“Nie wkładaj nigdy swojego mózgu do czyjejś jebanej głowy”

Podziel się:
0Shares

SPASI SOHRANI – Pragmatyzm

 

Pewna nieznajoma, w gruncie rzeczy, dziewczyna powiedziała mi ostatnio, że ciężko się ze mną rozmawia, albowiem już w trakcie podnoszenia jakiegoś wątku w dyskusji, rozbieram ów wątek na czynniki pierwsze i jeszcze przed jego zakończeniem zastanawiam się, co na ten temat myśli druga strona rozmowy. Efektem tegoż jest rzekomo niepotrzebna komplikacja, która zaburza “swobodny nurt tematu”. Zmierzała ona do podkreślenia tego, iż w rozmowie najważniejsze jest, by poddać się tematowi, pozwolić unosić się nurtowi wymiany zdań…
Od razu wydało mi się to mdłe i podejrzane. Owszem, są chwile, gdy nie-działanie, czy nie-myślenie odgrywają ważną rolę w regeneracji naszego umysłu, natomiast to, czego oczekiwała nieznajoma zbyt mocno pachniało mi wschodnimi mistycyzmami, których wartość w warstwie epistemologicznej jak najbardziej doceniam (szczególnie w obecnych czasach info-przesytu i materialnego marazmu filozofii zachodnich), natomiast nijak nie jestem w stanie wyobrazić sobie, iż “daję się ponieść tematowi” w czasie rozmowy.

Kategoryzacja jako mechanizm poznawczy, jak i element oceny danych zjawisk jest dla mnie jedną z elementarnych, immanentnych cech aktywności intelektualnej. Tego nauczyło mnie obcowanie z filozofią jako taką, tego wymagałem zawsze od siebie w kontakcie z myślą, zwłaszcza z myślą nadającą konkretne kształty moim zamierzeniom i decyzjom.
Spoglądam na siebie pięć, dziesięć lat wstecz. Mogę powiedzieć, że ostatnia dekada, to w moim przypadku proces dowartościowania samotności, jako optymalnego stanu egzystencji. Mam tu na myśli zarówno samotność rozumianą, jako brak relacji uczuciowych z innym człowiekiem, jak również psycho-filozoficzną implozję myśli i refleksji – rezygnację z powszechnego dzielenia się sobą z innymi. Jednakże całość tego procesu odbywa się w warunkach cokolwiek komfortowych, rzec by można “asekuracyjnych”. Rzecz w tym, że owe implozje myśli, odczuć, pragnień odbywają się w środowisku pełnym ludzi, zgiełku, nadmiaru, przesytu i szaleństwa.

Nie łudzę się, że zbudowałem wokół siebie jakiś mur, że stworzyłem dla siebie azyl, wyspę samotności doskonałej; moja izolacja z zasady ma charakter wybiórczy, uwzględniający całą masę czynników wpierdalających się każdego dnia na nasze własne ścieżki. Pielęgnowanie samotności (samo jej oswojenie nie nastręczało mi najmniejszych problemów), jako stanu całkowicie zgodnego z moimi wewnętrzymi normami i odruchami jest dla mnie całkowicie oczywiste. Problem pojawia się, gdy w jakiejkolwiek konfrontacji z zewnętrzym czynnikiem ludzkim przychodzi mi przestawiać się na tory “normalności” definiowanej już nie przeze mnie, ale przez ogół społecznego nieładu.
Przestrzeń, w której inni czują się całkowicie zwyczajnie (czyt. egzystują w określonych warunkach, które wydają się im tak oczywiste, że nie myślą o nich w trakcie rozmaitych interakcji życiowych), dla mnie jest bagnem niejasności.

Z racji takich, a nie innych uwarunkowań psychologicznych, czy też z uwagi na taki, a nie inny mój temperament, moje reakcje na to, co dzieje się w świecie zewnętrzym bywają albo żywiołowe, albo podszyte cynizmem. Przyznam, że w takich momentach nic nie wkurwia mnie tak mocno, jak stwierdzenia typu: musisz zawsze wszystko krytykować? Musisz być zawsze na nie? Oczywiście wszyscy mają myśleć tak, jak ty, bo ty jesteś najmądrzejszy, a cała reszta, to gówno.
Mój wkurw oscyluje wtedy od staropolskiego: “Co ty, kurwa, pierdolisz?!”, po kompletne milczenie i oddalenie się (dosłownie i w przenośni) od źródła takich stwierdzeń. Ja doskonale wiem, że takie teksty w moim kierunku, to kompletnie nietrafiony osąd, ale jak w podobnej sytuacji wyjaśnić delikwentowi / delikwentce, że nie jestem wielbłądem?!
Lata owego rozbierania siebie i rzeczywistości na czynniki pierwsze, czy po prostu zwyczajna analiza filozoficzna poszczególnych problemów i dylematów intelektualnych, nauczyły mnie… siebie samego. Byłbym idiotą, gdybym stwierdził, że proces zakończono, a ja posiadłem wiedzę o sobie samym na tyle komplementarną, że wykluczam wszelkie “ale” w stosunku do mojej nędznej osoby.

Człowiek funkcjonuje / reaguje  intencjonalnie w obrębie społeczności. Jeśli zatem zabieram głos w jakieś sprawie, względnie krytykuję coś / kogoś, czynię to “po coś” – w przypadku dyskusji mniej lub bardziej luźnej, owe “po coś” jest definiowane przez obie strony dyskusji (zakładam tutaj rozmowę dwóch osób), a determinowane treścią i tematyką tejże. Nieprawdaż? Skoro sam znam intencje, z jakimi się wypowiadam i nie mają one absolutnie niczego wspólnego z podkreślaniem swojej rzekomej nieomylności i chęci, by inni myśleli jak ja, dlaczego, do kurwy nędzy, tak często stykam się z tą jebniętą reakcją?!
Jako anarchista i mizantrop (bardzo często zapomina się, że mizantropia obejmuje również samego mizantropa – stwierdzenie: siedzimy w tym samym gównie, jest tu jak najbardziej na miejscu!) nie mam najmniejszej ochoty narzucania komukolwiek jakiegokolwiek z moich przekonań! Wielu anarchistów mówi dokładnie to samo, co ja w tym momencie, niemniej podskórnie – niczym Świadkowie Jehowy – łażą, smęcą, przekonują, wkurwiają ludzi swoim: ale-pomyśl-tak-jak-ja! Mój anarchoindywidualizm nie pozwala mi nawet na to, czytaj: sam nie pozwalam sobie na wpierdalanie komukolwiek moich myśli w jego łeb.

Czyżby diabeł tkwił w szczegółach? Czy ludzie niejako podświadomie obawiają się kategorycznych sądów, względnie opinii, które sa po prostu ugruntowane, uargumentowane? Czy kategoryczne zdanie na dany temat może być odczytywane jako presja typu: przyjmij mój sposób myślenia?
Nie po to – w ramach higieny osobistej – stronię od ludzi i ich skupisk, by nagle, z dupy, uskuteczniać inwazję na ich mózgi. Nie po to dystansuję się od rzeczywistości, której nurt raczej mnie przeraża, aniżeli kołysze, abym w jakimś momencie pragnął całym sercem “przylepić” innych do siebie! Nigdy nie czułem się lepszym od innych, w rozumieniu wartościowania osobowości / możliwości / wiedzy itp.
Może nadejdzie taki moment w moim życiu, gdy ktoś podejmie się jakiejś kompletnie pojebanej wiwisekcji na moim umyśle, metodycznie podchodząc do sprawy. Po to by wiedzieć. Miewam kosmiczny dystans do siebie samego, ale miewam jeszcze większy dystans do innych. Nie chcę popadać tutaj w pretensjonalność w opisach zwykłego w gruncie rzeczy pragnienia: funkcjonowania (czy raczej bycia-w-sobie) z dala od innych… Dodam tylko, że moja niechęć do tłumu (czyli skupiska minimum trzech-czterech osób) jest odwrotnie proporcjonalna do zainteresowania konkretnym człowiekiem. Trop niby jak każdy, ale wiele mówiący, jak mniemam…

Czekam na wasze komentarze…

Stare, dobre SPASI SOHRANI ujęło to wszystko nieco zwięźlej w swoim songu… Miłego słuchania, zatem, Bracia i Siostry!

666

··· podkład muzyczny: Spasi Sohrani, Iurta, Woe, Primitive Man, Vermin Womb, Ritual Howls