Linux jest właśnie dla ciebie!

Podziel się:
0Shares

Tak już mam – nie jestem w stanie wytrzymać zbyt długo bez grzebania w kompie. Linux1Nie używam spolszczenia tego słowa. Uważam, że oryginalna pisownia jest o niebo lepsza. Mimo tego słowo “Linuks” zaskakująco szybko przyjęło się w Polsce. uzależnia i jest to jedno z najbardziej fascynujących uzależnień, z jakim można się zetknąć. Jedno jest pewne: Linux zmienia na zawsze podejście do komputerów, oprogramowania i do wolności w przestrzeni internetowo-informatycznej i robi to tak niepostrzeżenie, że nawet osoby kompletnie nie siedzące w tematach kompowych poszerzają swoje spektrum, zaczynają patrzeć inaczej na wiele spraw…

Piszę o tym dlatego, że zmiana pewnych przyzwyczajeń w naszym podejściu do komputerów i internetu leży w zasięgu ręki każdego / każdej z nas! Bez wielkiego wysiłku możemy ułatwić sobie życie, a przy okazji zacząć bardziej świadomie korzystać z dobrodziejstw IT, wystrzegając się jednocześnie potencjalnych niebezpieczeństw.
Jako że teraz mam na laptopie zainstalowaną jedną z najpopularniejszych dystrybucji Linuxa, uznawaną jednocześnie (słusznie zresztą) za user friendly, postaram się jakoś w skondensowanej formie przekonać was, że małym nakładem pracy można ulepić sobie ładny, solidny, bezpieczny i… wolny system operacyjny.

Linux Mint, bo o nim mowa, w rankingu znanej strony o dystrybucjach Linuxa i o systemach BSD – DistroWatch, plasuje się aktualnie na trzecim miejscu pod względem popularności wśród wszystkich userów Linuxa (na drugim miejscu mamy distro Manjaro, a na pierwszym MX Linux). Mint swoją popularność zawdzięcza niezwykle przyjaznemu interfejsowi, stabilności i niezawodności w działaniu. Oprócz tego Linux Mint jest nawet w domyślnych ustawieniach, bezpośrednio po instalacji, po prostu ładnym systemem operacyjnym. Distro to bazuje na Ubuntu i Debianie, a zatem jego głównym walorem jest system zarządzania pakietami .deb, które są jednym z wygodniejszych rozwiązań w materii instalacji oprogramowania w świecie Linuxa.
Tyle w ogromnym skrócie nt. pochodzenia “miętowej” dystrybucji Linuxa. Osobiście preferuję Debiana, który jest jedną z najdłużej istniejących i jedną z najpopularniejszych dystrybucji. Debian jest praojcem mnóstwa innych dystrybucji, które na nim bazują, dzięki temu, że kod źródłowy jest wolny i otwarty i każdy może go wykorzystywać do swoich celów w ramach licencji GPL (General Public License). Debian, to również Umowa Społeczna, czyli zbiór pewnych zasad, jakimi kieruje się społeczność współtworząca tą dystrybucję Linuxa – dla mnie, jako dla anarchisty, umowa ta ma dosyć spore znaczenie.

Dlaczego więc wybrałem Minta, a nie Debiana? Kiedy sprawiłem sobie swojego Della, miałem koszmarnie mało czasu na cokolwiek, tym bardziej na poinstalacyjną konfigurację systemu. Debian nie jest w gruncie rzeczy skomplikowaną dystrybucją, ale wymaga jednak trochę pracy i konfiguracji bezpośrednio po instalacji, zwłaszcza że ja jestem zwolennikiem niestabilnej wersji Debiana, zwanej Sid2Debian pojawia się zawsze w czterech wersjach: Stable, Testing, Unstable, Experimental. W pierszej, stabilnej wersji znajdują się wyłącznie przetestowane i sprawdzone pakiety oprogramowania, nad którymi nie są prowadzone prace. Druga wersja, testowa, to wersja z pakietami, które wciąż podlegają aktualizacjom. Trzecia wersja, to wersja niestabilna, kapryśna i ryzykowana w użytkowaniu, ale za to z najświeższymi pakietami, które dopiero co pojawiły się w repozytoriach. Wersja eksperymentalna w zasadzie używana jest wyłącznie przez deweloperów i testerów Debiana, nie nadaje się ona raczej do biurkowej pracy w domu. Kolejne wydania noszą nazwy będące imionami bohaterów kreskówki Toy Story, a wersja niestabilna nosi zawsze nazwę Sid, a gałąź niestabilną niemal zawsze trzeba dopieścić i nieco “uczesać”, żeby system nie wysypał się nam przy okazji kolejnej aktualizacji.
Wybór padł na Minta, albowiem bezpośrednio po instalacji wystarczy jedynie zaktualizować system i ewentualnie pobawić się w ustawieniach wyglądu i… voilà! Mamy do dyspozycji system operacyjny + kilkadziesiąt gotowych do użytku aplikacji! Przeciętny użytkownik komputera, korzystający z netu, oglądający youtube, używający pakietu biurowego tak naprawdę nie musi już doinstalowywać niczego. System na starcie jest gotowy do działania.

Każde nowe wydanie Minta, to trzy środowiska graficzne do wyboru. Linux, w przeciwieństwie do Windowsa, oferuje pokaźny wybór rozwiązań wizualno-graficznych. To jak wygląda twój system zależy praktycznie wyłącznie od twojej wyobraźni. Możesz wybrać wydanie z domyślnymi środowiskami: Mate, Cinnamon i XFCE. Każde z nich wygląda nieco inaczej, każde ma plusy i minusy. Osobiście polecam XFCE, bowiem jest ono lekkie, konfigurowalne, nie obciąża zbytnio kompa.3Rzecz jasna możemy potem zainstalować jakiekolwiek inne środowisko graficzne (lub menadżera okien), jeśli te oferowane przez twórców danej dystrybucji nie spełniają naszych oczekiwań.

 

Linux Mint 19.3 Tricia bezpośrednio po instalacji. Dwa środowiska graficzne: Cinnamon (po lewej) i XFCE (po prawej).

 

Mint jest mega-przyjazny dla nowego użytkownika, zwłaszcza dla newbies, dla których jest to pierwszy Linux w życiu. Intuicyjna obsługa, łatwa aktualizacja systemu i aplikacji4W Linuxie zainstalowane aplikacje aktualizuje się wraz z całym systemem. Jest to bardzo wygodne, albowiem mamy zawsze najświeższe wersje zarówno jądra systemu, poszczególnych komponentów systemowych, jak i programów, których używamy. sprawiają, że praca na Mincie przynosi dużo satysfakcji i szybko wciąga w świat wolnego oprogramowania.

Pamiętajcie, że Linux, to przede wszystkim społeczność. W odróżnieniu od Windowsa, Linux nie jest tworzony “w ukryciu” przez jakąś pieprzoną korporację, ale każdy komponent systemu i to, co otrzymujemy w formie gotowej do działania dystrybucji jest efektem pracy deweloperów, wolontariuszy i zapaleńców, którzy robią to za darmo, dzieląc się owocami swojej pracy z całym światem. Dlatego też każda dystrybucja Linuxa posiada rewelacyjne wsparcie w postaci społeczności użytkowników i o każdej porze dnia i nocy znajdziecie pomoc w rozwiązaniu problemów ze swoim systemem. Wystarczy wejść na dane forum, stronę wiki, na youtube, na kanał IRC i ktoś zawsze wam pomoże!

To, co znajduje się w bebechach waszego kompa/laptopa, powinno zależeć od was samych. Z Linuxem to wy decydujecie, jakiego oprogramowania używacie, a jakie jest wam zbędne. To jak wygląda wasz system jest wynikiem waszych działań, To, czy wasz komp jest przyjazny, czy nie zależy od was i tylko od was.
Poniżej wrzucam moje screeny. Mój Linux Mint wygląda diametralnie różnie od domyślnej wersji po instalacji, bowiem takie właśnie miałem widzimisię. Na początku po prostu dostosowałem sobie wygląd domyślnego środowiska graficznego Cinnamon, pod własne potrzeby, zgodnie z własnymi jazdami estetycznymi. Efekt był taki:

 

Linux Mint | Cinnamon

 

Cinnamon, podobnie jak inne środowiska graficzne, oferuje spore możliwości konfiguracyjne, ale jednocześnie obciąża działanie kompa. To, co widzicie powyżej jest efektem “klikanego” dostosowywania wyglądu; używałem tutaj wyłącznie graficznych narzędzi jakie dostarcza mi Mint i poszczególne aplikacje. Doskonałą alternatywą dla DE (desktop environment) jest WM (window manager). Menadżery okien, to lekkie, szybkie i efektywne “maszynki” do poruszania się po waszym pulpicie, czy raczej po pulpitach5 W Linuxie standardem są wirtualne pulpity, których ilość zależy od waszych potrzeb. Sam obecnie korzystam z dziewięciu pulpitów, dzięki czemu praca na kompie jest o wiele bardziej wygodna i przejrzysta.. Jednym z moich ulubionych menadżerów okien jest Openbox. Cechuje go przejrzystość, prostota, minimalizm i super funkcjonalność. Wszystko zależy od tego, jak sami skonfigurujemy swój WM. Openbox wymaga jednak sporo cierpliwości dla początkujących userów Linuxa; wiele elementów tego menadżera musimy skonfigurować bez pomocy “klikaczy” – zaczynamy wtedy przygodę z konfigurowaniem naszego systemu z poziomu plików, których edycja powoduje zmianę wyglądu naszego pulpitu. Mój aktualny pulpit z Openboxem wygląda tak:

 

Openbox i Tint2 (status bar)
Openbox – bashtop (monitor systemu), Nitrogen (menadżer tapet)

 

i3wm – plik konfiguracyjny w edytorze tekstu vim

Jednak moja największa miłość w Linuxie, to TWM – tiling window manager. To rodzaj menadżera okien wykorzystujący całą przestrzeń pulpitu, idealny dla aplikacji tworzonych pod interfejs z linią poleceń, czyli pod terminal (konsolę) – podstawowe narzędzie z jakim zetkniecie się po instalacji Linuxa6Terminal jest tym, czego panicznie boją się newbies, terminalem doświadczeni userzy Linuxa straszą tych początkujących :D Tak naprawdę terminal jest rewelacyjnym narzędziem służącym do administracji systemem, do obsługi wielu procesów, czy jako interfejs aplikacji..
TWM charakteryzują się tym, że nawigacja w ich obrębie odbywa się głównie przy pomocy skrótów klawiszowych, niezwykle rzadko używa się w nich myszki / touchpada. Do najpopularniejszych menadżerów tego typu należą m.in.: AwesomeWM, dwm, bspwm, i3wm, i3-gapes, Xmonad, spactrwm, Ratpoison i wiele innych. Konfiguracja tych menadżerów odbywa się wyłącznie “ręcznie”, gdyż nie posiadają one graficznych narzędzi do konfiguracji – tutaj liczy się prostota, efektywność w działaniu, przejrzystość składni plików, w których sami wprowadzamy zmiany. Użytkownicy TWM piszą rozmaite skrypty, które dodają funkcjonalności i sprawiają, że nawigacja po takim menadżerze – gdy człowiek oswoi się z nim i pozna wszystkie skróty klawiszowe – jest o niebo wygodniejsza, aniżeli przy pomocy myszki (sic!).
Niegdyś byłem zakochany w AwesomeWM, naprawdę funkcjonalnym menadżerze napisanym w języku lua, używałem go kilka lat, ale poznałem i wypróbowałem i3. Od tamtej pory, mimo, że zdarzało mi się używać inne TWM-y, pozostaję wierny i3 i polecam go wszystkim!!! Poniżej screeny mojego aktualnego pulpitu z i3wm… Tak wygląda obecnie mój Linux:

 

i3wm – terminal + neofetch
i3wm – bashtop, ranger (menadżer plików), sxiv (przeglądarka obrazów), ufetch

 * * *

Z doświadczenia wiem, że jedni użytkownicy Linuxa, przechodząc np. z Windowsa do nowego systemu, korzystają wyłącznie z domyślnych ustawień i ich jedyną ingerencją w swój nowy system jest zmiana tapety, czy koloru ikon / okien. Po prostu cieszą się oni stabilną pracą kompa i nie zawracają sobie głowy grzebaniem w systemie. Inni, wręcz przeciwnie, zainteresowani możliwościami swojego nowego systemu operacyjnego, starają się dowiedzieć o nim jak najwięcej, próbują zmieniać to i owo, eksperymentować (część z nich zachęcona rozpowszechnioną w środowisku linuksiarzy opinią, że ciężko jest zjebać Linuxa :D), gromadząc jednocześnie nową wiedzę.
Nie należy wartościować obu tych grup użytkowników, uważając, że jedna jest lepsza od drugiej (nawet jeśli niektórzy użytkownicy np. Gentoo mówią inaczej :D żart, ofkorzzz…). Ja jednak przed wieeeeelu laty, gdy po raz pierwszy zainstalowałem Linuxa, postanowiłem zostać częścią tej drugiej grupy. Jako typowy newbie przeszedłem drogę przez mękę, dostając zjeby na różnorakich forach i kanałach IRCa, gdzie zadawałem głupie jak na początkującego pytania. W konsekwencji jednak z idioty, który wcześniej na Windowsie potrafił tylko korzystać z Worda i (po pojawieniu się internetu) z Opery, który nie miał zielonego pojęcia o instalacji czegokolwiek na kompie, nie wspominając o instalacji systemu, o partycjach na dysku itp. – z takiego niezbyt kumającego temat bałwana, “przepoczwarzyłem się” w linuksoida, który coś tam kuma w obrębie wolnego oprogramowania :D

Oczywiście wiele jeszcze przede mną i nie zamierzam osiadać na laurach. Niedawno wróciłem do rewelacyjnego edytora tekstu jakim jest Vim. Chcę też lepiej poznać CSS i HTML, no i oczywiście zacząć naukę Pythona – jednego z języków programowania… A pomyśleć, że kiedyś kumpel instalował mi Windowsa, a ja bałem się w nim nawet zmieniać wygląd, żeby czegoś nie spierdolić :D

Instalujcie Linuxa na swoich kompach! Przede wszystkim dlatego, że jest o niebo bezpieczniejszy, aniżeli Windows, jest do bólu przystosowany do indywidualnych potrzeb i to my jesteśmy panami swojego kompa, nie zależąc od widzimisię jakiejś pieprzonej korporacji. Bo Linux, to wolność i świadome korzystanie z zasobów oprogramowania i internetu!
Nie wrzuciłem tutaj tych wszystkich screenów [wyłącznie] dlatego, by szpanować :D Chciałem wam pokazać, że Linux, to mega-różnorodność – dla każdego coś, co siądzie mu najbardziej! Poza tym wiele inspiracji znajdziecie na Reddicie, w dwóch miejscach: r/unixporn i r/dekstops – to tam ludzie z całego świata chwalą się screenami ze swoich desktopów, w większości linuxowych, chociaż znajdziecie tam i maca i widnę… Wygląd, to nie wszystko, ale ma jednak jakieś tam znaczenie i jest w jakimś sensie odbiciem naszych gustów i estetycznej wrażliwości.

Jeśli kogoś z was zainteresowało to, co tutaj popełniłem – służę ewentualną pomocą przy wyborze i instalacji Linuxa. Kontakt ze mną: poprzez IRC, Jabbera/XMPP, chat w Telegramie, bądź email – wszystkie namiary na stronie “o mnie”

 

 

Dell Latitude E5450 | Linux Mint 19.03 | GhostBSD 20.01

Podziel się:
0Shares

Zawsze chciałem mieć Della. W wersji laptopowej, a gdy zaczynałem swoją jazdę z Linuxem – tym bardziej w wersji biurkowej/stacjonarnej. Koniecznie w horyzontalnej obudowie, na której stoi monitor. Wtedy to chodziły słuchy, że Dell posiada najlepszą kompatybilność hardware’ową z wciąż rozwijającym się wtedy Linuxem (a były to czasy karkołomnych konfiguracji i godzin przesiedzianych na IRCu i na forach, w poszukiwaniu sterowników, skryptów, generalnie wszystkiego, co sprawi, że twój Linux będzie lepszy od Windowsa twojego kumpla, a ty będziesz mógł w towarzystwie zrobić znudzoną minę w czasie rozmów o kompach i od niechcenia rzucisz: pff, pierdolcie się ze swoimi antywirusami, ja mam Linuxa… Chwila ciszy jaka wtedy zapadała, była bezcenna, a ty świeciłeś przez kilkanaście sekund na postumencie z napisem: NERD AS FUCK :D:D:D

Zdecydowałem się na lapka Dell’a, bo nie od dzisiaj firma ta ma dobrą opinię na rynku. No i nie zawiodłem się. Oczywiście robolska pensja nie pozwoliła mi na kupno nówki sztuki; mam używkę, gdare A, z praktycznie niezauważalnymi śladami użytkowania, z nowym dyskiem SSD 512GB. Priorytetem był dla mnie RAM. Chciałem bez żadnych zawiasów odpalić Gimp’a, Inkscape’a, Spotify, Firefoxa + kilka apek typu Telegram, Riot, bez stresu, że CPU i RAM zaczną się gotować, wraz z zawaloną w 100% partycją swap. Mam 16GB RAM. Luz i relaks. Wystarczy.
Do lapka dostałem w gratisie stację dokującą (która przyda mi się wkrótce), torbę i wireless mouse.

Jak sprawuje się ustrojstwo? Rewelcyjnie! Po raz pierwszy od conajmniej kilku lat jestem zadowolony ze sprzętu, który obsługuje mojego Linuxa.  Wcześniej byłem skazany na Lenovo – kupę gówna, której przenigdy już nie kupię; chińska korporacja na potęgę kolaborująca z Microsoftem, koncentrująca się na jak najcieplejszych pieszczotach z tym znienawidzonym przeze mnie gigantem… Z radością oddałem Lenovo mojej ex, która załatwiła klawiaturę w tym lapku… grając w Simsy (sic!). Podobne – negatywne – wspomnienia mam z Acerem, zarówno z moim netbookowym Aspire’em, jak i z lapkiem mojej siostry, który wiecznie wymagał specjalnej troski, jako niepełnosprytny sprzęt.

Dell Latitude E5450 Intel Core i5 ma podświetlaną klawiaturę (co dla mnie jest mega-ważne, albowiem klinicznie nie trawię jakiegokolwiek oświetlenia centralnego w pomieszczeniach, a w obecnych warunkach ciężko mi zmontować dobre oświetlenie punktowe stricte dla pracy na kompie), która jest chyba najwygodniejszą klawiaturą, z jaką miałem do tej pory do czynienia. Ilość literówek, jakie popełniam spadła niemal do zera.
Póki co, nie mam do czego się przyczepić, żadnych niedogodności, czy ewidentnych wad. Dell wymiata!

Co na pokładzie? Dwa systemy operacyjne.
Wiadomo, od wieeeeeelu lat jestem oddanym userem Debiana, dystrybucji Linuxa, którą kocham nad życie – za filozofię wewnątrz społeczności, za pakiety .deb, za konfig, którego nauczyłem się na pamięć, za niezawodność (zwłaszcza w gałęziach sid / testing – nigdy nie używałem gałęzi stable)… Niemniej jednak zainstalowałem Minta 19.03.
Dalczego Linux user-friendly dla wszystkich? Bo nie chciało mi się spędzać na konfigurowaniu systemu więcej, niż 15-20 minut po instalacji. To było jedyne kryterium. Instalacja trwała jakieś 10-12 minut, z tego co pamiętam. Podstawowy konfig + upgrade po instalacji – kolejne 10 minut. I mam wszystko tak jak chcę. Działa, śmiga, bez poślizgów, bez pierdolenia.
W materii estetyczno-użytkowej mam autentycznego pierdolca w Linuxie. Kocham menadżery okien (zamiast środowisk graficznych), najchętniej całe życie działałbym na Linuxie z i3wm, scrotwm, Openbox… Ale chyba się starzeję i nie chce mi się grzebać w dotfajlach, upiększać, udoskonalać (apogeum takiej akttywności miałem, gdy bawiłem się z doskonałym menadżerem okien, jakim jest AwesomeWM).. Teraz mam Minta z Cinnamonem.
Zrobiłem, co chciałem. Kolorystyka monochrome + cyberpunk.

Drugi system operacyjny u mnie, to GhostBSD. Rodzina FreeBSD w wersji user-friendly.
Już kilka lat temu zacząłem interesować się BSD, ale moje wrodzone lenistwo skutecznie odwlekało poznanie tego systemu. Pamiętam czasy, gdy słysząc akronim: BSD, linuksiarze albo prychali zdeorientowani, albo (w wersji ultra-nerd) rozpoczynali dyskusje nt serwerów, w języku niezrozumiałym dla przeciętnego homo sapiens. BSD było czymś takim, jak Gentoo, czy Slack dla świeżych userów Ubuntu :D
W chwili obecnej, Panie i Panowie, FreeBSD jest tym, czym kiedyś w świecie Linuxa był Debian dla użytkowników Ubu. GhostBSD jest właśnie doskonałą dystrybucją, która oswaja użytkownika z FreeBSD.

Instalacja systemu z poziomu liveCD (w moim przypadku USB-stick) jest banalna, dokładnie jak każdy install Linuxa. Trochę zabawy z partycjami i mamy gotowy system FreeBSD na kompie. Biurkowy, nie serwerowy. Z nakładką GUI na system portów (warto jednak odpalić terminal –  install pakietów z poziomu konsoli wygląda inaczej, niż na Debianie/Archu na ten przykład…).

Po co mi BSD? Dla zgłębienia wiedzy o systemach operacyjnych innych, niż Linux czy Windows. Dla poznania systemu z rodziny Unix, dla poznania innych systemów plików, dla testowania wydajności określonych aplikacji (kompatybilność z Linuxem wręcz wzorcowa!).
Był moment, gdy chciałem zrobić GhostBSD moim głównym systemem, ale przecież nie będę udawał mastera w kwestii, którą zaledwie liznąłem. Jedno jest jednak pewne: jeśli człowiek posiada wiedzę związaną z działaniem GNU/Linux, bez problemu przesiądzie się na FreeBSD.

 

“Nie wkładaj nigdy swojego mózgu do czyjejś jebanej głowy”

Podziel się:
0Shares

SPASI SOHRANI – Pragmatyzm

 

Pewna nieznajoma, w gruncie rzeczy, dziewczyna powiedziała mi ostatnio, że ciężko się ze mną rozmawia, albowiem już w trakcie podnoszenia jakiegoś wątku w dyskusji, rozbieram ów wątek na czynniki pierwsze i jeszcze przed jego zakończeniem zastanawiam się, co na ten temat myśli druga strona rozmowy. Efektem tegoż jest rzekomo niepotrzebna komplikacja, która zaburza “swobodny nurt tematu”. Zmierzała ona do podkreślenia tego, iż w rozmowie najważniejsze jest, by poddać się tematowi, pozwolić unosić się nurtowi wymiany zdań…
Od razu wydało mi się to mdłe i podejrzane. Owszem, są chwile, gdy nie-działanie, czy nie-myślenie odgrywają ważną rolę w regeneracji naszego umysłu, natomiast to, czego oczekiwała nieznajoma zbyt mocno pachniało mi wschodnimi mistycyzmami, których wartość w warstwie epistemologicznej jak najbardziej doceniam (szczególnie w obecnych czasach info-przesytu i materialnego marazmu filozofii zachodnich), natomiast nijak nie jestem w stanie wyobrazić sobie, iż “daję się ponieść tematowi” w czasie rozmowy.

Kategoryzacja jako mechanizm poznawczy, jak i element oceny danych zjawisk jest dla mnie jedną z elementarnych, immanentnych cech aktywności intelektualnej. Tego nauczyło mnie obcowanie z filozofią jako taką, tego wymagałem zawsze od siebie w kontakcie z myślą, zwłaszcza z myślą nadającą konkretne kształty moim zamierzeniom i decyzjom.
Spoglądam na siebie pięć, dziesięć lat wstecz. Mogę powiedzieć, że ostatnia dekada, to w moim przypadku proces dowartościowania samotności, jako optymalnego stanu egzystencji. Mam tu na myśli zarówno samotność rozumianą, jako brak relacji uczuciowych z innym człowiekiem, jak również psycho-filozoficzną implozję myśli i refleksji – rezygnację z powszechnego dzielenia się sobą z innymi. Jednakże całość tego procesu odbywa się w warunkach cokolwiek komfortowych, rzec by można “asekuracyjnych”. Rzecz w tym, że owe implozje myśli, odczuć, pragnień odbywają się w środowisku pełnym ludzi, zgiełku, nadmiaru, przesytu i szaleństwa.

Nie łudzę się, że zbudowałem wokół siebie jakiś mur, że stworzyłem dla siebie azyl, wyspę samotności doskonałej; moja izolacja z zasady ma charakter wybiórczy, uwzględniający całą masę czynników wpierdalających się każdego dnia na nasze własne ścieżki. Pielęgnowanie samotności (samo jej oswojenie nie nastręczało mi najmniejszych problemów), jako stanu całkowicie zgodnego z moimi wewnętrzymi normami i odruchami jest dla mnie całkowicie oczywiste. Problem pojawia się, gdy w jakiejkolwiek konfrontacji z zewnętrzym czynnikiem ludzkim przychodzi mi przestawiać się na tory “normalności” definiowanej już nie przeze mnie, ale przez ogół społecznego nieładu.
Przestrzeń, w której inni czują się całkowicie zwyczajnie (czyt. egzystują w określonych warunkach, które wydają się im tak oczywiste, że nie myślą o nich w trakcie rozmaitych interakcji życiowych), dla mnie jest bagnem niejasności.

Z racji takich, a nie innych uwarunkowań psychologicznych, czy też z uwagi na taki, a nie inny mój temperament, moje reakcje na to, co dzieje się w świecie zewnętrzym bywają albo żywiołowe, albo podszyte cynizmem. Przyznam, że w takich momentach nic nie wkurwia mnie tak mocno, jak stwierdzenia typu: musisz zawsze wszystko krytykować? Musisz być zawsze na nie? Oczywiście wszyscy mają myśleć tak, jak ty, bo ty jesteś najmądrzejszy, a cała reszta, to gówno.
Mój wkurw oscyluje wtedy od staropolskiego: “Co ty, kurwa, pierdolisz?!”, po kompletne milczenie i oddalenie się (dosłownie i w przenośni) od źródła takich stwierdzeń. Ja doskonale wiem, że takie teksty w moim kierunku, to kompletnie nietrafiony osąd, ale jak w podobnej sytuacji wyjaśnić delikwentowi / delikwentce, że nie jestem wielbłądem?!
Lata owego rozbierania siebie i rzeczywistości na czynniki pierwsze, czy po prostu zwyczajna analiza filozoficzna poszczególnych problemów i dylematów intelektualnych, nauczyły mnie… siebie samego. Byłbym idiotą, gdybym stwierdził, że proces zakończono, a ja posiadłem wiedzę o sobie samym na tyle komplementarną, że wykluczam wszelkie “ale” w stosunku do mojej nędznej osoby.

Człowiek funkcjonuje / reaguje  intencjonalnie w obrębie społeczności. Jeśli zatem zabieram głos w jakieś sprawie, względnie krytykuję coś / kogoś, czynię to “po coś” – w przypadku dyskusji mniej lub bardziej luźnej, owe “po coś” jest definiowane przez obie strony dyskusji (zakładam tutaj rozmowę dwóch osób), a determinowane treścią i tematyką tejże. Nieprawdaż? Skoro sam znam intencje, z jakimi się wypowiadam i nie mają one absolutnie niczego wspólnego z podkreślaniem swojej rzekomej nieomylności i chęci, by inni myśleli jak ja, dlaczego, do kurwy nędzy, tak często stykam się z tą jebniętą reakcją?!
Jako anarchista i mizantrop (bardzo często zapomina się, że mizantropia obejmuje również samego mizantropa – stwierdzenie: siedzimy w tym samym gównie, jest tu jak najbardziej na miejscu!) nie mam najmniejszej ochoty narzucania komukolwiek jakiegokolwiek z moich przekonań! Wielu anarchistów mówi dokładnie to samo, co ja w tym momencie, niemniej podskórnie – niczym Świadkowie Jehowy – łażą, smęcą, przekonują, wkurwiają ludzi swoim: ale-pomyśl-tak-jak-ja! Mój anarchoindywidualizm nie pozwala mi nawet na to, czytaj: sam nie pozwalam sobie na wpierdalanie komukolwiek moich myśli w jego łeb.

Czyżby diabeł tkwił w szczegółach? Czy ludzie niejako podświadomie obawiają się kategorycznych sądów, względnie opinii, które sa po prostu ugruntowane, uargumentowane? Czy kategoryczne zdanie na dany temat może być odczytywane jako presja typu: przyjmij mój sposób myślenia?
Nie po to – w ramach higieny osobistej – stronię od ludzi i ich skupisk, by nagle, z dupy, uskuteczniać inwazję na ich mózgi. Nie po to dystansuję się od rzeczywistości, której nurt raczej mnie przeraża, aniżeli kołysze, abym w jakimś momencie pragnął całym sercem “przylepić” innych do siebie! Nigdy nie czułem się lepszym od innych, w rozumieniu wartościowania osobowości / możliwości / wiedzy itp.
Może nadejdzie taki moment w moim życiu, gdy ktoś podejmie się jakiejś kompletnie pojebanej wiwisekcji na moim umyśle, metodycznie podchodząc do sprawy. Po to by wiedzieć. Miewam kosmiczny dystans do siebie samego, ale miewam jeszcze większy dystans do innych. Nie chcę popadać tutaj w pretensjonalność w opisach zwykłego w gruncie rzeczy pragnienia: funkcjonowania (czy raczej bycia-w-sobie) z dala od innych… Dodam tylko, że moja niechęć do tłumu (czyli skupiska minimum trzech-czterech osób) jest odwrotnie proporcjonalna do zainteresowania konkretnym człowiekiem. Trop niby jak każdy, ale wiele mówiący, jak mniemam…

Czekam na wasze komentarze…

Stare, dobre SPASI SOHRANI ujęło to wszystko nieco zwięźlej w swoim songu… Miłego słuchania, zatem, Bracia i Siostry!

666

··· podkład muzyczny: Spasi Sohrani, Iurta, Woe, Primitive Man, Vermin Womb, Ritual Howls

O tym jak fdisk i rutyna pozbawiły mnie WSZYSTKICH ebooków…

Podziel się:
0Shares

Userom Linuksa i amatorom grzebania w systemie operacyjnym z poziomu linii poleceń i aplikacji typu CLI (command line interface) nie muszę przypominać jak użytecznym i pomocnym jest polecenie fdisk.

fdisk

Niestety fdisk jest też kurewsko niebezpiecznym narzędziem partycjonującym – niebezpiecznym dla dwóch grup userów: dla kompletnych newbies, którzy nie są jeszcze  z linuksowym  terminalem  oswojeni oraz dla tych, którzy większość czynności administracyjnych w obrębie Linuksa wykonują właśnie w konsoli i czynią to do bólu rutynowo.

Trafiła kosa na kamień… Dnia pewnego, grzebiąc w bebechach kolejnego z moich debianoidów, postanowiłem zrobić porządek w partycjach i… pewien w 666%, że wszystko robię dobrze, czyli tak jak zwykle, popełniłem mega-głupi błąd, formatując sobie partycję z ebookami, dokumentami, filmami i innymi takimi…
Jak wielki był mój wkurw, możecie sobie tylko wyobrazić. Jeżeli więc macie dysk podzielony na partycje mniej więcej tej samej wielkości, zwracajcie uwagę na ich numerację (sda3, sda4, sda5 itd.) i pamiętajcie gdzie macie dane i co chcecie formatować/usuwać – zwłaszcza gdy robicie to po raz n-ty, niejako z zamkniętymi oczyma. Rutyna , to zguba!

Trochę pobolał fakt, że poszło się jebać tyle danych, zwłaszcza cała baza Calibre z ebookami, które gromadziłem przez lata. Ból tym bardziej dojmujący, że chodzi o książki – wartość zupełnie niemożliwą do “wyceny” jak meble czy telewizor… Rosyjskie słowo ценность (cennost’)  – “cenność”, o wiele lepiej określa tą niematerialną  wartość.

VDQVGz0cbwU

W tym jednak miejscu swoją pomoc, empatię i troskę wykazała Monika. Nie potraficie wyobrazić sobie mojej radości, gdy za sprawą czyjejś bezinteresowności, w stopniu znacznym odbudowałem to, co sam sobie wykasowałem we flakach kompa! Monika, jesteś kochana!