Powyborczy kac | Metajęzyk autorytaryzmu

Podziel się:
0Shares

Miałem mnóstwo okazji, by w czasie przedwyborczej sraczki popełnić niejeden post. W głowie kotłowały się wkurwy, strzępy refleksji, emocjonalne reakcje na cały ten pożałowania godny cyrk. Owe “pospolite ruszenie” będące efektem gorączkowych PR-zabiegów poszczególnych sztabów wyborczych, medialnych gwiazd i gwiazdeczek i innych pożytecznych idiotów nijak się miało do pojawiających się tu i ówdzie konstatacji, że wybory prezydenckie, to raczej święto magików od PR-u właśnie, a nie jakiś tam doniosły akt “obywatelskiej odpowiedzialności” w ramach tego, co zwykło się nazywać demokracją.

Wszyscy widzieliśmy ten żałosny break dance 11 kandydatów, umiejscowionych w przestrzeni politycznej od skrajnej prawicy po centrum (tutaj kończy się nasza skala – nikt rozsądny chyba nie będzie uważał kolesi typu Biedroń, za lewicę), break dance z jedną gwiazdą główną, oświetlaną mocą lumenów z Woronicza; Duda, choć dwoił się i troił, nie zdołał nawet na minutę ukryć tego, że jest plastelinowym stworkiem ugniatanym przez zdziwaczałego szefa całego tego burdelu…
Trzaskowski natomiast odegrał swoją rolę dosyć poprawnie; kolejny rozdział tego zjebanego duopolu: PIS-PO został napisany przez tegoż, a “receptą na Dudę” miało być przedstawienie siebie jako “anty-Dudy” – na tyle głośno i zdecydowanie, by połechtać postkomuchów z rozmaitych KOD-ów, ale na tyle łagodnie, by owczarnia Hołowni, Kosiniaka-Kamysza, a nade wszystko – Bosaka, również nie czuły się “nieswojo” po pierwszej turze.

 

 

Wszystkim entuzjastom demokracji przedstawicielskiej i tym od 1989 roku zaczadzonym komunałami nt. jakiejś wartości tego rodzaju quasi-partycypacji w rządzeniu (jeeeb! nawet teraz gdy wystukuję te słowa na kompie, śmieję się głośno, bo w 2020 roku ludzie wciąż uważają za prawdziwe przekonanie o tym, że wrzucanie karteczek do urn, to forma rządzenia!) dedykowałbym te kilkanaście bezcennych minut tuż po ogłoszeniu wyników I tury wyborów…
To, co mogliśmy wtedy usłyszeć z ust Dudy i Trzaskowskiego jest po prostu perfekcyjnym, idealnym, rewelacyjnym przykładem na to, że dla tych politycznych pasożytów i nierobów jak wyżej wymienieni, każdy kto wziął udział w tym kabareciku z wrzucaniem karteczek do pudełeczek, jest gówno wartym matołem, kawałkiem społecznego mięsa, wyborczą mielonką i debilem w jednym.
Zaledwie minutę po ogłoszeniu owych wyników, dwóch wspaniałych zaczęło jak na komendę wylizywać wiadome części ciała swoim “kontrkandydatom” (nota bene – robili to na oczach swoich najwierniejszych psów-zwolenników kotłujących się w koronawirusowo-wyborczym tłumie w sztabach obu kandydatów)! Po kilku kolejnych minutach dowiedzieliśmy się, że tak naprawdę nic ich, kurwa, nie różni, że każdy może prześliznąć się z jednej opcji w drugą, że ta ohydna polityczna dyfuzja nie tylko jest możliwa, ale jest integralnym elementem każdego przedstawienia zwanego wyborami. Najsmutniejszym wątkiem w tym gównianym przedstawieniu była uśmiechnięta buźka ex-naziola Bosaka, złotego chłopca tych wyborów; jego mina mówiła wtedy wszystko: “Hehe, obaj biją się o mnie!”…
Celowo napisałem: “ex-naziola” (jakby nie było, punkowa nomenklatura siedzi w moim sercu), albowiem Bosak nie jest już żadnym brunatnym ćwokiem. Jest politykiem, a to jest gorsze od skrajnie prawicowej amatorki.

Szokujący nie był dla mnie polityczny rimjob Dudy i Trzaskowskiego, ale fakt, że ludzie uważający się za wykształconych, oczytanych, racjonalnych, światłych i chuj-wie-jeszcze-jak-bardzo-świadomych – widząc ten ewidentny szwindel – akceptują zasadność funkcjonowania schematu: wybierz i spierdalaj!

Zobaczyliśmy więc, że wybory prezydenckie, to zabawa nie warta funta kłaków, tym bardziej że prerogatywy tego delikwenta są śmiesznie symboliczne. Właśnie dlatego Duda jest idealną plasteliną na tym stanowisku. Cała karuzela kręci się bowiem dzięki metajęzykowym zabiegom wszystkich stron.

* * *

Myślę, że zupełnie zbędnym jest odwoływanie się do filozofii języka, do wyświechtanych przykładów totalitarnych państw, do Orwella itd… Język w kulturze naszego zjebanego gatunku jest kluczowym elementem, w imię którego dokonujemy “postępu”. Już nawet to powyższe zdanie jest sporą metajęzykową pułapką. Jedni uważają, że nazywając (tworząc definicje, określenia, nazwy…) niejako dookreślamy rzeczywistość, nadając jej “ludzki” sens, inni zaś twierdzą (mniej lub bardziej karkołomnie), że nazywając, tworzymy jednocześnie – ergo: desygnat jest jednocześnie kreacją. To rzecz jasna tylko dwie koncepcje z mega-fascynującego pogranicza ontologii i epistemologii (ten obszar filozofii, obok tanatologii, jest dla mnie immanentną przestrzenią bycia jako takiego; jako zawsze krążący między Schopenhauerem, Heideggerem, Wittgensteinem czy Kirkegaardem [sic!!!] w materii percepcji ja, przy jednoczesnej przyjemności z lektury “starodawnego” Feuerbacha), ale umówmy się –  ten wpis na blogu sponsoruje stwierdzenie: język zniewala!

Naczelny Kapitan Tego Zjebanego Kraju nie włada ani filozoficznymi, ani socjologicznymi mocami, by zmieniać – dzień po dniu –  słownik obywateli.  Kaczyński idzie po linii najmniejszego oporu. Nie zawłaszcza pojęć. Zawłaszcza ludzi. Mierne, wierne świnie nagle stają się ważne; nagle Płaszczak staje się Ministrem, Ważniakiem, Kimś, Błaszczakiem! Eksperci od rimmingu mocą Prezesa stają się Ważnymi. Orzełki na ramionach, siła odrzutu, Namaszczenie…
Kaczyński i obecna władza przedefiniowali jednak elementarne pojęcia w przestrzeni społecznej i politycznej, nadając im monopolistyczne – nowe – znaczenie. Żadnej finezji w tym nie było i nie ma. Prawo, wolność, demokracja, Smoleńsk, rodzina, ideologia LGBT, wartość życia… Pomieszanie znaczeń jest celowe i ma na celu zagospodarowanie przestrzeni publicznej desygnatami pochodzącymi od władzy.

W warstwie deklaratywnej władza przejmuje (poprzez retorykę poselską, poprzez TVPiS, poprzez tłuczone do łbów slogany w czasie kampanii…) znaczeniowy potencjał podstawowych pojęć; dzięki temu rozpierdol w obrębie sądów, szczucie na osoby nieheteronormatywne, ohydnie zmutowane redefinicje w sferze rodziny, aksjologii i wreszcie – praworządności – to wszystko umożliwia władzy niejako “przykrycie” realnie pulsującej rzeczywistości, derką swoich spierdolonych kreacji. Krzyż im na drogę. Jako anarchiście nie jest mi potrzebna fasada ich państwowych dewiacji językowych. Gorzej, że [nad]aktywność władzy w tej sferze wnika w codzienność pospólstwa.
Używam tego pogardliwego określenia, albowiem ciężko nazwać społeczeństwem zbieraninę zaczadzonych ćwierćinteligentów, czy sporą liczebnie grupę “obywateli” o inteligencji wiadra gwoździ, dla których “LGBT, to pedalenie dzieci”. Ręce opadają, gdy rozum śpi. Albo wręcz przeciwnie – zaciskają się w pięść i unoszą się wysoko w geście solidarności ze wszystkimi, którzy stają się po prostu ofiarami nowomowy władzy, nowomowy wprowadzanej w labirynty legislacyjne, nowomowy uskrzydlającej policyjne pały i pięści tępych homofobów.

Ewidentny zgrzyt i rozdźwięk jest widoczny i odczuwalny już na starcie. Oto bowiem stykamy się z przytłaczającą większością, która niejako “po drodze” łyknęła haczyk Ziobry, haczyk Ordo Iuris, czy jakąkolwiek patriotyczną/bogoojczyźnianą przynętę w tym zatęchłym polskim bajorze. Odwrócenie wektorów, to klasyczny zabieg: czynimy z większości zaszczutą i piekielnie zagrożoną wspólnotę sacrum, atakowaną przez  – tutaj mamy do wyboru do koloru – neotrockistowski spisek, lewaków, pedałów, Unię Europejską… Uzbrojeni w chrześcijańską etykę miłosierdzia, z błogosławieństwem Komitetu Centralnego KK w postaci starców z Episkopatu, z wizerunkiem Maryi, z milicją i sądami Ziobry – ruszamy do ataku!
Kluczowa w tym wszystkim konstatacja, zawsze umyka tej biednej uciśnionej, katolskiej zgrai… Otóż można by pomyśleć: jak nędzna, powierzchowna, słaba, godna pożałowania, patykowata, płytka i śmieszna musi być ta ich wiara, te ich wartości, skoro można je “obrazić”?! Flaga LGBT na pomnikach, domaganie się związków partnerskich, głośne wkurwienie i upominanie się o swoje prawa – gmach narodowo-katolickiej twierdzy w jakiś magiczny sposób kruszy się pod “obrazą uczuć religijnych”. Żenada. Tą samą analogię można zastosować wobec państwa jako takiego: struktura mafijna usankcjonowana prawnie, ze swoimi umundurowanymi strażnikami, robokopami z pałami i bronią gładkolufową. Przy okazji każdej większej manifestacji słyszymy o “atakach na funkcjonariuszy”: pieprzony robot uzbrojony po zęby vs lesbijka z flagą. Nazwanie tego “dysproporcją” staje się tutaj eufemizmem…

Kulturotwórcze mechanizmy, to ciągły ruch, o czym nagminnie zapominają prawicowi i konserwatywni popaprańcy. Receptą aktualnej władzy na tą nieustanną dynamikę jest cementowanie swoich “zaklęć” w języku, zmiana kalki pojęciowej tak, by to państwo utożsamiane z “właściwą” większością było uciemiężonym przez “niewłaściwe” mroczne lewackie siły zdrowym organizmem. Rodzina, religia, tradycja jawią się tu nie jako potężne siły społecznych interakcji, ale jako bezwolne ofiary “wrogiej propagandy”. Dawid i Goliat zamienieni miejscami.
Tej żałosnej twierdzy, oszczanej wokół w celu oznaczenia terenu nie zagraża żaden gej, ani lewak. Ta twierdza sypie się sama, murszeje z roku na rok, z dnia na dzień. Mityczna, rzekoma wspólnota rozpada się na naszych oczach, albowiem nie spaja jej nic trwałego w obecnych czasach (o krok od cyber-rewolucji społecznej) – ludyczny, karłowaty charakter wiary religijnej w tym kraju nie wystarcza, by mówić o monolicie. Maryjka, Wojtyła i husaria już nie są żadną rękojmią, żadną tarczą.

Istnieją rzecz jasna demiurdzy dzielnie walczący z “pedaleniem dzieci” i z “kulturą śmierci”. To niszowi profesjonaliści, którzy obrali zupełnie inną drogę: jeśli rzeczywistość nie pasuje do naszych wyobrażeń o niej, stwórzmy własną rzeczywistość! Tą drogą podążają choćby Grzegorz Braun, niejaki Pan Nikt, czy Rafał Ziemkiewicz. To trzy przykłady wzięte z brzegu – kolejność nieprzypadkowa. Absolutnym mistrzem w materii ochrony drogocennych kato-narodowych wartości w alter-rzeczywistości jest Braun. To człowiek ze swoją własną kosmologią, przy której świat Tolkiena jest tylko marną imitacją dla dzieci. Braun nadał nowe desygnaty wszelkim powszechnie znanym określeniom / bytom / zjawiskom społeczno-politycznym. Zrozumienie Brauna musi łączyć się więc z opanowaniem jego aparatu pojęciowego, gdyż on i tylko on otwiera furtkę zrozumienia. Prawdziwego zrozumienia. Szkoła – kościół – strzelnica – mennica. Kumacie coś z tego? Nie zakumacie dopóty, dopóki nie podążycie za Mistrzem Gry Braunem. To naprawdę hardkorowe RPG bez trzymanki. Cały świat określony, nazwany, zdefiniowany na nowo – tak, żeby wszystko pasowało do siebie w 666%. Tutaj pojawia się słynny mem z netu, na którym Grzegorz Braun dekoruje medalem Grzegorza Brauna za wspaniałomyślność.
Pozostałych dwóch delikwentów nie będę opisywał – robią z grubsza to, co Braun, tyle że charakteryzuje ich większa amatorka w tej kwestii.

Tak zwana “opozycja” nie ma na tym polu żadnych szans, albowiem od stu lat świetlnych operuje starożytnymi kliszami michnikowszczyzny, czyli narzędziem nieskutecznym, śmiesznym, archaicznym i godnym pożałowania. Rzygam już na samą myśl o wypocinach takich delikwentów / delikwentek jak Passent, Najsztub, Sierakowski, Żakowski, Wielowieyska, Lis, Wołek, Olejnik, Kolenda-Zaleska, Węglarczyk, czy Kraśko. Tego gówna nie da się słuchać / czytać… Obcowanie z ich “receptami”, “opiniami” przypomina gorączkowe szarpanie za spłuczkę i patrzenie jak zatkany kibel zwraca swoją śmierdzącą zawartość…

Monarchiści siedzą w Sejmie. Naziole siedzą w Sejmie. Postkomuchy z różowo-pluszową lewicą siedzą w Sejmie, nie wspominając popaprańców i aferzystów z PO i PSL. Wojna językowa trwa na dobre. Niestety wojna ta przyniesie konkretne, niewinne, ofiary. Ku chwale tym spierdolonym kreaturom politycznym i ich psom…

 

Guernica Y Luno – Odpowiedzialność II

 

Kiedy widzę w centrum Warszawy wściekłą laskę przemawiającą do wielotysięcznego tłumu solidaryzującego się z ludźmi zamykanymi za przeciwstawianie się homofobii na ulicach tego kraju i mówiącą:

To państwo nigdy nam, kurwa nie pomagało! Nie potrzebujemy tutaj polityków! Sami siebie ochronimy! A policji powiem tylko tyle: pierdolcie się na ryj!

… to wiem, że jej słowa są kurewsko prawdziwe i szczere! Dopóki na pluszowej poduszeczce będzie zasiadał ten śmieszny mikro-Napoleon z Żoliborza otoczony swoimi służalczymi frajerami i gończymi psami z pałami, niewiele zmieni się w tym kraju. A zmiana zależy od nas i tylko od nas! Najpierw w naszych głowach, a potem na ulicach. Bo waszymi karteczkami wyborczymi ta pieprzona banda podciera sobie właśnie dupy…

 

··· podkład muzyczny: Mrome, Člověk v Plísni, Venomous Concept, Ewa Braun, Svffer, Warwound