Porady polskie

Podziel się:
0Shares

Włażę do knajpy. Wczesny poranek, a ja po całej nocy na nogach, toczę się w kierunku baru. Siadam na tym idiotycznym stołku (będącym gwarantem, że barman nie będzie patrzył na ciebie jak na kmiota o wzroście 130 cm) i czekam… Nade mną plazma wyrzygująca mecz jakiejś zapomnianej ligi chuj-wie-skąd. Oglądam się za siebie, w półmrok drewnianych stolików. Kilku roboli, sączących piwo jak ja, -po, oraz kilku pijących jak na wyścigach – przed robotą…

Wyjmuję filtry, skręcam jeden. Wyjmuję bibułkę, tytoń… Dziad obok gapi się, jakbym przed momentem rozebrał papierosa na części pierwsze, a teraz próbował go złożyć w “palącą się całość”; nie wierzy, że mi się uda i nie wpadnie na to, że robię tą fajkę od podstaw – jak w czasie wojny, czy innej okupacji… Ku jego zdziwieniu, wychodzi papieros, którego zapalam i zaciągam się aromatycznym Turnerem. Przyłazi wreszcie barman. Mina pt.: wiem, że u mnie można palić mimo zakazu, ale i tak nie zapytałeś – mnie, szefa!   Zamawiam setkę i piwo. Patrzę, z jaką perfekcją nie dolewa tych paru mililitrów, jakby celebrował te 85 ml w kieliszku i kalkulował, ile wódki zaoszczędzi nie lejąc całej sety.

Wódka rozłazi się po kościach ciepłym strumieniem. Rozgrzewa flaki i pobudza nieco. Pierwszy łyk piwa i fajka… Na plazmowym boisku niewiele się dzieje, bo komentator gada, jakby miał zaraz zasnąć, zupełnie jakby też tyrał na nockę i nad ranem musiał jeszcze komentować mecz ligi chuj-wie-skąd. Jego monotonny głos przerwany przez rubaszny śmiech za moimi plecami, przy jednym ze stolików. Uświadomiłem sobie, że wchodząc tutaj, wyłączyłem kompletnie percepcję ludzi przy tych nędznie oświetlonych stolikach…

– No, kurwa, jak to czterdzieści?! – słyszę inny głos, należący do kogoś młodszego.

– Chłopie, więcej nie trzeba! Ja tak robię od lat i to działa! – tym razem głos kogoś, kto śmiał się przed momentem.

– Ja to bym nie mógł… – eksperckim tonem mówi młodszy głos.

– Eeee, pierdolisz! Normalnie, odrywasz mniej, niż pół metra papieru i się podcierasz! Zawsze wystarczy! Moja stara mnie nauczyła oszczędności – znowu ten sam śmiech – Jakbyś był żonaty, to bys wiedział co to jest. Baba cię zawsze zjebie, że coś marnujesz. Skąd ja to znam, kuuuuurwa! Ech… nauczysz się jeszcze młody, zobaczysz…

Ekspert od strajtaśmy milknie, a ja słyszę dwie siorbiące piwo gęby, dźwięk odkładanych kufli i podwójne westchnienie niejako pieczętujące słowa tego ostatniego. Takie barowe amen. Niech tak się stanie…

 

***

 

Robię jakieś mikro-zakupy, kasuję  sie przy dźwiękach potwierdzających skanowanie kodu, po raz 666 odmawiam “jednorazóweczki na bułeczki” (Aaaaa, bo pan ekolooog, zapomniałam! – słyszę zza kasy, patrząc na porozumiewawczo-rozbawioną twarz ekspedientki…), płacę i wyłażę ze sklepu. Telefon. Dzwoni znajomy i mówi, żebym poczekał na niego pod tym sklepem, bo właśnie idzie w tamtym kierunku, a przecież Piweczko by można jebnąć!, jak słyszę trzaskający, lekko zmodulowany głos w słuchawce. Czekam więc…

Tuż obok sklepu dwie facjaty. Wełniane swetry, czapki… Jeden w gumofilcach, drugi w czymś kozakopodobnym. Dwie zmęczone gęby lustrujące moje dziury w uszach i kolczyk w nosie. Potem skan całej mojej postaci i utrata zainteresowania (z kwaśnymi minami), na rzecz kolejnego sztachnięcia się szlugami… Starszemu, pod wielkim brzuchem, wisi torebka – kasa fiskalna handlu ulicznego. Opiera się o aluminiową konstrukcję obleczoną zgniłozieloną gumową płachtą. W środku woda i stado pływających na boku karpi…

Znajomy będzie za jakieś pięć minut. Do ulicznych biznesmenów podchodzi starsza kobieta w zielonym płaszczu, z dwiema płóciennymi siatkami w dłoniach.

– Po ile rybki? – pyta.

– Trzynaście, proszę pani – ożywia się młodszy, a starszy gasi peta gumową podeszwą, łapiąc się za torebeczkę.

– A świeże chociaż i zdrowe? – pyta pani, gapiąc się martwym wzrokiem na niemal równie martwe karpie.

– No a jakże! – stary wtrąca się w biznesową dyskusję – Jeszcze dzisiaj odławiane, droga pani!

– To ja bym dwa wzięła, ale takie żeby mułem nie śmierdziały – pani odwraca głowę od tej gumowej mordowni…

– Nasze?! Mułem?! Pani droga! – stary się ożywia, a młody łapie za siatkę.

Młody wyławia dwie ryby, kładąc je (jeszcze) żywe na starą, komunistyczną wagę sklepową koloru beznadziejnej szarości. Ryby nie mają sił się szamotać, ale jednak poruszają się. Młody – jakby wykonywał tajną misję – dokłada ciężarki po drugiej stronie. Czeka, aż “rybki” się poruszą, a język wagi poleci kawałek w prawą stronę… Odwraca się tyłem do starszej pani (a bokiem do mnie – stojącym tuż obok wejścia do skelpu) i kładzie “rybki” na rozkładanym stoliku, na którym dogorywa wzór szachownicy… Dwa uderzenia gumowym młotkiem. Kilka kropel krwi…

Starsza pani trzyma już w dłoni portfel. Ma dokładnie tak samo smutną twarz, gdy podchodziła do “stoiska”. Stary, jakby przewidując reakcję, ożywia się.

– Bo pani rozumie, martwa ryba, już po kilku godzinach traci cały smak! – mówi – Ja w rybach robię całe życie, to wiem. Włókna obumierają, normalnie.

Kobieta patrzy na niego, bez zbędnych emocji w oczach. Ale sprzedawca nie daje za wygraną:

– Jak włókno obumrze, to jest kaplica! Ja to wiem! Ryby muszą być w smak! Znaczy się,  żywiutka, wiadomo, że lepsza – uśmiecha się do płacącej pani.

Młody ładuje martwe karpie do reklamówki, a starsza kobieta się ożywia.

– Żadnych plastików nie chcę – nadstawia płócienną torbę.

Ryby lądują w torbie. Stary wydaje resztę.

– Jak sobie pani je oporządzi zaraz w domu, to będzie cycuś malina! – dodaje stary na odchodnym.

Pani odchodzi…

Dogaszam fajkę i widzę kumpla po drugiej stronie ulicy, który przełazi nie-po-pasach. Odwracam się do tego starego i pytam:

– Zawsze ciśniecie ludziom takie brednie, sadyści?

Ten wmurowany, młody – gęba przestraszona (Odezwał się ten kosmita! – pewnie sobie myśli…).

– Do roboty byście się wzięli, a nie! – desperacko rzuca stary.

Witam się z kumplem. Idziemy na piwo. Po robocie.

***

“Mądrości” ludu w tym kraju jest mnóstwo. W każdej dziedzinie i okoliczności. W każdej sprawie, w każdym problemie. Codziennie, niezmiennie, mix tradycji, alkoholu, przyzwyczajeń i tej oczywistości: no jakże inaczej?! u nas?! w Polsce?! To niepodobna, naśmiewać się z doświadczeń i przekonań RODAKÓW! Jak to?! Nie trzeba nawiązywać do “najgłębszych tradycji naszego polskiego narodu” – wystarczy wyjść na ulicę, do knajpy, gdziekolwiek. Tam zawsze króluje “wiara przodków” (w cokolwiek – w srajtaśmę, “karpiki”, honor, maryję, marszałka, smoleńsk, ekonomię…). W warstwie kulturowej zawsze można przykryć to lukrem przyśpiewek, strojów regionalnych, programów kulinarnych (jak przyrządzić “karpika”…), w warstwie społecznej można to wyjaśnić tak czy owak… W warstwie, która mnie interesuje, wyjaśnić tego niepodobna…. To chory kraj. Zgwałcony przez maryjkę, jezuska, stalinizm, martyrologię, endecję, esbecję i inne – obecnie święcące triumfy “siły polskie” (antypolskie? :D).

W obu historiach miałem ochotę się wyrzygać…