Linux pod każdą strzechą? Hmm…

Ostatnimi czasy, przy okazji dyskusji nad kontrowersyjnym artykułem na www.jakilinux.org naszły mnie refleksje natury, hmm… marketingowej 🙂 Autor tegoż artykułu próbuje forsować tezę o konieczności wypracowania takiego modelu desktopowej wersji Linuxa, który przebije się przez gąszcz komercyjnych rozwiązań (czytaj: gąszcz macek Windowsa i innych większych konkurentów) tylko wtedy, gdy zapewni się określone warunki. Nie będę wnikał teraz w szczgółowe propozycje zawarte w artykule (każdy/-a może przeczytać tekst sam – jest zlinkowany powyżej). Dość powiedzieć, że artykuł 10 rad jak uczynić z Linuksa najpopularniejszy system desktopowy jest raczej grafomańską reklamą Google i zbiorem stereotypów, czy też zwykłych kłamstw nt. Linuxa. Kilka mniejszych pomysłów jest godna uwagi, ale generalnie podejście autora wydaje się mocno marketingową gumą do żucia dla… no właśnie, dla kogo?
Tekst należałoby przeczytać, by wyrobić sobie zdanie w kwestiach, jakie są w nim poruszane – mocno zachęcam (łącznie z komentarzami czytelników). Moje podejście do filozofii open source i samego Linuxa jest odmienne od tego prezentowanego dosyć bufoniasto w w/w artykule.
1. Niby dlaczego mamy tworzyć dystrybucję na siłę wciskaną początkującym jako najpopularniejszy system desktopowy?

  Nie rozumiem (i tutaj zgadzam się z kilkoma komentatorami w/w tekstu), w jakim celu społeczność Linuxa wraz z firmami patronującymi poszczególnym rozwiązaniom desktopowym (jak np. Cannonical i Ubuntu) mieliby wypruwać sobie flaki, by wciskać potencjalnym neofitom takiego Linuxa, który wprost lśni od atrakcyjności (np. pod kątem stabilności – pomijając atrakcyjność graficzną)? Zgadza się, Ubuntu jako jedna z wiodących dystrybucji Linuxa na świecie mogłaby zmienić cykl wydawniczy np. na roczny, kosztem poprawienia stabilności dystrybucji, ale to nie oznacza, że należałoby stworzyć jakąś mega-dystrybucję skupioną wyłącznie na jednym celu: dotrzeć na jak największą ilość biurek – nieważne, jak – ważne, by tego dokonać.

2. Marketing zamiast konkretów. Po co?

 Autor artykułu sugeruje, by tworząc takiego “super-linuxa” nie informować potencjalnie zainteresowanych o tym, że nasz system ma jądro Linuxa. Innymi słowy – nie mów, że twój Linux, to Linux, bo odstraszysz tych, którzy od kołyski tuczeni propagandą Microsoftu nie wybiorą twojego systemu. Tak właśnie czyni obecnie Google.

A’propos – małe pytanie: kto z milionów użytkowników PC-tów z Windowsem wie, że Google wypuści swój własny system operacyjny? Ktoś tam wie. Drugie pytanie: kto z tych użytkowników zdaje sobie sprawę, że nowy system Google – ChromeOS – jest po prostu Linuxem (jego jądro jest jądrem linuxowym)? Jestem przekonany, że garstka.

Takie podejście – pomijając fakt, że jest kurewsko nieuczciwe – jest wg mnie po prostu głupie. Ktoś, kto na siłę chce zunifikować Linuxa i marzy o “wielkiej dystrybucji dla wszystkich”, wpada na takie właśnie pomysły, a co za tym idzie, traktuje swoich potencjalnych użytkowników jak tępe bydło – innymi słowy, robi dokładnie to, co robi Windows; przedstawiamy ci nasz nowy super-system operacyjny, jest super, bo jest  innowacyjny i super! Działa, więc jest super.

3. Linux – w wielości siła!

 Należę do tych użytkowników Linuxa, którzy widzą zalety rozdrobnienia poszczególnych projektów i dystrybucji opartych na jądrze linuxowym przeważają nad wadami tegoż. Nawet ktoś, kto wcześniej nie miał do czynienia z Linuxem, wchodząc np. na www.distrowatch.com może dostać oczopląsu, gdy zobaczy, że Linux, to nie jakiś jeden “anty-Windows” zapakowany w pudełeczko i rozdawany/sprzedawany maniakom, lecz projekt, w ramach którego rozwijane i tworzone są setki dystrybucji dla ludzi, którzy mają różne gusta i potrzeby. Tu tkwi istota rzeczy! Pieprzony Windows jest dla każdego,  podczas gdy Linux, to jądro, wokół którego tworzone są distra dla użytkowników z różnymi potrzebami. Tutaj nie wejdziesz do jednej zagrody, w której oferuje ci się wszystko w jednym, uniwersalnie, kompaktowo, super-atrakcyjnie! Sam decydujesz, jakie distro wybrać, bo masz konkretne potrzeby i oczekiwania, więc potrzebujesz systemu, który TO TY WYBIERZESZ/STWORZYSZ! 

Wiemy od dawna, że ludzie przyzwyczajeni do dawania im gotowych rozwiązań na talerzu, bez wolności wyboru, akceptują byle gówno jako coś koniecznego i z biegiem czasu uznają to za niezawodne, nawet gdy tak nie jest. Dlatego też Linux jest dla ludzi, którzy SAMI decydują, czego oczekują od systemu, który będą używać. Mnogość dystrybucji umożliwia taki wybór, a możliwości konfiguracyjne wprawią w migrenę i zawał serca każdego użytkownika Windowsa.

4. Stabilność.

 Stabilność, to ważna cecha, zwałszcza dla tych, którzy chcą używać kompa w codziennej pracy biurowo-domowej i nie bawi ich grzebanie we flakach systemu, by konfigurować, ulepszać, poprawiać. Chcą mieć system sprawdzony, nie sypiący się przy upgrade’ach etc. Demonizowanie Linuxa, jako rzekomo niestabilnego i nieprzewidywalnego systemu jest bezcelowe. Znam naprawdę zielonych użytkowników Linuxa, dla których takie kwestie jak repozytoria, środowisko X-ów, konsola, to czarna magia, a jednak z powodzeniem korzystają na codzień z Linuxa. Innymi słowy, nie trzeba być maniakiem, by być użytkownikiem tego systemu. Pomoc znajomych, fora internetowe wystarczą, by skonfigurować swojego Linuxa tak, by nie grzebiąc w nim, cieszyć się ze stabilnej pracy!

Istnieją rzecz jasna dystrybucje dla wyjadaczy, którzy rozkładają swój system na części pierwsze i permenentnie w nim grzbią, dla których stabilna wersja systemu jest po prostu nudna. Korzystają oni z wersji testowych, łażą po cienkiej linii, by sprawdzać możliwości nowych aplikacji i źle się czują, gdy w kompie wszystko jest dopieszczone i niezmienne. To właśnie dzięki takim ludziom, Linux się rozwija! Ktoś, kto marudzi, że Linux jest “trudny i w ogóle dziwny” zapomina, że to dzieki takim maniakom i zapalonym testerom ten system staje się stabilny – paradoksalnie!

Podsumowując. Dla mnie Linux, to narzędzie o potężnych możliwościach, system, który mogę sam dopasować do własnych potrzeb, a nie produkt, który wcisnąć można każdemu, tak jak chciałby autor artykułu. Początkujący użytkownicy – jestem tego pewien na 666%! – mogą znaleźć dla siebie taką dystrybucję, która tylko zachęci ich do przygody z Linuxem – bez marketingowych sztuczek i jednego super-systemu dla wszystkich. Parafrazując autora tekstu:
Różnorodność, głupcze! 

Christopher Negus – “Linux. Biblia. Edycja 2007”. Tomisko dla początkujących (i nie tylko).

Będąc pewnego dnia w jednym z antykwariatów w Gdyni, natknąłem się na potężne tomisko, którego tytuł od razu zwrócił moją uwagę. Linux. Biblia. Edycja 2007. Przejrzałem tą 968-stronicową księgę i od razu nabrałem ochoty, by ją kupić. Cena o 40 zł. niższa od tej na okładce, ale fakt pozostawał faktem: 80 zeta, to dla mnie majątek! Po żmudnych kalkulacjach i dylematach finansowych, kupiłem ją ostatecznie nastepnego dnia.

Christopher Negus napisał rewelacyjny poradnik dla wszystkich tych, którzy jeszcze nie wiedzą o co kaman w Linuxie oraz dla tych, którzy stawiają już pierwsze kroki w świecie tego systemu. Mamy więc w Biblii… historię Linuxa, również w kontekście rozwoju innych projektów takich jak GNU, Unix, czy Windows.Nieco publicystyczny początek książki wprowadza czytelnika w specyfikę systemu Linux.
Negus po kolei tłumaczy komponenty systemu i czyni to w sposób bardzo przystępny. Opisuje powłokę i sposoby pracy w niej, tłumaczy system plików linuxowych, ociera się o wstęp do korzystania z edytora vim. W kolejnym rozdziale opisane jest środowisko graficzne Linuxa. Później autor przedstawia Linuxa w praktyce: podstawowa administracja, tworzenie kont użytkowników, polecenia, konfiguracja sprzętu, montowanie systemu plików, dysków, etc. Czas na opisanie połączenia z internetem i pokaźny rozdział nt. bezpieczeństwa w Linuxie.
Autor nastepnie opisuje poszczególne dystrybucje Linuxa: Fedora, Red Hat, Debian, OpenSUSE, Knoppix, Yellow Dog, Gentoo, Slackware, Linspire/Freespire, Mandriva i Ubuntu.W kolejnych rozdziałach dowiadujemy się o wykorzystaniu Linuxa jako zapory sieciowej, czy routera. Pokrótce skupia się na aplikacjach audio/video, internetowych, graficznych, tekstowych. Dwa ostatnie – cholernie ciekawe! – elementy tej księgi, to serwery w Linuxie oraz programowanie.
Linux. Biblia. Edycja 2007, to niezwykła publikacja dla fascynatów Linuxa. Jest w niej wszystko, co powinien wiedzieć każdy decydujący się na przygodę z tym systemem operacyjnym. Dowiedziałem się wielu rzeczy nt. administrowania Linuxem; wiedza, jak wygląda Linux “od kuchni” jest bezcenna. Atutem tej książki jest to, że zgromadzono w niej elementarne informacje, które nie wyczerpując tematu, dostarczają nam bazy pod dalsze działania linuxowe. Szczerze polecam Biblię… każdemu stawiającemu pierwsze kroki w Linuxie. Zawiera ona na tyle uniwersalne i elementarne informacje (na ponad 900 stronach!), że 2007 w tytule nie jest kwestią in minus.(Może ukazała się zaktualizowana edycja?).
Dodać warto, że do książki dodane są płyty: CD i DVD z dystrybucjami w wersjach instalacyjnych i liveCD. Dystrybucji jest kilkanaście, ale dosyć przestarzałych, ze starymi kernelami; początkujący mogą jednak zobaczyć “na żywo” Linuxa.
Oczywiście zniechęcającą i wkurwiającą potencjalnego czytelnika/-czkę jest cena. Dla mnie zdecydowanie faszystowsko wysoka :/ Jednak zauważyłem, że wszystkie książki z Heliona są cholernie drogie. Niestety.
Christopher Negus – Linux. Biblia. Edycja 2007, Wydawnictwo Helion.