Jessikka Aro – Trolle Putina. Prawdziwe historie z frontów rosyjskiej wojny informacyjnej

Podziel się:
0Shares

Zamieszczam tą recenzję tutaj, albowiem książka ewidentnie porusza “tematykę rosyjską”. Wszystkie inne recenzje książek popełniane przeze mnie znajdziecie na write.as oraz w mojej kapsule gemini pod adresem:

gemini://nuclear.discrust.pl/gemi/books.gmi

Muszę przyznać, że podszedłem do tej książki nazbyt powierzchownie. Sądziłem, że będzie to kolejna książka-ściema, perwersyjna kopia tematu z Wikipedii i kilku stron internetowych (jak ma to, niestety, miejsce bardzo często, gdy na rynku pojawiają się “książki o Rosji”)… Jakże się myliłem! Jakże się cieszę, że się myliłem!

Książka Jessikki Aro, Trolle Putina, to doskonała i heroiczna reporterska robota w temacie, który niejednemu reporterowi skręciłby kark już na starcie. Zjawisko internetowego trollingu akceptowanego, wspieranego i dotowanego przez państwo nie jest [już] zjawiskiem nowym. W tym jednak przypadku mamy do czynienia z wyjątkowym państwem i wyjątkowym głównym decydentem.
Gdy w światowych mediach zaczęło pojawiać się coraz więcej informacji nt “fabryki trolli” w Sankt Petersburgu, czyli państwowej, realnie istniejącej placówce zatrudniającej mnóstwo ludzi, którzy całą dobę monitorują światowe sieci społecznościowe i reagują wpisami (na wymyślonych profilach), zgodnie z oczekiwaniami władzy, Kreml gwałtownie zaprzeczył, po czym od razu przeszedł do ataku. Propagandowe machiny medialne w Rosji, 100%-owo zależne od decyzji Putina i jego najbliższych współpracowników, takie jak Russia Today, czy Sputnik momentalnie znalazły “dobitne przykłady” na to, że to właśnie Zachód jest kłębowiskiem podstępnych trolli, agentów i wrogów Rosji (Rosji właśnie – to dobitne podkreślenie jest istotne dla Putina, albowiem zawiera sugestię, że wrogie działania ze strony “obcych” są kierowane przeciwko narodowi rosyjskiemu, a nie samej [represyjnej i autorytarnej] władzy).

Dlaczego ten schemat jest istotny? Po pierwsze dlatego, że wynika on bezpośrednio z logiki działań najpierw sowieckich, a później rosyjskich służb specjalnych (CzeKa/NKWD/KGB, potem FSB i wojskowe GRU), po drugie zaś – jest to fundament szerokich strategii dezinformacyjnych rozmaitych agentur wpływu (również medialnych, jak w/w RT i Sputink) w obecnej cyber-wojnie. W zależności od okoliczności, specyfiki danej sprawy i aktualnych interesów Kremla, władze rosyjskie albo kompletnie ignorują dane zarzuty wobec niej, albo przeciwnie – organizują wielofrontowe, szeroko zakrojone kampanie internetowej dezinformacji. Kampanie, które złamały życie i karierę niejednemu dziennikarzowi, uczonemu, biznesmenowi, który postanowił otwarcie i rzeczowo ujawnić rozmaite fakty nt. korupcji, ukrytych zbrodni, finansowych wałków i operacji specjalnych prowadzonych i aprobowanych przez samego Putina.

Takiej zmasowanej kampanii rosyjskich (i pro-rosyjskich w innych krajach) służb oraz trolli posłusznych Kremlowi doświadczyła właśnie Jessikka Aro, jako dziennikarka fińskiej gazety. Obrzydliwe i nieprawdziwe ataki na jej osobę sprawiły, że była ona zmuszona do opuszczenia Finlandii.
Aro w swojej książce opisuje wszystkie swoje perypetie dziennikarskie, prywatne, sądowe i internetowe ze stronnikami rosyjskiego reżimu i z DOSKONALE naoliwioną maszyną trollingu, działająca za kasę z Kremla.
Zasięg putinowskiej wojny dezinformacyjnej prowadzonej na Twitterze, Facebooku, na rozmaitych portalach, to zasięg ogólnoświatowy. Gdziekolwiek pojawi się krytycyzm wobec działania rosyjskich władz, tam natychmiast pojawiają się trolle, “autorytety”, “świadkowie”, którzy robią wszystko, by zgnoić, ośmieszyć, zdyskredytować danego śmiałka, który odważył się podnieść rękę na rosyjską władzę. Najgorsze jest to, że w naprawdę wielu przypadkach kremlowskie kampanie dezinformacyjne okazują się skuteczne i światowe media łykają prowokacje i manipulacje Putina jako prawdę.

Jessika Aro szczegółowo opisuje swój własny przypadek, gdy wiele lat temu jako pierwsza w świecie na poważnie poruszyła temat petersburskiej fabryki trolli. Opisuje też realne i świadome kampanie Kremla służące ingerencji w wybory Trampa na prezydenta USA, czy brawurową aktywność obywatelsko-hackerskiej grupy ukraińskich aktywistów: InformNapalm. W Trollach Putina znajdziemy również inne przykłady indywidualnych wojen biznesmenów i dziennikarzy z potężnym walcem putinowskich cyber-psów. Wszystko doskonale udokumentowane, konkretnie i ciekawie opisane!

Co mnie drażni w tej książce i czego mi w niej brakuje? Otóż wkurza mnie modelowa, książkowa wręcz, sztuczna prozachodniość Autorki. Gdy Aro pisze o swoim zaufaniu do fińskich władz (które działały ospale w jej sprawie, gdy trolle molestowały ją w necie i wyzywał od kurew z NATO), do amerykańskiej administracji, czy instytucji międzynarodowych. To zaskakujący kontrast, albowiem wobec Kremla Jessikka Aro jest odważna i bezkompromisowa tam, gdzie niejednemu samczemu dziennikarzowi odpadły by jaja ze strachu już na początku dziennikarskiego śledztwa. Z drugiej zaś strony pisze ona o zachodnich strukturach medialno-państwowch jak z propagandowych podręczników nt “wolności i demokracji”. Szkoda, że nie zadaje sobie trudu zagłębienia się w temat “od zachodniej strony”; nie bądźmy dziećmi – nie wszystkie fundacje i grupy wsparcia z Zachodu, które pomagają finansować opozycyjne media w Rosji, w Białorusi, Ukrainie, czy w krajach azjatyckich, to po prostu “grupy wolontariuszy”. Zachodnia agentura wpływu nie musi być aż tak pancerna i rozległa jak machina Putina, ale nie oszukujmy się – podobną wojnę na fake newsy i manipulacje prowadzą również kraje “wolne i demokratyczne”… Tego w książce Aro nie przeczytamy.
Zabrakło mi również szerszego potraktowania spraw Snowdena i Assange’a. Oto bowiem ich przypadki wiele lat temu pokazały i zależności i samą scenę, na której rozgrywane są tematy na styku: media-internet-władza. Rozczulają mnie bezkrytyczni stronnicy w/w bohaterów światowego formatu oraz ich naiwna wiara w krystaliczność poczynań i charakterów Snowdena i Assange’a… Kto raz wpadł w wywiadowcze wpływy U$A i Kremla, już nigdy nie może być traktowany, jako w 100% wiarygodne źródło informacji (piszę to, uwzględniając świadome wybory obu kolesi, w toku ich spraw)…

Podsumowując – “Trolle Putina”, to świetny kawałek dziennikarskiej prozy dokumentalnej, rzetelnie udokumentowany i godny polecenia wszystkim interesującym się kształtowaniem polityk i strategii przez trolle, fake newsy, służby wywiadowcze państw. Kawał dobrej roboty! W tematyce ogólnorosyjskiej, to lektura jak najbardziej obowiązkowa!

дискраст zawęża tematykę | Zmian kilka na blogu | Protokół Gemini

Podziel się:
0Shares

Cóż, kiedyś to musiało się wydarzyć… дискраст zostanie dość radykalnie odchudzony tematycznie, uporządkowany i przygotowany stricte pod tematykę rosyjską, czy ogólnie wschodnią.

Decyzja o skupieniu się na w miarę spójnej tematycznie treści chodziła za mną już dawno, ale jakoś nie miałem ani weny, ani konkretnego pomysłu co do tego, jak miałoby to wyglądać. Pomoc w podjęciu decyzji przyszła nieoczekiwanie – w ostatnich kilku dniach.


W alternatywnych sieciach społecznościowych (Mastodon, diaspora*, Pleroma, GNU Social…) coraz częściej zaczęły pojawiać się wiadomości od ludzi, którzy zaczęli testować nowy internetowy protokół o nazwie Gemini. Gemini – w dużym skrócie i bez zbędnych technicznych szczegółów – to bardzo minimalistyczna alternatywa dla protokołu https, skupiająca się szczególnie na tekście, nie wymagająca takich “wynalazków” (powszechnie występujących w każdej współczesnej stronie internetowej) jak JavaScript, ciasteczka, wodotryski, a co za tym idzie, morze trackingu, wolne działanie stron, wolne ładowanie się grafiki / video i inne niespodzianki.
Gemini jest “podrasowaną” formą protokołu Gopher. Gemini, to prostota, bezpieczeństwo i ogólność. Protokół ten akcentuje pracę z tekstem, zamiast miliona “ozdobników” tak oczywistych na każdej “nowoczesnej” stronie internetowej; gemini, to bloki tekstowe, odnośniki do innych stron/podstron/grafik w osobnych liniach – czytelność i prostota formy. Gemini, to nie minimalizm dla samego minimalizmu, ale raczej powrót do początków, gdy to informacja była najważniejsza, gdy strony ładowały się szybciej. O wiele łatwiej będzie wam zrozumieć, w czym rzecz, gdy spojrzycie na screeny poniżej, na których znajdują się interfejsy klientów Gemini (czyli przeglądarek obsługujących protokół gemini; protokół ten bowiem działa na zasadzie: klient-serwer).

moja kapsuła gemini w przeglądarce Lagrange

Gemini powstał w 2019 roku i oczywiście od razu znaleźli się krytycy tegoż. Pojawiły się głosy wiecznych malkontentów, że to niepotrzebne, że ten sam efekt można osiągnąć również w tradycyjnym protokole http, że to głupi minimalizm, że brzydkie, że nikt nie będzie tego używał, że nuda itd…

przeglądarka Amfora
przeglądarka Amfora | intro mojej strony
przeglądarka Amfora | strona “o mnie”
przeglądarka Lagrange w wersji kolorystycznej, bez konsolowych fontów typu Monospace

A mnie gemini mega zafascynował! Doceniam jego prostotę i kocham jego minimalizm! Strony w gemini, to tekst i linki. Nic więcej. To informacja, czysty przekaz, treść. Czasem to również zabawy z artami i grafikami tworzonymi w ASCII (vide “nuklearne” logo mojego bloga w gemini – powyżej). Mimo tego, społeczność używająca protokołu gemini zajmuje się w necie dokładnie tym, czym zajmują się inni powszechnie publikujący na stronach http. Piszą blogi, udostępniają swoją twórczość, wymieniają się wolnym oprogramowaniem, wiedzą, doświadczeniami. W gemini udostępniona jest np. Wikipedia, YouTube, serwisy informacyjne, bazy danych, W gemini możesz słuchać radia, muzyki, korzystać z wyszukiwarek, cieszyć się informacjami z KAŻDEJ możliwej dziedziny. Różnicą jest jedynie forma – tekstowa; strony otwierają się błyskawicznie, nacisk położony jest na konkret, a nie na fajerwerki reklam, bannerów, dodatków, pop-upów – to właśnie przez ten cały śmieć gemini jest bardzo bezpiecznym rozwiązaniem! Każda przeglądarka gemini ma swój fingerprint, brak ciasteczek sprawia, że w protokole tym jesteśmy o niebo lepiej chronieni przed trackingiem, spywerem itd.

Co trzeba zrobić, aby przeglądać strony w protokole gemini? Nic wielkiego. Wystarczy jedynie zainstalować klienta gemini, czyli przeglądarkę. Tylko tyle. Dostępnych jest naprawdę wiele przeglądarek dla wszystkich najpopularniejszych systemów operacyjnych (Windows, iOS, Linux, BSD, Android), więc nie ma żadnej przeszkody, by nie rozpocząć przygody z minimalistycznym internetem! :)

Dlaczego o tym wszystkim piszę tak szczegółowo? Przyczyna jest bardzo prosta. Oto bowiem дискраст przechodzi metamorfozę: na obecnym blogu pozostaną jedynie wpisy odnoszące się do sytuacji w Rosji, do historii tego kraju, literatury i wszelkich innych aspektów życia. Oczywiście będę również poruszał tu kwestie związane z krajami byłego ZSRS – najogólniej rzecz ujmując, дискраст od teraz staje się blogiem “rosyjsko-wschodnim” w swoim wydźwięku i to właśnie taka tematyka będzie tu królować.

Co z innymi tematami, sprawami, pasjami z mojej strony? Otóż wszystko to będę publikował właśnie w protokole gemini – w minimalistycznej formie. W tym celu właśnie uruchomiłem własną kapsułę i gemlog w gemini. Skąd te kosmiczne określenia? Taki jest bowiem rodowód nazwy owego protokołu i ma swoje źródło w programie NASA, o nazwie Gemini właśnie (więcej naprawdę ciekawych szczegółów odnośnie nazwy i tego jak ma się ona metaforycznie do statusu protokołu w środowisku internetowym, przeczytacie w FAQ Gemini). Capsule, to po prostu prywatne miejsce w protokole gemini, twoja kapsuła, w której zamieszczone są treści publikowane przez ciebie, w tym tzw. gemlog – nazwa powstała z połączenia dwóch słów: gemini + blog. Inni używają również formy glog.

Moja kapsuła gemini funkcjonuje pod adresem:

gemini://nuclear.discrust.pl

Jeśli tradycyjne adresy internetowe rozpoczynają się od http:// lub https://, adresy gemini rozpoczynają się od: gemini:// – to będzie stały widok w twojej przeglądarce gemini.
Dwie polecane przeze mnie przeglądarki gemini pracujące na Windowsie, to Agregore Browser i Lagrange – przeglądarka cross-platform, dostępna również na Linuxa, BSD i macOS. Bardzo wygodna, elegancka i świetnie działająca pod protokołem gemini. Przeglądarką na iOS jest Elaho.
Klientów gemini na Linuxa jest tyle, że ciężko wszystkie wymienić.. W wresji GUI jak najbardziej polecam w/w Lagrange, a w konsoli koniecznie wypróbujcie Amforę! Jak dla mnie to najlepsza i najwygodniejsza przeglądarka gemini jaka istnieje.

Jeśli chcecie sami mieć swój blog w protokole gemini, ale nie do końca jeszcze wiecie, z czym to się je, możecie skorzystać z możliwości tworzenia bloga ze strony http, poprzez serwis gemlog.blue. Poza tym mocno polecam odwiedzenie tej strony i poczytanie o szczegółach projektu gemini.

Myślę, ze дискраст nabierze nowego kolorytu i stanie się ciekawszym blogiem z racji skoncentrowania się na jednolitej tematyce. Nie kasuję wcześniejszych postów nie związanych z Rosją, nie robię strukturalnych przemeblowań; wszystko, co do tej pory tutaj zamieściłem, pozostaje. Jedyna różnica będzie taka, że kolejne wpisy będą wyłącznie “rosyjskie” lub “wschodnie”, a kwestie związane z moimi filozoficznymi glutami, z Linuxem/BSD, anarchizmem, jakieś moje miniatury prozatorskie i każdy inny temat – wszystko będzie dostępne w mojej nuklearnej kapsule gemini, na moim gemlogu.

Zapraszam wszystkich serdecznie do zainstalowania przeglądarki gemini (w razie problemów, służę pomocą – odezwijcie się na Telegramie, mailem, przez Jabbera, na IRCu, jak chcecie…), do odwiedzenia mojej kapsuły i do zainteresowania się tematem… A дискраст funkcjjonuje dalej, tyle że w zawężonej formie :)


Przepiękne fotografie prowincjonalnej Rosji:
Alexandra KampinskiFacebook | Instagram

Rosyjskie ścieżki #2 | Ania – Chabarowsk

Podziel się:










0Shares

To druga odsłona Rosyjskich ścieżek… Nawiązując do pierwszej rosyjskiej opowieści (wywiad z Nataszą) – nie oddaliliśmy się zbytnio terytorialnie: pozostajemy na dalekim rosyjskim wschodzie, skąd bliżej do Chin, na Alaskę, czy do Korei Północnej, niż do Moskwy.

Ostatnimi czasy Chabarowsk (bo o nim będzie mowa w tym tekście) wrze, Chabarowsk i cały Chabarowski Kraj (spójrzcie na mapę, by ogarnąć jego wielkość!) 17-ty dzień protestuje na ulicach. Wkurwieni ludzie po raz pierwszy na taką skalę w Rosji wyszli na ulicę, by domagać się sprawiedliwości. Mają dosyć plucia im w twarz ze strony Moskwy i Putina. Obok głównego hasła wszystkich demonstracji: Przywrócić Furgala!, pojawiło się kolejne: Путина в отставку! (Putin – w odstawkę!).
Mocno zachęcam, by poszukać w necie szczegółów ostatnich zajść w Rosji. W skrócie chodzi o to, że Putin aresztował nagle gubernatora Chabarowskiego Kraju, Sergieja Furgala (pochodzącego z “opozycyjnej” partii LDPR), zarzucając mu zlecenie morderstw dokonanych rzekomo kilkanaście lat temu. Sprawa jest oczywiście kolejną kremlowską ściemą, kolejną “ustawką”. Putin nie mógł znieść, że Furgal, jako jedyny w Rosji gubernator w regionie wygrał w uczciwych wyborach i rozniósł w pył kontrkandydata z proputinowskiej partii Jedyna Rosja, a owa partia w regionalnej administracji kompletnie straciła władzę. Sam Furgal swoimi prospołecznymi decyzjami zyskał popularność większą od samego czekisty. Więc “ścięcie” Furgala było tylko kwestią czasu.
Ale tym razem ludność Chabarowska powiedziała: no pasaran! Cały region stanął w obronie “swojego gubernatora”, którego służby aresztowały i wywiozły do Moskwy. Ludzie domagają się powrotu Furgala, ewentualnego sądu na miejscu, w Chabarowsku, coraz głośniej krzyczą też: Putin złodziej!
Jeszcze nigdy na taką skalę żaden z regionów Rosji nie podniósł głowy przeciwko czekiście. I to wszystko tuż po żałosnym i sfałszowanym “referendum” w/s poprawek do rosyjskiej Konstytutcji i po tym, jak Duma Rosyjska “wyzerowała licznik” Putinowi, dzięki czemu może on rządzić Rosją do 2036 roku (sic!).

Zapoznajcie się z tematem w sieci, a tymczasem przeczytajcie relację mojej przyjaciółki Ani, mieszkanki Chabarowska, która uczestniczy w obecnych demonstracjach i wiecach. Ania, to przemiła, zawsze uśmiechnięta, diabelnie zdolna i ambitna dziewczyna z Dalekiego Wschodu, którą znam już kilka lat. Uwielbiam jej otwartość i entuzjazm – gdy zaproponowałem jej napisanie krótkiej relacji z tego, co dzieje się aktualnie w Chabarowsku, od razu się zgodziła. Dla zainteresowanych: Instagram Ani → tutaj.

Tekst i zdjęcia autorstwa Ani. Przypisy w kwadratowych nawiasach moje.

 

* * *

Uroczyście przysięgam być bezstronną…

Rozpalić słowem serca ludzi – to kompletnie nie moja profesja; dawno nie napisałam czegoś dłuższego, niż posty w rozmaitych sieciach społecznościowych.
Jest jednak temat, który chciałabym poruszyć – temat protestów w Rosji, protestów które jeszcze bardziej rozpaliły lato 2020 roku.

W moim kraju wszelkie działania związane z wyrażaniem niezadowolenia z poczynań władzy są bezpardonowo tłumione – taka właśnie forma polityki wewnętrznej znajduje odzwierciedlenie zarówno w Kodeksie Administracyjnym jak i Karnym, które przewidują realne kary (łącznie z odsiadką) za wiece, czy obraźliwe wypowiedzi pod adresem rządu / władzy.
Przez całe dziesięciolecia Rosja nie widziała naprawdę masowych niepokojów społecznych, co dało początek obraźliwej w gruncie rzeczy opinii, że “Rosjanie są cierpliwi i jest to integralna część ich mentalności”. W sytuacji, gdy mieszkańcy europejskich krajów wychodzą na ulice zawsze, gdy poczują jakąkolwiek niesprawiedliwość, Rosjanie pokornie tolerują powszechną samowolę państwa. Nie chcę się na ten temat zbytnio rozwodzić – nie jest tajemnicą, w jakim kierunku podąża proces gnilny tego postsowieckiego kraju.

Jednakże region, w którym żyję ja – Daleki Wschód – to “nie do końca Rosja”. To jej azjatycka część, podczas gdy do stołecznej Moskwy tysiące kilometrów. Od pięciu lat mieszkam w Chabarowsku, spokojnym mieście na granicy z Chinami, z populacją nieco ponad pół miliona mieszkańców.

Tyle tytułem wstępu do wydarzeń, które sprawiły, że cały kraj dowiedział się o naszym mieście.

 

W czwartek, 9 lipca, będąc w rodzinnym Kraju Nadmorskim, blisko pół tysiąca kilometrów na południe od Chabarowska, obudził mnie dźwięk nadchodzących ciągiem wiadomości: “Ania, czytałaś już, wiesz co się stało?”… W ten oto sposób dowiedziałam się, że gubernator Chabarowskiego Kraju [Siergiej Furgal] został aresztowany pod zarzutem zlecenia wielu zabójstw (co rzekomo miało miejsce piętnaście lat temu).
W ciągu dnia wszystkie sieci społecznościowe były pełne wpisów i postów z poparciem dla gubernatora; ludzie byli zszokowani, nikt nie rozumiał w czym rzecz, a nade wszystko nikt nie spodziewał się takiego obrotu wydarzeń.

Kim jest Siergiej Furgal dla Chabarowszczan? To gubernator, który nieoczekiwanie został wybrany przez mieszkańców regionu w 2018 roku. Osobliwe w owym zwycięstwie było to, że Furgal jest przedstawicielem formalnie opozycyjnej partii [LDPR – Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji. Partia Władimira Żirinowskiego, obok komunistów w rosyjskiej Dumie, partia zwana “farbowaną opozycją” popierającą większość inicjatyw Kremla] i po raz pierwszy na Dalekim Wschodzie pojawił się urząd gubernatorski zarządzany przez człowieka nie związanego z partią prezydencką [Jedyna Rosja – putinowska partia-marionetka, posiadająca większość zarówno w Dumie Państwowej, jak i na wszystkich szczeblach władz regionalnych, “wygrywająca” permanentnie fałszowane wybory w Rosji].
Zwycięstwo Furgala w 2018 roku było tak niespodziewane, że władze Chabarowskiego Kraju nie zdążyły nawet przygotować operacji fałszowania głosowania – tak bardzo byli pewni, że dotychczasowa głowa regionu namaszczona przez Putina pozostanie u władzy. Ale coś poszło nie tak.

Nie mogę nie nadmienić o tym, że do zwycięstwa Furgala, Chabarowsk był oficjalną stolicą Dalekiego Wschodu, gdzie był skupiony również cały aparat administracyjny tego ogromnego regionu. Gdy tylko ludzie wybrali “niewłaściwego” człowieka, prezydent [Putin] momentalnie podpisał dekret o przeniesieniu stolicy z Chabarowska do portowego miasta Władywostoku.
Pozbawienie Chabarowska statusu dalekowschodniej stolicy zostało odebrane przez mieszkańców miasta jak splunięcie w twarz; zarówno ja, jak i wielu innych jesteśmy jednomyślni co do faktu, że właśnie w tamtym momencie [władza centralna] podłożyła bombę, która czekała aż dwa lata, by w końcu eksplodować.

Dwa dni po aresztowaniu gubernatora jechałam już na północ: z Primorya do Chabarowska. Na niektórych portalach informacyjnych pisano już o wiecu, który miał odbyć się w sobotę, ale wtedy naprawdę nie łudziłam się, że ktokolwiek odważy się wyjść na ulice.
Droga była koszmarnie długa, próbowałam spać w samochodzie przez kilka godzin, ale na próżno. Monitorowałam sieci społecznościowe, czytałam komentarze pod postami o wiecu. Jeden z nich szczególnie zapadł mi w pamięć:

Jutro cała Rosja dowie się, czym jest Daleki Wschód!

Przyjechałam na miejsce w sobotę, do wiecu pozostała jeszcze godzina, więc przejechałam się po centrum miasta; centralny plac, na który mieli przyjść ludzie ogrodzono płotem. Tuż obok spokojnie stało około setki osób… Rozczarowałam się, choć zapytałam w duchu samą siebie: “A czego ty się spodziewałaś?”
Poszłam do domu, znowu próbowałam zasnąć… Potem wzięłam do ręki telefon i po prostu mnie poraziło – moi znajomi z sieci społecznościowych prowadzili transmisje z centralnego placu Chabarowska, gdzie były tysiące ludzi! Tysiące dla miasta z populacją 600 tysięcy ludzi, to po prostu niewyobrażalna proporcja!

Od razu pojechałam do centrum. Ulice tonęły w korkach, ludzie jechali z flagami Chabarowskiego Kraju, masowo używali klaksonów, a na głównych ulicach zebrał się już dziesięciotysięczny tłum paradujący z transparentami: “Furgala z powrotem do domu!”, “Władza – to my!”, “Wolność dla Furgala”.
W podwórkach i w bramach stały samochody policyjne z odziałami do tłumienia demonstracji, po placu chodzili policjanci, ale nie robili żadnych uwag, nie przeszkadzali w proteście.

Jestem bardziej niż pewna, że radości w ludzkich sercach było nie mniej, niż w moim! Poczułam tak ogromną dumę z mieszkańców Chabarowska, odczucie którego nie doświadczyłam nigdy wcześniej. Była to jednak duma ze smakiem goryczy.
Wieczorem tłum stawał się coraz mniejszy, natomiast na drogi wyjechało jeszcze więcej samochodów robiących hałas klaksonami i krzykami: “Wolność dla Furgala!”. Do północy wszystko ucichło, chociaż ta cisza dźwięczała złowrogo. Dziennikarze oczekiwali od władz zajęcia oficjalnego stanowiska, władze czekały na instrukcje z Moskwy – nikt nie wiedział, co robić i jak się zachować.
Internet po prostu eksplodował! Wszyscy pisali o tym, co się stało, cały kraj zobaczył wideo z ulic Chabarowska, wielu pytało: “To naprawdę Rosja?! To dzieje się na serio?”

* * *

Dziś minęły dwa tygodnie od pierwszego protestu. Każdego dnia tysiące ludzi wychodzą na ulice z flagami, transparentami i hasłami. Najliczniejsze wiece odbywają się w sobotę w południe – wtedy to liczba protestujących sięga 30-50 tysięcy ludzi. Również w innych miastach regionu odbywają się solidarnościowe marsze i wiece. Na co czwartym samochodzie na ulicach widnieje naklejka z twarzą Furgala, bądź z popierającymi go sloganami. Wielu moich znajomych z różnych zakątków Rosji pisze do mnie: “Hej, ty przecież z Chabarowska! Jak tam protesty? Co się dzieje?. Umieszczam w necie moje zdjęcia z protestów, a w odpowiedzi dostaję wiadomości pełne wsparcia: “Jesteśmy z ciebie dumni!”
Wiele rozmawiam z innymi ludźmi z naszego regionu i wiem, że wszyscy oni naprawdę wspierają Chabarowsk. Popierają nas, albowiem Kraj Chabarowski, to nie jedyny podmiot w Rosji, który posiadając swoją unikalną specyfikę, musi żyć zgodnie z zasadami narzucanymi przez Moskwę.

Żaden federalny kanał państwowych środków masowego przekazu nie ujawnił prawdy o tym, co dzieje się w Chabarowsku [w chwili, gdy tłumaczę ten tekst, oficjalne media na smyczy Kremla tylko szczątkowo napomniały o protestach, oczywiście nie ujawniających ich prawdziwej skali, klasycznie komentując demonstracje, jako inspirowane przez prowokatorów z zagranicy, a mianowany przez Putina nowy gubernator-marionetka “rozmawia z protestującymi”, których rolę odgrywają policyjne psy w cywilu i “tituszki” – drechy pomagające władzy w rozwalaniu wszelkich protestów w Rosji]. Prezydent nie skomentował wydarzeń. Europejska część Rosji wydaje się nie zauważać tego, co dzieje się na Dalekim Wschodzie.

Ogień, który wybuchł kilka tygodni temu w Chabarowsku stał się dużym pożarem. W ostatnich dniach moskiewskie władze dolały oliwy do tego ognia – Putin już oficjalnie pozbawił Furgala stanowiska gubernatora, “z uwagi na brak zaufania” do człowieka, w którego obronie powstał cały region.

Zapewne by w pełni zrozumieć to, co dzieje się teraz w Rosji, trzeba tu mieszkać. Odczuć mieszkańców Dalekiego Wschodu nie sposób oddać jakimikolwiek słowami. Cały ten ładunek emocji tkwi w ludziach. Zatrzymanie i zamknięcie “naszego gubernatora”, to oczywiście doskonały powód, by wyjść i protestować, ale jestem przekonana, że to tylko czubek góry lodowej, w dół rozlewa się ludzka uraza, poczucie niesprawiedliwości, zmęczenie i złość na władze centralne.

Gdybyście poznali poziom życia tutaj, na wschodzie i tam, w europejskiej części Rosji, bylibyście w szoku.
Gdby wasz region nazywano pogardliwie “surowcowym bonusem” , bylibyście wściekli.
Gdybyście zrozumieli, że waszego gubernatora chcą skazać na dożywocie za przestępstwa których nie popełnił [fabrykowanie zarzutów, podrzucanie narkotyków, czy kompromatów to standardowa, codzienna niemal praktyka służb mundurowych na bezpośrednie polityczne zlecenie Kremla], a robią to tylko dlatego, że jego wiarygodność wśród zwykłych ludzi jest większa, niż popularność i zaufanie do prezydenta i tylko dlatego, że [choćby formalnie] jest opozycyjonistą – bylibyście wściekli.

Na początku tego tekstu przysięgałam być bezstronną.
Prezydent mojego kraju w 2000 roku również przysięgał, położywszy dłoń na konstytucji: być odpowiedzialnym za to, co dzieje się w państwie i chronić Rosję.
Nie wyszło ani mi, ani jemu.

Rosyjskie ścieżki #1 | Natasza – Spassk-Dalnij

Podziel się:










0Shares

Ниже мой первый разговор из цикла: Русские пути. Русскоязычная версия этого интервью находится здесь.

 

Natasza, wróciłaś niedawno do Rosji… Powiedz mi, jak czułaś się na kilka dni przed wylotem z USA i zaraz potem, gdy byłaś już w swoim rodzinnym mieście? Podejrzewam, że to morze wyjątkowych emocji – opowiedz, proszę o tym wszystkim.

 

Mój powrót z USA był nieoczekiwany. Zgodnie z warunkami programu, mieliśmy wrócić do Rosji w maju. Jednak z powodu sytuacji związanej z koronowirusem, postanowiono odesłać nas już 22 marca. Spokojnie przyjęłam tą wiadomość, może dlatego, że poprzedziły ją dni pełne wrażeń, kiedy to wraz z przyjaciółką (również uczestniczką programu) podróżowałyśmy po Ameryce w czasie wiosennych ferii. Regularnie sprawdzałyśmy pocztę i 18 marca oznajmiono nam, że wracamy do domu.
Patrzyłam na powrót do domu jako na kolejną przygodę. Oczywiście żal było opuszczać University of Minnesota przed czasem. Studia na tej uczelni były mega interesujące i był to najlepszy czas w moim życiu. Z drugiej jednak strony niewiele już było do stracenia: wykłady przeniosły się do netu, studenci wyjechali do domów, zajęcia do końca semestru zostały odwołane.
Jedyne co sprawiło, że do moich oczy napłynęły łzy, to myśl, że już niebawem wrócę do rodzinnego miasta zastanę tam to, co zwykle. Te same dziurawe drogi, szare budynki, ponurych ludzi. Wiedziałam, że tak będzie, choć nie byłam jeszcze gotowa by to przyjąć.

“Zderzenie z rosyjskim realem” zaczęło się już na lotnisku, po locie: Nowy Jork – Moskwa. Oczywistym było, że w tym szczególnym czasie [epidemia koronawirusa] do Rosji lecieli tylko Rosjanie, no i jeszcze Białorusini.To, w jaki sposób ludzie się zachowywali – z napiętymi twarzami, nie szanując osobistej przestrzeni innych, jak bardzo chamscy byli wobec siebie i personelu, to jak “troskliwie” potraktował nas Aeroflot [rosyjskie linie lotnicze], gdy nasz lot został przesunięty o dzień później – to wszystko dało mi do zrozumienia, że wracam do Rosji. Inne dziewczyny, uczestniczki tego samego programu mówiły mi, że czują się tak samo, że i one spotkały się z nieuprzejmością na lotnisku.
Mieszkając w Ameryce, przyzwyczaiłam się do tego, że ludzie są życzliwi, odnoszą się do siebie nawzajem z szacunkiem – niezbyt przyjemnym było widzieć to wszystko. “Zanurzenie się w rosyjski klimat” miało miejsce już w Moskwie.
Miałam blisko pół dnia wolnego czasu przed odlotem do Chabarowska i postanowiłam zobaczyć się z przyjacielem. Spotkaliśmy się w małym podmoskiewskim mieście Łobnia [Лобня, miasto-sypialnia, 30 km od Moskwy] i już tam zetknęłam się z tymi znajomymi płotami, z betonowymi pudełkami, z ponurymi i przybitymi ludźmi (a to dopiero przedmieścia Moskwy!). Generalnie mój powrót odbywał się po linii: Moskwa, Obwód Moskiewski, Chabarowsk, Spassk-Dalnij. Pamiętam, że z lotniska w Chabarowsku jechałam już z prawdziwym bólem, patrząc na te wszystkie szare zabudowania z krzyczącymi bannerami: 75 lat Zwycięstwa. Bez komentarza…

 

 

Jak to się stało, że w ogóle znalazłaś się w USA? Co wiedziałaś wcześniej o tym kraju, jak go sobie wyobrażałaś i jak naprawdę wygląda tam rzeczywistość – twoimi oczyma? Jakie jest twoje największe zaskoczenie (w pozytywnym sensie) i rozczarowanie?

 

Pojechałam do Stanów Zjednoczonych w ramach programu wymiany studenckiej YEAR, sponsorowanego przez ambasadę USA w Moskwie. Każdego roku, w ramach owego programu, do Stanów wyjeżdża około 70 studentów z Rosji. Aby zakwalifikować się do YEAR trzeba przejść selekcję trwającą kilka miesięcy; należy złożyć wniosek wraz ze swoimi osiągnięciami, list polecający, list motywacyjny, zdać egzamin TOEFL (opłacany przez organizatorów) oraz przejść przez wywiad online.
Program jest w pełni darmowy, jego organizatorzy opłacają wszystko, łącznie z biletem lotniczym w obie strony, płacąc również miesięczne stypendium w wysokości 175$, które ja osobiście wydawałam na podróże.
Przyznam, że program YEAR, to najlepsza rzecz jaka mnie spotkała. Była to wyjątkowa okazja, by zamieszkać w amerykańskiej rodzinie, uczyć się na amerykańskim uniwerystecie, zobaczyć tamtejsze miasta – w innych okolicznościach na pewno nie miałabym możliwości, by to przeżyć.

Nie miałam szczególnych oczekiwań ze strony USA. Wiedziałam, że zetknę się z dobrymi i złymi stronami tego kraju. Dotąd znałam Amerykę wyłącznie z filmów i teraz mogę powiedzieć: tak, tam serio jest jak w filmach, a ja to wszystko widziałam! Ludzie mieszkają w dużych domach z wypieszczonymi trawnikami, po ulicach jeżdżą te żółte szkolne autobusy, na chodnikach można spotkać fontanny z uszkodzonych hydrantów, a dzieciaki jeżdżą legalnie samochodem od 16 roku życia.
Największym zaskoczeniem w tym pozytywnym sensie był większy standard życia, fakt, że ludzie otrzymują przyzwoitą pensję i mogą pozwolić sobie na odpoczynek i szczęśliwe życie. Zaimponowało mi to, że tak dużo inwestuje się w edukację i rozwój nauki, że w każdym stanie jest bardzo dobrze rozwinięty system samorządowy, a ludzie sami z siebie działają na rzecz poprawy sytuacji w swoim kraju.
Rozczarowaniem było dla mnie to, że spore grupy ludności wciąż żyją w ubóstwie, że medycyna i system edukacji są cholernie drogie, że wciąż istnieje rasizm, a na ulicach metropolii jest wielu bezdomnych.

 

 

Jak sądzisz, czy oficjalne rosyjskie massmedia prawdziwie przedstawiają sytuację w USA, czy w rzeczywistości jest tam zupełnie inaczej? Jak teraz patrzysz na stereotypy (związane z Ameryką), z którymi się stykałaś do tej pory w rosyjskiej rzeczywistości i jak twoi nowi znajowmi w USA postrzegali ciebie, jako dziewczynę z Rosji?

 

Odnoszę się absolutnie negatywnie do tego, jak rosyjskie media pokazują ludziom życie w Ameryce. Próbują nam wmówić, że USA i Europa, to wylęgarnie rozpusty, że życie tam jest niebezpieczne, że żyje się tam drogo, że brak duchowych wartości, że Zachód chce unicestwić Rosję. W rzeczywistości poprzez takie kłamliwe informacje rosyjski rząd próbuje zmusić ludzi do pogodzenia się z kiepskim życiem w samej Rosji. Zawsze wygodnie jest mieć “zewnętrznego wroga”, na którego można zrzucić odpowiedzialność za wszystkie niepowodzenia władzy. Niestety wielu ludzi w to wierzy.
Byłam w Ameryce i mogę powiedzieć, że nie zauważyłam tam braku głębszych wartości; ludzie wiodą tam spokojne życie, pracują, spędzają czas z rodziną. Co najważniejsze, nie myślą oni nawet o Rosji, co więcej – wielu nawet nie wie, gdzie ona jest.

Co do stereotypów związanych z USA, słyszałam, że żyje tam wielu otyłych ludzi. Tak rzeczywiście jest. Co prawda nie widziałem ich zbyt wielu w Minnesocie, ale w południowym stanie Luizjana otyłych jest zdecydowanie więcej. Otyłość jest bardziej powszechna wśród uboższej części społeczeństwa. Jak sądzę, dzieje się tak dlatego, że ludzie ci po prostu nie mają dostatecznej wiedzy, jak odżywiać się prawidłowo, a zdrowa żywność jest zdecydowanie droższa.
Innym czynnikiem jest też powszechna społecznie idea body positive – akceptowania siebie takim, jakim się jest. Uważam, że jest ona dobra, albowiem nikt cię nie wyzywa z powodu kilku kilogramów więcej, nie mówi, że koniecznie musisz schudnąć. Z drugiej jednak strony body positive doprowadzone do skrajności może zachęcać człowieka do spożywania śmieciowego jedzenia, a co za tym idzie – nie dbania o swoje zdrowie. Po prostu chodzi o to, że człowiek sam rozporządza swoim ciałem, ale też jest za siebie odpowiedzialny.

Jeszcze jeden stereotyp brzmi tak, że Amerykanie nie są zdolni do przyjaźni. Po części to prawda. W angielskim nie ma słowa: “znajomy”, a jeśli już mówi się w tym kontekście (acquaintance), to jednak z negatywnym zabarwieniem. Poznałeś kogoś na zajęciach trzy dni temu i pomagaliście sobie wzajemnie w nauce? Już jesteście friends. Z jednej strony, to naprawdę upraszcza komunikację, bo w ten sposób można zapoznać się z większą ilością osób, nabyć doświadczenia w kontaktach z ludźmi. Z drugiej jednak, przy wielu relacjach brak pewności co do tego, kim się jest dla siebie nawzajem.
W trakcie mojego pobytu w Ameryce znalazłam kilku prawdziwych przyjaciół, dlatego też nie twierdzę, że każdy Amerykanin jest bezduszny i niezdolny do przyjaźni. Oni wiedzą, czym jest przyjaźń, jak kochać. Trzeba tylko odnaleźć odpowiednich ludzi. Zauważyłam jednak, że niezmiernie ciężko jest się zaprzyjaźnić z kimkolwiek w trakcie zajęć uniwersyteckich. Jest tak dlatego, że w jednym semestrze możesz mieć sześć różnych przedmiotów, a zatem sześć różnych grup studentów i brakuje czasu by bliżej się zapoznać. Ludzie po prostu przychodzą na zajęcia i się uczą; kiedy wchodzisz do sali wykładowej, nie witasz się z pozostałymi obecnymi. Zupełnie inna atmosfera panuje w klubach studenckich. W kampusie mieliśmy wiele klubów ukierunkowanych na konkretne zainteresowania i tam już można było świetnie się bawić, choćby z tej racji, że spotykało się ludzi myślących podobnie.

Jak moi nowi amerykańscy przyjaciele odnosili się do tego, że jestem z Rosji? Zwyczajnie. Ktoś reagował z zainteresowaniem, ktoś inny z obojętnością, ale nigdy nie zetknęłam się z nieprzychylnością. Ameryka, to wielokulturowy kraj. Co więcej, na uniwersytetach jest wielu zagranicznych studentów i nigdy nie czułam się tam jako jedyna “nie miejscowa”. Czasem jednak odzywał się we mnie kompleks związany z moim akcentem; obawiałam się że przez to wszyscy w grupie zapamiętają mnie jako tą dziewczynę z Rosji. Tak naprawdę wszystko zależy od nastawienia. Jeżeli znajdujesz się w danym kręgu ludzi i macie ze sobą doskonały kontakt, nikt nie będzie zwracał uwagi na to, że jesteś obcokrajowcem. Wręcz przeciwnie – młodzież w USA stara się przyjaźnie odnosić do przyjezdnych. Są też ludzie, którzy nie mają ochoty wiedzieć czegokolwiek o twoim kraju. Takich po prostu nazywają “ignorant”. To ten typ ludzi, którzy całe życie nie wyściubili nosa poza swój stan i ponadto kompletnie nie są zainteresowani innymi krajami. Nie osądzam ich – starałam się po prostu z nimi nie rozmawiać.

 

 

Zgodzisz się z opinią, że takie podróże jak właśnie twój trip do Ameryki, zmieniają w jakiś sposób perspektywę i człowiek zaczyna inaczej patrzeć na innych ludzi, na inne kultury? Czy uczymy się wtedy szanować cudze zasady i tradycje, a może to wszystko działa jakoś inaczej?

 

Bez wątpienia podróże zmieniają optykę. Przed wyjazdem do Ameryki w ogóle nie podróżowałam. Tymczasem w tym roku odwiedziłam mnóstwo różnych miejsc. W czasie zimowych ferii przejechałem całe zachodnie wybrzeże, poleciałam nawet na Hawaje. Podczas wiosennych ferii zobaczyłem wschodnie wybrzeże i południe USA. Pobyt w Stanach zrodził we mnie wiele refleksji odnoszących się do codziennych sytuacji. Na przykład w Ameryce ludzie segregują śmieci, traktują się grzecznie nawzajem, w każdej sytuacji zachowują się odpowiednio. Każdorazowo porównywałam to wszystko z Rosją i wyciągałam wnioski. Generalnie wcześniej nigdy nie miałam problemów z szacunkiem do innych kultur, nikomu nigdy nie “wchodziłam w paradę” ze swoimi zasadami. Teraz jednak mogę z dumą nazwać się obywatelką świata i wiem, że bez uprzedzeń podchodzę do innych narodów. Zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo różny jest nasz świat, jak wiele jest w nim możliwości dla wszystkich. Mimo, że żyjemy na jednej planecie, różne kraje i narody mają swoje kuchnie, religie, języki.

Stałam się też bardziej tolerancyjna wobec tego, co może mi się nie podobać, a co w określonych warunkach jest czymś powszechnym. W czasie moich podróży z przyjaciółką korzystaliśmy z couchsurfingu. W Miami mieszkaliśmy z rodziną, która wyemigrowała do Stanów z Iranu. Kobieta, która nas gościła, była mega-gościnna i uczynna, przygotowywała dla nas rozmaite dania kuchni irańskiej. Bywały jednak niezręczne chwile, gdy zdecydowanie nalegała ona, abyśmy zjedli wszystko do końca, nawet wtedy gdy wyraźnie mówiłyśmy, że dziękujemy, że wystarczy. Najwyraźniej w jej kulturze było to uważane za normę. Tutaj właśnie widać różnice kulturowe, ponieważ “biali” Amerykanie nigdy nie zmuszaliby cię do jedzenia na siłę – dla nich “nie” znaczy nie. Teraz właśnie myślę o tej sytuacji, ale nie osądzam tej kobiety – po prostu zdaję sobie sprawę, że to inna mentalność, która niekoniecznie jest normą dla innych ludzi.

 

 

Jakie znaczenie ma dla ciebie Rosja? Jak postrzegasz ten kraj? Czy twój region / miasto rodzinne są ważniejsze od wielkiej Rosji, czy może wręcz przeciwnie – na pierwszym miejscu jest u ciebie ojczyzna, a dopiero potem region, miasto, bliscy ci ludzie? Jak w ogóle odnosisz się do tego, co obecnie dzieje się w twoim kraju?

 

Ciężko mi teraz myśleć o Rosji. Dosłownie i w przenośni moje życie naznaczone jest jakąś negatywnością i upadkiem. Pochodzę z małego miasta o nazwie Spassk-Dalnij, w Kraju Nadmorskim. Studiuję na uniwersytecie w Chabarowsku. Daleki Wschód Rosji, to obszar, który Moskwa traktuje jak kolonię. Cała kasa z podatków wędruje do Moskwy, natomiast niewielka ich część wraca do nas. W czasach sowieckich było wiele zakładów przemysłowych, ludziom się powodziło. W chwili obecnej wszyscy stąd uciekają – do stolicy, albo od razu za granicę. Tutaj nie ma żadnych perspektyw. W Rosji wszystko jest bardzo scentralizowane. Regiony są całkowicie zależne od Moskwy, wszyscy mówią tylko o tym mieście. Chcesz coś osiągnąć i dobrze żyć? Jedź do Mowsky.

Rzecz jasna definiuje siebie jako mieszkańca Dalekiego Wschodu i mój region jest dla mnie ważniejszy. Niemniej jednak nie mam wyboru. Gdybym miała ku temu okazję, z pewnością przeniosłabym się do Moskwy, albo wyjechała z kraju. Mimo tego, Rosja jest dla mnie ważna. Jestem pod wrażeniem tego, jak wielki jest nasz kraj, jak zróżnicowane są jego regiony. Z szacunkiem odnoszę się także do Moskwy, gdyż jest to miejsce, w którym narodziła się historia naszego kraju.

W Rosji funkcjonuje powiedzenie: Kocham ojczyznę, ale nie mam zaufania do władzy [parafraza tekstu jednej z piosenek grupy Lumen, którą możecie znaleźć w tym wpisie nt. Rosji]. Faktycznie, w Rosji mamy niski poziom zaufania do rządu. Ludzie są po prostu wściekli z powodu tego, co dzieje się w kraju. Pensje i emerytury są nędzne, system edukacji jest przestarzały, medycyna jest kompletnie nie dofinansowana. Dzieje się tak dlatego, że od 20 lat Putin-starzec siedzi u władzy, a zaprzyjaźniona z nim oligarchia rozkrada zasoby naturalne Rosji. Im zawsze doskonale się powodzi, a reszta ludzi po prostu cierpi. Co więcej – góra ma zawsze środki i władzę, by tłumić wszelkie społeczne protesty. Władza żeruje na poczuciu stagnacji. Nawet gdy Putin odejdzie, wierchuszka wybierze sobie “nowego Putina” (polecam obejrzenie na youtubie teledysku grupy Aigel pt. You’re Born – zrozumiecie o czym mówię).

Zapewne wiesz, że wielu obcokrajowców zauważa, że Rosjanie niezwykle rzadko się uśmiechają. Sądzę, że jest to pochodna sytuacji w kraju i tym można wytłumaczyć to zjawisko. W czasie kilku pierwszych dni w Ameryce, wszystko wydawało mi się nowością. Pamiętam, jak spacerowaliśmy po Waszyngtonie (chodzi o miasto, nie mylić ze stanem Waszyngton). Poszliśmy do parku, gdzie trwał jakiś festyn. Grała lokalna kapela rockowa, ludzie – starzy i młodzi – śmiali się, tańczyli, organizowali pikniki na trawie. Prawie jak Simsy w realu – pomyślałam. Czułam się nieswojo, miałam wrażenie, że ktoś mnie nabiera. Myślałam sobie: ludzie, dlaczego wy się uśmiechacie? Co ty, tańczysz?! Przecież wszystko jest do dupy!
Po kilku miesiącach sama jednak zaczęłam się uśmiechać, nauczyłam się mówić wszystkim “cześć” i życzyć “miłego dnia” przechodniom. Ale gdy wróciłam do Rosji nastąpił odwrotny szok kulturowy; patrząc na chód i wyraz twarzy ludzi, można zorientować się, że są oni czymś bardzo przybici. I wtedy pojawiły się myśli: ludzie, do cholery, czemu wy się nie uśmiechacie? Przecież jest super! Świat jest taki wielki i interesujący! Szybko jednak zrozumiałam, że nie będziesz częścią “wielkiego, interesującego świata”, jeśli nie masz nic do jedzenia, musisz oddać dziecko do przedszkola, dbać o chorą matkę i spłacasz kredyt hipoteczny.

 

 

Natasza, masz swój kanał na youtube. Dlaczego go założyłaś i co chcesz przekazać ludziom? Myślę, że potencjalnych widzów w Polsce może zainteresować twój content, szczególnie że twoje filmiki zawierają tłumaczenie na angielski.

 

Założyłam kanał na youtube dosyć dawno temu (nazywa się Natasha Kurnaeva). W latach szkolnych wraz z przyjaciółmi kręciliśmy różne filmiki, typu: parodie Zmierzchu, rozmaite fikcyjne historie, teledyski… Po prostu podobał mi się sam proces tworzenia wideo. Dopiero później postanowiłam vlogować i wyrażać opinie na różne tematy. Dla mnie to raczej luźne hobby, chociaż myślę, że moimi filmikami mogę jakoś pomóc innym. Nakręciłam na przykład filmik o tym, jak ubiegać się o miejsce w programie YEAR, o moich wrażeniach związanych z tym programem i z życiem w Ameryce.
Z racji tego, że mam dużo materiału wideo po mojej podróży, planuję nakręcić większy film o amerykańskich miastach, coś w rodzaju travel-show.

Stworzyłam też drugi kanał: Yeah Russia. To kanał o życiu w Rosji – opowiadam o tym po angielsku i kanał ten jest z założenia skierowany do anglojęzycznego odbiorcy (czyli faktycznie do ludzi z całego świata). Zauważyłam, że wiele osób chciałoby wiedzieć więcej o Rosji, wielu też uczy się języka rosyjskiego. W moich filmikach pragnę pokazać, jak naprawdę żyjemy, jakie mamy zwyczaje, czym Rosja różni się od innych krajów. Zachęcam do sybskrybowania – z radością powitam na moich kanałach nowych widzów!

 

Jesteś teraz u siebie, w Rosji. Jakie masz plany, marzenia? Jakieś nowe projekty na horyzoncie? Co będziesz robić w najbliższym czasie? I na koniec: chciałabyś powiedzieć coś od siebie ludziom, którzy będą czytać ten wywiad?

 

Jak już zauważyłeś, dosyć ciężko znoszę życie w Rosji. Może chodzi tu o fakt, że mieszkam w odległym regionie, z którego wszyscy wyjeżdżają. Może gdzieś w centralnej Rosji nie jest tak źle… Szczerze mówiąc nie wiem jakie mam plany, nie wiem co będzie dalej. Dodatkowym kwasem jest to, że siedzę teraz na kwarantannie i praktycznie nie mam kontaktu ze światem zewnętrznym.
W USA naładowałam się pozytywną energią i wiedzą – teraz chciałabym wykorzystać to w kierunku poprawy sytuacji w moim kraju. Ale nie wiem jak to zrobić. Biorąc pod uwagę to, jak cholernie ciężko jest zmienić cokolwiek w Rosji, zastanawiam się czy warto się poświęcać, tracić nerwy i zdrowie, bawiąc się w aktywizm, czy wiążąc się z polityką, czy po prostu skupić się wyłącznie na sobie i wyjechać do innego kraju?

W niedalekiej perspektywie wciąż będę studiować na moim uniwersytecie w Chabarowsku, będę też szukać pracy. Siłą rzeczy spędzę w Rosji jeszcze kilka lat, niemniej wykorzystam ten czas na planowanie wyjazdu. Może do Niemiec.
Czas spędzony w Rosji chcę wykorzystać aktywnie, zrobić coś pożytecznego. Wspominałam o centralistycznych tendencjach w Rosji – trzeba by pracować ciężko nad stworzeniem autentycznego samorządu, by polegać bardziej na sobie tu, w regionie, a nie na Moskwie. Za niezbędne uważam krzewienie wśród ludzi przekonania o własnej wartości i poczucia przynależności do swojego regionu, miasta. W Ameryce nazywają to sence of community – chciałabym coś podobnego zaszczepić w Kraju Chabarowskim, ale jeszcze nie wiem jak.

Wszystkim czytającym ten wywiad życzę powodzenia, możliwie dużo radości i podróży w życiu! Zachęcam was, żebyście odwiedzili Rosję i zobaczyli wszystko na własne oczy. Jak mawiają u nas: lepiej zobaczyć raz, niż usłyszeć sto razy. Nasz kraj mimo wszystko jest godny polubienia – ze wszystkimi jego wadami i zaletami.

 

Ogromnie dziękuję ci za tą rozmowę, Natasza! Powodzenia – trzymaj się dzielnie!

 

* informacje podane w kwadratowych nawiasach pochodzą ode mnie – дискраст