Jarosław Szubrycht – Vader. Wojna totalna | Z Vaderem moje przeprawy

Podziel się:
0Shares

Panie i Panowie, Jarosław Szubrycht popełnił kawał świetnej biografii jednego z najważniejszych zespołów death metalowych na świecie!

Rzadko kiedy zachwycam się słowem pisanym już po pierwszych kilkunastu stronach, ale tutaj mamy do czynienia z biografią od A do Z, świetnie napisaną, świetnie złożoną i podaną czytelnikom w krwistym sosie ciekawych opowieści o Vaderze! To biografia dokładnie taka, na jaką zasługuje Vader – szczegółowa, wielowątkowa, bogata w setki wydarzeń zarówno oficjalnych (koncerty, trasy, kolejne wydawnictwa, przetasowania w składzie) jak i tych mniej, lub zgoła nieznanych potencjalnemu odbiorcy muzy tej kapeli z Olsztyna.

Przez wiele lat w polskim środowisku muzycznym i poza nim panowało przekonanie, że Vader jest zespołem bardziej znanym za granicą, aniżeli w Polsce. I coś w tym jest. Przez stosunkowo wiele lat Vader był “polskim produktem” mega dobrze rozpoznawalnym na Zachodzie, czy w Japonii. Anegdota związana z Japonią jest taka, że przeciętny Japończyk zapytany o Polskę, może kojarzy Solidarność, może Wojtyłę, ale na pewno zna Vadera.

Vader. Wojna totalna

Vader zawsze podążał własną drogą, konsekwentnie, do przodu. Wraz z nielicznymi polskimi kapelami metalowymi u schyłku komuny wytyczył kompletnie nowe ścieżki w ciężkim graniu; nie było to melodyjne pitu-pitu TSA, Kata, czy Turbo… To było autentyczne pierdolnięcie!
Patrząc z perspektywy czasu na swoje fascynacje muzyczne, bez wahania stwierdzam, że miałem kurewskie szczęście w tej materii! Pomijam oczywiście wczesne dzieciństwo, z plakatami Sandry, Savage i Michaela Jacksona nad łóżkiem (plakaty z gazety Świat Młodych) oraz bardzo krótkie zauroczenie takimi rzeczami jak AC/DC, Def Leppard, czy Scorpions…

Moje szczęście polegało na tym, że w wieku 14-15 lat poznałem takie kapele jak Death, Slayer, Deicide, Obituary, S.O.D., Cannibal Corpse, Unleashed. Był to bowiem złoty czas metalu na osiedlach i podwórkach, czasy czarnych spodni “gumek” i białych “thrash’owych” adidasów i wojskowych “opinaczy”! Przeżyłem krótką mega-fascynację takimi bandami jak Metallica, ale gdy usłyszałem Napalm Death, czy kapele z Florydy, kompletnie odleciałem! Potem doszła pierwsza Sepultura (Morbid Visions) i najazd na moją głowę death metalu ze Skandynawii. Nic już nie było takie samo jak wcześniej. Thrash i death stały się moją wieeelką fascynacją i mimo, że po drodze, z biegiem czasu, odkryłem dla siebie anarcho-punk, crust, powerviolence, crossover i grindcore, do głowy mi nie przyszło, by porzucić death…

W polskim death metalu nigdy nie siedziałem jakoś głęboko i nie znałem zbyt dobrze tej sceny. Pamiętam moją fascynację łódzkim Pandemonium, którego logo walnąłem sobie pięknie czarnym długopisem na kamizelce zrobionej z katany (czasy gdy ekrany i naszywki robiło się samemu, gdyż było to kompletnie niedostępne). Kapele typu Kat, czy TSA zawsze uważałem za wiochę i nigdy ich muza nie zachwyciła mnie choćby na chwilę.
Pewnego dnia w naszej mieścinie otwarto drugi sklep muzyczny (w pierwszym zamawiało się “spod lady” przegrywanie metalowych płyt z winyla na kasety Basfa i TDK, czy też na polskie nędzne “stilonki”…). Zaciekawiony poszedłem, powodowany plotą, że kupię tam sporo nowych punkowych kaset ze słynnej wtedy firmy Silverton. Owszem, było całkiem dużo nowych polskich punk-kapel, ale ja zwróciłem uwagę na mini-album Vadera – Sothis. Przyniosłem kasetę do domu, włożyłem do magnetofonu, nacisnąłem Play i… to było coś, co rozjebało moją głowę na maleńkie kawałeczki!!!
Potężna ściana gitarowej miazgi, techniczna precyzja i tak wspaniała perkusja z blastami, że urywało jaja! To był death metalowy huragan i czysta wściekłość! Do tego jeszcze wokal Petera… To było coś zupełnie innego, niż ciężkie podążające sobie swoją drogą szwedzkie granie, to był zupełnie inny death, niż ten grany na Florydzie!
Dość powiedzieć, że kaseta Sothis została zajechana na śmierć przeze mnie i moich znajomych. Od tamtej pory starałem się w miarę regularnie śledzić, to, co nagrywa Vader i byłem pod wrażeniem każdej nowej płyty. Gitarowa, agresywna maniera Petera w chuj mi się podobała, bo jego riffy mówiły jedno: napierdalamy! do przodu! szybciej! Do tego jeszcze mistrzowska perkusja Docenta – kurwa, tak technicznie sprawnie, tak szybko, tak dokładnie nie grał na świecie wtedy nikt, oprócz niego!


Vadera na żywo zaliczyłem zaledwie dwa razy: raz na którejś Metalmanii w Spodku, gdzie rzecz jasna wielotysięczny tłum, tłok, brzmienie niby potężne, ale zero klimatu, gdy stoi się z dala od sceny – nigdy nie byłem fanem takich spędów bydła… Drugi raz widziałem Vadera w małym klubie o nazwie Od zmierzchu do świtu, w niewielkim górniczym mieście Brzeszcze, gdzie swojego czasu odbyło się mnóstwo zajebistych metal/punk DIY koncertów. To było, kurwa, piekło! Maleńki klub, rzesza ludzi przed klubem (bo w środku nie było najmniejszych szans, by zmieścić choćby zapałkę), pod sceną ścisk nieprzeciętny… Ale nawet w tak małej miejscówce Vader potrafił zabrzmieć jak na największych gigach! Żadnej bariery między publiką, a kapelą, przybijanie piątek, plączące się długie włosy, pot kapiący z sufitu i totalny wypierdol, totalna death metalowa miazga i blasty wwiercające się w mózg! Gapiłem się na Docenta i jego grę z otwartą gębą, a w czasie przejść i najszybszych momentów nie dało się dostrzec jego rąk – wichura dźwięków!

Teraz Vader nie jest dla mnie jakąś rewelacją, nie śledzę ich poczynań szczególnie dokładnie, ale bywają wieczory, że posłucham Litany, czy Black To The Blind. Mój gust muzyczny po 40-tce utrzymuje się na wartości: constans przy grindcore’owych i crustowych rzygach, a w materii death metalu katuję się skandynawskim undergroundem i death/grind bandami z całego świata. Albowiem punkrock bez szatana, to chuj nie robota – zapamiętajcie to sobie!

***

Wracając do książki Vader. Wojna totalna, Jarka Szubrychta… To naprawdę jedna z najlepszych biografii muzycznych, jakie przeczytałem w życiu! Jarek zrobił kawał dobrej roboty; dobrze znał i zna metalową scenę, bo aktywnie w niej uczestniczy (i jako dziennikarz muzyczny i jako członek kapeli Lux Occulta i ogólnie jako koleś siedzący mocno w polskiej scenie metalowej od jej zarania) – to olbrzymi plus, gdyż kupując tą biografię, dostajemy książkę napisaną przez metalowca – dla metalowców.
Szubrycht ma naturalną zdolność snucia opowieści w ten sposób, że czytelnik ma wrażenie jakby siedział z kumplem na piwie i słuchał opowieści o kolejnych trasach koncertowych, o losach poszczególnych członków zespołu, o upadkach i wzlotach w kapeli. Otrzymujemy zatem spójną, wypchaną po brzegi szczegółami z życia Petera, Docenta, Szamba, Mausera i innych ludzi, którzy przewinęli się przez Vadera.
Oprócz kronikarskiego niemal opisu losów Vadera od czasów komuny do dziś, dostajemy mnóstwo faktograficznych opowieści o samej scenie metalowej – jest to baaardzo gęsta i ciekawa opowieść, od której ciężko się oderwać.

Co mi się w tej biografii nie podoba? Jak można się szybko domyśleć – dopieszczanie Petera, jako lidera, szefa, Generała (jak nazywają go w samym Vaderze), wygładzanie wszelkich “nierówności” na jego wizerunku samca alfa w stadzie o nazwie Vader. Rozumiem, kumpel jest kumpel, Jarek Szubrycht sam nawet kiedyś grał w Vaderze, ale nie bądźmy, kurwa dziećmi! Nie sądzę, żeby Peter miał mentalność Jarosława Kaczyńskiego i na każdą krytykę zamykał się obrażony, z kotem w domu. Wbicie kilku szpilek w ten charakterologiczny “monolit” Petera wyszłoby jak najbardziej na dobre tej biografii!
Nic to – książka jak najbardziej godna polecenia! Czytajcie!

666

Surmiak-Domańska i Domosławski – tak się pisze biografie!

Podziel się:










0Shares

Katarzyna Surmiak-Domańska wzięła na warsztat Krzysztofa Kieślowskiego, a Artur Domosławski – Ryszarda Kapuścińskiego. Dzięki ich wnikliwej, tytanicznej pracy otrzymujemy dwa opasłe tomiszcza traktujące o życiu i twórczości dwóch bardzo ważnych person w polskiej rzeczywistości/kulturze XX wieku.

Zapomnijcie, że kupicie Non-fiction, Domosławskiego w jakiejkolwiek księgarni, czy to “papierowej”, czy internetowej… Nie ma szans. To wynik kuriozalnej, debilnej i chorej sprawy sądowej, inicjatorką której była żona Kapuścińskiego; w ten oto sposób, przy pomocy paragrafów, ocenzurowała ona wizerunek swojego męża zaprezentowany nam wszystkim przez Artura Domosławskiego. Fuksem olbrzymim udało mi się kupić Non-fiction z drugiej ręki (pierwsze wydanie ze Świata Książki 2010), z czego jestem meeega-zadowolony! Świetnie napisanych, a przy tym wartościowych książek nigdy dosyć!

Domosławski nie poszedł na łatwiznę i nie odwalił kaszanki w postaci paru wywiadów z “wyznawcami” Kapuścińskiego, nie napisał popłuczyn na kolanach przed mistrzem. Nie pastwił się nad Kapuścińskim, ale nie dawał mu również żadnej taryfy ulgowej. Dlatego też w książce przeczytamy otwarcie o Kapuścińskim-staliniście, o zachłyśnięciu się komunizmem, o tych symptomatycznych, powojennych spazmach w szponach nowego systemu. Przeczytamy też o super kumplach i przyjaciołach z KC PZPR, o jego pierwszych ścieżkach dziennikarskich, o zabłoconej prowincji PRL…
Domosławski dokonał tego, czego nie potrafi wielu biografów znanych ludzi: uwypuklił i pokazał w czytelnym świetle wieloaspektowość nie tylko osobowości swojego bohatera, ale i wielowarstwowość rzeczywistości, w jakiej ów bohater się porusza. Autor zrobił to bez wazeliniarstwa i dawania dupy konwenansom. Ta biografia jest po prostu napisana uczciwie i rzetelnie… Jako czytelnicy przechodzimy z Rysiem Kapuścińskim i jego komunistycznymi przyjaciółmi sporą wędrówkę – zarówno w wymiarze ontologicznym i aksjologicznym (vide wolta po śmierci Stalina i kolejna, po pojawieniu się Solidarności), ale ani na chwilę Domosławski nie pozwala nam zapomnieć o dziennikarskim dorobku Kapuścińskiego. Non-fiction jest perfekcyjnie wyważoną i zbilansowaną historią o człowieku nie tylko zagadkowym, ale i w pewnych aspektach do bólu zwyczajnym, jak my wszyscy.
Moja fascynacja Kapuścińskim trwała krótko. Zaczęła się od Chrystusa z karabinem na ramieniu; w pierwszej klasie technikum, szlifując swoją wiedzę rewolucyjną, jako młody anarchista, podpierałem się oficjalnymi wydaniami książek mogących przybliżyć mi specyfikę ruchów rewolucyjnych Ameryki Południowej i Środkowej (niejako “obok” czytałem tony trzecioobiegowych broszur, książek i publikacji anarchistycznych – nigdy nie zapomnę mrówczej pracy wydawnictwa Red Rat z Zielonej Góry i publikacji w kieleckim anarcho-zinie Lokomotywa Bez Nóg! To dzięki nim dowiadywałem się, dlaczego Kapuściński i autorzy takich książek jak: Rewolucja w imię Augusta Sandino, czy same Epizody wojny rewolucyjnej, Che Guevary, to komunistyczny shit, kolejny na tym świecie system ucisku, zniewolenia i zorganizowanej państwowej zbrodni.). Byłem też pod wrażeniem Wojny futbolowej, a Heban czytałem dwa razy . Z kolei Imperium ni chuuu… mnie nie ruszyło, albowiem już od lat kilku siedziałem w tematyce gułagowej i “obserwacje” Kapuścińskiego w upadającym ZSRR były dla mnie po prostu aksamitnym bullshitem. Krytyka tego systemu z ust “najsławniejszego dziennikarza XX wieku” była dla mnie śmiechu warta…
Lapidarianihil novi sub sole, naprawdę… Dopiero Podróże z Herodotem, pod względem formy i treści, wywarły na mnie naprawdę spore wrażenie. Cóż, Kapuściński miał doskonałe pióro, choć parafrazując klasyka, wielu szatanów za owym piórem stało.
Konkluzja odnośnie Non-fiction, Artura Domosławskiego: lektura absolutnie obowiązkowa! Starsza pani, która rozpętała całą sądową gnojówkę wokół tej książki nie rozumie elementarnych kwestii związanych z instytucją osoby publicznej jaką niewątpliwie był Ryszard Kapuściński… A  to że starszej pani niewygodnie jest czytać, że Rysio kobieciarzem był… no cóż… z zaściankowości się widocznie nie wyrasta…
Ja nie sprzedam swojego egzemplarza, ale szukajcie na aukcjach w necie wydania z 2010 roku. Nawet jeśli ktoś zachłanny zawoła wam 100 PLN, kupcie tą książkę – warto! Ja swoją zdobyłem za jednym zamachem wraz z książką Natalie Angier: Kobieta. Geografia intymna (wcześniejszy egzemplarz zostawiłem na squacie w Belgii) za 50 PLN za obie – uwielbiam gdy Szatan czuwa nad moim portfelem :D

Uwielbiam Trzy Kolory i Dekalog! Naczytałem się niegdyś tylu recenzji tych filmów, że aż śmiać się chce, co tzw. “eksperci od kina” widzieli w dziełach Kieślowskiego! A ja jednocześnie zakochałem się i w jego fabułach i w Zbigniewie Preisnerze. Nie wyobrażam sobie żadnego innego tła dźwiękowego w filmach Kieślowskiego, niż kompozycje Preisnera. Doceniam również przepiękny gest Preisnera po śmierci Krzysztofa Kieślowskiego, który napisał dla niego rozpierdalającą trzewia mszę: Requiem dla mojego przyjaciela! Gdyby NEUROSIS zagrało ten materiał, mógłbym umrzeć jutro.
… ale ale – mowa tutaj o wspaniałej biografii Krzysztofa Kieślowskiego: Zbliżenie, autorstwa Katarzyny Surmiak-Domańskiej. Uwierzcie mi, że już nikt nigdy nie napisze takiej książki o Kieślowskim! A dla biografa największym komplementem jest to, że na jego/jej polu już nikt nie podskoczy! Uwielbiam tą książkę, jest ona dla mnie kolejnym [coraz rzadszym – kurwa jego mać! – w ostatnim czasie] dobrem literackim, gdzie bohater potraktowany jest kompleksowo, z szacunkiem, wnikliwie, bez biletów ulgowych, bez wstydliwego pomijania tematów… hmm… nie tyle kontrowersyjnych, co spornych w kontekście -znowu – kolektywnej lukrowanej laurki dla Kieślowskiego.

Dopiero z tej biografii dowiedziałem się, jak wielkie znaczenie dla Krzysztofa Kieślowskiego miały jego dokumentalne produkcje, jak bardzo na samym początku swojej uniwersyteckiej drogi filmowej gardził fabułą. To cenna wiedza, gdy po raz n-ty oglądam Trzy kolory
Ale to tylko początek… Katarzyna Surmiak-Domańska w swej biografii dostarcza nam mnóstwo faktów z życia Kieślowskiego, rysuje dla nas – poprzez imponującą ilość znajomych, przyjaciół i członków rodziny – kompletny obraz skrytego i neurotycznego, acz do bólu systematycznego i konsekwentnego twórcy, który bezlitosnym bywa przede wszystkim dla siebie, mimo że często wykorzystuje swoją charyzmę w celach, powiedzmy, dyskusyjnych i artystycznie i egzystencjalnie.
Autorka daje nam ciężki gabarytowo tom wiedzy o człowieku niejednoznacznym moralnie. I to jest przepiękne! Dlaczego? Ano dlatego, że każda pieprzona jednostka ludzka jest niejednoznaczna moralnie! Spora część biografii, to batalie Kieślowskiego z partyjno-państwowym betonem, albo jakieś tam mini-mikro kompromisy z Zanussim (niegdyś szef studia filmowego, również “sławny reżyser kina moralnego niepokoju”, o którym nie będę pisał na tym blogu, bo nie warto) i innymi wtedy w-chuj-ważnymi…

Krzysztof Kieślowski był porównywany z największymi. I słusznie. Mnie najbardziej podoba się porównanie z Ingmarem Bergmanem. To twórca tego kalibru.
Kieślowski umarł z przepracowania i z powodu fajek. Wiadomo. A ja chciałbym uściskać Katarzynę Surmiak-Domańską i podziękować jej za tą wyjątkową biografię! To świetnie napisana książka o kimś, o kim wciąż – niestety – pierdoli się mnóstwo komunałów, quasi-uwielbień i… rzygać się chce!
Te biografie, to absolutnie obowiązkowa lektura dla WSZYSTKICH – dowiedzcie się, jak pisze się rewelacyjne książki o innych ludziach!

Patrycja Bukalska – Krwawa Luna

Podziel się:
0Shares

Krwawa Luna, Patrycji Bukalskiej, to książka-ściema. Przykro to pisać, ale tak niestety jest. To zresztą jakaś obłędna tendencja w ostatnich czasach; ja wiem, że czytelnictwo w tej wielkiej wsi nad Wisłą piszczy i kwiczy, ale to z lekka nie fair ze strony wydawnictw, że puszczają na rynek z wielką pompą książki, które okazują się wydmuszkami.

Biografia Julii Brystygierowej na 226 stronach grubego papieru i dużą czcionką? Chciałoby się zapytać Autorki i wydawnictwa: to jakiś żart, prawda?
Na szczęście zacząłem już czytać książkę, gdy w radio natknąłem się na dwie, trzy rozmowy z Bukalską, a w necie obejrzałem jedno z pierwszych publicznych spotkań Autorki, świeżo po wydaniu owej książki.
Nikt z prowadzących wywiady / spotkania z Bukalską nie zająknął się o tym “drobnym” mankamencie. Nikt! Dodatkowym kwasem w przypadku tej książki jest inny symptomatyczny fakt, na którym – moim zdaniem – Autorka kompletnie się wyłożyła. Na początku książki zaznacza ona, że udało jej się dotrzeć do materiałów nt Luny, gromadzonych przed śmiercią przez Teresę Torańską. O co więc chodzi? Czy Torańska (znająca warsztat dziennikarski jak mało kto) dotarła do żenująco małej ilości źródeł, czy może te 200 stron, to w większości materiały właśnie Torańskiej? Głośno myślę… Nie mam zamiaru doszukiwać się tutaj wielkiej afery; dla mnie po prostu promowanie tej książki jako poważnej biografii postaci takiego kalibru jak Brystygierowa, to delikatnie rzecz ujmując, przegięcie.

 Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i cały bezpieczniacki gang komunistycznego reżimu, zwłaszcza bezpośrednio po wojnie, w okresie “umacniania się władzy ludowej”, to mocno skrzywiona, sadystyczna machina, o której z natury rzeczy niewiele wiadomo. Do dziś historycy i badacze historii najnowszej mają kłopoty z dotarciem nie tylko do dokumentów tamtego okresu, ale i do relacji świadków i sprawców okrutnych mordów i tortur MBP na członkach podziemia niepodległościowego i na wszelkich grupach uznawanych za opozycyjne wobec PPR/PZPR. Inny oczywisty wróg każdego, kto chciałby zgłębić temat obecny w książce Bukalskiej, to… czas. Ogromna większość katów stalinizmu polskiego po prostu już nie żyje. Mam zatem świadomość, że Autorka nie miała prostego zadania, podejmując się pisania o Lunie.
Pomimo tego nie mogę oprzeć się myśli, że to co stworzyła Patrycja Bukalska jest zaledwie cieniem biografii, że każdy rozdział (ba! w niektórych miejscach i akapit!) jest zaledwie muśnięciem tematu, wstępem do kolejnych historii z życia kobiety, która jednym podpisem zmiatała ludzi w czeluść kazamatów UB, w łapska tych, którzy nie tylko nie brzydzili się torturować i mordować w imię komunizmu, ale często traktowali swoją robotę jako zaszczytny obowiązek.

Nie uwierzę za cholerę, że Brystygierowa nie wiedziała, co wyczyniają z uwięzionymi podlegli jej ludzie, nie uwierzę że nie była w tych katowniach, kilka pięter poniżej jej gabinetu, w ogóle nie uwierzę, że nie miała pojęcia o “technicznych aspektach” pracy śledczych w MBP, czy UB. (Nie sugeruję jednocześnie, że Bukalska przedstawia nam wyłącznie obraz Julii Brystygierowej, jako nieświadomej okrucieństw “funkcjnariuszki”). Ponadto przytaczane przez Bukalską przypadki ratowania ludzi z opresji w oparciu o protekcję Luny dźwięczą w tej “biografii” nieco usprawiedliwiająco. Książka zaczyna się od tego, że Julia była piękną dziewczyną i pisała liryczne kawałki poezji i prozy, a kończy tym, że dobrotliwa starsza pani, po zakończeniu swojej ubeckiej kariery odwiedzała często ośrodek w Laskach i tamtejszą parafię, ocierając się niejako refleksyjnie o Absolut.
Michnikowszczyzna czystej wody; konstrukcja narracyjna i wątki etyczne (czy te odnoszące się do życia osobistego) jako puchowa kołderka, którą przykrywa się dosyć słabo zarysowany w książce wątek główny – zbrodniczą działalność Brystygierowej. Takie właśnie jest moje wrażenie.

Męczę tą quasi-recenzję już kilka miesięcy; zacząłem ją pisać jeszcze przed reanimacją bloga i przed przenosinami na nowy serwer. Tak mam z książkami, które wybitnie mnie wkurwiają, albo są po prostu mega-słabe, żeby nie powiedzieć beznadziejne. W moim mniemaniu “biografia”, którą popełniła Ptrycja Bukalska jest mega-słaba, z tendencją ku beznadziejnej. Niestety. Nie chcę się pastwić nad Autorką, ale w czasie lektury miałem wrażenie, że obcuję z tworem typu: to-co-w-Wikipedii + kilka ciekawych faktów….
Ocenę pozostawiam potencjalnym czytelnikom, książki oczywiście nie polecając.

Grzebałkowska w dwóch odsłonach

Podziel się:










0Shares

W jednym poście o dwóch książkach Magdaleny Grzebałkowskiej. Jedna nieco mnie rozdrażniła i zaintrygowała (mimo wszystko), a co do drugiej – mogę się tylko rozpływać w pochwałach. Pierwszą książką jest 1945. Wojna i pokój, drugą natomiast: Beksińscy. Portret podwójny.

Jako że obie pozycje dosyć długo czekały na półce, starałem się unikać dluższych i bardziej wnikliwych analiz i opinii na ich temat, by nie psuć sobie lektury. Niemniej jednak – zupełnie przypadkowo – miałem okazję wysłuchać dwóch radiowych wywiadów z Autorką, co jeszcze bardziej wyostrzyło mój apetyt na obie książki. Skończyłem więc czytać którąś tam z kolei historyczną pracę nt. bolszewizmu we wczesnym ZSRS, udało mi się pochłonąć dwa numery Nowej Fantastyki i sporą ilość literatury faktu. Zabrałem się za Grzebałkowską…

*  * *

1945. Wojna i pokój

257188_1945-wojna-i-pokoj_584Ogólna koncepcja, w oparciu o którą powstała ta książka od razu mi się spodobała. Magdalena Grzebałkowska rusza śladem szabrowników, przesiedleńców, wojennych sierot – na Ziemie Odzyskane, by tam dowiedzieć się czegoś o tym, czym dla obecnie żyjących tam ludzi był 1945 rok – li tylko końcem wojny? początkiem nowego, szczęśliwego życia? utrapieniem i tesknotą za utraconym?

Atutem –  z punktu widzenia miłośnika reportażu i literatury faktu – jest to, że czytelnik styka się z konkretnymi, indywidualnymi przeżyciami, że poszczególne losy opisywane przez Autorkę, choć nawleczone na nić historii przez duże “H”, pozostają mikro-świadectwem ludzi, do których udało się Grzebałkowskiej dotrzeć. I już na wstępie można powiedzieć, że wszystkie te historie i wspomnienia są unikalnymi i jak najbardziej godnymi naszej uwagi. Problem pojawia się w samej narracji, w sposobie opowiadania tych historii i w konstrukcji książki. Gdyby nie ów problem, sypałbym tutaj ochami! i achami! nad talentem Autorki.

Na czym polega zgrzyt? Ano na tym, że – przykro to pisać – 1945… jest książką, w której wykorzystano niemal żywcem kalki z dyskursu michnikowszczyzny. Taaa… wiem, że książka wyszła nakładem Biblioteki Gazety Wybiórczej, wiem że Magdalena Grzebałkowska jest reporterką tej gazety… Mógłbym zatem zadać [sobie] retoryczne pytanie: po cholerę się czepiasz? Wszak widać, słychać i czuć, że to maniera tego środowiska dziennikarskiego. Wiadomo wszak z jakiego kałamarza Autorka czerpała inkaust, by książkę swą napisać, bla bla bla…

Nadmieniam o tym nie bez powodu. Wydaje mi się, że to kurewsko smutne, gdy cholernie utalentowani i kumaci dziennikarze / reporterzy płci obojga, tuczeni przez lata quasi-moralizatorksimi sztuczkami Michnika nie potrafią (nie chcą?) wyrwać się spod wpływu tej zbankrutowanej koncepcji dziennikarsko-publicystycznej.
Jako anarchista nie mogę być posądzany o sprzyjanie prawicowej ekstremie, więc podchodzę do konstrukcji książki Grzebałkowskiej bez uprzedzeń, a jednak odczuwam  w trakcie lektury ową subtelną dysproporcję i chęć wygładzania granic pomiędzy ofiarami i katami, pomiędzy czymś intuicyjnie pojmowanym jako dobre i złe (intuicyjne – albowiem nie wierzę w istnienie obiektywnych kategorii prawdy, dobra, piękna, ogólnie wszelkich kategorii [meta]językowo będących abstrakcyjnymi, bez desygnatów).

Każda z historii, do której dokopała się Autorka zasługuje na uwagę i pewnie o każdej można by napisać osobną książkę. Los człowieka zgwałconego przez wojnę (w jakże wielu przypadkach również dosłownie, a nie w przenośni!), tułającego się bez dobytku i nadziei na nowy dom, nowe życie, na gorący posiłek dziś i jutro, na spokój w przyszłości. Los wczorajszych panów, a dziś ofiar rozpaczliwej, wściekłej, bezsilnej zemsty ze strony poniżonych i napadniętych… Jakże często milczenie wobec kłopotliwych wątków, postrzępionych wydarzeń, wobec traumy wojny i – gdzieś podskórnie – ciągłej niepewności, czy ten koszmar kiedykolwiek się powtórzy…

To wszystko znajdziemy w książce 1945. Wojna i pokój. To, i wiele innych emocji, obrazów, zanikających wraz z biegiem czasu. Nie wątpię, że napisanie tej książki kosztowało Grzebałkowską wiele pracy i doceniam ów wysiłek. Naprawdę. Nie mogę jedynie przejść obojętnie obok wspomnianej dysproporcji w przedstawianiu powojennych losów. To dziwne uczucie podczas lektury: niby wszystko jest OK, aczkolwiek gdzieś pojawiają się te swędzące myśli, związane z makiawelicznym prestidigitatorstwem moralnym a’la Michnik, a to już kompletnie mi się nie podoba. Zwłaszcza gdy idzie o tak monstrualnie ważną kwestię jak II Wojna Światowa i jej następstwa.

Beksińscy. Portret podwójny

beksinscy-portret-podwojny-magdalena-grzebalkowskaMoje pierwsze spotkanie z Beksińskim, to podstawówka i jakieś podłej jakości reprodukcje w quasi-albume, w bibliotecznej czytelni. Wtedy był to swoisty szok, lecz podszyty nie obrzydzeniem, a raczej zaciekawieniem.
Nietrudno sobie wyobrazić, że gdy za gówniarza odkryłem szwedzki death metal, a potem crust punk, grindcore i kapele spod znaku AMEBIX (czyli ogólnie mówiąc to, co do dziś towarzyszy mi w warstwie muzycznej każdego dnia), sztuka Zdzisława Beksińskiego pasowała jak ulał do klimatu tej muzy, tych tekstów… Nigdy wcześniej nie zagłębiałem się w historię jego twórczości, a o Tomku Beksińskim słyszałem kilka razy (mimo, że słuchałem już Trójki, choć jego audycji – nigdy), jednak nie była to wiedza potrzebna mi w życiu…

Magdalena Grzebałkowska napisała wybitną, ciekawą i niezwykle sugestywną biografię ojca i syna. Z racji braku czasu, czytałem tą książkę na raty i za każdym razem wściekałem się, gdy musiałem przerywać lekturę. Tytułowy podwójny portret został mistrzowsko pokazany nam – czytelnikom. Odniosłem wrażenie, że Autorka zabiera nas do Sanoka i Warszawy i po cichu otwiera przed nami kolejne drzwi, abyśmy sami mogli zobaczyć jak żyją Beksińscy… Nie jest to bowiem sensacyjna wiwisekcja, a raczej stonowana opowieść o rodzinie dysfunkcyjnej (a jaka rodzina nie jest dysfunkcyjna? Nie ma takiej!). Ta książka napisana jest taktowanie, ale i odważnie; Autorka nie bawi się z nami w chowanego, nie “cenzuruje” niewygodnych reakcji, dziwnych przyzwyczajeń ojca, histerycznych wybuchów syna czy stoickiego, toksycznego tak naprawdę, spokoju Zofii – matki i żony, kobiety niezastąpionej w tej rodzinie.
W czasie zagłębiania się w pokręcone losy sanockiej rodziny, która w efekcie wylądowała na warszawskim blokowisku, przychodzi taki moment, kiedy – nawet mimowolnie – nachodzi nas ochota by… ocenić i Zdzisława i Tomasza. Ocenić, porównać, przeprowadzić analizę, wydać wyrok… Powodów dla takie operacji mamy naprawdę sporo. Beksiński junior od dziecka niemal owładnięty myślami samobójczymi, jedynak wychowywany w zupełnej swobodzie, pośród gęstej atmosfery obrazów ojca, który z kolei sam boryka się z własnymi dylematami, fobiami, psychozami.

Grzebałkowska mistrzowsko ukazała nam poszczególne cechy charakterów tych dwóch mężczyzn, którzy – każdy na swój sposób – do końca bronili się przed “normalnością codzienności”, którzy żyli niejako obok, nie pasując do społecznej układanki w [post]komunistycznym bagnie (nota bene sam Tomasz Beksiński często powtarzał, że wolałby urodzić się sto lat wcześniej).
Ogromne wrażenie zrobiła na mnie psychologiczna konstrukcja Zdzisława Beksińskiego, jego sposób pojmowania własnej sztuki, samego siebie w kontekście rodzinnym i egzystencjalnym. Nie mniej ciekawie Autorka naszkicowała postać Tomka, który charakterologicznie tak różny od ojca, jest jednak integralną częścią tej rodzinnej układanki.

Magdalena Grzebałkowska, opierając się na bardzo bogatych materiałach źródłowych (Beksiński senior, jako entuzjasta nowoczesnej techniki audio/video nagrywał codzienne życie swojej rodziny na kamarze VHS, prowadził też audio-dziennik) w sposób naprawdę perfekcyjny ujęła delikatne i wyjątkowe więzi rodzinne Beksińskich, podobnie jak świetnie oddała atmosferę sensacji wokół postaci Beksińskich i ich działalności (ojciec – artysta, grafik, malarz, rysownik; syn – tłumacz filmowy, prezenter radiowej Trójki).

Śmierć, integralny element w tej opowieści, została potraktowana poważnie, acz bez zadęcia i atmosfery katolskiego oburzenia społecznej tłuszczy, dla której wszystko było jasne: młody Beksiński wielokrotne próbował się zabić (w efekcie z pozytywnym skutkiem), albowiem stary Beksiński malował makabryczne, straszne obrazy pełne trupów, rozkładu i rozpaczy.
Tymczasem Magdalena Grzebałkowska zrobiła naprawdę wszystko, by rzetelnie, poważnie i odpowiedzialnie ukazać nam losy tej niezwykłej rodziny.

To jedna z najważniejszych książek ostatnich lat w Polsce. Absolutnie lektura obowiązkowa!