Konstruktor satelitów, który z bronią w ręku wystąpił przeciwko faszystowskiemu reżimowi

Podziel się:
0Shares

Tekst autorstwa Igala Levina, pierwotnie zamieszczony na blogu Autora, oraz na kanale tegoż bloga w Telegramie. Tłumaczenie moje (дискраст).

Sprawa białoruskich anarchistów-partyzantów głośno odbiła się w środowisku wolnościowym na całym świecie i nie tylko w nim. Oto bowiem na obrazie pokojowo protestujących tłumów, kobiet z kwiatami i dzieci ubranych na biało w całej Białorusi domagających się już tak długo odejścia “wąsatego karalucha” – Łukaszenki, pojawiła się “rysa”.
Okazało się bowiem, że w Białorusi są ludzie, dla których poziom niesprawiedliwości, upodlenia, zniewolenia i zeszmacenia narodu białoruskiego przez postkomunistycznego dyktatora sięgnął takich wyżyn, że zdecydowali się oni wystąpić przeciwko reżimowi i jego opłaconym mordercom w mundurach z bronią w ręku.

O szczegółach i losach więzionych anarchistów-partyzantów przeczytacie po angielsku m.in. na stronie białoruskiego Anarchistycznego Czarnego Krzyża – ABC Belarus.

***

Igor

Z góry podkreślam: każdy z białoruskich partyzantów jest bohaterem. Co więcej: każdy obywatel Białorusi, który nie bał się przeciwstawić faszystowskiemu reżimowi Łukaszenki, jest bohaterem. To setki tysięcy, miliony obywateli. Ale ja napiszę o Igorze Oliniewiczu, ponieważ miałem zaszczyt poznać go osobiście. Ten niezmiernie utalentowany i uczciwy człowiek zasługuje na najwyższy szacunek.

Inżynier-elektronik, w przeszłości pracował w konsorcjum “Peleng”, pracując nad białoruskim satelitą komunikacyjnym. Igor zawsze interesował się technologiami i tym, jak mogą one ułatwić życie ludziom. Uważał, że wiedza i władza powinny służyć ludziom, a nie gwałcić ich, zamieniać w obozowe pół-trupy i w milczące bydło. Igor uważał, że rozwój technologii i nauki – dopóki społeczeństwo nie będzie wolne od dyktatury i ucisku – jest niemoralny.

Ponadto, Igor zawsze był przyjacielem Ukrainy, Ukrainy demokratycznej i wolnej, zawsze potępiał rosyjską agresję i wspierał prawo Ukraińców i Ukrainek do samoobrony przed najeźdźcami.

Kiedy na Białorusi rozpoczęła się rewolucja, podjął desperacką decyzję i wystąpił z bronią w ręku przeciwko reżimowi. Jest to najbardziej ekstremalny środek zatwierdzony przez Powszechną Deklarację Praw Człowieka ONZ, głoszącą, że naród ma prawo do buntu z bronią, gdy wszystkie legalne metody walki zostaną wyczerpane.


Igor ma 37 lat, ma umysł ścisłowca, jest osobą bardzo rozsądną i pragmatyczną. Jest również autorem książki: Jadę do Magadanu. Wspomnienia anarchisty, więźnia białoruskiej dyktatury (dodanie linka moje – дискраст), przetłumaczonej na dziesięć języków. Mieszkał w Europie i mógł dalej wieść spokojne, pokojowe życie. Ale i tak podjął tą, faktycznie samobójczą, decyzję.

Społeczeństwo jest bardzo okaleczone, “niepełne”, jeśli tacy bohaterowie klasy robotniczej – projektanci satelitów, z bronią w ręku sprzeciwiają się reżimowi i przez ten reżim są więzieni za swój opór.

***

Dlaczego on to zrobił? Po co? Myślę, że najbardziej wyczerpującą odpowiedzią będzie ta oto historia Białorusinki, która została [w czasie protestów zatrzymana i] brutalnie zgwałcona przez bandyckich skurwieli reżimu Łukaszenki. Jej świadectwo zostało opublikowane w szwedzkim wydaniu etc.se (dodanie linka moje – дискраст) i potwierdzone dokumentami medycznymi.

Oto, co powiedziała dziewczyna, Kristina (imię zmienione)…

Kristina została zatrzymana i zamknięta wraz z dwiema koleżankami w jednej z milicyjnych suk. Po pewnym czasie znalazła się w pokoju przesłuchań — 5 na 5 metrów. Nie było okien, na suficie – świetlówka. Gdy tylko drzwi się zamknęły, strażnicy rozpoczęli metodyczny gwałt na dziewczynie. Robili to wszystko w milczeniu.

Gwałcono ją analnie, oralnie i dopochwowo, w ruch puszczano pałki. “Myślałam, że umrę — wspomina Kristina. – Czułam, że to, co mi robią, mnie zabije, że nikt nie może przeżyć czegoś takiego. Byli jak automaty, a nie ludzie”.

Dziewczyna na przemian traciła i odzyskiwała przytomność. Obudziła się, gdy wybito jej zęby, wpychając pałkę milicyjną do ust. Zobaczyła swoje zęby na podłodze — białe plamki w czerwonej kałuży krwi. Kristinie zostało tylko pięć zębów.

Kristina została później wyciągnięta z więzienia i zabrana do szpitala, gdzie przeszła skomplikowaną operację i transfuzję krwi. Następnie dziewczyna została zabrana przez rodziców do domu. Teraz jest z nimi, przykuta do łóżka, wyczerpana, cały czas na silnych środkach przeciwbólowych.

Ginekolog powiedział szwedzkiemu dziennikarzowi etc.se, że obrażenia Kristiny są typowe dla kobiet ze stref konfliktu, w których przemoc seksualna jest powszechną metodą terroryzowania cywilów, na przykład w Demokratycznej Republice Kongo. Powiedział również, że Kristina będzie potrzebować operacji, po której nastąpi długi okres rehabilitacji. Dziewczyna nie może kontrolować swoich jelit i nie wie, czy kiedykolwiek będzie mogła mieć dzieci.

***

Nie mogę tego nawet skomentować. Reżim Łukaszenki nie ma prawa istnieć. To, co wciąż jeszcze pozostaje jako “władza”, wynika tylko z brutalnej siły tchórzliwego systemu. Przypomnę, że każdy, kto w jakikolwiek sposób wysługuje się temu reżimowi lub wspiera tą kurewską dyktaturę, jest takim samym gwałcicielem i szmatą, jak przedstawiciele siłowych struktur wiernych Łukaszence. To ważne, aby pamiętać!
Bardzo dobrze rozumiem, co skłoniło Igora i innych partyzantów do walki z dewiantami i szumowinami. Olbrzymi ludzki szacunek dla nich!

Mam nadzieję, że reżim zdechnie, więźniowie i ofiary systemu wyjdą na wolność, a Łukaszenko i jego psy będą wisieć na latarniach.

[EDIT] Gdy sypnie się CSS

Podziel się:
0Shares

… bywa i tak, że nic nie jest takim, jakie się nam wydaje.

Po ostatnich rozjazdach w regułach CSS, jeszcze raz zmieniłem szablon, ale i przy nim nie obeszło się bez grzebania w kodzie; gdy już wydawało mi się, że strona ładnie “zeszła się” w jednym miejscu, zaczynała ona rozłazić się w innym…
Gdyby nie log0ut i jego nieoceniona pomoc, nie poradziłbym sobie w gąszczu CSS, więc wielkie dzięki dla niego!

Teraz дискраст wygląda tak jak chciałem; mimo kilku pomysłów, nie zamierzam już wprowadzać żadnych gruntownych zmian. Blog ma być czytelny przede wszystkim dla was i myślę, że teraz taki właśnie jest.

Gdy sypnie się CSS…

Podziel się:
0Shares

Jak zapewne zauważyliście, дискраст zmienił szatę graficzną; zmienił się szablon, nieco kolorystyka (m.in. nie ma charakterystycznego fioletu, jako drugiego koloru obok szarości), pozostał czytelny dla mnie układ dwukolumnowy z kolumną widżetową po prawej stronie…
Powód zmian był prozaiczny; otóż w czasie kolejnych zabaw z regułami CSS, arkusz w pewnej chwili powiedział fuck off! i wykrzaczył się kompletnie, głównie na nowo zdefiniowanych marginesach między widżetami oraz na fontach, gdzie niedbale nadpisywałem kolejne fragmenty strony z Monospace. Cóż, tak już mam, że po prostu kocham czcionki konsolowe, typu monospaced, czyta mi się je super komfortowo, czego nie można powiedzieć o wielu moich znajomych, od których co jakiś czas dostawałem zjebki za to, że [nad]używam czcionek Mono. W efekcie mój stary szablon, Nightspot, niemożliwie już wymęczony moimi edycjami, poddał się i po kolejnej grzebaninie w regułach, już nie wstał.

Obecnie używam szablonu SignifyDark, strukturalnie podobnego do poprzednika, niemniej bardziej czytelnego i mniej skondensowanego. Zmieniłem przede wszystkim logo bloga – na duże i czytelne, pozostawione w odcieniach szarości, zamiast ciemnego fioletu (swoją drogą, ta obłędna czcionka obsługująca cyrylicę, której użyłem w ramach logo, jest po prostu mistrzostwem świata w estetyce grind/crust!!). Postanowiłem także nie ingerować zbytnio w przestrzenie i marginesy między kolumnami / elementami na blogu.
Początkowo, na świeżym szablonie, ponownie wrzuciłem czcionkę Mono, ale na czacie bloga przypomniano mi, że to chujowy pomysł i co niektórym odpadają oczy w czasie czytania. Zatem główną czcionką zostały fonty Noto Family.

Oczywiście nie poruszam się swobodnie w przestrzeni CSS / HTML, ale w ostatnim czasie sporo nauczyły mnie takie “awarie” i sypanie się reguł w gąszczu zmian; nauka na błędach boli najbardziej i chyba zostaje w głowie na baaaardzo długo…
Zmienił się wygląd дискраста, ale poza tym nie zmieniło się działanie grupy дискраст na Telegramie oraz czatu blogowego, na którym codziennie gadamy, a rozrzut tematyczny jest tak ogromy, że nawet nie próbuję go tu określać :)

Mam nadzieję, że nowy “wystrój” bloga spodoba się wam, albo przynajmniej będzie znośny do czytania. Jeśli macie jakiekolwiek sugestie odnoście wyglądu bloga – śmiało wbijajcie na czat, albo piszcie maila z ewentualnymi sugestiami (adres mailowy + inne namiary w zakładce: o mnie | kontakt).

Jak Bůh hledal Karla | wybrałem zły vlak…

Podziel się:
0Shares

Kumpel, który jakiś czas temu wyprowadził się w okolice Trzyńca (Moravskoslezský kraj, wschód Czech, czeski Śląsk) wysłał mi wczoraj link do dokumentalnego filmu, który obejrzałem z wielkim zaciekawieniem, ale i z ogromną nostalgią, albowiem Czechy, to bardzo newralgiczny punkt w moim nędznym żywocie.
O ile na blogu tym na pierwszy plan wybija się zdecydowanie moja fascynacja Wschodem i około-rosyjskimi klimatami / tematami, o tyle Czechy – zarówno jako kraj, jak i pewien stan umysłu, którego za nic w świecie nie sposób osiągnąć w PL – stanowią już integralny element mojego życia, są źródłem bogatych wspomnień i szemrzących gdzieś tam “w sąsiedztwie” zdarzeń obecnych. Czechy, to miejsce, w którym po raz pierwszy w życiu poczułem się jak w domu, normalnie. Czechy, to miejsce, gdzie poziom społecznego spierdolenia i ludzkiej skłonności to “narodowych konfrontacji”, czy wzajemnego podrzynania sobie gardeł tępymi ostrzami zawiści i patriotyzmu, jest tak niski, że niemal niezauważalny w zmaganiach z codziennością…

Po raz kolejny miałem do czynienia z tą typowo czeską optyką wczoraj, w czasie oglądania fenomenalnego dokumentu autorstwa Víta Klusáka, pt: Jak Bůh hledal Karla (Jak Bóg szukał Karela). Zaraz po obejrzeniu filmu, późno w nocy, postanowiłem zabrać się za pisanie tego posta, niejako “na świeżo”… Ale nie… musiałem dać sobie kilka godzin. Musiałem nabrać głęboko zimnego powietrza, zapalić, pogapić się w przestrzeń i zakląć pod nosem po czesku, w jakimś sensie wyczerpany tym seansem. Prawdziwym do szpiku kości, odwracającym perspektywę “typowo polskiego” spojrzenia na kraj nad Wisłą.
Tak, nie nad Wełtawą, a nad Wisłą właśnie, albowiem film Klusáka traktuje o Polsce, a konkretniej o polskiej wierze, o polskim katolicyzmie, o… polskim Bogu (sic!).

foto: Česká televize

Rano przy kawie poczytałem co nieco o filmie na czeskich stronach, m.in. krótką notkę ze strony Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych Ji.hlava1Režisér Karel Žalud s režiséry Vítem Klusákem a Filipem Remundou po několik let navštěvoval Polsko, aby lépe pochopil Poláky a jejich vztah k Bohu. Ve filmu se Žalud obrací na náhodné kolemjdoucí, jeptišky oslavující výročí křtu Polska, zástupce antisemitského rozhlasu Radio Maryja i kněze obviněného ze sexuálního obtěžování. Zatímco oni mají ve věcech víry jasno, tak filmař, který sám hledá duchovní oporu, je stále skeptičtější. Zdá se, že křesťanství v dnešním Polsku sice nabízí odpovědi, ale pouze na otázky odsouhlasené církví a konzervativní vládou.… Na polskich stronach, gdzie sporadycznie pisano o tym filmie, tradycyjne narzekania, że “to nakręcone niezbyt na serio, zbyt płytko, że to polski Kler” – standard, made in Poland…

Karel Žalud, współreżyser filmu, a zarazem jego główny bohater, w pewnym momencie – próbując w miarę jasno wytłumaczyć jakiemuś Polakowi, dlaczego kręcą ten film o Bogu w Polsce – powiedział: Polska i Czechy – jesteśmy sąsiadami, mamy ponad 700km wspólnej granicy, a tam mało o sobie wiemy! Obecnie jesteśmy najbardziej ateistycznym krajem w Europie, a to właśnie z Czech przywędrowało do Polski chrześcijaństwo; u was ono jest jedną z głównych sił, a u nas nie ma go prawie wcale. Chcielibyśmy dowiedzieć się, jak to u was jest, chcielibyśmy znaleźć Boga.

Czeska ekipa filmowa wędruje wanem po Polsce wzdłuż i wszerz, od południa po Bałtyk, odwiedza ważne katolickie przybytki polskie, odwiedza Rydzykolandię w Toruniu, rozmaite sanktuaria, XXXXL figurę Jezusa, uczestniczy w pielgrzymce Rodziny Radia Maryja, zagląda w małe kościoły, zapomniane parafie, składa wizytę księdzu egzorcyście, a w czasie pielgrzymki do Częstochowy z jedną z grupek na modłę Oazy, Czesi dowiadują się, że jej “duchowy opiekun”, ksiądz z którym przed chwilą rozmawiali, jest oskarżany o molestowanie seksualne… Jednym słowem: katolicka Polska w pigułce okiem czeskich ateistów. Wśród nich jedynie Karel deklaruje, że jest wierzący, ale wątpiący, zagubiony, chcący autentycznie spotkać Boga (w pewnym momencie bierze nawet udział w czymś rodzaju spowiedzi w jednym z kościołów), co wywołuje u jego kolegów z filmowej ekipy kąśliwe uwagi i ten specyficzny czeski uśmiech, gdy mowa o głębi metafizycznych uniesień religijnych.

foto: Česká televize

Ktoś, kto nigdy nie był w Czechach, kto nigdy nie spotkał Czecha, nie zna kompletnie tamtejszej mentalności, po obejrzeniu Jak Bůh hledal Karla, uzna rzeczywiście ten film za powierzchowny, prowokatorski, uszczypliwy i złośliwy. Jeśli natomiast krytyka wyjdzie ze strony “prawdziwego Polaka i katolika”, niechybnie usłyszymy co? No wiadomo co – ten film jest obrzydliwie antypolski! :D

Nie chcę spojlerować, bo obraz Klusáka i Žaluda, to naprawdę specyficzny dokument – jak najbardziej warty wgryzienia się w jego warstwy. Oglądałem go bez polskich napisów, aby był on dla mnie bardziej przejrzysty, aby polski język nie przeszkadzał mi w wyłapywaniu czeskich niuansów, aczkolwiek muszę przyznać, że tłumaczenie jest na przyzwoitym poziomie i oddaje atmosferę filmu.


Nie nazwałbym tego percepcyjnym dysonansem, ale dokument ten oglądałem ze specyficznej perspektywy. Jako anarchista bez jakiegokolwiek poczucia narodowej przynależności, urodzony w Polsce, któremu obce są patriotyczno-narodowo-religijne sztuczki kneblujące, wiążące i zniewalające serca i umysły ludzi, jako człowiek przywiązany do kilku zaledwie miejsc w tym kraju (do miejsc, które uważam za “swoje” w rozumieniu lokalnym, kulturowym, mentalnym i rodzinnym) – patrzę na peregrynacje czeskiej ekipy filmowej w Polsce. Wtedy to optyka moja robi spore fikołki, albowiem instynktownie niejako wchodzę w tą “czeską skórę”, w której czuję się swobodnie. Czy pretenduję do roli bycia “przechrztą” i quasi-Czechem? Jasne, że nie. Przecież to byłoby równie groteskowe i śmiechu warte, jak teksty Polaczków-cwaniaczków, którzy niczym karaluchy rozleźli się po rozmaitych Bredach i Amsterdamach, a potem przy wódzie i polskiej kiełbasie, z tłustymi mordami zaczynają opowieści: U nas w Holandii…

Moja przygoda z Czechami zaczęła się mniej więcej 20 lat temu. Mówię o regularnych wyjazdach, koncertach, włóczęgach stopem, poznawaniu ludzi, języka, wgryzanie się w przestrzeń i mentalność Czech.
Wiele lat wcześniej zacząłem oczywiście czytać czeską literaturę, w której zakochałem się na zabój i pochłaniałem w ilościach hurtowych. Im głębiej właziłem w różne czeskie zakamarki, tym swobodniej się czułem i to było całkiem nowe odczucie, niemal fizycznie, gdy na granicznym moście na Olzie w Cieszynie przechodziłem na drugą stronę i patrząc na tabliczkę: Český Těšín, mimowolnie uśmiechałem się, bo wiedziałem, że po tej stronie Olzy jest swobodniej, da się oddychać, nie trzeba raz zarazem szarpać się z ojczyznami, jezuskami, patriotyzmami, ubekami, bohaterami wyklętymi, z dupy wziętymi – bez martyrologii, łez krwawych i husarskich piór, bez słów papieskich i i maryjnych flag żółto-niebieskich…

foto: DOK.REVUE

Wreszcie zamieszkałem w Czechach, poznałem wiele miejsc i ludzi w tym kraju, udało mi się odnaleźć wśród Czechów prawdziwych przyjaciół, co wbrew pozorom nie jest takie proste.
Znana praktyczna konstatacja wynikająca bezpośrednio z socjologii i antropologii kulturowej, jak i z psychologii społecznej, mówi nam, że gdy wychodzimy poza obszar “swojego” i spotykamy “obcego” przebywając jakiś czas w jego przestrzeni, uczymy się nie tylko prostego (acz wciąż dla wielu zjebanych nacjonalistycznych idiotów niezrozumiałego) faktu, że inny istnieje, ale że istnieje na tym samym pułapie ludzkiej percepcji w ramach egzystencji tu i teraz i że w konfrontacji z naszym tu i teraz rodzi się nowa jakość: poznajemy samych siebie i nasze środowisko przez pryzmat i spojrzenie innych.
Niestety w Polsce niezwykle rozpowszechnionym “narodowym tikiem” jest przekonanie, że jeśli obcy mówi nam o tym, jacy jesteśmy, to niechybnie musi to być atakiem na nas, na swoich. Żadnego dystansu, żadnego rozglądania się wokół, żadnych pytań dodatkowych. Polskę atakujo! I ta zgniła zawiesina pojawia się zawsze tam, gdzie pojawia się mowa o narodach, o krwi prawdziwej, o przodkach walczących, gdy siły patriotyczne wyjmują pindole i moczem terytoria zaznaczają…

… tymczasem w Pradze, przed wejściem do Muzeum Franza Kafki, David Černý, artysta i rzeźbiarz, umieścił swoją instalację pt: Čurající fontána (Sikająca fontanna), która przedstawia dwóch chłopców zwróconych do siebie twarzami, sikających do basenu w kształcie Republiki Czeskiej.

foto: Wikipedia

Czujecie i widzicie tą symptomatyczną różnicę? Wyobrażacie sobie taką rzeźbę gdziekolwiek w Polsce? Pytania są absolutnie retoryczne…

Wiele lat temu, pewnej jesiennej nocy wybrałem zły vlak (po czesku – pociąg). Wróciłem do Polski, ale nie będę się w tej chwili nad tym rozwodził. Przedstawienie trwa nadal. Czechy mi nie uciekną, są tuż za miedzą, mam je pod ręką. Więc nie ma powodu do biadolenia :)
O tym jak głęboko tkwią we mnie te Czechy, świadczy choćby pewien motyw senny, który nigdy, przenigdy się nie zmienia: jeśli w jakimś śnie poruszam się z miejsca na miejsce, podróżuję, zawsze jest to czeski pociąg (sic!) – nawet gdyby akcja snu toczyła się w Polsce, czy w jakikolwiek innym miejscu na świecie (najzabawniejszy sen jaki pamiętam, to ten, gdzie jechałem na mecz hokejowy do Edmonton w Kanadzie – oczywiście w czeskim pociągu), zawsze towarzyszą mi České dráhy (czeskie koleje państwowe)…

***

Jak Bůh hledal Karla – powróćmy na koniec do filmu… Sami powinniście go zobaczyć i jednocześnie wybrać perspektywę, z jakiej będziecie go oglądać / oceniać. Jednym przyjdzie to z łatwością, innym niekoniecznie.
Póki co, dokument z polskimi napisami jest dostępny tutaj. Jak długo? Nie wiadomo, więc radzę się pośpieszyć z oglądaniem, bo później przyjdzie pewnie czekać, aż film od naszych sąsiadów trafi wreszcie w oficjalnej dystrybucji do PL.

Po obejrzeniu filmu mocno zachęcam do dzielenia się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami – tutaj, w komentarzach, albo na czacie tego bloga w Telegramie. Czat w tempie dosyć ślimaczym powiększa się o nowych użytkowników… Nie gryziemy! Wpadajcie pogadać o rzeczach wszelakich – tematycznych ograniczeń brak! Subskrybujcie też telegramowy kanał tego bloga – będziecie dzięki temu na bieżąco w materii nowych wpisów tutaj, jak i będziecie mieć dostęp do “mikro-postów”, czyli do wszelkich ciekawych informacji, które udaje mi się wygrzebać w necie / w życiu, a które wydają mi się godne polecenia i podzielenia się z Wami!