Michał Magnuszewski – Kirgistan, kraj pachnący chlebem

Podziel się:
0Shares

Rzuciłem się na tego ebooka, albowiem tematyka związana z Azją Środkową od wielu lat jest mi bardzo bliska, a ciekawych, wyczerpujących poszczególne zagadnienia książek (po polsku) nt tej części świata jest jak na lekarstwo. Od biedy ratuję się rosyjskojęzycznymi publikacjami, ale i tutaj trzeba być czujnym, by nie natknąć się na jakieś “głębokie analizy”, które tak naprawdę są postsowieckimi popłuczynami z mentalnymi pretensjami imperialnymi Rosji w stosunku do krajów owego regionu.

Michał Magnuszewski wyjechał do Kirgistanu w ramach programu stypendialnego, by tam pisać swoją pracę doktorską (tematyka: leśnictwo, dendrologia). Nie wiedział wcześniej niczego o Kirgistanie, jechał niejako “w ciemno”. Książka ma formę dziennika, w którym Autor notował swoje przeżycia, spostrzeżenia, odczucia, refleksje i obserwacje.
Tutaj w zasadzie mógłbym zakończyć moją recenzję. Serio. Miałbym wtedy poczucie, że owa recenzja jest równie ascetyczna i beznadziejnie zwięzła, jak książka, której ona dotyczy (sic!). Nie dowiedziałem się z tej książki ani grama więcej o Kirgistanie, niż wiedziałem wcześniej. Natomiast wyobraźnia oraz moja skromna wiedza nt tego pięknego i fascynującego regionu świata “dopisały” mi dalszy ciąg tego, czego Autor nie opisał, a co znalazło się na fotografiach, które zrobił i które zdobią książkę. Mówię serio – fotografie zawarte w tej książce (urokliwe miejsca, majestatyczne góry Tienszan, zwykli mieszkańcy prowincji i stolicy Kirgistanu – Biszkeku, wreszcie sam Biszkek) oraz informacje z Wikipedii i kilka artykułów w necie powiedzą wam więcej o Kirgistanie, niż Autor tej książki.

Piszę to ze smutkiem, albowiem widać, że Magnuszewski naprawdę chciał podzielić się z czytelnikiem swoimi przeżyciami; forma dziennika w literaturze faktu, to strzał w dziesiątkę, bo mamy do czynienia z intymnym słowem pisanym, obserwujemy nieznane wraz z refleksjami Autora w sposób mega dogłębny!
W tym przypadku mamy do czynienia z patykowatą, sztywną narracją przypominającą wypracowania ze szkoły w stylu: Jak spędziłeś swoje wakacje? Wszelkie opisy przyrody, czy relacji międzyludzkich w takich sytuacjach powinny być najciekawszymi elementami książki, czymś odkrywczym dla nas Europejczyków. A tutaj mamy perełki w stylu: Rozmawiałem dzisiaj z panem X. Jest to bardzo mądry człowiek. Naród kirgiski też jest bardzo mądry… albo: Te pasma górskie zadziwiały swoją pięknością i majestatem. Góry w Kirgistanie są naprawdę piękne. Przyroda w Kirgistanie jest bardzo piękna… Zero rozwinięć tematu, zero głębszych opisów (na całą książkę jest chyba tylko jeden bardziej szczegółowy opis jednego z jezior w Kirgistanie), żadnej chęci wgryzienia się w temat, w człowieka, w tradycje. W książce wałkowany jest do znudzenia fakt, że Kirgistan to była sowiecka republika – jak na lekarstwo dłuższych, zdawać by się mogło – zasadniczych! – opowieści o historii, tradycjach, wpływach religijnych, czyli o tym… o  czym chyba miała być ta książka!

Oczywiście znajdziemy jakieś fakty historyczne, ale są one tak oszczędnie serwowane czytelnikowi, że spokojnie więcej dowiemy się z kilku encyklopedii i z jakiegoś artykułu z quasi-historycznych periodyków typu Focus-Historia.
Osobnym gniotem jest w tej książce polska transliteracja rosyjskich słów. Część z nich jest poprawna, w sensie: da się je przeczytać bez krzywienia gębą, ale część to takie potworki, że ręce opadają (przy słowie: dziewuszka po prostu odpadłem :D). Może przypierdalam się dlatego, że znam rosyjski, ale serio – wystarczy zerknąć do byle jakiej polskiej publikacji naukowej, by zobaczyć jak wyglądają takie transliteracje.

Autor pojechał do Kirgistanu pisać doktorat. Może więc wypadałoby napisać słów kilka o tym, na jaki temat ów doktorat, czym sam Autor się interesuje w obrębie swojej dziedziny naukowej? Hehe, nie ma tak łatwo. W zamian mamy rozbudowane zdania typu: Dzisiaj jedziemy w do lasu robić pomiary. Byliśmy w górach, znowu mierzyliśmy drzewa… I tak przez całą książkę. Dopiero chyba na przedostatniej stronie dowiadujemy się, że praca doktorska dotyczyła endemicznego gatunku świerka występującego w Kirgistanie. Jedno zdanie!
To samo mógłbym napisać o tytułowym chlebie. Autor przez całą książkę używa tradycyjnej nazwy: lepioszka, odnoszącej się do rodzaju chleba wyrabianego w całej Azji Środkowej, natomiast nie zadał sobie trudu, by poświęcić choćby kilka akapitów spójnego tekstu odnośnie tego, jak wyrabia się lepioszkę, jak się to pieczywo piecze i w czym. Znowu pod koniec książki pojawiają się fotografie tradycyjnych pieców i one mówią nam 666 razy więcej, niż sam Autor. O tym, że Kirgistan pachnie chlebem i że z tym zapachem kojarzy się Autorowi ten kraj, dowiadujemy się na jednej, czy dwóch stronach książki. Uff… imponujące.

Magnuszewski miał niewiarygodnego fuksa historycznego, albowiem przebywał w Kirgistanie w 2010 roku, w czasie krwawej rewolucji w tym kraju. I co? I nic. Kompletnie nic! Żadnego tła historycznego tego faktu, żadnego opisu przyczyn politycznych (notabene, z książki nie dowiemy się niczego nt dyktatury w tym kraju), ani słowa o konflikcie z Uzbekami. Autor sprowadził fakt krwawych zamieszek do tego, że ludzie masowo kradli pralki i lodówki z państwowych sklepów. To wszystko (sic!).

***

Kirgistan, kraj pachnący chlebem, to książka wyłącznie dla tych, którzy nie wiedzą absolutnie niczego o Kirgistanie i o Azji Środkowej. Można ją traktować jako lekturę uzupełniającą.
Michał Magnuszewski w czasie swojego pobytu w Kirgistanie niewątpliwie zebrał masę obserwacji, przeżyć, wspomnień, kontaktów i refleksji! Wierzę w to! I wierzę również w to, że Autor rozważy napisanie kolejnej, tym razem porządnej książki o tym fascynującym kraju! Jego wiedza jest na wagę złota w obliczu dramatycznie małej ilości publikacji o Azji Środkowej  w języku polskim… Mam nadzieję, że ta wiedza się nie zmarnuje…