Katarzyna Pawlak – Za Chiny ludowe. Zapiski z codzienności Państwa Środka

Podziel się:
0Shares

Właśnie skończyłem czytać Za Chiny ludowe. Zapiski z codzienności Państwa Środka, Katarzyny Pawlak. Piąta nad ranem, zza otwartego okna pojedyncze dźwięki z wybudzających się betonowych kloców. Piję świeżą yerbę, bombilla parzy nieco wargi, a ja gapię się na okładkę i głupio pytam sam siebie: jak to?! Już? Już się skończyło?

Książkę Katarzyny Pawlak pochłania się z autentyczną łapczywością. Dlaczego? Ano dlatego, że Autorka jest bezkonkurencyjna w umiejętności snucia opowieści o Chinach, o miejscach, w których mieszkała, bądź była przejazdem, w których zatrzymywała się z nieskrywaną niechęcią, albo wręcz przeciwnie – upajała się chwilą i tym, co przeżywa, chcąc, by owa chwila trwała jeszcze i jeszcze. To ostatnie odczucie dało się we znaki i mnie, kiedy przeczytałem (nostalgiczne, nie powiem) zakończenie… Za Chiny ludowe, to wyjątkowa opowieść!

Autorka, studentka w Szanghaju i w Pekinie, świetnie znająca język chiński i – jak można by sądzić zaraz na początku książki, a potem mieć już zupełną pewność – zakochana w Chinach, zabiera nas w podróż zarówno osobistą, jak i wgłąb Chin – tych współczesnych (krzykliwość, tłok, chaos, pęd metropolii) i tych “skansenowych”, gdzie na gwałt produkuje się “starożytne posągi”, “prastare wioski”, “tradycyjne fasady” (do których pielgrzymują rzesze chińskich turystów uzbrojonych w aparaty, spragnionych historii)… Tam gdzie potężne chińskie dziedzictwo jest autentyczne, gdzie jakimś cudem ocalały skrawki baaardzo odległej przeszłości – prowadzeni przez Autorkę – mamy wrażenie, że obcujemy z czymś pozasłownym, wymykającym się, znanym nam, kategoryzacjom.
Katarzyna Pawlak nie ciąga nas za rękaw w kierunku obowiązkowych turystycznych punktów do odfajkowania, nie zasypiamy z nudów przy opisach “ważnych miejsc i ludzi”, żywcem zerżniętych z netu, czy innych książek. W jej książce wszystko żyje, bulgocze pod żywą tkanką szanghajskich ulic, śmierdzi, lepi się, albo wręcz przeciwnie: kojąco szumi i szeleści gdzieś w prowincjach, odległych od Pekinu o lata świetlne.
Za Chiny ludowe obejmuje niezwykle ciekawy i wciągający opis życia i studiów Autorki w Szanghaju i Pekinie oraz jej podróże po Chinach, poza utartymi szlakami (chociaż – jak przekonamy się wielokrotnie w czasie lektury – zaraza zorganizowanych hord turystów dociera do najdalszych prowincji Państwa Środka), zwłaszcza poza ścieżkami, z których raczej nie zboczy pierwszy lepszy zachodni turysta.

Szczegółów jej przeżyć i refleksji nie zdradzę… za Chiny ludowe. Powiem tylko, że każda kartka tej książki, to niezwykła cząstka Chin przekazana nam w niezwykle ciekawy i sympatyczny sposób. Katarzyna Pawlak posiada bowiem bardzo rzadką cechę: jej opowieść o Chinach pozbawiona jest jakiejkolwiek pretensjonalności, próżno w jej książce szukać prostackiego szpanerstwa maskowanego niedanym dowcipem (jak często bywa w rozmaitych “pamiętnikach z podróży” wciskanych nam jako wydawniczy hit), albo śmiesznego mędrkowania. Mimo to, już na początku lektury czujemy, że mamy do czynienia z osobą, która o Chinach wie mnóstwo, a oczytanie, doskonała znajomość języka i – chyba mogę tak napisać – miłość do Chin przekazuje nam, czytelnikom, w sposób po prostu rewelacyjny! Uwielbiam jej język opisowy i fakt, że nim się obejrzę, historia snuta przez Autorkę już wsysa mnie bez reszty – bez względu na to, czy mowa jest o rozsypującym się szanghajskim domu z mikroskopijnymi pokojami, czy o zawiłościach edukacyjnego systemu na chińskich uniwersytetach, czy też o Chińskim Nowym Roku, daleko na prowincji, wśród kompletnie obcych, a przecież tak gościnnych, przyjaznych i szczerych ludzi!

Jak dla mnie – rewelacyjna książka! Z niecierpliwością będę oczekiwał kolejnych historii spod pióra Katarzyny Pawlak!

Dotarł Niedźwiedź…

Podziel się:
0Shares

Yeah! Po długim oczekiwaniu (tutaj dziękuję Poczcie Polskiej – niereformowalnym molochu, który nawet po 666 restrukturyzacjach nie potrafi dostarczyć przesyłki w rozsądnym czasie – porażka!) wreszcie dotarła do mnie książka: Niedźwiedź w cieniu Smoka. Rosja – Chiny 1991 – 2014, Michała Lubiny.

Opasłe tomisko (632 str. gęstego druku), na które ostrzyłem sobie zęby od pierwszej chwili, gdy przeczytałem o tej publikacji na stronie Centrum Studiów Polska-Azja. Z korespondencji mailowej, jaką nawiązałem z CSPA, wynikało że zainteresowanie książką Michała Lubiny przeszło ich najśmielsze oczekiwania, a nakład i dodruk rozchodzą się błyskawicznie. I wcale się nie dziwię.

Słów kilka z okładki:

Niedźwiedź w cieniu Smoka. Rosja – Chiny 1991-2014 Michała Lubiny, to pierwsza w języku polskim całościowa monografia opisująca współczesne stosunki rosyjsko-chińskie. Bazując na bogatym materiale źródłowym i osobistej znajomości Rosji i Chin, autor głosi, że lata 1991-2014 stanowią okres przełomowy w stosunkach na linii Moskwa-Pekin. Po raz pierwszy w historii najnowszej to Chiny stały się partnerem silniejszym, zyskując wieloaspektową przewagę nad Rosją w relacjach wzajemnych, która to przewaga prawdopodobnie będzie się tylko pogłębiać.

Czasowa rozpiętość, jaką wziął na warsztat Autor, opisując stosunki: Rosja – Chiny, sprawia, że lektura zapowiada się bardzo, bardzo ciekawie. Hmm… obawiam się, że zostawię na krótko wszystkie inne książki, jakie teraz czytam i zabiorę się właśnie za tą monografię…

Czytajcie, a będzie Wam dane!

Podziel się:
0Shares

Frank Dikötter – Wielki głód. Tragiczne skutki polityki Mao 1958-1962

Monumentalny dokument-świadectwo okrucieństw polityki Mao podczas Wielkiego Głodu! Frank Dikötter zebrał i opisał potężną ilość faktów nt tej jednej z najtragiczniejszych katastrof humanitarno-politycznych na świecie w XX wieku. Opierając się na odtajnionych dokumentach Komunistycznej Partii Chin, jak również na relacjach świadków i ich rodzin, Dikötter z niezwykłą precyzją przedstawia klęskę głodu i jej przyczyny. Wielki głód… jest publikacją faktograficzną, co niektórych może zrazić (z uwagi na objętość książki), ale statystyka nie przesłania tutaj tragedii głęboko ludzkiej oraz anty-ludzkiej polityki Mao i chińskiego aparatu komunistycznego. Autor wnikliwie analizuje poszczególne przypadki głodu i postępującą katastrofę, dystrofię wręcz chińskiego społeczeństwa. Biorąc pod uwagę przestrzeń tego kraju, uwarunkowania kulturowe jak i psychologiczną konstrukcję Mao Zendoga – książka Franka Diköttera ujawnia prawdziwą skalę komunistycznego sadyzmu w imię chorej idei i chorych dyktatorskich rojeń…

Po lekturze Wielkiego głodu…, niejako automatycznie wyjąłem z półki Prywatne życie przewodniczącego Mao, dr-a Li Zhisui i przeczytałem po raz kolejny (trzeci chyba) tą biografię Mao napisaną przez jego osobistego doktora. Bardzo mocno polecam obie książki, jako komplementarne w kontekście zbrodni, jakich Mao Zendog dopuścił się na dziesiątkach milionów mieszkańców Chin!

Andrzej Stasiuk – Wschód

Przyznam szczerze, że “pokłóciłem się” parę lat temu ze Stasiukiem. Dosyć długo nie sięgałem po jego książki, chociaż niemal wszystko, co napisał, przeczytałem. Czas zatarł powody moich fochów, zapewne po pijaku wkurwiłem się na coś co napisał, sam nie wiem :D Chyba nawet na blogu, gdzieś tam marudziłem nt fragmentu jego prozy wydrukowanym w magazynie Książki… Nic to! Wschód rządzi i jest to książka po prostu fenomenalna!

Kupiłem tą książkę i zeżarłem ją w całości. Zachłannie i niemal bez przerw. Sam tytuł już podziałał na mnie jak fetysz, a znając Duklę, Białego kruka i ogólnie sposób pisania Stasiuka, już na początku opowieści przyssałem się do tej książki szaleńczo. Wschód, to opowieść głęboko włóczęgowska, ale nie reporterska. Refleksyjna do bólu. W czasie lektury ulegałem złudzeniu, że przeglądam wielobarwny album, w którym trochę przypadkowo, a trochę linearnie przeplata się Podlasie, wschodnia Syberia, Mongolia, wschodnie Mazowsze, ukraiński step i Bieszczady. “Wschód”, jako pojęcie, byt filozoficzny, geograficzna przestrzeń, czy wreszcie sposób oddychania rzeczywistością – to wszystko znajduje się w książce Stasiuka i domyślam się że po jej lekturze całkiem sporo ludzi zarazi się wschodnim bakcylem. Ja już od dawna jestem zainfekowany i nie zamierzam owej infekcji wywalać poza nawias mojego koślawego życia! Lektura obowiązkowa!

Swietłana Aleksijewicz – Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka

Każda książka Swietłany Aleksijewicz, to skarb. Jest ona mistrzynią ratowania od zapomnienia przestrzeni byłego ZSRS. To nie tylko kronikarski zbiór wydarzeń i faktów w obrębie czegoś tak olbrzymiego, jak osierocone wyspy sowieckiego archipelagu, ale również do bólu autentyczne historie człowieka, jednostki. Człowiek jest bowiem punktem wyjścia dla Aleksijewicz. Zawsze i bez wyjątku. Czasy secondhand…, to kolejny zbiór indywidualnych historii ludzkich, przesiąkniętych czasem smrodem, a czasem ledwie uchwytnym aromatem postsowieckiej lśniącej bańki, która pękła – dla jednych z wielkim trzaskiem, dla innych z dźwięcznym, wesołym podmuchem nowego.

Homo sovieticus, to nie tylko kategoria socjologiczna. То wciąż jeszcze rzeczywistość na sporym kawałku naszego globu. Ludzie rzucani jak piłeczki golfowe przez dyktatorskie, polityczne widzimisię  – od Stalina do Breżniewa – po całym byłym Związku Sowieckim; zniszczona ciągłość kulturowa całych grup społecznych i dramaty poszczególnych jednostek pozostawionych samym sobie, bądź wessanych w system dziwnych, chorych zależności. Rozpad tego potwora o nazwie ZSRS, to także rozpad ludzkich głów, zanik jakiejkolwiek egzystencjalnej zdolności wyłapywania azymutu, określania sensu w minimalnym choćby wymiarze życiowym. O tym wszystkim jest nowa książka Aleksijewicz.

Książkę warto przeczytać również dlatego, że i my odnajdziemy w niej odprysk sowieckiego molocha, gdzieś z tyłu naszych głów. W organizmach wielu z nas tkwi radioaktywny pierwiastek Czarnobyla, a postsowieckie pokolenie frustracji również w Polsce ma przetrącony kręgosłup – jak miasta-widma na Syberii, z budynkami o pustych oczodołach okiennic.

Krzysztof Samborski – Zjadłem Marco Polo

Wspaniała książka podróżnicza opisująca przeprawę motocyklową w cudowne pustkowia Kirgistanu, Tadżykistanu, Chin i Afganistanu. Książka napisana bez zadęcia, wyprawa zorganizowana bez grubej kasy, Autor trzymający fason, w gruncie rzeczy relacjonujący czytelnikowi swoją podróż jak kumpel.

Santorski odkrywa przed nami bezkresną przestrzeń Azji Centralnej, która nie została jeszcze zmielona przez zachodnią maszynkę do  zarabiania kasy, zwanej potocznie “turystyką”. Na dźwięk słowa “turysta” chce mi się rzygać i może dlatego tak świetnie czytało mi się tą książkę. Kulturowe bogactwo i pustkowia, o których pisze Autor, to nie skamieliny, które możemy “podziwiać” w Wikipedi na zdjęciach. To pulsujący, żywy organizm, przysypany pyłem z górskich szlaków, czasami zahibernowany w niedostępnych przełęczach. Nie będę rozpisywać się o szczegółach, by nie psuć Wam lektury. Dość powiedzieć, że to jedna z lepszych książek włóczęgowskich nt szeroko pojętego Wschodu.

Owocem owej lektury – w moim przypadku – jest nawiązanie kilku fajnych znajomości z ludźmi z Biszkeku i Duszanbe.