inkBOOK pełen rarytasów…

Podziel się:
0Shares

Zanim zabiorę się za recenzje choćby części książek, które ostatnimi czasy wpadły / wpadają mi w ręce, pokażę Wam ich okładki…
Tak się złożyło, że od kilku miesięcy rządzą u mnie ebooki, co nie jest jakimś celowym zamiarem, a po prostu taką dziwną koincydencją; sporo papierowych książek również czeka w swojej kolejce. Cierpię na przypadłość chyba każdego książkoholika: zbyt wiele książek – za mało czasu.

Czytam dużo rosyjskojęzycznych rzeczy, z tej racji, że ebooki w Rosji są tańsze, niż w Polsce. Poza tym mam kochanych znajomych rosyjskich, od których dostaję czasem w prezencie ebooki, za co należą się im meeeega podziękowania!

Michał Magnuszewski – Kirgistan, kraj pachnący chlebem

Podziel się:
0Shares

Rzuciłem się na tego ebooka, albowiem tematyka związana z Azją Środkową od wielu lat jest mi bardzo bliska, a ciekawych, wyczerpujących poszczególne zagadnienia książek (po polsku) nt tej części świata jest jak na lekarstwo. Od biedy ratuję się rosyjskojęzycznymi publikacjami, ale i tutaj trzeba być czujnym, by nie natknąć się na jakieś “głębokie analizy”, które tak naprawdę są postsowieckimi popłuczynami z mentalnymi pretensjami imperialnymi Rosji w stosunku do krajów owego regionu.

Michał Magnuszewski wyjechał do Kirgistanu w ramach programu stypendialnego, by tam pisać swoją pracę doktorską (tematyka: leśnictwo, dendrologia). Nie wiedział wcześniej niczego o Kirgistanie, jechał niejako “w ciemno”. Książka ma formę dziennika, w którym Autor notował swoje przeżycia, spostrzeżenia, odczucia, refleksje i obserwacje.
Tutaj w zasadzie mógłbym zakończyć moją recenzję. Serio. Miałbym wtedy poczucie, że owa recenzja jest równie ascetyczna i beznadziejnie zwięzła, jak książka, której ona dotyczy (sic!). Nie dowiedziałem się z tej książki ani grama więcej o Kirgistanie, niż wiedziałem wcześniej. Natomiast wyobraźnia oraz moja skromna wiedza nt tego pięknego i fascynującego regionu świata “dopisały” mi dalszy ciąg tego, czego Autor nie opisał, a co znalazło się na fotografiach, które zrobił i które zdobią książkę. Mówię serio – fotografie zawarte w tej książce (urokliwe miejsca, majestatyczne góry Tienszan, zwykli mieszkańcy prowincji i stolicy Kirgistanu – Biszkeku, wreszcie sam Biszkek) oraz informacje z Wikipedii i kilka artykułów w necie powiedzą wam więcej o Kirgistanie, niż Autor tej książki.

Piszę to ze smutkiem, albowiem widać, że Magnuszewski naprawdę chciał podzielić się z czytelnikiem swoimi przeżyciami; forma dziennika w literaturze faktu, to strzał w dziesiątkę, bo mamy do czynienia z intymnym słowem pisanym, obserwujemy nieznane wraz z refleksjami Autora w sposób mega dogłębny!
W tym przypadku mamy do czynienia z patykowatą, sztywną narracją przypominającą wypracowania ze szkoły w stylu: Jak spędziłeś swoje wakacje? Wszelkie opisy przyrody, czy relacji międzyludzkich w takich sytuacjach powinny być najciekawszymi elementami książki, czymś odkrywczym dla nas Europejczyków. A tutaj mamy perełki w stylu: Rozmawiałem dzisiaj z panem X. Jest to bardzo mądry człowiek. Naród kirgiski też jest bardzo mądry… albo: Te pasma górskie zadziwiały swoją pięknością i majestatem. Góry w Kirgistanie są naprawdę piękne. Przyroda w Kirgistanie jest bardzo piękna… Zero rozwinięć tematu, zero głębszych opisów (na całą książkę jest chyba tylko jeden bardziej szczegółowy opis jednego z jezior w Kirgistanie), żadnej chęci wgryzienia się w temat, w człowieka, w tradycje. W książce wałkowany jest do znudzenia fakt, że Kirgistan to była sowiecka republika – jak na lekarstwo dłuższych, zdawać by się mogło – zasadniczych! – opowieści o historii, tradycjach, wpływach religijnych, czyli o tym… o  czym chyba miała być ta książka!

Oczywiście znajdziemy jakieś fakty historyczne, ale są one tak oszczędnie serwowane czytelnikowi, że spokojnie więcej dowiemy się z kilku encyklopedii i z jakiegoś artykułu z quasi-historycznych periodyków typu Focus-Historia.
Osobnym gniotem jest w tej książce polska transliteracja rosyjskich słów. Część z nich jest poprawna, w sensie: da się je przeczytać bez krzywienia gębą, ale część to takie potworki, że ręce opadają (przy słowie: dziewuszka po prostu odpadłem :D). Może przypierdalam się dlatego, że znam rosyjski, ale serio – wystarczy zerknąć do byle jakiej polskiej publikacji naukowej, by zobaczyć jak wyglądają takie transliteracje.

Autor pojechał do Kirgistanu pisać doktorat. Może więc wypadałoby napisać słów kilka o tym, na jaki temat ów doktorat, czym sam Autor się interesuje w obrębie swojej dziedziny naukowej? Hehe, nie ma tak łatwo. W zamian mamy rozbudowane zdania typu: Dzisiaj jedziemy w do lasu robić pomiary. Byliśmy w górach, znowu mierzyliśmy drzewa… I tak przez całą książkę. Dopiero chyba na przedostatniej stronie dowiadujemy się, że praca doktorska dotyczyła endemicznego gatunku świerka występującego w Kirgistanie. Jedno zdanie!
To samo mógłbym napisać o tytułowym chlebie. Autor przez całą książkę używa tradycyjnej nazwy: lepioszka, odnoszącej się do rodzaju chleba wyrabianego w całej Azji Środkowej, natomiast nie zadał sobie trudu, by poświęcić choćby kilka akapitów spójnego tekstu odnośnie tego, jak wyrabia się lepioszkę, jak się to pieczywo piecze i w czym. Znowu pod koniec książki pojawiają się fotografie tradycyjnych pieców i one mówią nam 666 razy więcej, niż sam Autor. O tym, że Kirgistan pachnie chlebem i że z tym zapachem kojarzy się Autorowi ten kraj, dowiadujemy się na jednej, czy dwóch stronach książki. Uff… imponujące.

Magnuszewski miał niewiarygodnego fuksa historycznego, albowiem przebywał w Kirgistanie w 2010 roku, w czasie krwawej rewolucji w tym kraju. I co? I nic. Kompletnie nic! Żadnego tła historycznego tego faktu, żadnego opisu przyczyn politycznych (notabene, z książki nie dowiemy się niczego nt dyktatury w tym kraju), ani słowa o konflikcie z Uzbekami. Autor sprowadził fakt krwawych zamieszek do tego, że ludzie masowo kradli pralki i lodówki z państwowych sklepów. To wszystko (sic!).

***

Kirgistan, kraj pachnący chlebem, to książka wyłącznie dla tych, którzy nie wiedzą absolutnie niczego o Kirgistanie i o Azji Środkowej. Można ją traktować jako lekturę uzupełniającą.
Michał Magnuszewski w czasie swojego pobytu w Kirgistanie niewątpliwie zebrał masę obserwacji, przeżyć, wspomnień, kontaktów i refleksji! Wierzę w to! I wierzę również w to, że Autor rozważy napisanie kolejnej, tym razem porządnej książki o tym fascynującym kraju! Jego wiedza jest na wagę złota w obliczu dramatycznie małej ilości publikacji o Azji Środkowej  w języku polskim… Mam nadzieję, że ta wiedza się nie zmarnuje…

Marcin Hermanowski – Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów

Podziel się:










0Shares

Mamy do czynienia z publikacją wyjątkową, niestety funkcjonującą gdzieś w cieniu. A szkoda. Książka Marcina Hermanowskiego – Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów, to ważny kawałek historii, bez której trudno sobie wyobrazić obecny kształt mediów. Wynalazek dwóch fizyków: Aleksandra Popowa i Guglielma Marconiego zrewolucjonizował środki masowego przekazu na początku XX wieku, mimo że u swego zarania został dostrzeżony jedynie przez wojskowych. Radio, bo o nim oczywiście mowa, do dziś dzielnie walczy z telewizyjno-internetową konkurencją i można by powiedzieć, że generalnie ma się dobrze, chociaż poszczególne kierunki jego rozwoju mogą w XXI wieku budzić niepokój prawdziwych entuzjastów i ludzi autentycznie kochających radio i ten sposób przekazu informacji oraz komunikacji. Ale my nie o tym…

Radiofonia… jest książką wyjątkową – to pierwsza publikacja w Polsce obejmująca historię rozwoju radia od inauguracyjnej audycji Polskiego Towarzystwa Radiotechnicznego, którą wyemitowano 1 lutego 1925 roku, po dzień dzisiejszy, gdzie rynek radiofoniczny obejmuje zarówno radio publiczne, jak i komercyjne, gdzie postępuje cyfryzacja sygnału radiowego (DAB+), a rozgłośnie wykorzystują internet, by dotrzeć do nowych słuchaczy (m.in. poprzez podkasting).

Marcin Hermanowski w swojej pracy dużą wagę przyłożył do chronologicznego porządku wszystkich wydarzeń związanych z rozwojem radia w Polsce. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych (gdzie tak naprawdę wystartowała formuła rozgłośni radiowej kierującej do odbiorcy konkretny program), polskie radio – podobnie jak inne europejskie rozgłośnie – miało charakter państwowo-publiczny; w USA od samego początku prym wiodły rozgłośnie prywatne, a publiczna radiofonia w Stanach po dziś dzień jest niszowym medium. Hermanowski z kronikarską dokładnością opisuje działalność Polskiego Radia na przestrzeni lat. Szczególnie interesujące są dwa okresy: przedwojenny i ten bezpośrednio po wojnie, okres zarówno odbudowy radiowej infrastruktury jak i “umacniania się władzy ludowej”.

Pierwszy z tych okresów ma zasadnicze znaczenie, albowiem to wtedy radio nabiera swojego kształtu, przestaje być drogą zabawką dla nielicznych, a zaczyna pełnić rolę kulturotwórczą na terenie całego kraju, co ma niebagatelne znaczenie dla lokalnych społeczności – Autor doskonale opisuje rozwój kolejnych rozgłośni regionalnych Polskiego Radia, dzięki którym rzesze ludzi znękanych ciężką pracą po raz pierwszy raz w życiu mają kontakt z muzyką klasyczną, z literaturą czytaną na antenie, czy wreszcie z rozrywką pozwalającą na oderwanie się od codziennych problemów. Na audycje się czeka, całe rodziny gromadzą się przy radioodbiornikach – radio, to okno na świat!

Drugi, nie mniej ważny okres, to czasy gdy łapsko na Polskim Radiu kładzie aparat komunistycznego państwa i – rzecz do przewidzenia – monopolizuje przekaz radiowy na baaaardzo długo. Symptomatyczne – co podkreśla Autor – jest to, że pomimo cenzury i wyraźnego pacyfikowania niezależności w rozgłośniach, w radiowym środowisku istnieją ludzie, którzy umiejętnie umykają komuszym troglodytom, wciąż starając się, by radio wyszło z twarzą z tej politycznej zawieruchy, by choć część audycji miała swobodniejszy charakter.

Książka obfituje w setki ciekawostek i szczegółów z życia polskich rozgłośni publicznych, opisuje dokładnie powstawanie kolejnych programów Polskiego Radia, ich zasięg, tematykę na antenach i nade wszystko – potężny zapał techników, inżynierów radiowych, prezenterów, spikerów.
Radio staje się codziennym towarzyszem, od wczesnych godzin porannych – ze swoją gimnastyką i serwisami informacyjnymi –  poprzez reportaże, audycje muzyczne, słuchowiska i programy publicystyczne, po radiowy teatr wyobraźni i koncerty poszczególnych orkiestr Polskiego Radia. Wreszcie pojawia się Trójka i, można by rzec, okcydentalizuje się program i oferta radiowa, głównie w zakresie muzycznym. Poza tym bardzo ważny dla mnie Program Czwarty i Rozgłośnia Harcerska (w tamtych czasach punkowy głos w naszych domach!), Polskie Radio dla Zagranicy (jako jedno z nielicznych na świecie nadające niegdyś regularne audycje m.in. w moim ukochanym języku Esperanto) – mimo tego że z biegiem czasu Polskie Radio staje się biurokratycznym molochem, wciąż pracują w nim ludzie z głową na karku, pragnący puszczać w eter wszystko co najcenniejsze.
Tutaj mała dygresja – z doświadczenia słuchacza i miłośnika radia wiem, że najwięcej szkody i syfu temu medium przynoszą kolejne ekipy z politycznego nadania, absolutnie ze wszystkich opcji politycznych! Wszystkie unikalne audycje, cykle programów, wspaniałe kulturalno-edukacyjne projekty, absolutnie wszystkie, były i są po dziś dzień masakrowane przez politruków wszelkiej maści; to właśnie te pasożytnicze ścierwa najbardziej psują Polskie Radio i jego przekaz na przestrzeni wielu dekad! Może Marcin Hermanowski nie wyraża tego wprost, ale perfekcyjnie opisuje przypadki wywlania z anten rewelacyjnych audycji, zamykania całych redakcji (syf jaki zrobiono ze świetnym Radiem BIS, czy zmiany w Polskim Radiu dla Zagranicy, nie wspominając już o obecnym kształcie Polskiego Radia 24, którego, kurwa, nie da się słuchać z uwagi na upolitycznienie godne komunistycznego Radiokomitetu).

Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów, zawiera rzecz jasna informacje o innych okresach działalności Polskiego Radia, ale obejmuje także początki działania w Polsce radiofonii komercyjnej. Burdel nadawczy jaki panował na początku lat 90-tych XX wieku, to symptomatyczny czas. Wojna o częstotliwości, gangsterka w eterze, okres przejściowy pomiędzy dolnym (obowiązującym w Rosji i krajach byłego ZSRS) pasmem UKF, a nowym – górnym (tym obecnym: 87.5 – 108 MHz)… Hermanowski ze swoją opowieścią dociera aż do czasów współczesnych, gdzie radio stoi przed nowymi wyzwaniami. Niebagatelnym przedsięwzięciem jest cyfryzacja sygnału radiowgo w oparciu o technologię DAB+, coś co w Europie Zachodniej jest niemal standardem, u nas praktycznie się zaczęło (w DAB+ nadają wszystkie programy Polskiego Radia, łącznie z regionalnymi rozgłośniami). Mam przyjemność słuchania radia w DAB+ codziennie i namawiam wszystkich do kupna odbiornika DAB+! Na powrót zakochacie się w radiu!

Czego brakuje mi w tej książce? Kilku elementów. Przede wszystkim Autor nie rozwija szczegółowo technicznych aspektów działania stacji nadawczych. Brakuje mi również relacji ze słyszalności Polskiego Radia na przestrzeni lat, na długich, średnich i krótkich falach. Oprócz tego słabo opisano rynek odbiorników radiowych, a to mógłby być bardzo ciekawy rozdział!
Nie czepiam się, oczywiście. Mam świadomość, że jest to książka historyczno-popularyzatorska, a  nie techniczne archiwum.  Mimo tego, byłbym wniebowzięty gdyby w polskich księgarniach ukazała się opasła antologia nt polskiej radiofonii, obejmująca wszystkie ośrodki regionalne, opisująca szeczegółowo częstotliwości nadawania, moce nadajników, ich modernizację / wymianę.

Podsumowując: Radiofonia w Polsce…, to niezwykle cenna książka, którą powinni przeczytać wszyscy, którzy zachowali jeszcze choćby gram nostalgii w stosunku do radia oraz ci, dla których radio wciąż jest codziennym towarzyszem w życiu. Książka zawiera morze archiwalnych forografii dokumentujących działalność poszczególnych rozgłośni – jest na co popatrzeć, jest co wspominać!

***

Dla mnie osobiście temat pt.: Polskie Radio, to mega-emocjonalna sprawa. Po prostu szlag mnie trafia, gdy widzę, co dzieje się z poszczególnymi programami na przestrzeni ostatnich, powiedzmy, 20 lat. Spacyfikowano Polskie Radio BIS, absolutnie unikalny program edukacyjno-kulturalny, który wyraźnie odcinał się od gównianej popkulturowej masówki obecnej w komercyjnych shit-stacjach, który był źródłem wiedzy bez pierdolonych fajerwerków! Pewnych rzeczy nie da się sprzedać – pewne wartości i sposób ich przekazywania wymagają stabilnej formy jaką bez wątpienia było Radio BIS! Cholernie tęsknię za tym programem! W zamian mamy Czwórkę, która ni chu… nie jest kontynuatorką tej Czwórki z końca lat 80-tych. To niszówka dla juppies, przeładowana “alternatywną” papką muzyczną. Sorry, ale ja nie kupuję tego w ogóle!
Wiele lat temu Polskie Radio dla Zagranicy (zwane teraz Radio Poland) olało nadawanie na falach krótkich, co dla mnie jest szczególnym kurewstwem! Zresztą nie o mnie chodzi; tępaki odpowiedzialne za tą decyzję nie rozumieją tego, że to właśnie na falach krótkich słuchano Polskiego Radia na Ukrainie, Białorusi, w dalekich syberyjskich zadupiach Rosji, czy w zapomnianych polskich wioskach Kazachstanu. Do dziś przecież na olbrzymich tetytoriach Wschodu można zapomnieć o internecie, a radio jest jedynym oknem na świat! Zlikwidowano również na falach krótkich redakcję Esperanto, która powinna być prestiżową choćby z uwagi na fakt, że twórca języka międzynarodowego –  Ludwik Zamenhof – pochodził z Polski. Smutne, że w Espreanto nadają komunistyczne Chiny, a “fachowcy” od kierowania polityką Polskiego Radia położyli na to laskę.
Brakuje również programu informacyjnego z prawdziwego zdarzenia. To jak cudownie spierdolono Polskie Radio 24 jest dobitnym przykadem na to, że polityczne ścierwojady trzymające łapsko na Polskim Radiu rok po roku pogrążają polską radiofonię publiczną w morzu absurdu i szamba.
Jestem zdecydowanym przeciwnikiem “doganiania radiostacji komercyjnych” przez Polskie Radio. PR powinno być przedsięwzięciem autentycznie misyjnym – chcę by kasa, którą kradnie mi to pieprzone państwo została spożytkowana, a nie zmarnotrawiona! PISowskie buractwo z TVP dostaje jakieś kuriozalne miliardy na disco-polo, na jebnięte seriale, na teleturnieje dla półmózgów, na propagandę smoleńską, czy na gnioty w stylu TVP Rozrywka, a radio? Radio dogorywa, chociaż gdyby nie prawdziwi entuzjaści i profesjonaliści w tym medium, już dawno polityczne mutanty pożarły by i Dwójkę i Trójkę…

Kryzys w Polskim Radiu, to temat-rzeka… Conajmniej na kilka długich postów. Ja nie przestanę mieć nadziei na lepsze czasy dla PR. Przy rozsądnej polityce antenowej, radiofonia publiczna może jeszcze nie raz zakwitnąć, dając nam wszystkim autentyczną przygodę ze słowem, informacją i wyobraźnią!
Należy też uświadomić sobie prosty fakt. Nie ma drugiego tak unikalnego medium jak radio właśnie. Zachłyśnięcie się digitalizacją i transmisją internetową na nic się nie zda w przypadku jakichkolwiek poważnych kryzysów; w sytuacji, gdy nastąpi jakieś wielkie “bum!” na skalę kontynentalną / światową, znika internet, znika telewizja, nie ma prasy.. Pozostają prawa fizyki i fale radiowe… I książki w zgliszczach…

Surmiak-Domańska i Domosławski – tak się pisze biografie!

Podziel się:










0Shares

Katarzyna Surmiak-Domańska wzięła na warsztat Krzysztofa Kieślowskiego, a Artur Domosławski – Ryszarda Kapuścińskiego. Dzięki ich wnikliwej, tytanicznej pracy otrzymujemy dwa opasłe tomiszcza traktujące o życiu i twórczości dwóch bardzo ważnych person w polskiej rzeczywistości/kulturze XX wieku.

Zapomnijcie, że kupicie Non-fiction, Domosławskiego w jakiejkolwiek księgarni, czy to “papierowej”, czy internetowej… Nie ma szans. To wynik kuriozalnej, debilnej i chorej sprawy sądowej, inicjatorką której była żona Kapuścińskiego; w ten oto sposób, przy pomocy paragrafów, ocenzurowała ona wizerunek swojego męża zaprezentowany nam wszystkim przez Artura Domosławskiego. Fuksem olbrzymim udało mi się kupić Non-fiction z drugiej ręki (pierwsze wydanie ze Świata Książki 2010), z czego jestem meeega-zadowolony! Świetnie napisanych, a przy tym wartościowych książek nigdy dosyć!

Domosławski nie poszedł na łatwiznę i nie odwalił kaszanki w postaci paru wywiadów z “wyznawcami” Kapuścińskiego, nie napisał popłuczyn na kolanach przed mistrzem. Nie pastwił się nad Kapuścińskim, ale nie dawał mu również żadnej taryfy ulgowej. Dlatego też w książce przeczytamy otwarcie o Kapuścińskim-staliniście, o zachłyśnięciu się komunizmem, o tych symptomatycznych, powojennych spazmach w szponach nowego systemu. Przeczytamy też o super kumplach i przyjaciołach z KC PZPR, o jego pierwszych ścieżkach dziennikarskich, o zabłoconej prowincji PRL…
Domosławski dokonał tego, czego nie potrafi wielu biografów znanych ludzi: uwypuklił i pokazał w czytelnym świetle wieloaspektowość nie tylko osobowości swojego bohatera, ale i wielowarstwowość rzeczywistości, w jakiej ów bohater się porusza. Autor zrobił to bez wazeliniarstwa i dawania dupy konwenansom. Ta biografia jest po prostu napisana uczciwie i rzetelnie… Jako czytelnicy przechodzimy z Rysiem Kapuścińskim i jego komunistycznymi przyjaciółmi sporą wędrówkę – zarówno w wymiarze ontologicznym i aksjologicznym (vide wolta po śmierci Stalina i kolejna, po pojawieniu się Solidarności), ale ani na chwilę Domosławski nie pozwala nam zapomnieć o dziennikarskim dorobku Kapuścińskiego. Non-fiction jest perfekcyjnie wyważoną i zbilansowaną historią o człowieku nie tylko zagadkowym, ale i w pewnych aspektach do bólu zwyczajnym, jak my wszyscy.
Moja fascynacja Kapuścińskim trwała krótko. Zaczęła się od Chrystusa z karabinem na ramieniu; w pierwszej klasie technikum, szlifując swoją wiedzę rewolucyjną, jako młody anarchista, podpierałem się oficjalnymi wydaniami książek mogących przybliżyć mi specyfikę ruchów rewolucyjnych Ameryki Południowej i Środkowej (niejako “obok” czytałem tony trzecioobiegowych broszur, książek i publikacji anarchistycznych – nigdy nie zapomnę mrówczej pracy wydawnictwa Red Rat z Zielonej Góry i publikacji w kieleckim anarcho-zinie Lokomotywa Bez Nóg! To dzięki nim dowiadywałem się, dlaczego Kapuściński i autorzy takich książek jak: Rewolucja w imię Augusta Sandino, czy same Epizody wojny rewolucyjnej, Che Guevary, to komunistyczny shit, kolejny na tym świecie system ucisku, zniewolenia i zorganizowanej państwowej zbrodni.). Byłem też pod wrażeniem Wojny futbolowej, a Heban czytałem dwa razy . Z kolei Imperium ni chuuu… mnie nie ruszyło, albowiem już od lat kilku siedziałem w tematyce gułagowej i “obserwacje” Kapuścińskiego w upadającym ZSRR były dla mnie po prostu aksamitnym bullshitem. Krytyka tego systemu z ust “najsławniejszego dziennikarza XX wieku” była dla mnie śmiechu warta…
Lapidarianihil novi sub sole, naprawdę… Dopiero Podróże z Herodotem, pod względem formy i treści, wywarły na mnie naprawdę spore wrażenie. Cóż, Kapuściński miał doskonałe pióro, choć parafrazując klasyka, wielu szatanów za owym piórem stało.
Konkluzja odnośnie Non-fiction, Artura Domosławskiego: lektura absolutnie obowiązkowa! Starsza pani, która rozpętała całą sądową gnojówkę wokół tej książki nie rozumie elementarnych kwestii związanych z instytucją osoby publicznej jaką niewątpliwie był Ryszard Kapuściński… A  to że starszej pani niewygodnie jest czytać, że Rysio kobieciarzem był… no cóż… z zaściankowości się widocznie nie wyrasta…
Ja nie sprzedam swojego egzemplarza, ale szukajcie na aukcjach w necie wydania z 2010 roku. Nawet jeśli ktoś zachłanny zawoła wam 100 PLN, kupcie tą książkę – warto! Ja swoją zdobyłem za jednym zamachem wraz z książką Natalie Angier: Kobieta. Geografia intymna (wcześniejszy egzemplarz zostawiłem na squacie w Belgii) za 50 PLN za obie – uwielbiam gdy Szatan czuwa nad moim portfelem :D

Uwielbiam Trzy Kolory i Dekalog! Naczytałem się niegdyś tylu recenzji tych filmów, że aż śmiać się chce, co tzw. “eksperci od kina” widzieli w dziełach Kieślowskiego! A ja jednocześnie zakochałem się i w jego fabułach i w Zbigniewie Preisnerze. Nie wyobrażam sobie żadnego innego tła dźwiękowego w filmach Kieślowskiego, niż kompozycje Preisnera. Doceniam również przepiękny gest Preisnera po śmierci Krzysztofa Kieślowskiego, który napisał dla niego rozpierdalającą trzewia mszę: Requiem dla mojego przyjaciela! Gdyby NEUROSIS zagrało ten materiał, mógłbym umrzeć jutro.
… ale ale – mowa tutaj o wspaniałej biografii Krzysztofa Kieślowskiego: Zbliżenie, autorstwa Katarzyny Surmiak-Domańskiej. Uwierzcie mi, że już nikt nigdy nie napisze takiej książki o Kieślowskim! A dla biografa największym komplementem jest to, że na jego/jej polu już nikt nie podskoczy! Uwielbiam tą książkę, jest ona dla mnie kolejnym [coraz rzadszym – kurwa jego mać! – w ostatnim czasie] dobrem literackim, gdzie bohater potraktowany jest kompleksowo, z szacunkiem, wnikliwie, bez biletów ulgowych, bez wstydliwego pomijania tematów… hmm… nie tyle kontrowersyjnych, co spornych w kontekście -znowu – kolektywnej lukrowanej laurki dla Kieślowskiego.

Dopiero z tej biografii dowiedziałem się, jak wielkie znaczenie dla Krzysztofa Kieślowskiego miały jego dokumentalne produkcje, jak bardzo na samym początku swojej uniwersyteckiej drogi filmowej gardził fabułą. To cenna wiedza, gdy po raz n-ty oglądam Trzy kolory
Ale to tylko początek… Katarzyna Surmiak-Domańska w swej biografii dostarcza nam mnóstwo faktów z życia Kieślowskiego, rysuje dla nas – poprzez imponującą ilość znajomych, przyjaciół i członków rodziny – kompletny obraz skrytego i neurotycznego, acz do bólu systematycznego i konsekwentnego twórcy, który bezlitosnym bywa przede wszystkim dla siebie, mimo że często wykorzystuje swoją charyzmę w celach, powiedzmy, dyskusyjnych i artystycznie i egzystencjalnie.
Autorka daje nam ciężki gabarytowo tom wiedzy o człowieku niejednoznacznym moralnie. I to jest przepiękne! Dlaczego? Ano dlatego, że każda pieprzona jednostka ludzka jest niejednoznaczna moralnie! Spora część biografii, to batalie Kieślowskiego z partyjno-państwowym betonem, albo jakieś tam mini-mikro kompromisy z Zanussim (niegdyś szef studia filmowego, również “sławny reżyser kina moralnego niepokoju”, o którym nie będę pisał na tym blogu, bo nie warto) i innymi wtedy w-chuj-ważnymi…

Krzysztof Kieślowski był porównywany z największymi. I słusznie. Mnie najbardziej podoba się porównanie z Ingmarem Bergmanem. To twórca tego kalibru.
Kieślowski umarł z przepracowania i z powodu fajek. Wiadomo. A ja chciałbym uściskać Katarzynę Surmiak-Domańską i podziękować jej za tą wyjątkową biografię! To świetnie napisana książka o kimś, o kim wciąż – niestety – pierdoli się mnóstwo komunałów, quasi-uwielbień i… rzygać się chce!
Te biografie, to absolutnie obowiązkowa lektura dla WSZYSTKICH – dowiedzcie się, jak pisze się rewelacyjne książki o innych ludziach!