у кого-то богатый внутренний мир, а у меня богатая внутренняя война…

Jak Bůh hledal Karla | wybrałem zły vlak…

Podziel się:
0Shares

Kumpel, który jakiś czas temu wyprowadził się w okolice Trzyńca (Moravskoslezský kraj, wschód Czech, czeski Śląsk) wysłał mi wczoraj link do dokumentalnego filmu, który obejrzałem z wielkim zaciekawieniem, ale i z ogromną nostalgią, albowiem Czechy, to bardzo newralgiczny punkt w moim nędznym żywocie.
O ile na blogu tym na pierwszy plan wybija się zdecydowanie moja fascynacja Wschodem i około-rosyjskimi klimatami / tematami, o tyle Czechy – zarówno jako kraj, jak i pewien stan umysłu, którego za nic w świecie nie sposób osiągnąć w PL – stanowią już integralny element mojego życia, są źródłem bogatych wspomnień i szemrzących gdzieś tam “w sąsiedztwie” zdarzeń obecnych. Czechy, to miejsce, w którym po raz pierwszy w życiu poczułem się jak w domu, normalnie. Czechy, to miejsce, gdzie poziom społecznego spierdolenia i ludzkiej skłonności to “narodowych konfrontacji”, czy wzajemnego podrzynania sobie gardeł tępymi ostrzami zawiści i patriotyzmu, jest tak niski, że niemal niezauważalny w zmaganiach z codziennością…

Po raz kolejny miałem do czynienia z tą typowo czeską optyką wczoraj, w czasie oglądania fenomenalnego dokumentu autorstwa Víta Klusáka, pt: Jak Bůh hledal Karla (Jak Bóg szukał Karela). Zaraz po obejrzeniu filmu, późno w nocy, postanowiłem zabrać się za pisanie tego posta, niejako “na świeżo”… Ale nie… musiałem dać sobie kilka godzin. Musiałem nabrać głęboko zimnego powietrza, zapalić, pogapić się w przestrzeń i zakląć pod nosem po czesku, w jakimś sensie wyczerpany tym seansem. Prawdziwym do szpiku kości, odwracającym perspektywę “typowo polskiego” spojrzenia na kraj nad Wisłą.
Tak, nie nad Wełtawą, a nad Wisłą właśnie, albowiem film Klusáka traktuje o Polsce, a konkretniej o polskiej wierze, o polskim katolicyzmie, o… polskim Bogu (sic!).

foto: Česká televize

Rano przy kawie poczytałem co nieco o filmie na czeskich stronach, m.in. krótką notkę ze strony Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych Ji.hlava1Režisér Karel Žalud s režiséry Vítem Klusákem a Filipem Remundou po několik let navštěvoval Polsko, aby lépe pochopil Poláky a jejich vztah k Bohu. Ve filmu se Žalud obrací na náhodné kolemjdoucí, jeptišky oslavující výročí křtu Polska, zástupce antisemitského rozhlasu Radio Maryja i kněze obviněného ze sexuálního obtěžování. Zatímco oni mají ve věcech víry jasno, tak filmař, který sám hledá duchovní oporu, je stále skeptičtější. Zdá se, že křesťanství v dnešním Polsku sice nabízí odpovědi, ale pouze na otázky odsouhlasené církví a konzervativní vládou.… Na polskich stronach, gdzie sporadycznie pisano o tym filmie, tradycyjne narzekania, że “to nakręcone niezbyt na serio, zbyt płytko, że to polski Kler” – standard, made in Poland…

Karel Žalud, współreżyser filmu, a zarazem jego główny bohater, w pewnym momencie – próbując w miarę jasno wytłumaczyć jakiemuś Polakowi, dlaczego kręcą ten film o Bogu w Polsce – powiedział: Polska i Czechy – jesteśmy sąsiadami, mamy ponad 700km wspólnej granicy, a tam mało o sobie wiemy! Obecnie jesteśmy najbardziej ateistycznym krajem w Europie, a to właśnie z Czech przywędrowało do Polski chrześcijaństwo; u was ono jest jedną z głównych sił, a u nas nie ma go prawie wcale. Chcielibyśmy dowiedzieć się, jak to u was jest, chcielibyśmy znaleźć Boga.

Czeska ekipa filmowa wędruje wanem po Polsce wzdłuż i wszerz, od południa po Bałtyk, odwiedza ważne katolickie przybytki polskie, odwiedza Rydzykolandię w Toruniu, rozmaite sanktuaria, XXXXL figurę Jezusa, uczestniczy w pielgrzymce Rodziny Radia Maryja, zagląda w małe kościoły, zapomniane parafie, składa wizytę księdzu egzorcyście, a w czasie pielgrzymki do Częstochowy z jedną z grupek na modłę Oazy, Czesi dowiadują się, że jej “duchowy opiekun”, ksiądz z którym przed chwilą rozmawiali, jest oskarżany o molestowanie seksualne… Jednym słowem: katolicka Polska w pigułce okiem czeskich ateistów. Wśród nich jedynie Karel deklaruje, że jest wierzący, ale wątpiący, zagubiony, chcący autentycznie spotkać Boga (w pewnym momencie bierze nawet udział w czymś rodzaju spowiedzi w jednym z kościołów), co wywołuje u jego kolegów z filmowej ekipy kąśliwe uwagi i ten specyficzny czeski uśmiech, gdy mowa o głębi metafizycznych uniesień religijnych.

foto: Česká televize

Ktoś, kto nigdy nie był w Czechach, kto nigdy nie spotkał Czecha, nie zna kompletnie tamtejszej mentalności, po obejrzeniu Jak Bůh hledal Karla, uzna rzeczywiście ten film za powierzchowny, prowokatorski, uszczypliwy i złośliwy. Jeśli natomiast krytyka wyjdzie ze strony “prawdziwego Polaka i katolika”, niechybnie usłyszymy co? No wiadomo co – ten film jest obrzydliwie antypolski! :D

Nie chcę spojlerować, bo obraz Klusáka i Žaluda, to naprawdę specyficzny dokument – jak najbardziej warty wgryzienia się w jego warstwy. Oglądałem go bez polskich napisów, aby był on dla mnie bardziej przejrzysty, aby polski język nie przeszkadzał mi w wyłapywaniu czeskich niuansów, aczkolwiek muszę przyznać, że tłumaczenie jest na przyzwoitym poziomie i oddaje atmosferę filmu.


Nie nazwałbym tego percepcyjnym dysonansem, ale dokument ten oglądałem ze specyficznej perspektywy. Jako anarchista bez jakiegokolwiek poczucia narodowej przynależności, urodzony w Polsce, któremu obce są patriotyczno-narodowo-religijne sztuczki kneblujące, wiążące i zniewalające serca i umysły ludzi, jako człowiek przywiązany do kilku zaledwie miejsc w tym kraju (do miejsc, które uważam za “swoje” w rozumieniu lokalnym, kulturowym, mentalnym i rodzinnym) – patrzę na peregrynacje czeskiej ekipy filmowej w Polsce. Wtedy to optyka moja robi spore fikołki, albowiem instynktownie niejako wchodzę w tą “czeską skórę”, w której czuję się swobodnie. Czy pretenduję do roli bycia “przechrztą” i quasi-Czechem? Jasne, że nie. Przecież to byłoby równie groteskowe i śmiechu warte, jak teksty Polaczków-cwaniaczków, którzy niczym karaluchy rozleźli się po rozmaitych Bredach i Amsterdamach, a potem przy wódzie i polskiej kiełbasie, z tłustymi mordami zaczynają opowieści: U nas w Holandii…

Moja przygoda z Czechami zaczęła się mniej więcej 20 lat temu. Mówię o regularnych wyjazdach, koncertach, włóczęgach stopem, poznawaniu ludzi, języka, wgryzanie się w przestrzeń i mentalność Czech.
Wiele lat wcześniej zacząłem oczywiście czytać czeską literaturę, w której zakochałem się na zabój i pochłaniałem w ilościach hurtowych. Im głębiej właziłem w różne czeskie zakamarki, tym swobodniej się czułem i to było całkiem nowe odczucie, niemal fizycznie, gdy na granicznym moście na Olzie w Cieszynie przechodziłem na drugą stronę i patrząc na tabliczkę: Český Těšín, mimowolnie uśmiechałem się, bo wiedziałem, że po tej stronie Olzy jest swobodniej, da się oddychać, nie trzeba raz zarazem szarpać się z ojczyznami, jezuskami, patriotyzmami, ubekami, bohaterami wyklętymi, z dupy wziętymi – bez martyrologii, łez krwawych i husarskich piór, bez słów papieskich i i maryjnych flag żółto-niebieskich…

foto: DOK.REVUE

Wreszcie zamieszkałem w Czechach, poznałem wiele miejsc i ludzi w tym kraju, udało mi się odnaleźć wśród Czechów prawdziwych przyjaciół, co wbrew pozorom nie jest takie proste.
Znana praktyczna konstatacja wynikająca bezpośrednio z socjologii i antropologii kulturowej, jak i z psychologii społecznej, mówi nam, że gdy wychodzimy poza obszar “swojego” i spotykamy “obcego” przebywając jakiś czas w jego przestrzeni, uczymy się nie tylko prostego (acz wciąż dla wielu zjebanych nacjonalistycznych idiotów niezrozumiałego) faktu, że inny istnieje, ale że istnieje na tym samym pułapie ludzkiej percepcji w ramach egzystencji tu i teraz i że w konfrontacji z naszym tu i teraz rodzi się nowa jakość: poznajemy samych siebie i nasze środowisko przez pryzmat i spojrzenie innych.
Niestety w Polsce niezwykle rozpowszechnionym “narodowym tikiem” jest przekonanie, że jeśli obcy mówi nam o tym, jacy jesteśmy, to niechybnie musi to być atakiem na nas, na swoich. Żadnego dystansu, żadnego rozglądania się wokół, żadnych pytań dodatkowych. Polskę atakujo! I ta zgniła zawiesina pojawia się zawsze tam, gdzie pojawia się mowa o narodach, o krwi prawdziwej, o przodkach walczących, gdy siły patriotyczne wyjmują pindole i moczem terytoria zaznaczają…

… tymczasem w Pradze, przed wejściem do Muzeum Franza Kafki, David Černý, artysta i rzeźbiarz, umieścił swoją instalację pt: Čurající fontána (Sikająca fontanna), która przedstawia dwóch chłopców zwróconych do siebie twarzami, sikających do basenu w kształcie Republiki Czeskiej.

foto: Wikipedia

Czujecie i widzicie tą symptomatyczną różnicę? Wyobrażacie sobie taką rzeźbę gdziekolwiek w Polsce? Pytania są absolutnie retoryczne…

Wiele lat temu, pewnej jesiennej nocy wybrałem zły vlak (po czesku – pociąg). Wróciłem do Polski, ale nie będę się w tej chwili nad tym rozwodził. Przedstawienie trwa nadal. Czechy mi nie uciekną, są tuż za miedzą, mam je pod ręką. Więc nie ma powodu do biadolenia :)
O tym jak głęboko tkwią we mnie te Czechy, świadczy choćby pewien motyw senny, który nigdy, przenigdy się nie zmienia: jeśli w jakimś śnie poruszam się z miejsca na miejsce, podróżuję, zawsze jest to czeski pociąg (sic!) – nawet gdyby akcja snu toczyła się w Polsce, czy w jakikolwiek innym miejscu na świecie (najzabawniejszy sen jaki pamiętam, to ten, gdzie jechałem na mecz hokejowy do Edmonton w Kanadzie – oczywiście w czeskim pociągu), zawsze towarzyszą mi České dráhy (czeskie koleje państwowe)…

***

Jak Bůh hledal Karla – powróćmy na koniec do filmu… Sami powinniście go zobaczyć i jednocześnie wybrać perspektywę, z jakiej będziecie go oglądać / oceniać. Jednym przyjdzie to z łatwością, innym niekoniecznie.
Póki co, dokument z polskimi napisami jest dostępny tutaj. Jak długo? Nie wiadomo, więc radzę się pośpieszyć z oglądaniem, bo później przyjdzie pewnie czekać, aż film od naszych sąsiadów trafi wreszcie w oficjalnej dystrybucji do PL.

Po obejrzeniu filmu mocno zachęcam do dzielenia się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami – tutaj, w komentarzach, albo na czacie tego bloga w Telegramie. Czat w tempie dosyć ślimaczym powiększa się o nowych użytkowników… Nie gryziemy! Wpadajcie pogadać o rzeczach wszelakich – tematycznych ograniczeń brak! Subskrybujcie też telegramowy kanał tego bloga – będziecie dzięki temu na bieżąco w materii nowych wpisów tutaj, jak i będziecie mieć dostęp do “mikro-postów”, czyli do wszelkich ciekawych informacji, które udaje mi się wygrzebać w necie / w życiu, a które wydają mi się godne polecenia i podzielenia się z Wami!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

TelegramTelegramBlogger