się zbyt surowa, nie taka jakiej Ilia chciał. Gliniarz pada martwy, a spanikowany Ilia wrzuca jego ciało do pobliskiej studzienki kanalizacyjnej.
Podnosi tylko komórkę milicjanta, która wypadła mu z rąk, gdy chciał wezwać pomoc i ucieka z miejsca zbrodni…

Tutaj właściwie zaczyna się cała historia, a kluczowym elementem jest w niej telefon śledczego. Telefon, czy raczej przychodzące na niego wiadomości i połączenia oraz to, co do tej pory zgromadził na nim milicjant.
To, co dzieje się dalej jest surową alegorią, boleśnie wyrwaną z Dostojewskiego; to skok w kłębowisko obłędu, plątanina sprzecznych pragnień, próba przetrawienia konsekwencji czynów… Dmitrij Głuchowski wyrzygał dla nas współczesny dramat perfekcyjnie zakorzeniony w rozgorączkowanych instynktach i afektach bohaterów prozy Dostojewskiego.
Tak, wyrzygał. W języku rosyjskim jest cudownie sugestywne słowo oznaczające wymioty: рвота (czyt. rwota). Słowo to perfekcyjnie oddaje narrację książki, jest boleśnie konkretne, brzmi surowo i prawdziwie; Autor pisze językiem, który nazwałbym deklaratywnym, umiejętnie porcjuje on ból, krew i łzy, pomieszane w szaleńczym tańcu to pijanej, to zmęczonej głowy. Swego rodzaju skończoność ludzkich pragnień i cierpień splatają się tutaj w jedną ścieżkę, którą podąża główny bohater.

Miłośnicy Rosji zapewne docenią w książce moskiewski koloryt moskiewską szarość; szaleńczy puls ogromnej metropolii i urywany, niezdrowy oddech przedmieść Moskwy.

W 2019 roku reżyser Klim Szipenko kręci film pt: Tekst, a scenarzystą tego obrazu jest sam autor książki, Głuchowski. W roli Ilji występuje utalentowany rosyjski aktor Aleksander Pietrow

Nie zawsze zdarza się tak, że pisarz sprawdza się w roli scenarzysty. W tym wypadku nie musimy obawiać się czegokolwiek – Autor perfekcyjnie wywiązuje się ze swojej roli, dzięki czemu film jest naprawdę dobrą ekranizacją książki.
Obejrzałem Tekst zaraz po przeczytaniu książki, przez co nie wyparowały ze mnie emocje po lekturze. Wszystkim innym również polecam taką kolejność: przeczytajcie książkę, zróbcie sobie kawę i obejrzyjcie film.

··· źródło: youtube.com

Wielokrotnie spotykałem się z tym, że ludzie nie zaznajomieni z “ruskimi klimatami” mają trudności z uchwyceniem specyfiki współczesnej Rosji (współczesnej Moskwy, Petersburga itd…). Myślę, że dzięki temu obrazowi Moskwa choć na moment otworzy się przed tymi, którzy chcieliby ją dostrzec.
Pietrow fenomenalnie gra rolę Ilji zarówno w momentach radosnej euforii, jak i pijackiej depresji; to częsty “ruski rollercoaster”, dotykający miliony ludzi w tym kraju. W oczach niektórych Rosjan zatopiona jest jakaś wieczna udręka i ból, połączone z lśniącą nadzieją, że za rogiem, za horyzontem jest ciut lepiej. Że jest spokój. Wieczny spokój.

Anna Badkhen – Cztery pory roku w afgańskiej wiosce. Reportaże o wyplataniu dywanów

Podziel się:
0Shares

Åsne Seierstad i Wojciech Jagielski – te dwa nazwiska niejako automatycznie pojawiają się w mojej głowie, gdy na horyzoncie widzę temat: Afganistan. Dziś do tych dwóch nazwisk, bez wahania, dopisuję Annę Badkhen, dziennikarkę wyjątkową, o ogromnym talencie i progu wrażliwości.

Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że powyższa “trójca” wyczerpuje listę wnikliwych i utalentowanych twórców i dziennikarzy zajmujących się tematyką Środkowego Wschodu, w szczególności zaś Pakistanem, czy Afganistanem właśnie. Chcę jednak podkreślić, że Anna Badkhen, to absolutnie ekstraklasa, profesjonalizm i dziennikarskie mistrzostwo – bez dwóch zdań!
Autorka lśni jak diament na tle innych twórców / twórczyń literatury faktu, albowiem posiada doskonały warsztat dziennikarski, a nade wszystko – potrafi operować słowem zarówno na płaszczyźnie czytelnego zapisu faktów, jak również pięknego ujęcia tychże w literackie szaty.

Sam tytuł mówi nam już bardzo wiele… Oto bowiem Anna Badkhen decyduje się na pozostanie w Afganistanie okrągły rok, by na własne oczy zobaczyć i na własnej skórze odczuć, jak właściwie żyją Afgańczycy na głębokiej prowincji północnego Afganistanu. Zresztą określenie: “głęboka prowincja” jest tutaj sporym eufemizmem, albowiem Autorka udaje się do maleńkiej wioski Oka, leżącej gdzieś daleko na spalonej słońcem pustyni, za Mazar-e Szarif. Do Oki nie prowadzi żadna droga, żadna ścieżka. Oki nie ma na żadnej afgańskiej mapie, Oki nie sposób dostrzec nawet przy pomocy Google Maps. Badkhen jedzie więc do wioski-widmo.
Druga część tytułu jest nie mniej istotna; dziennikarka stara się pokazać czytelnikowi nieskończenie trudne warunki życia maleńkiej społeczności odciętej od najbliższych wiosek i miast, poprzez jedyny przejaw piękna w tym morzu piaskowych wydm poruszanych przez wiatr, który nawet na chwilę nie przestaje wiać… Tym pięknem są dywany tkane przez miejscowe kobiety – jest to jedyne zajęcie przynoszące realny dochód tym ekstremalnie biednym, ogarniętych inercją, otoczonych pustynnym więzieniem i naćpanych opium ludziom. Dywany trafiające później na targi w Kabulu, Dubaju i Istambule, kupowane przez bogaczy w USA i Europie, osiągają bajeczne sumy tysięcy Euro. Mieszkańcy Oki za dywan tkany cały rok otrzymują 200 dolarów…

W zasadzie każde kolejne zdanie na temat Czterech pór roku…. byłoby spoilerowaniem. Każda historia bowiem opowiedziana przez Annę Badkhen w tej książce jest ważna, wyjątkowa – podobnie jak węzły przy tkaniu dywanów. Jeden węzeł niewiele znaczy, ale umiejętnie połączony z innymi, wraz ze specyficznym kolorytem i unikalnymi wzorami obecnymi na afgańskiej i tadżyckiej ziemi od tysięcy lat, tworzy czyste piękno.
Dokładnie takie są codzienne historie z Oki. Pełne bólu, zachowanych w pamięci, niekończących się nigdy wojen i konfliktów. Historie permanentnego niedojadania, czy wręcz głodu (mieszkańcy Oki lubią mówić, że nie poszczą w czasie Ramadanu, albowiem jedząc tyle co nic, poszczą tak naprawdę cały rok) uśmierzanego opiumowymi majakami. Historie chorób, maleńkich radości, maleńkich uśmiechów, okruchów czegoś, co mogłoby choć trochę przypominać normalność, albo w tych przeraźliwie trudnych warunkach będących normalnością właśnie…

Autora doskonale porusza się w przestrzeni antropologiczno-historycznej Afganistanu i krajów ościennych, w jej wieloetnicznym kotle, zatem otrzymujemy bardzo bogatą w fakty opowieść, która pozostaje w głowie na bardzo, bardzo długo.

Takie książki, jak ta właśnie, zmieniają ludzkie spojrzenie na dany kraj, naród, zwyczaje. Cztery pory roku…, to swoisty podręcznik, dojrzała dokumentalna proza pisana z ogromnym szacunkiem i znawstwem innych kultur. Podkreślam to, albowiem żyjemy w czasach, gdy pod szyldem: “literatura faktu” rozmaite wydawnictwa wciskają nam płytkie opowiastki niewydarzonych “podróżników i dziennikarzy”, których makulatura obfituje w ignorancję i powierzchowność śmierdzącą eurocentryzmem. Na tym tle niniejsza książka, to prawdziwy skarb!

Trzeba przeczytać – koniecznie!


··· podkład muzyczny: Hossein Alizadeh, Madjid Khaladj, The Yuval Ron Ensemble, Dervishane

Jarosław Szubrycht – Vader. Wojna totalna | Z Vaderem moje przeprawy

Podziel się:
0Shares

Panie i Panowie, Jarosław Szubrycht popełnił kawał świetnej biografii jednego z najważniejszych zespołów death metalowych na świecie!

Rzadko kiedy zachwycam się słowem pisanym już po pierwszych kilkunastu stronach, ale tutaj mamy do czynienia z biografią od A do Z, świetnie napisaną, świetnie złożoną i podaną czytelnikom w krwistym sosie ciekawych opowieści o Vaderze! To biografia dokładnie taka, na jaką zasługuje Vader – szczegółowa, wielowątkowa, bogata w setki wydarzeń zarówno oficjalnych (koncerty, trasy, kolejne wydawnictwa, przetasowania w składzie) jak i tych mniej, lub zgoła nieznanych potencjalnemu odbiorcy muzy tej kapeli z Olsztyna.

Przez wiele lat w polskim środowisku muzycznym i poza nim panowało przekonanie, że Vader jest zespołem bardziej znanym za granicą, aniżeli w Polsce. I coś w tym jest. Przez stosunkowo wiele lat Vader był “polskim produktem” mega dobrze rozpoznawalnym na Zachodzie, czy w Japonii. Anegdota związana z Japonią jest taka, że przeciętny Japończyk zapytany o Polskę, może kojarzy Solidarność, może Wojtyłę, ale na pewno zna Vadera.

Vader. Wojna totalna

Vader zawsze podążał własną drogą, konsekwentnie, do przodu. Wraz z nielicznymi polskimi kapelami metalowymi u schyłku komuny wytyczył kompletnie nowe ścieżki w ciężkim graniu; nie było to melodyjne pitu-pitu TSA, Kata, czy Turbo… To było autentyczne pierdolnięcie!
Patrząc z perspektywy czasu na swoje fascynacje muzyczne, bez wahania stwierdzam, że miałem kurewskie szczęście w tej materii! Pomijam oczywiście wczesne dzieciństwo, z plakatami Sandry, Savage i Michaela Jacksona nad łóżkiem (plakaty z gazety Świat Młodych) oraz bardzo krótkie zauroczenie takimi rzeczami jak AC/DC, Def Leppard, czy Scorpions…

Moje szczęście polegało na tym, że w wieku 14-15 lat poznałem takie kapele jak Death, Slayer, Deicide, Obituary, S.O.D., Cannibal Corpse, Unleashed. Był to bowiem złoty czas metalu na osiedlach i podwórkach, czasy czarnych spodni “gumek” i białych “thrash’owych” adidasów i wojskowych “opinaczy”! Przeżyłem krótką mega-fascynację takimi bandami jak Metallica, ale gdy usłyszałem Napalm Death, czy kapele z Florydy, kompletnie odleciałem! Potem doszła pierwsza Sepultura (Morbid Visions) i najazd na moją głowę death metalu ze Skandynawii. Nic już nie było takie samo jak wcześniej. Thrash i death stały się moją wieeelką fascynacją i mimo, że po drodze, z biegiem czasu, odkryłem dla siebie anarcho-punk, crust, powerviolence, crossover i grindcore, do głowy mi nie przyszło, by porzucić death…

W polskim death metalu nigdy nie siedziałem jakoś głęboko i nie znałem zbyt dobrze tej sceny. Pamiętam moją fascynację łódzkim Pandemonium, którego logo walnąłem sobie pięknie czarnym długopisem na kamizelce zrobionej z katany (czasy gdy ekrany i naszywki robiło się samemu, gdyż było to kompletnie niedostępne). Kapele typu Kat, czy TSA zawsze uważałem za wiochę i nigdy ich muza nie zachwyciła mnie choćby na chwilę.
Pewnego dnia w naszej mieścinie otwarto drugi sklep muzyczny (w pierwszym zamawiało się “spod lady” przegrywanie metalowych płyt z winyla na kasety Basfa i TDK, czy też na polskie nędzne “stilonki”…). Zaciekawiony poszedłem, powodowany plotą, że kupię tam sporo nowych punkowych kaset ze słynnej wtedy firmy Silverton. Owszem, było całkiem dużo nowych polskich punk-kapel, ale ja zwróciłem uwagę na mini-album Vadera – Sothis. Przyniosłem kasetę do domu, włożyłem do magnetofonu, nacisnąłem Play i… to było coś, co rozjebało moją głowę na maleńkie kawałeczki!!!
Potężna ściana gitarowej miazgi, techniczna precyzja i tak wspaniała perkusja z blastami, że urywało jaja! To był death metalowy huragan i czysta wściekłość! Do tego jeszcze wokal Petera… To było coś zupełnie innego, niż ciężkie podążające sobie swoją drogą szwedzkie granie, to był zupełnie inny death, niż ten grany na Florydzie!
Dość powiedzieć, że kaseta Sothis została zajechana na śmierć przeze mnie i moich znajomych. Od tamtej pory starałem się w miarę regularnie śledzić, to, co nagrywa Vader i byłem pod wrażeniem każdej nowej płyty. Gitarowa, agresywna maniera Petera w chuj mi się podobała, bo jego riffy mówiły jedno: napierdalamy! do przodu! szybciej! Do tego jeszcze mistrzowska perkusja Docenta – kurwa, tak technicznie sprawnie, tak szybko, tak dokładnie nie grał na świecie wtedy nikt, oprócz niego!


Vadera na żywo zaliczyłem zaledwie dwa razy: raz na którejś Metalmanii w Spodku, gdzie rzecz jasna wielotysięczny tłum, tłok, brzmienie niby potężne, ale zero klimatu, gdy stoi się z dala od sceny – nigdy nie byłem fanem takich spędów bydła… Drugi raz widziałem Vadera w małym klubie o nazwie Od zmierzchu do świtu, w niewielkim górniczym mieście Brzeszcze, gdzie swojego czasu odbyło się mnóstwo zajebistych metal/punk DIY koncertów. To było, kurwa, piekło! Maleńki klub, rzesza ludzi przed klubem (bo w środku nie było najmniejszych szans, by zmieścić choćby zapałkę), pod sceną ścisk nieprzeciętny… Ale nawet w tak małej miejscówce Vader potrafił zabrzmieć jak na największych gigach! Żadnej bariery między publiką, a kapelą, przybijanie piątek, plączące się długie włosy, pot kapiący z sufitu i totalny wypierdol, totalna death metalowa miazga i blasty wwiercające się w mózg! Gapiłem się na Docenta i jego grę z otwartą gębą, a w czasie przejść i najszybszych momentów nie dało się dostrzec jego rąk – wichura dźwięków!

Teraz Vader nie jest dla mnie jakąś rewelacją, nie śledzę ich poczynań szczególnie dokładnie, ale bywają wieczory, że posłucham Litany, czy Black To The Blind. Mój gust muzyczny po 40-tce utrzymuje się na wartości: constans przy grindcore’owych i crustowych rzygach, a w materii death metalu katuję się skandynawskim undergroundem i death/grind bandami z całego świata. Albowiem punkrock bez szatana, to chuj nie robota – zapamiętajcie to sobie!

***

Wracając do książki Vader. Wojna totalna, Jarka Szubrychta… To naprawdę jedna z najlepszych biografii muzycznych, jakie przeczytałem w życiu! Jarek zrobił kawał dobrej roboty; dobrze znał i zna metalową scenę, bo aktywnie w niej uczestniczy (i jako dziennikarz muzyczny i jako członek kapeli Lux Occulta i ogólnie jako koleś siedzący mocno w polskiej scenie metalowej od jej zarania) – to olbrzymi plus, gdyż kupując tą biografię, dostajemy książkę napisaną przez metalowca – dla metalowców.
Szubrycht ma naturalną zdolność snucia opowieści w ten sposób, że czytelnik ma wrażenie jakby siedział z kumplem na piwie i słuchał opowieści o kolejnych trasach koncertowych, o losach poszczególnych członków zespołu, o upadkach i wzlotach w kapeli. Otrzymujemy zatem spójną, wypchaną po brzegi szczegółami z życia Petera, Docenta, Szamba, Mausera i innych ludzi, którzy przewinęli się przez Vadera.
Oprócz kronikarskiego niemal opisu losów Vadera od czasów komuny do dziś, dostajemy mnóstwo faktograficznych opowieści o samej scenie metalowej – jest to baaardzo gęsta i ciekawa opowieść, od której ciężko się oderwać.

Co mi się w tej biografii nie podoba? Jak można się szybko domyśleć – dopieszczanie Petera, jako lidera, szefa, Generała (jak nazywają go w samym Vaderze), wygładzanie wszelkich “nierówności” na jego wizerunku samca alfa w stadzie o nazwie Vader. Rozumiem, kumpel jest kumpel, Jarek Szubrycht sam nawet kiedyś grał w Vaderze, ale nie bądźmy, kurwa dziećmi! Nie sądzę, żeby Peter miał mentalność Jarosława Kaczyńskiego i na każdą krytykę zamykał się obrażony, z kotem w domu. Wbicie kilku szpilek w ten charakterologiczny “monolit” Petera wyszłoby jak najbardziej na dobre tej biografii!
Nic to – książka jak najbardziej godna polecenia! Czytajcie!

666