Dell Latitude E5450 | Linux Mint 19.03 | GhostBSD 20.01

Podziel się:
0Shares

Zawsze chciałem mieć Della. W wersji laptopowej, a gdy zaczynałem swoją jazdę z Linuxem – tym bardziej w wersji biurkowej/stacjonarnej. Koniecznie w horyzontalnej obudowie, na której stoi monitor. Wtedy to chodziły słuchy, że Dell posiada najlepszą kompatybilność hardware’ową z wciąż rozwijającym się wtedy Linuxem (a były to czasy karkołomnych konfiguracji i godzin przesiedzianych na IRCu i na forach, w poszukiwaniu sterowników, skryptów, generalnie wszystkiego, co sprawi, że twój Linux będzie lepszy od Windowsa twojego kumpla, a ty będziesz mógł w towarzystwie zrobić znudzoną minę w czasie rozmów o kompach i od niechcenia rzucisz: pff, pierdolcie się ze swoimi antywirusami, ja mam Linuxa… Chwila ciszy jaka wtedy zapadała, była bezcenna, a ty świeciłeś przez kilkanaście sekund na postumencie z napisem: NERD AS FUCK :D:D:D

Zdecydowałem się na lapka Dell’a, bo nie od dzisiaj firma ta ma dobrą opinię na rynku. No i nie zawiodłem się. Oczywiście robolska pensja nie pozwoliła mi na kupno nówki sztuki; mam używkę, gdare A, z praktycznie niezauważalnymi śladami użytkowania, z nowym dyskiem SSD 512GB. Priorytetem był dla mnie RAM. Chciałem bez żadnych zawiasów odpalić Gimp’a, Inkscape’a, Spotify, Firefoxa + kilka apek typu Telegram, Riot, bez stresu, że CPU i RAM zaczną się gotować, wraz z zawaloną w 100% partycją swap. Mam 16GB RAM. Luz i relaks. Wystarczy.
Do lapka dostałem w gratisie stację dokującą (która przyda mi się wkrótce), torbę i wireless mouse.

Jak sprawuje się ustrojstwo? Rewelcyjnie! Po raz pierwszy od conajmniej kilku lat jestem zadowolony ze sprzętu, który obsługuje mojego Linuxa.  Wcześniej byłem skazany na Lenovo – kupę gówna, której przenigdy już nie kupię; chińska korporacja na potęgę kolaborująca z Microsoftem, koncentrująca się na jak najcieplejszych pieszczotach z tym znienawidzonym przeze mnie gigantem… Z radością oddałem Lenovo mojej ex, która załatwiła klawiaturę w tym lapku… grając w Simsy (sic!). Podobne – negatywne – wspomnienia mam z Acerem, zarówno z moim netbookowym Aspire’em, jak i z lapkiem mojej siostry, który wiecznie wymagał specjalnej troski, jako niepełnosprytny sprzęt.

Dell Latitude E5450 Intel Core i5 ma podświetlaną klawiaturę (co dla mnie jest mega-ważne, albowiem klinicznie nie trawię jakiegokolwiek oświetlenia centralnego w pomieszczeniach, a w obecnych warunkach ciężko mi zmontować dobre oświetlenie punktowe stricte dla pracy na kompie), która jest chyba najwygodniejszą klawiaturą, z jaką miałem do tej pory do czynienia. Ilość literówek, jakie popełniam spadła niemal do zera.
Póki co, nie mam do czego się przyczepić, żadnych niedogodności, czy ewidentnych wad. Dell wymiata!

Co na pokładzie? Dwa systemy operacyjne.
Wiadomo, od wieeeeeelu lat jestem oddanym userem Debiana, dystrybucji Linuxa, którą kocham nad życie – za filozofię wewnątrz społeczności, za pakiety .deb, za konfig, którego nauczyłem się na pamięć, za niezawodność (zwłaszcza w gałęziach sid / testing – nigdy nie używałem gałęzi stable)… Niemniej jednak zainstalowałem Minta 19.03.
Dalczego Linux user-friendly dla wszystkich? Bo nie chciało mi się spędzać na konfigurowaniu systemu więcej, niż 15-20 minut po instalacji. To było jedyne kryterium. Instalacja trwała jakieś 10-12 minut, z tego co pamiętam. Podstawowy konfig + upgrade po instalacji – kolejne 10 minut. I mam wszystko tak jak chcę. Działa, śmiga, bez poślizgów, bez pierdolenia.
W materii estetyczno-użytkowej mam autentycznego pierdolca w Linuxie. Kocham menadżery okien (zamiast środowisk graficznych), najchętniej całe życie działałbym na Linuxie z i3wm, scrotwm, Openbox… Ale chyba się starzeję i nie chce mi się grzebać w dotfajlach, upiększać, udoskonalać (apogeum takiej akttywności miałem, gdy bawiłem się z doskonałym menadżerem okien, jakim jest AwesomeWM).. Teraz mam Minta z Cinnamonem.
Zrobiłem, co chciałem. Kolorystyka monochrome + cyberpunk.

Drugi system operacyjny u mnie, to GhostBSD. Rodzina FreeBSD w wersji user-friendly.
Już kilka lat temu zacząłem interesować się BSD, ale moje wrodzone lenistwo skutecznie odwlekało poznanie tego systemu. Pamiętam czasy, gdy słysząc akronim: BSD, linuksiarze albo prychali zdeorientowani, albo (w wersji ultra-nerd) rozpoczynali dyskusje nt serwerów, w języku niezrozumiałym dla przeciętnego homo sapiens. BSD było czymś takim, jak Gentoo, czy Slack dla świeżych userów Ubuntu :D
W chwili obecnej, Panie i Panowie, FreeBSD jest tym, czym kiedyś w świecie Linuxa był Debian dla użytkowników Ubu. GhostBSD jest właśnie doskonałą dystrybucją, która oswaja użytkownika z FreeBSD.

Instalacja systemu z poziomu liveCD (w moim przypadku USB-stick) jest banalna, dokładnie jak każdy install Linuxa. Trochę zabawy z partycjami i mamy gotowy system FreeBSD na kompie. Biurkowy, nie serwerowy. Z nakładką GUI na system portów (warto jednak odpalić terminal –  install pakietów z poziomu konsoli wygląda inaczej, niż na Debianie/Archu na ten przykład…).

Po co mi BSD? Dla zgłębienia wiedzy o systemach operacyjnych innych, niż Linux czy Windows. Dla poznania systemu z rodziny Unix, dla poznania innych systemów plików, dla testowania wydajności określonych aplikacji (kompatybilność z Linuxem wręcz wzorcowa!).
Był moment, gdy chciałem zrobić GhostBSD moim głównym systemem, ale przecież nie będę udawał mastera w kwestii, którą zaledwie liznąłem. Jedno jest jednak pewne: jeśli człowiek posiada wiedzę związaną z działaniem GNU/Linux, bez problemu przesiądzie się na FreeBSD.