дискраст zawęża tematykę | Zmian kilka na blogu | Protokół Gemini

Podziel się:
0Shares

Cóż, kiedyś to musiało się wydarzyć… дискраст zostanie dość radykalnie odchudzony tematycznie, uporządkowany i przygotowany stricte pod tematykę rosyjską, czy ogólnie wschodnią.

Decyzja o skupieniu się na w miarę spójnej tematycznie treści chodziła za mną już dawno, ale jakoś nie miałem ani weny, ani konkretnego pomysłu co do tego, jak miałoby to wyglądać. Pomoc w podjęciu decyzji przyszła nieoczekiwanie – w ostatnich kilku dniach.


W alternatywnych sieciach społecznościowych (Mastodon, diaspora*, Pleroma, GNU Social…) coraz częściej zaczęły pojawiać się wiadomości od ludzi, którzy zaczęli testować nowy internetowy protokół o nazwie Gemini. Gemini – w dużym skrócie i bez zbędnych technicznych szczegółów – to bardzo minimalistyczna alternatywa dla protokołu https, skupiająca się szczególnie na tekście, nie wymagająca takich “wynalazków” (powszechnie występujących w każdej współczesnej stronie internetowej) jak JavaScript, ciasteczka, wodotryski, a co za tym idzie, morze trackingu, wolne działanie stron, wolne ładowanie się grafiki / video i inne niespodzianki.
Gemini jest “podrasowaną” formą protokołu Gopher. Gemini, to prostota, bezpieczeństwo i ogólność. Protokół ten akcentuje pracę z tekstem, zamiast miliona “ozdobników” tak oczywistych na każdej “nowoczesnej” stronie internetowej; gemini, to bloki tekstowe, odnośniki do innych stron/podstron/grafik w osobnych liniach – czytelność i prostota formy. Gemini, to nie minimalizm dla samego minimalizmu, ale raczej powrót do początków, gdy to informacja była najważniejsza, gdy strony ładowały się szybciej. O wiele łatwiej będzie wam zrozumieć, w czym rzecz, gdy spojrzycie na screeny poniżej, na których znajdują się interfejsy klientów Gemini (czyli przeglądarek obsługujących protokół gemini; protokół ten bowiem działa na zasadzie: klient-serwer).

moja kapsuła gemini w przeglądarce Lagrange

Gemini powstał w 2019 roku i oczywiście od razu znaleźli się krytycy tegoż. Pojawiły się głosy wiecznych malkontentów, że to niepotrzebne, że ten sam efekt można osiągnąć również w tradycyjnym protokole http, że to głupi minimalizm, że brzydkie, że nikt nie będzie tego używał, że nuda itd…

przeglądarka Amfora
przeglądarka Amfora | intro mojej strony
przeglądarka Amfora | strona “o mnie”
przeglądarka Lagrange w wersji kolorystycznej, bez konsolowych fontów typu Monospace

A mnie gemini mega zafascynował! Doceniam jego prostotę i kocham jego minimalizm! Strony w gemini, to tekst i linki. Nic więcej. To informacja, czysty przekaz, treść. Czasem to również zabawy z artami i grafikami tworzonymi w ASCII (vide “nuklearne” logo mojego bloga w gemini – powyżej). Mimo tego, społeczność używająca protokołu gemini zajmuje się w necie dokładnie tym, czym zajmują się inni powszechnie publikujący na stronach http. Piszą blogi, udostępniają swoją twórczość, wymieniają się wolnym oprogramowaniem, wiedzą, doświadczeniami. W gemini udostępniona jest np. Wikipedia, YouTube, serwisy informacyjne, bazy danych, W gemini możesz słuchać radia, muzyki, korzystać z wyszukiwarek, cieszyć się informacjami z KAŻDEJ możliwej dziedziny. Różnicą jest jedynie forma – tekstowa; strony otwierają się błyskawicznie, nacisk położony jest na konkret, a nie na fajerwerki reklam, bannerów, dodatków, pop-upów – to właśnie przez ten cały śmieć gemini jest bardzo bezpiecznym rozwiązaniem! Każda przeglądarka gemini ma swój fingerprint, brak ciasteczek sprawia, że w protokole tym jesteśmy o niebo lepiej chronieni przed trackingiem, spywerem itd.

Co trzeba zrobić, aby przeglądać strony w protokole gemini? Nic wielkiego. Wystarczy jedynie zainstalować klienta gemini, czyli przeglądarkę. Tylko tyle. Dostępnych jest naprawdę wiele przeglądarek dla wszystkich najpopularniejszych systemów operacyjnych (Windows, iOS, Linux, BSD, Android), więc nie ma żadnej przeszkody, by nie rozpocząć przygody z minimalistycznym internetem! :)

Dlaczego o tym wszystkim piszę tak szczegółowo? Przyczyna jest bardzo prosta. Oto bowiem дискраст przechodzi metamorfozę: na obecnym blogu pozostaną jedynie wpisy odnoszące się do sytuacji w Rosji, do historii tego kraju, literatury i wszelkich innych aspektów życia. Oczywiście będę również poruszał tu kwestie związane z krajami byłego ZSRS – najogólniej rzecz ujmując, дискраст od teraz staje się blogiem “rosyjsko-wschodnim” w swoim wydźwięku i to właśnie taka tematyka będzie tu królować.

Co z innymi tematami, sprawami, pasjami z mojej strony? Otóż wszystko to będę publikował właśnie w protokole gemini – w minimalistycznej formie. W tym celu właśnie uruchomiłem własną kapsułę i gemlog w gemini. Skąd te kosmiczne określenia? Taki jest bowiem rodowód nazwy owego protokołu i ma swoje źródło w programie NASA, o nazwie Gemini właśnie (więcej naprawdę ciekawych szczegółów odnośnie nazwy i tego jak ma się ona metaforycznie do statusu protokołu w środowisku internetowym, przeczytacie w FAQ Gemini). Capsule, to po prostu prywatne miejsce w protokole gemini, twoja kapsuła, w której zamieszczone są treści publikowane przez ciebie, w tym tzw. gemlog – nazwa powstała z połączenia dwóch słów: gemini + blog. Inni używają również formy glog.

Moja kapsuła gemini funkcjonuje pod adresem:

gemini://nuclear.discrust.pl

Jeśli tradycyjne adresy internetowe rozpoczynają się od http:// lub https://, adresy gemini rozpoczynają się od: gemini:// – to będzie stały widok w twojej przeglądarce gemini.
Dwie polecane przeze mnie przeglądarki gemini pracujące na Windowsie, to Agregore Browser i Lagrange – przeglądarka cross-platform, dostępna również na Linuxa, BSD i macOS. Bardzo wygodna, elegancka i świetnie działająca pod protokołem gemini. Przeglądarką na iOS jest Elaho.
Klientów gemini na Linuxa jest tyle, że ciężko wszystkie wymienić.. W wresji GUI jak najbardziej polecam w/w Lagrange, a w konsoli koniecznie wypróbujcie Amforę! Jak dla mnie to najlepsza i najwygodniejsza przeglądarka gemini jaka istnieje.

Jeśli chcecie sami mieć swój blog w protokole gemini, ale nie do końca jeszcze wiecie, z czym to się je, możecie skorzystać z możliwości tworzenia bloga ze strony http, poprzez serwis gemlog.blue. Poza tym mocno polecam odwiedzenie tej strony i poczytanie o szczegółach projektu gemini.

Myślę, ze дискраст nabierze nowego kolorytu i stanie się ciekawszym blogiem z racji skoncentrowania się na jednolitej tematyce. Nie kasuję wcześniejszych postów nie związanych z Rosją, nie robię strukturalnych przemeblowań; wszystko, co do tej pory tutaj zamieściłem, pozostaje. Jedyna różnica będzie taka, że kolejne wpisy będą wyłącznie “rosyjskie” lub “wschodnie”, a kwestie związane z moimi filozoficznymi glutami, z Linuxem/BSD, anarchizmem, jakieś moje miniatury prozatorskie i każdy inny temat – wszystko będzie dostępne w mojej nuklearnej kapsule gemini, na moim gemlogu.

Zapraszam wszystkich serdecznie do zainstalowania przeglądarki gemini (w razie problemów, służę pomocą – odezwijcie się na Telegramie, mailem, przez Jabbera, na IRCu, jak chcecie…), do odwiedzenia mojej kapsuły i do zainteresowania się tematem… A дискраст funkcjjonuje dalej, tyle że w zawężonej formie :)


Przepiękne fotografie prowincjonalnej Rosji:
Alexandra KampinskiFacebook | Instagram

Wolność w sieci | Mój debianoid

Podziel się:
0Shares

Rzygam już tą burzą wokół zablokowania kont społecznościowych Trumpa i innych prawoskrętnych ścierwojadów. Cała “afera” ma kompletnie żenujące podłoże i przede wszystkim mówi nam o jednym: polityczne świnie maści wszelakiej, dziennikarze i tzw. “opinia publiczna”, to koszmarnie tępa masa idiotów, która nie ma zielonego pojęcia, o czym mówi. Oto bowiem z faktu, iż Faceshit, Twitter, czy YouTube stosują mechanizmy banowania określonych kont, wyciąga się z automatu wniosek, że jest to “zagrożenie dla wolności w sieci”, a zatem uznaje się tą korelację za naturalną i oczywistą, choć tak naprawdę to kompletna bzdura i niebezpieczny kierunek w myśleniu o przestrzeni internetowej i wolności w niej.

Zacznijmy może od podstaw. Otóż Facebook, Twitter, YouTube, Google, Instagram i szereg innych korporacyjnych, scentralizowanych usług społecznościowych, z których korzysta tzw. większość, to ewidentne i pozadyskusyjne pogwałcenie wolności swoich użytkowników. Kropka. Korzystając z w/w sieci (usług), a zatem akceptując terms of service, automatycznie zrzekamy się wolności, stajemy się produktem na rynku danych, zostajemy zmieleni przez miliony algorytmów, a nasze dane i metadane są pieczołowicie gromadzone na serwerach tych gigantów, lub są udostępniane innym graczom na globalnym rynku. Jesteśmy nikim, jako świadomy podmiot ruchu internetowego nie istniejemy w w/w sieciach (to tylko kilka skromnych przykładów – w rzeczywistości każdego dnia sprzedajemy się wielu innym koncernom).

Obecnie mamy do czynienia z osobliwą, internetową formą syndromu sztokholmskiego, kiedy to sami użytkownicy tych sieci rozlewają krokodyle łzy nad tym, że sieci banują, blokują, usuwają! Wielkie oburzenie! Kiedy dodatkowo słyszę, że tzw. “poważni dziennikarze” krzyczą: to zagrożenie dla demokracji!, mój wkurw osiąga poziom krytyczny! Jak można być tak bezdennie głupim?! Jak można pierdolić takie chore brednie?!
Scentralizowane, korporacyjne sieci społecznościowe banują i usuwają, bo po pierwsze chcą i mogą to robić, a po drugie, użytkownicy tychże pokornie się na to godzą, akceptując kolejne zmiany w regulaminach, które sukcesywnie wysysają resztki quasi-swobody wypowiedzi… Jak można dobrowolnie zgodzić się na cenzurę i ograniczenia wypowiedzi, a potem płakać nad “wolnością”?! Czy wy macie po kolei w głowach?

Oczywiście spora część użytkowników tych sieci zdaje sobie sprawę, że jest coś nie tak z ich swobodą poruszania się i wypowiedzi, ale ulega stadnemu przywiązaniu do produktu, marki i “społeczności” – wszyscy mają Facebooka… Twitter jest tak popularny! jak to? bez Google? a jak coś wyszukać w sieci? Te debilne pytania [retoryczne] pojawiają się tak często…
Wszystkie scentralizowane sieci społecznościowe, to gwałciciele wolności i realne zagrożenie dla swobody jakiejkolwiek wypowiedzi. To oczywisty fakt, z którym nie ma sensu się spierać.

Wspomniany wyżej syndrom uzależnienia od oprawcy skutecznie blokuje próby wyzwolenia się z sideł korporacyjnych mediów internetowych; coraz częściej zrezygnowanie z używania Facebooka, czy Instagrama poczytywane jest za nie lada wyczyn, porównywalny z rzuceniem alkoholu, czy dragów. Z drugiej jednak strony korporacje tego typu nie śpią i robią wszystko, by przywiązywać ludzi do siebie jeszcze mocniej (szerzej piszę o tym w poście nt. jednego z filmów Netflixa).
Kolejnym, znanym przecież powszechnie, przykładem na to, że najbardziej znane sieci społecznościowe i korporacje internetowe mają głęboko w dupie jakąś tam wolność (poza – rzecz jasna – wolnością do własnej, możliwie nieskrępowanej działalności) jest ich ścisła współpraca z reżimami gwałcącymi wszelkie prawa człowieka (Rosja, Iran, Chiny, Białoruś itp.), lub z reżimami gwałcącymi tylko część owych praw (USA). Współpraca ta zakłada względną swobodę działania w danym kraju, pod warunkiem blokowania newralgicznych, niewygodnych dla reżimów informacji, lub przekazywanie [meta]danych użytkowników psom reżimów.

Internet powinien zostać wolny i anonimowy w takim zakresie jak to tylko możliwe do osiągnięcia. Tutaj nie ma żadnych kompromisów!
O ile kompletnie mnie nie obchodzi, że Faceshit, czy Twitter blokują konta jakichś prawicowych zjebów (skoro są na tyle tępi, że korzystają z sieci, które w regulaminach mają zawarte restrykcje, cenzurę i możliwości banowania – to ich pieprzona sprawa), o tyle nie godzę się na jakąkolwiek cenzurę (nawet owych prawicowych zjebów!) w internecie w ogóle! O ile w duchu cieszę się, że multikorporacje w ramach usług które świadczą, blokują politycznych palantów i wszelkie naziolstwo, a oni z kolei nie przymuszeni zakładają konta w tych sieciach, o tyle jestem przeciwny jakimkolwiek ograniczeniom wypowiedzi i aktywności w sieci (poza czołowymi scentralizowanymi machinami web social) – bez względu na to, jakich grup społeczno-politycznych to dotyczy.

Istnieją rozwiązania i sieci społecznościowe zbudowane na zupełnie innych pryncypiach: zupełnej wolności wypowiedzi, pozbawione cenzury, pozbawione zarządów, od których zależy profil danej sieci. To sieci zdecentralizowane, których struktura jest totalnie oddolna, oparta o otwartoźródłowe oprogrmowanie (free and open source software – FOSS), gdzie każdy użytkownik może postawić swój własny serwer z oprogramowaniem kompatybilnym z daną siecią i tam głosić swoje poglądy – na równi z innymi serwerami podłączonymi do sieci.
Tak właśnie działają wolne projekty typu: diaspora*, Mastodon, Fediverse, PeerTube, GNUSocial, protokół Jabber/XMPP i wiele wiele innych. Rozproszona, ale połączona sieć serwerów bez jakiejkolwiek hierarchii, bez centrum nadzorującego, gdzie to sami użytkownicy decydują o zawartości sieci społecznościowej, nie ograniczani przez kogokolwiek z zewnątrz.

Jeśli okazuje się, że w takich zdecentralizowanych sieciach pojawia się np. ktoś, kto ma ochotę postawić sobie swój serwer i skupiać na nim ludzi, którzy rzygają rasizmem, homofobią, faszyzmem, religijnym ekstremizmem, sprawa jest do ogarnięcia w kilka minut. To ja, jako indywidualny użytkownik , jako świadomy podmiot w owych sieciach blokuję do siebie dostęp treści, które uważam za gówniane i szkodliwe. Co więcej – ludzie w wolnych sieciach społecznościowych błyskawicznie wyłapują treści, z którymi się nie zgadzają i – metodą domina – serwer za serwerem, odcinają się od serwera z chorymi treściami. Ponadto – w każdym innym przypadku, w owych zdecentralizowanych sieciach i poza nimi – istnieją przecież grupy hacktywistów, którzy dokonują ataków na naziolsko-nacjonalistyczno-rasistowskie portale/serwery, niszczą infrastrukturę i na własną rękę walczą “partyznacko” w sieci w celu zniszczenia takich delikwentów; walka zamiast urzędniczo-kapitałowej cenzury! Świadome odsiewanie gównianych informacji od tego, z czym sami się zgadzamy i co jest nam bliskie! Ale wara państwu i korporacjom od internetu – te molochy zawsze blokują, ograniczają i zamykają “na ślepo”; dziś Trump, a jutro ty i twoi znajomi, bo w swoim mieście walczycie o nowy park, zamiast deweloperskich “szklanych domów”. Dziś naziole i homofoby, a jutro ty i twój blog, który nie podoba się jakiemuś fiutkowi z Rady Miejskiej.

Wolnością się nie handluje, wolności się broni! Dlatego zamiast kopać się z koniem, który kradnie twoje dane, knebluje ci gębę, cenzuruje za kawałek cycka na zdjęciu w sieci społecznościowej, czy za niepoprawne politycznie słowa, słówka, akcenty, warto pójść po rozum do głowy , skasować wszelkie profile w “oficjalnych sieciach społecznościowych” i… odetchnąć pełną piersią! Owszem, owe sieci będą przechowywać dane, których im dostarczyłeś/-aś – trudno, płacisz cenę za swoją głupotę.

Wyłącz internet w telefonie i w domu na klika dni. Idź na spacer, posłuchaj muzyki, poczytaj książkę, spotkaj się ze starym kumplem, odwiedź babcię… Wytrzymaj bez jebanego klikania i twitterowania przez dwie, trzy doby…
Potem zrób sobie kawę, usiądź przed kompem…
To dobry czas, by zastanowić się nad podjęciem kilku ważnych kroków, które zapewne nie uczynią cię totalnie wolnym w internecie, ale mocno ograniczą wpływ i dostęp do twojego komputera czynnikom trzecim. Tak, istnieją alternatywy dla Facebooka i Twittera! Tak, istnieje “niezależny Instagram”! Oczywiście, masz możliwość publikowania swoich treści video w alternatywnych wobec YouTube’a portalach! Jasne, że masz ogromny wybór wśród wolnych, otwartoźródłowych i bezpiecznych, nie szpiegujących cię komunikatorów, które zastąpią Viber, WhatsApp i Messenger! Możesz odzyskać kontrolę nad swoimi danymi, którymi dzielisz się ze znajomymi! Możesz prowadzić konferencje nie używając Zoom’a!

Trzeba tylko chcieć i zrobić ten pierwszy krok!
W komentarzach do tego posta i na naszym czacie w Telegramie (namiar na niego znajdziecie w zakładce “o mnie | kontakt” oraz w prawej kolumnie obok) możecie zadawać konkretne pytania odnośnie alternatyw dla mainstreamowych i ograniczających swobodę komunikacji / wypowiedzi mediów internetowych. W miarę skromnych możliwości, postaram się pomóc i odpowiedzieć na wszystkie wasze pytania!


Mój debianoid, Sparky Linux, ma się rewelacyjnie! Nie wiem, na jakiej zasadzie to działa, ale z Windowsem pożegnałem się 21 lat temu i od tamtej pory wciąż jaram się jak dzieciak tym, że używam Linuxa! Bez dwóch zdań – Linux, to moja pasja, ale i zwyczajna radość i komfort pracy na systemie operacyjnym, który od A do Z jest mój, którego konfiguruję stricte pod swoje potrzeby, który jest jak druga skóra. Działa jak ja chcę i wygląda jak chcę. Ogranicza mnie wyłącznie moja wiedza i wyobraźnia.

i3 – clean

i3 – dirty

Wciąż w codziennej pracy z kompem używam menadżera okien i3, a więc minimal, w 80% przypadków aplikacje konsolowe i wygoda nawigacyjna. Przyzwyczajenie do tiling window managers sprawia, że dosyć niechętnie człowiek przestawia się na “klikalne” środowiska graficzne, choć ja wiedziony nostalgią i pewnym przywiązaniem, przełączam się czasem na XFCE. Ostatnio miała miejsce aktualizacja tego środowiska graficznego do wersji 4.16, chociaż nie zauważyłem żadnych przełomowych zmian, XFCE pracuje mega-stabilnie i płynnie; wiadomo, że łyka ono nieco więcej zasobów CPU, aniżeli lekkie i szybkie i3, ale wciąż XFCE pozostaje środowiskiem graficznym w kategorii lightweight. Zresztą przy 16GB pamięci RAM na moim Dellu, kompletnie nie czuję obciążenia samym XFCE.

XFCE

Co poza tym? Otóż jakiś czas temu przeniosłem się na nową powłokę. Nie pamiętam, czy wspominałem o tym tutaj, czy tylko na kanale tego bloga na Telegramie (zaglądajcie tam, albowiem na kanale wrzucam naprawdę dużo małych, postrzępionych wiadomości, z których nie chce mi się robić osobnych postów – nie tylko ze świata Linuxa, ale i jakieś wtręty muzyczne, obserwacje wszelakie, ciekawe grafiki z netu, interesujące linki itd. ), w każdym razie porzuciłem domyślną powłokę bash, na rzecz powłoki fish.
Zmiana powłoki w Linuxie nie jest niczym skomplikowanym, a korzyści z takiej zmiany bywają zaskakujące, przynajmniej dla mnie, linuksiarza, który nie pisze kodu i nie musi brać udziału w niekończących się dyskusjach nt. tego, czy lepszy jest bash, czy zsh, czy fish itd.

powłoka fish w xfce4-terminal
jedno z narzędzi do konfiguracji prompta dostępne w powłoce fish

Powłoka fish charakteryzuje się prostotą obsługi i ogromem udogodnień, m.in. takich jak perfekcyjne autouzupełnianie komend (nieskończony limit ich zapamiętywania), mega-czytelne kolorowanie składni, bogaty panel konfiguracji powłoki przy pomocy komendy: fish_config, która uruchamia panel konfiguracyjny w domyślnej dla systemu przeglądarce. Fish, to także super-szybkie tworzenie aliasów, dzięki czemu długie komendy zamieniasz w jedno łatwe do zapamiętania wyrażenie (które po wpisaniu jednej, bądź kilku liter i tak zostanie ci podpowiedziane w terminalu).
W porównaniu ze starym bashem, fish to dla mnie wieeelka wygoda i szybkość pracy w konsoli. Polecam wszystkim wypróbowanie tej powłoki!

Zainstalowałem ncspot – konsolowy Spotify player i od razu się w nim zakochałem! ncspot jest prosty, czytelny, łatwy w nawigacji i w wersji CLI oferuje wszystkie funkcje dostępne w “reżimowej” wersji aplikacji Spotify…
Wyszukiwanie, albumy, artyści, playlisty, podkasty, tworzenie własnych kolejek – jest wszystko czego potrzeba do obsługi Spotify Premium. Polecam!

ncspot – konsolowa wersja Spotify Premium w akcji

Ponadto, w ostatnim czasie ostatecznie zdecydowałem się na używanie GNU screen’a jako domyślnego multipleksera. Dlaczego nie wybrałem – jak olbrzymia większość linuksiarzy – tmuxa? Bo nie :D Taki kaprys. Przyzwyczaiłem się do screen’a i spełnia on wszystkie moje zachcianki w materii nowych okien i wirtualnych powłok w terminalu, a wygląda on u mnie tak:

GNU screen

Odświeżyłem też nieco wygląd mojego weechata. To mój ukochany klient IRC i mogę w nim dłubać w nieskończoność! Zmieniłem nieco znaczniki i symbole, zastępując je FontAwesome (m.in. strzałki wejść i wyjść z kanałów – vide screenshot poniżej) i dodając dodatkowe odstępy w liście uczestników kanału dla lepszej czytelności. Zmieniłem też skrypt sortujący kanały i listę serwerów…

sesja screen: weechat, profanity (klient XMPP) i rtv (konsolowy czytnik Reddita)

Hmm… to chyba na tyle… Jeszcze raz zapraszam wszystkich na kanał tego bloga w Telegramie (podgląd tego kanału znajduje się w kolumnie po prawej) i na nasz czat tamże! Komentujcie, czytajcie, krytykujcie!

Mój Sparky – krótko o tym, co nowego

Podziel się:
0Shares

Na pokładzie mojego Sparky’ego wszystko śmiga wyśmienicie! Sparky Linux (warto podkreślić, że to projekt polskiej ekipy związanej z portalem i forum linuksiarze.pl), to meeega wygodny i zawsze świeży system operacyjny, a praca na nim to płynna, wygodna i dająca wiele radości sielanka. Sparky, w odróżnieniu od wielu innych debianoidów (czyli dystrybucji Linuxa bazujących na Debianie), nie pracuje w oparciu o stabilną gałąź Debiana – jego repozytoria pochodzą z gałęzi testing / unstable (sid). Dzięki temu niemal codziennie otrzymujemy aktualizacje systemu / aplikacji, nasz system pracuje bez żadnych zgrzytów, a świeże pakiety sprawiają, że nasz Linux jest always fresh.
Nie zmieniałem praktycznie niczego w wyglądzie pulpitu pod i3. Chyba wyczerpałem limit czasu na konfigurację dotfajli w menadżerach okien. Pozostaję przy i3, bo spełnia swoje zadania perfekcyjnie i najwygodniej nawiguje mi się właśnie w nim… Przy okazji – bardzo mocno polecam zajebisty kanał jutubowy: DistroTube, traktujący ogólnie o dystrybucjach Linuxa, ale również o tiling window managers, takich jak i3 właśnie. Koleś skutecznie zaraża entuzjazmem do tych najwygodniejszych i najbardziej praktycznych menadżerów okien pod Linuxa / BSD. Znajdziecie go też na Telegramie.

i3 – clean
i3 – dirty

* * *

Jeszcze do niedawna można było w repozytoriach wielu dystrybucji Linuxa znaleźć fajną apkę do słuchania radia z interfejsem GUI. Nazywała się ona gradio i spełniała swoją rolę całkiem całkiem. Obecnie gradio jest martwe, ale jednocześnie “przepisano” aplikację w języku Rust i nazwano Shortwave.
Nazwa, rzecz jasna, myląca, albowiem Shortwave nie służy do słuchania audycji krótkofalowych w necie, a po prostu streamuje wszelkie możliwe stacje radiowe na świecie, w większości przypadków nadające na falach ultrakrótkich (FM) i w internecie. Streamów mamy całe mnóstwo (choć wydaje mi się, że baza Shortwave nie jest tak obszerna, jak np. baza mojego radioodbiornika internetowego Medion, czy apki PCRadio na Androida, ale mogę się mylić), a wszystkie zgromadzone są w bazie publicznej dostępnej dla wszystkich na Community Radio Browser, gdzie każdy z nas może swobodnie dodawać kolejne streamy znanych sobie radiostacji.

Interfejs programu Shortwave – moja lista radiostacji

Sto lat świetlnych temu, gdy odkryłem konsolowy odtwarzacz audio: moc (music on console), polubiłem go za prostotę, ale szybko zdałem sobie sprawę, że już na starcie przegrywa on z innym konsolowym zestawem: ncmpcpp + MPD (music player daemon), a były to czasy gromadzenia na dyskach tysięcy mp3; już wtedy uznałem, że moc będzie pełnić rolę wyłącznie odtwarzacza radiowego w moim Linuxie. I tak pozostało do dzisiaj.
Instalujemy moc, odwiedzamy Community Radio Browser, wyszukujemy ulubione stacje radiowe (aktualnie wszystkich stacji w bazie jest 27593) i zapisujemy do plików interesujące nas streamy. W konfiguracyjnym pliku moc zaznaczamy nasz folder ze streamami jako główny folder muzyczny (chociaż to nie konieczne, albowiem moc zapamiętuje ostatnią lokalizację, więc wystarczy raz wejść w folder streamowy, by po ponownym otwarciu znowu nawigować w tymże folderze) i… mamy zajebiste radio w konsoli, a jednocześnie alternatywę dla Shortwave. Dzięki temu oszczędzamy na zasobach (graficzny interfejs odpada jako proces) i mamy radio w terminalu, co o niebo lepiej wygląda i faktycznie lepiej integruje się z resztą systemu – jeśli korzystamy z menadżerów okien.
U mnie wygląda to tak:

moc, jako odtwarzacz radiowy

* * *

Firefox 81.0
Opera 71.0

Po tym, jak Mozilla dokonała sporych cięć kadrowych, pozbywając się wielu doświadczonych programistów i pracowników zżytych z projektem Firefox, społeczność userów zaczęła się skarżyć na “słoniowatość” przeglądarki i dramatyczny spadek szybkości działania i ogólnej wydajności (w porównaniu z wcześniejszymi wydaniami Firefoxa, czy w porównaniu z głównym rywalem – Chrome). Problemy pojawiały się w materii nadmiernego zżerania RAMu przez Firefoxa, czy zbyt wolne ładowanie cięższych stron.
Nie będę zagłębiał się w rzekomą korelację pomiędzy kadrową polityką Mozilli, a działaniem mojej ukochanej przeglądarki, ale fakt pozostaje faktem: wersje 79.0 i 80.0, to był, kurwa, dramat, przynajmniej na Linuxie. Po wejściu na stronę reddita (znana strona-walec, rozjeżdżająca RAM jak plastelinę), Mastodona i odpaleniu klienta [matrixa] w przeglądarce (Element), Firefox zasysał 6-7GB RAMu.
Wkurzony postanowiłem zobaczyć, co słychać u Opery. Zaskoczenie było spore, bo wszystkie w/w strony odpalone jednocześnie w Operze śmigały bez większych problemów (inną sprawą jest to, że mój Dell ma 16GB pamięci RAM); zrobiłem wtedy porównawcze screeny monitora procesów htop, najpierw filtrując wyniki Firefoxa, a potem Opery. Szkoda, że usunąłem już screeny, ale wyniki były ewidentnie bardziej korzystne dla Opery.

Sytuacja radykalnie poprawiła się po wydaniu 81.0 Firefoxa, kiedy to strony na powrót zaczęły ładować się płynnie i szybko, RAM pozostał na spoko poziomie, a temperatura na procesorach znacznie spadła.
Nie wiem, czy to wybitnie moja przypadłość, ale sądząc po wielu krytycznych głosach np. na r/Firefox, inni też miewali we wcześniejszych wydaniach kłopoty z wydajnością przeglądarki. Osobiście baaardzo mocno kibicuję ekipie Mozilli i namawiam do tego was wszystkich, gdyż Firefox jest jedyną tak mocną na rynku alternatywą z rodziny free software i w interesie nas wszystkich jest rosnąca popularność tej przeglądarki!

Mobilne wydanie Firefox Daylight 81.0 dla Androida, to również sporo zmian, również wizualnych. Strona startowa z możliwością zmiany położenia paska adresu (góra – dół), to zajebiste udogodnienie. Strony otwierają się mega-płynnie, synchronizacja z desktopowym Firefoxem też działa bez zarzutu. Przy dodatkowych ustawieniach anti-tracking (domyślnych w wersji 81.0) oraz przy zainstalowanych dodatkach typu NoScript, mamy świetnie funkcjonującą i relatywnie bezpieczną mobilną przeglądarkę w smartfonie.

Czary mary – użyteczne duperele w Linuxie

Podziel się:










0Shares

Kilka przydatnych i ciekawych tricków ułatwiających życie przeciętnemu userowi Linuxa..

 

Firefox 75.0 – goodbye, new adress bar!

 

Firefox 75.0 – nowy pasek adresowy

Po pierwsze: mega-wkurwiający “nowy” pasek adresowy w Firefoxie! Po aktualizacji do wersji 75.0, w Firefoxie pojawił się “innowacyjny” pasek adresowy, pokazujący osiem najczęściej odwiedzanych stron, aby rzekomo ułatwić nawigację w przeglądarce… Hmm… co to jest osiem stron? Gdy korzysta się z przeglądarki pół dnia, ma się posegregowane zakładki w grupach, osiem zakładek, to zaledwie 1/4 jednej z moich grup. Rzecz kompletnie zbędna, jak dla mnie.
Z pomocą jak zwykle w takich sytuacjach przychodzi strona zaawansowanych ustawień: about:config. Wpisujemy więc w oknie adresowym: about-config i w polu wyszukiwania wstukujemy:

  • browser.urlbar.openViewOnFocus
  • browser.urlbar.update1
  • browser.urlbar.update1.interventions
  • browser.urlbar.update1.searchTips

Przy wszystkich tych opcjach zmieniamy wartość z “true” na “false” i… gotowe!  Po restarcie Firefoxa cieszymy się starym dobrym paskiem adresowym…

 

Convert – “sklejaj” swoje screeny i zdjęcia!

 

screenshoty połączone wertykalnie przy pomocy polecenia: convert

Czasem chcielibyśmy połączyć w jednym pliku kilka screenshotów, aby pokazać nasz pulpit w wersji clean – bez otwartych okien i dirty – z GUI / CLI aplikacjami, albo z kilku[nastu] okien konfiguracyjnych danej aplikacji zrobić swoisty tutorial i w jednym rzędzie zaprezentować proces ustawień, bez straty jakości plików graficznych. Możemy również zapragnąć połączyć nasze zdjęcia sprzed 5, 10 i 15 lat, by pokazać naszej drugiej połówce jak pięknie się starzejmy :D
W tym celu możemy wykorzystać konsolowe narzędzie o nazwie convert. Jest to  “gadżet” funkcjonujący w ramach pakietu imagemagick, zatem instalujemy go najpierw:

  • $ sudo apt install imagemagick

Następnie otwieramy terminal i wchodzimy w lokalizację z fotami / screenami, które chcemy połączyć:

  • cd ~/moje_foty

Składnia polecenia dla połączenia ze sobą kilku plików graficznych wertykalnie, wygląda tak:

  • convert -append 1.jpg 2.jpg 3.jpg 123.jpg

gdzie 1.jpg, 2. jpg… itd. to nazwy kolejnych plików, które chcemy połączyć “w pionie”, a 123.jpg, to nazwa pliku wyjściowego, a więc tego, który pojawi się jako efekt “sklejenia”. W praktyce wygląda to tak, jak na screenie powyżej (z lewej). Natomiast polecenie ze zmienną +append łączy nam wybrane pliki horyzontalnie:

  • convert +append 1.jpg 2.jpg 3.jpg 123.jpg

Jeżeli zechcemy zmniejszyć / zwiększyć nasz wyjściowy obrazek (lub jakikolwiek inny), możemy to zrobić procentowo, lub podając konkretną rozdzielczość przy zmiennej resize:

  • convert -resize 30% plik-oryginalny.jpg plik-wyjściowy.jpg
  • convert -resize 800x600 plik-oryginalny.jpg plik-wyjściowy.jpg

Inne ciekawe opcje znajdziecie w manualu:

  • $ man convert

 

Gogh – upiększamy swój terminal

 

Jeśli wśród was są użytkownicy takich terminali jak: gnome-terminal, tilix, panthenon-terminal, albo xfce4-terminal, możecie w mega-prosty sposób powiększyć ilość kolorystycznych schematów w swojej konsoli. Jak przydatne są kolory w terminalu, wie każdy, kto używa go na codzień.
Gogh, to rozwiązanie idealne dla tych, którym nie chce się samemu ślęczeć nad tworzeniem kolorystycznej palety w terminalu. Rozwiązanie jest banalne. Otwieramy jeden z w/w terminali (tylko one, póki co, są wspierane) i wpisujemy (jako normalny user, $):

  • $ bash -c "$(wget -qO- https://git.io/vQgMr)"

Pojawia się nam logo “Gogh” wraz z listą 190 schematów kolorystycznych – ich podglądy znajdziecie znajdziecie na stronie projektu (posegregowane w grupach: dark i light)… Wybieramy te schematy, które nas interesują i wpisujemy ich numery w ostatniej linii w terminalu, po wstukaniu powyższej komendy. ENTER i… po restarcie terminala znajdziemy w ustawieniach wszystkie nowo zainstalowane motywy.

 

Gogh – zmień kolorystykę swojego terminala

 

Gdy wrzuciłem link do Gogh’a na Reddit, w komentarzach pojawiły się dwa ważne, przeciwstawne głosy. Jedni bili na alarm w związku z niekontrolowaną ingerencją kodu z trzecich źródeł w nasz komp, a inni przypominali, żeby każdy przypadek traktować indywidualnie i nie histeryzować przesadnie.
To kurewsko ważna sprawa dla każdego usera Linuxa! Zauważcie, że Gogh instaluje swoje schematy w waszym terminalu bez potrzeby wchodzenia na konto root’a (więc zgadzacie się na ich instalację nie jako administrator systemu, ale jako zwykły user), więc w gruncie rzeczy “obcy” kod ma dostęp do waszego komputera, co w teori jest potencjalnie niebezpieczne z punktu widzenia zawartości owego kodu. Tutaj oczywiście mamy do czynienia ze zwykłymi zmianami w kolorystyce terminala, więc powinniśmy w jakimś stopniu zaufać twórcy, że jego kod jest “czysty” – zresztą gdyby było inaczej, jakiś hacktywista na pewno by to odkrył i społeczność linuxowa błyskawicznie dowiedziałaby się o tym. Pamiętajcie, że należy po prostu być ostrożnym, nie zapominając o tym, że zaufanie to jednak ważny aspekt w etycznej “otoczce” wolnego oprogramowania.

 

bashtop – “wypasiony” monitor systemu dla CLI

 

mój bashtop

Monitorów systemu działających w linii poleceń  jest naprawdę sporo – do wyboru do koloru. Kiedyś był top, potem ktoś zechciał podrasować ten projekt i stworzył htop (który cały czas cieszy się dużą popularnością – sam go często używam) i wiele innych konsolowych aplikacji monitorujących działanie poszczególnych komponentów naszego systemu.
bashtop, to nie tylko funkcjonalny, ale i naprawdę ładny monitor systemu. oprócz swojej przydatności prezentuje też wartość estetyczną – zajebiście komponuje się wśród innych aplikacji CLI (command line interface)… mamy do wyboru kilka tematów kolorystycznych, więc bez problemu dostosujemy bashtop do wyglądu naszego systemu. Polecam wypróbować :)