Modyfikowany węgiel. W poszukiwaniu powłoki

Podziel się:
0Shares

To raczej mój nędzny cyberpunkowy wykwit okołorecenzyjny, aniżeli typowa rezencja, ale co mi tam…

IMG_20180219_165016Modyfikowany węgiel, Richarda Morgana, to oczywiście mistrzostwo świata w kategorii cyberpunk. Bez dwóch zdań! Całkiem niedawno kupiłem książkę, ale tak się złożyło, że połykam ją sobie powoli, wraz z serialem Netflixa (pod tym samym tytułem). Serial zrobiony nie tyle z rozmachem, co ze smakiem i na pełnej profesce, jeśli chodzi o kanon gatunku (u kogo wieczny zachwyt wywołują deszczowe metropolie, japońskie holo migające na każdym kroku, powietrzne taksówki i neuroimplanty wszczepiane w nielegalnych laboratoriach na tyłach obskórnych knajp, ten od razu doceni pracę ekipy serialowej), przyciąga o wiele bardziej, niż książka. Szkoda. Mam po prostu wrażenie, że Morgan – skądinąd mistrz twardej fantastyki jak dla mnie – napisał książkę dla czytelników na wyższym levelu, niż przeciętny człek, któremu wpadła w ręce Diuna, Fundacja, czy jakaś klasyczna space opera z lat 80-tych.
Nic to! Modyfikowany węgiel jest wyśmienitym kawałkiem hard science fiction w filozoficznym sosie postapo. Na próżno jednak bedziemy szukać moralizatorskiej taniochy. Esencjonalnie, to wyważona epistemologia, emocjonalnie – ontologia powłoki.

Posmak nieśmiertelności w powieści (no i ogólnie – w cyberpunku), to możliwość “opuszczenia” aktualnie posiadanego ciała (powłoki), digitalizacja osobowości/świadomości/jestestwa i przeniesienie jej w formie stosu do nowego ciała, którego jakość zależy w dużej mierze od zasobności kieszeni. Nietrudno wyobrazić sobie, że upowłokowienie nie jest powszechne dostępne; ewidentna pauperyzacja światów i monopol korporacji i wojska w sferze kontroli kapitału, to smutna codzienność cyberpunka.
Mamy jednak renegatów i buntowników wyposażonych w hackerską wiedzę, wzglednie kradnących powłoki/stosy, [de]fragmentujących osobowości, układających się z władzą i burżujami po to, by w odpowiednim momencie zdradzić, zaatakować i spierdalać na inną planetę…

Co szczególnie pociąga mnie w tym wszystkim? To jasne, że cała technologia neuro- i bioimplantów, wspaniałe możliwości wymiany i ulepszenia wszelkich części ciała; mówcie, co chcecie, ale ja chciałbym mieć wszczepione elementy egzoszkieletu w rdzeń kręgowy, biomechaniczne komponenty tytanowe wspierające stawy i ramiona, w pełni integrowalne biologicznie pluginy wzroku pracujące na częstotliwościach podczerwieni, czy wszczepiona konsola BSD/GNU-Linux połączona z siatkówką oka.
Nie przeraża mnie “zajawka technologią we współczesnych czasach”. Przeraża mnie dokładnie coś odwrotnego: fakt, że ludzie A.D. 2018 cierpią na kolosalny techno-imbecylizm i technofobię. Przerażają mnie neo-katolicy w Modyfikowanym węglu, wpierdalający swoją duszę na arenę wymienialności cielesnych powłok.

Przechwycenie obrazu ekranu_2018-04-12_22-52-20Tak naprawdę świat wykreowany przez Morgana jest jedną wielką epicką opowieścią o tym, co najbardziej ludzkie w … człowieku. Podróże międzyplanetarne, latające taksówki, klonowanie, cielesna “mobilność” i jaźń przechowywana w bazach danych, to w cyberpunku coś oczywistego; coś z czym jedni walczą, inni bronią, a jeszcze inni kontrolują to wszystko, czerpiąc wymierne korzyści. Kropka w kropkę jak w “naszej” rzeczywistości. Każdy technologiczny progres najczęściej zwiastował kolejne wojny i katastrofy, a nade wszystko utrwalał stary jak świat “porządek” dysproporcji, “harmonię” nierówności i “radość” posiadania, bądź nieposiadania narzędzi kontroli.
Nie inaczej jest w wirtualno-holograficznym świecie Morgana. Jeśli wpleciemy w tą narrację dyżurne tematy typu: więzi rodzinne, miłość, zemsta, rebelia, fanatyzm, chciwość, czy władza, otrzymamy rzeczywistość baaardzo dokładnie skrojoną na naszą ludzką miarę, tyle że zakotwiczoną w przyszłości.

Jeszcze jedno. Autor wyświadczył wszystkim czytelnikom olbrzymią przysługę i nie wylał na nich wiadra gówna w postaci taniej podpuchy o nazwie: “walka dobra ze złem”. Przyznam, że gdy słyszę ten zlepek słów mam ochotę wyrzygać się i uciec w najciemniejszy zakątek galaktyki.
Dosyć konsekwentnie Morgan pozwala swoim bohaterom subiektywizować moralne oceny, dzięki czemu nie mamy do czynienia z kolejnym gniotem, gdzie “wszystko dobrze się kończy” albo “wszystko zostaje zniszczone”. Wartość książki wzmacnia antymoralizatorska refleksja, w której dotyka nas milion zasadniczych problemów epistemologicznych, ale nie mamy za sobą jakiegokolwiek monumentu etycznego, by móc “obiektywnie” wesprzeć siebie, czy innych. Zdroworozsądkowo jednak Richard Morgan zakłada, że człowiek i świat, to konstrukty ciążące raczej ku złu, niż ku dobru – dzięki temu nie ulegamy rozmaitym iluzjom w stylu: “naturalny porządek wszechrzeczy”. Taki porządek bowiem nie istnieje, jak doskonale wiecie :)

William Gibson – Trylogia Ciągu: Neuromancer, Graf Zero, Mona Liza Turbo

Podziel się:
0Shares

yyy

Obiecałem sobie dziś, że hurtowo opiszę 10-15 książek, które ostatnio pochłonąłem, ale próżna nadzieja… Czas zeżarł mi Drach, Twardocha, alkohol i trzygodzinna nasiadówka z radiem krótkofalowym. Wziąłem się jednak w garść i “zrobiłem” taką trochę inną recenzję Trylogii Ciągu, Williama Gibsona. Gibson i cyberpunk, to dla mnie kwintesencja science fiction. Kocham ten gatunek prozy i chyba nic tego nie zmieni. Entuzjastom przedstawiać nie trzeba, wszystkich innych chciałoby się zagonić do czytania “twardej” fantastyki!

* * *

[recenzja dedykowana wszystkim entuzjastom FOSS, LINUX, BSD i pracy w powłoce/konsoli ;)

Przede wszystkim brawa i podziękowania za tą książkę należą się Wydawnictwu MAG! Dla każdego maniaka hard science fiction i cyberpunk, wydanie to jest absolutnym strzałem w dziesiątkę!
Z ogromną radością pochłonąłem całą Trylogię Ciągu, przy okazji – niezły paradoks! – przy pomocy science fiction powracając do przeszłości (sic!). Jestem z tego pokolenia, które “na zapisach” w kioskach “Ruchu”, w tekturowych teczkach prenumerowało Fantastykę, które gniło godzinami w bibliotekach i cierpliwie czekało na nowe książki Asimova, Dicka, Zelaznego, Le Guin, czy Gibsona wreszcie, albo męczyło jedyny egzemplarz którejś części Diuny, Herberta w lokalnych czytelniach… Potem z zapamiętaniem grało w “papierowe” RPG-i takie jak np. Cyberpunk 2020Neuromancera czytałem 666 razy ;)

Neuromancer, to nie tylko nowatorska fantastyka i wspaniały literacki cyberpunk. To pewien etap w historii science fiction i zgodzi się z tym chyba każdy entuzjasta gatunku. Młodzieżowe zachłyśnięcie się literaturą fantastyczną ma w sobie coś z sinusoidalnej mody w Polsce, dlatego to wydanie trzech dzieł Williama Gibsona właśnie teraz jest doskonałą okazją by wszyscy, którzy do tej pory omijali obszary science fiction, czy wręcz uznawali ten gatunek za mało literacki, zapoznali się z kwintesencją i klasyką “twardej” fantastyki!

Trylogia Ciągu, to nie przydługawe space-opery, ani spotkania z Obcymi. Jedynym “obcym” w książkach Gibsona jest człowiek – najpierw sam dla siebie, a w drugiej kolejności dla rzeczywistości, która nie jest taka oczywista, jak mogłoby się wydawać; jej ramy są płynne i niebezpieczne i w sumie nazywając to “rzeczywistością”, tak naprawdę nie mówimy niczego konkretnego. Dehumanizacja jako immanentna cecha ludzka (sic!), to nie fakt istnienia zaawansowanej nanotechnologii i powszechności biowszczepów u głównych bohaterów Trylogii… To również nie prostacki samozachwyt technologicznymi możliwościami ujarzmiania wąskiej części kosmosu wokół małej, niewiele znaczącej Ziemi. Trylogia Ciągu, to twardy kop w twarz od świata, w którym giniesz, jeśli nie zainwestowałeś w kilka zabawek i jeśli dasz się zaskoczyć nieporównywalnie zwinniejszym od ciebie.
Konkrety? Ojjj, nie zrobię wam tej krzywdy i nie opiszę żadnego gadżetu, rozwiązania biomechanicznego, żadnych szczegółów nt tego, co dzieje się, gdy zakładasz triody i gdy jesteś cyberkowbojem! Przekonaj się sam/-a na czym polega innowacyjność, wyjątkowość, magnetyczna wręcz unikalność prozy Gibsona!

Chciałbym, żeby czytelnicy [nie]zainteresowani Trylogią Ciągu wiedzieli, że William Gibson jest absolutnym cyberpunkowym mistrzem. Wykreowany przez niego świat (będący cały czas NASZYM światem!) jest dowodem nie tylko na kreatywność literacką – William Gibson w latach 80-tych ubiegłego wieku pisał o tym, co czeka na nas za rogiem (nie wspominając o tym, co już stało się naszą codziennością). Już wkrótce. Jego wizja cyberprzestrzeni, to nie tylko geniusz wyobraźni, ale i spełniająca się rzeczywistość.

Czytacie tą recenzję, albowiem istnieje internet i to, co aktualnie piszę mogę zaraz wysłać na serwer, który umożliwia mi ograniczony dostęp do “Lubimy Czytać”. A teraz wyobraźcie sobie, że macie swoją konsolę (wszczepioną przykładowo w kark – od czasów Gibsona minęło trochę lat), a ja wysyłam wam moje zdanie nt Trylogii Ciągu – do zwizualizowania sobie w dowolnym momencie, ewentualnie do przeczytania w waszym osobistym terminalu wszczepionym w rogówkę oka. Jeśli wam się spodoba i spojrzycie na “wartościowa opinia”, to przelecimy się razem tam, gdzie jest trochę Lodu… A Lód jest właśnie dla takich jak ty i ja. Jesteśmy po to, by rozpierdalać Lód :) To jest cyberpunk!

Podsumowując. “Trylogia Ciągu”, to lektura absolutnie obowiązkowa dla wszystkich. Dlaczego? Ano dlatego, że wkrótce to, co nazywamy potocznie i poczciwie “rzeczywistością”, zacznie wyglądać tak, jak w latach 80-tych XX wieku obmyślił to Gibson. Jego książki, to żadna przestroga. To niedaleka przyszłość. Bardzo niedaleka. Nie szykujcie się na “odrodzenie” wielkich wartości, idei i religii. Przygotujcie się na terror korporacji, zanik państw i na niezły syf na tej małej planecie w nic nie znaczącej Drodze Mlecznej. Lepiej unikać ciosów molochów i zostać cyberpunkiem!

Ostatnio przeczytane…

Podziel się:
0Shares

Pochłonąłem ostatnio całą górę książek. Pisanie o wszystkich zajęłoby jakieś kilkadziesiąt postów. Chciałbym zatem wybrać te najciekawsze, o których bez wątpienia powiedziałbym: to koniecznie trzeba przeczytać!

Bozidar Jezernik – Naga Wyspa

Doskonała książka dokumentująca ponurą rzeczywistość łagrowej (sic!), titowskiej Jugosławii, w szczególności opisująca koszmar codzienności na jednej z wysp adriatyckich, na której mieścił się najbardziej tajny i przerażający obóz reedukacji. Czysty antystalinowski… stalinizm Tity i trauma uwięzionych. Kolejna wyspa komunistycznego archipelagu…

Thomas Bernhard – Autobiografie

Absolutnie obowiązkowa lektura dla wszystkich zafascynowanych twórczością Bernharda! Autobiografie, to zbiór utworów Autora, które idealnie oddają specyfikę jego pisarstwa. Ani grama dialogów, gęsta, męcząca i drażniąca wręcz, neurotycza proza. Historie pełne powtórzeń i zimnej, introwertycznej analizy autobiograficznej. Zero litości, złudzeń, nadziei. Czysty anarchistyczny introwertyzm. Książka ryjąca w głowie głebokie koleiny. Na bardzo długo… Kto wie, czy nie na zawsze…
Jedno jest pewne: Bernhard, obok Ciorana, Jelinek i Celine’a, pozostaje dla mnie kwintesencją niezgody i rozpadu. Czegoś, co współczesność uważa za wstydliwy balast.

Peter Watts – Ślepowidzenie

Nowatorska twarda fantastyka i oryginalny cyberpunk! Książka w pełni zasługująca na miano fantastyki naukowej z najwyższej półki. Motyw spotkania z obcymi ujęty w zupełnie inny sposób, aniżeli przyzwyczaili nas klasycy gatunku. Wciągająca, wypełniona po brzegi nauką fabuła, która nie pozwala na odłożenie książki – trzeba przeczytać jednym chaustem! Czekam na kolejne części (Ślepowidzenie, to pierwsza część trylogii). Peter Watts po prostu rządzi w niszy hard science fiction. To doskonała odtrutka na wciąż modną plagę quasi-fantasy z głupimi księżniczkami, nierozgarniętymi ogrami i innych nudnymi elfami.

Stanisław Łubieński – Pirat stepowy

Niewielka objętościowo, ale niezwykle interesująca książka, której bohaterem jest anarchista rodem z ukraińskich stepów – Nestor Machno. O ile w środowisku wolnościowym jest to postać dobrze znana i ceniona (szczególnie za odwagę i pryncypialność w walce o wolność zarówno z białymi, jak i czerwonymi okupantami ziem ukraińskich na początku XX wieku), o tyle dla przeciętnego czytalnika będzie to fascynujące spotkanie z rewolucjonistą i buntownikiem, który mimo iż nieco zapomniany na Ukrainie, wywarł wielki wpływ na historię tej ziemi.
Autor podróżuje po zapuszczonych miasteczkach i wioskach związanych z życiem i walką Machny, odwiedza jego rodzinne Hulajpole i stara się uratować od zapomnienia strzępy relacji dotyczących chłopskiej walki o wolność bez państwa i władzy – zarówno władzy kapitału jak i dyktatury bolszewickiej.

image

Piotr Milewski – Transsyberyjska. Drogą żelazną przez Rosję i dalej

Niemal na początku tej urokliwej opowieści snutej przez Milewskiego, odniosłem wrażenie, że sam jadę pociągiem, spotykam w przedziale Autora, a ten zaczyna opowiadać mi o swojej podróży.
To chyba jedna z “najłagodniejszych” podróżniczych książek drogi na temat rozległej Rosji, jaką kiedykolwiek czytałem. Mam na myśli zarówno sposób opisywania bezmiaru pokonywanej drogi, jak i swoistą empatię Autora.
Nie będę tutaj obiektywny, albowiem rzucam się na wszystko, co na wschód od Uralu, niemniej jednak Transsyberyjską… zaliczam do jednej z najbardziej udanyh książek opisujących Syberię i życie ludzi wzdłuż żelaznej drogi małych radości, historycznych tragedii i nadziei na lepsze jutro. Trzeba przeczytać!

Wiktor Jerofiejew – Dobry Stalin

Miałem nadzieję na przeczytanie tej autobiografii Jerofiejewa w oryginale, jednak kilka okoliczności sprawiło, że skusiłem się i kupiłem polski przekład, zanim zdobyłem rosyjskojęzyczną wersję.
Dobry Stalin, jak mniemam, miał być rozliczeniem Wiktora Jerofiejewa, jednego z najbardziej znanych i cenionych współczesnych pisarzy rosyjskich, z jego dzieciństwem i młodością w cieniu ojca – stalinowskiego dyplomaty ZSRS i osobistego tłumacza Stalina. Czy rozliczenie ów udało się Autorowi, pozostanie pewnie kwestią dyskusyjną. Jedno jest pewne – Wiktor Jerofiejew nie pasuje do roli “resortowego dziecka”, a jego dysydencka, a potem “oficjalna” twórczość nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z pisarzem znakomicie punktującym stereotyp “rosyjskiej duszy” i celnie wnikającym w materię codzienności pod komunistycznym butem.
Jak dla mnie, książka warta poświęcenia czasu i uwagi. Czyta się znakomicie.

Michał Książek – Jakuck. Słownik miejsca

Są na świecie miejsca, gdzie słowo: zimno oznacza coś zupełnie innego, niż mogłoby się nam wydawać. Miejsca, gdzie zimno jest osobną kategorią rzeczywistości, ba! – kategorią bytu, immanentną częścią kultury i życia jako takiego. Takim miejscem jest niewątpliwie Jakuck i Jakucja opisywana przez Michała Książka.
W mieście, gdzie zimą temperatury sięgają -50 stopni Celcjusza, Autor spędził kilka lat (wraz z żoną i córką). Zafascynowany historią i kulturą Jakutów, uzbrojony w wiedzę ornitologa i kulturoznawcy, wreszcie, znający język jakucki, Książek oddaje nam w swojej reporterskiej opowieści fascynujący kawałek mroźnej Syberii. Książka jest czymś w rodzaju pamiętnika, historią opowiadaną w rytmie jakuckich pór roku, po brzegi wypełnioną bogactwem jakuckiej mowy. Takie wspomnienia może nakreślić tylko ktoś szaleńczo zafascynowany miejscami, ludźmi i kulturą które opisuje.
Lektura obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych historią i współczesnością narodów dalekiej Syberii!

Ramita Navai – Miasto kłamstw. Cała prawda o Teheranie

Kupiłem tą książkę i pożarłem ją w jeden wieczór. Zachłannie i z pewnym niedosytem, gdy się skończyła.
Od wielu, wielu lat to właśnie Iran i perska kultura fascynują mnie o wiele bardziej, aniżeli okalające ten kraj państwa arabskie. Dlatego też znalazłem na falach krótkich Radio Farda z perską muzyką i zabrałem się do czytania…
Ramita Navai w niezwykle magnetyczny sposób zaciąga nas w najdalsze zaułki Teheranu i pokazuje miasto, o jakim nie mieliśmy zielonego pojęcia. Zachodnie stereotypy nt Iranu, jako szaleńczego państwa ajatollahów, państwa “osi zła”, pękają już po pierwszych kilkunastu stronach. Nic nie jest takie proste, jak się wydaje. Motywem przewodnim książki jeat kłamstwo stanowiące integralny element codzienności w Teheranie. Kłamstwo jako “podszewka” kultury, pozwalające na jako takie funkcjonowanie w islamskiej republice, gdzie moralne obostrzenia w oficjalnym nurcie społecznym są mniej lub bardziej ostentacyjnie omijane lub łamane – w imię świętego spokoju, bogactwa, czy chęci zaczerpnięcia powietrza, w zakurzonej, zróżnicowanej i spauperyzowanej stolicy Iranu.
Miasto kłamstw…, to opowieść o fanatycznych członkach milicji obyczajowej, czających się na prostytutki i nieskromnie ubrane dziewczyny. To historie gorliwych wyznawców islamu i szarych obywateli Teheranu łamiących prawo, palących opium. To narkomani w biednych dzielnicach i dzieci bogaczy chlejących whiskey i pieprzących się na tajnych imprezach w swoich willach. To prawo zwyczajowe i chęć jego złamania. Mułłowie molestujący kobiety i fanatycy oddani islamskiemu państwu. To kurz i bieda w jednej części miasta i kosmiczne wręcz bogactwo z drugiej…
Ramita Navai opisała autentyczne historie życia teherańczyków i zrobiła to po mistrzowsku!
Wspominam teraz wizytę mojego dobrego znajomego z Teheranu, Hamzeha; wiele bym dał, żeby znów posiedzieć z nim przy herbacie i godzinami gadać (czy bardziej – słuchać) o tym jego skrawku perskiego dziedzictwa i codzienności w Iranie. A wszelkie “osie zła” zostawić dla politycznych pojebów z zachodniego świata…

* * *

Uff… wystarczy na dziś! To nie wszystkie knigi, o których chciałem napisać, a te powyżej i tak potraktowałem “po łebkach”.  W przypływach wolnego czasu skrobnę jeszcze o kilkunastu tytułach, które udało mi się połknąć w ostatnim czasie. Kolejne tomy i ebooki czekają w kolejce; do końca stycznia na bank pojadę na chlebie z musztardą – wydałem tyle na książki, że mogę tylko pomarzyć o większych melanżach i wypasach żywnościowych…
To, co aktualnie czytam, rzucam jak zwykle na mój profil na LubimyCzytać.

W kolejce czeka również całkiem pokaźna liczba płyt do zrecenzowania. Mam na myśli szczególnie rosyjską DIY scenę noise, industrial, power electronic…

Ну тогда держитесь,  пока!

Tomáš Bartoš – “Najemnicy”

Podziel się:
0Shares

najemnicy

Pisałem ostatnio o Najemnikach, ale jakoś koślawo mi to wyszło :D Zatem jeszcze raz, bardziej klarownie (mam nadzieję)…

Zrobiłem sobie przerwę z twardą fantastyką na wiele lat. W zasadzie bez konkretnego powodu. Po prostu wciąż pod ręką znajdowałem książki, które bardziej mnie absorbowały, więc siłą rzeczy SF schodziło powoli na dalszy plan, by niemal całkiem zniknąć z mojej książkowej przestrzeni. Oczywiście w międzyczasie wracałem do klasyków gatunku, ale nigdy regularnie…

Najemnicy, Tomáša Bartoša – jak się okazało – były doskonałym wyborem, aby na powrót wsiąknąć w świat biowszczepów, przyśpieszaczy reakcji, hologramów, międzyplanetarnych konfliktów… Bartoš popełnił kawał fenomenalnej militarnej fantastyki, przesyconej rewelacyjnymi opisami technologicznymi i zakorzenionej w (nieodległej – sic!) przyszłości.

Grupa jedenastu najemników związanych umową z jedną z międzyplanetarnych korporacji (dawno już minęły czasy narodowych mini-wojenek na małej planecie zwanej: Ziemia… Od dawna Układem Słonecznym rządzą potężne korporacje bezwzględnie konkurujące między sobą o kolejne, cenne zasoby znajdujące się na planetach i księżycach znanego nam kawałeczka Drogi Mlecznej…) udaje się na Plutona, by – za naprawdę grubą kasę – przejąć kontrolę nad bazą konkurencyjnej firmy. Wyprawa wydaje się szaleństwem, albowiem jedenastu ludzi ma pokonać kilkudziesięciokrotnie większe siły. Nie trzeba chyba nikomu wyjaśniać, że zadanie to – łagodnie rzecz ujmując – nie będzie zbyt proste w lodowym piekle Plutona, gdzie temperatura sięga zera absolutnego.

Doświadczenie elitarnej jedenostki, doskonałe wyszkolenie, najnowocześniejsza broń, elektronika i  sporo szczęścia – to wszystko sprawia, że najemnicy opanowują bazę na lodowej planecie, a jej personel cywilny i wojskowy – zgodnie z międzyplanetarnym kodeksem najemników – poddaje się. Wydawać by się mogło, że wszystko, przy zerowych stratach po stronie wysłańców z Ziemi, poszło po myśli zleceniodawców…

Wtedy jednak zaczynają dziać się rzeczy dziwne. Zarówno najemnicy jak i podbita załoga bazy plutońskiej odkrywają (również przy pomocy całego mnóstwa sensorów, czujników, satelitarnych przekazów i centralnej bazy danych), że ktoś lub coś wyraźnie ingeruje w życie bazy, a najemnicy wraz z żołnierzami, prowadzący zwiadowcze wypady w podziemia i dotąd zapieczętowane pomieszczenia bazy, zaczynają być atakowani przez tajemniczego przeciwnika.

Wątek “obcego” na odległym Plutonie nie został potraktowany szablonowo przez Bartoša. Więcej – stanowi on “rdzeń” tej książki i w znakomity sposób odróżnia ją od wszystkich innych sztampowych historii hard/military SF obecnych w  literaturze. Aby  dowiedzieć się, kim tak naprawdę jest Jane – najdłużej przebywająca “lokatorka” bazy na Plutonie, aby “liznąć” tajemnicę obcej ingerencji w nasz Układ Słoneczny, Najemników czyta się zachłannie i z autentycznym zainteresowaniem!

Bartoš umiejętnie ominął niemal wszystkie pułapki czające się na pisarza z gatunku cyberpunk/military SF. Umiejscowił akcję powieści w naszym Układzie Słonecznym i uwiarygodnił tym samym technologiczną warstwę opisywanej historii (akcja toczy się kilkaset lat od czasów nam współczesnych). Wybranie Plutona (w książce – “po staremu” – traktowanego jako planeta) na akcję powieści okazało się świetnym pomysłem; czytając perypetie najemników w tym skrajnie niegościnnym zakątku kosmosu, mamy wrażenie jakbyśmy naprawdę tam byli.

Autor wykorzystał nie tylko warstwę naukowo-technologiczną (w książce opisaną niezwykle sugestywnie), ale obdarzył swoich bohaterów  wyraźnymi i unikalnymi cechami charakteru, dzięki czemu każdy bohater/-ka jest wyjątkową postacią. Dla entuzjastów cyberpunka, Najemnicy będą  po prostu genialną kopalnią futurystycznych opisów broni, komponentów ochronnych, statków kosmicznych, baz, satelitów, hardware’u i software’u obecnych w świecie międzyplanetarnej, morderczej konkurencji. To, w jaki sposób Bartoš wykorzystuje praktyczne i teoretyczne osiągnięcia współczesnej nauki, aby opisywać w szczegółach [wszech]świat przyszłości, jest po prostu fascynujące! Dla mnie to zdecydowanie najmocniejszy atut tej książki!

Koniec końców, Najemnicy, to jednak głęboko… ludzka powieść (sic!). To historia człowieka miotającego się w zimnie i próżni Układu Słonecznego, człowieka zdolnego do stworzenia materialnych narzędzi umożliwiających mu kolonizowanie Plutona, ale zdolnego również do “praludzkich” odruchów, które w sytuacjach granicznych, ostatecznych, wypełzają spod ciężkich ekoszkieletów, kombinezonów naszpikowanych nanotechnologią. Okazuje się, że pod mikro-implantami w siatkówce oka, zakręci się łza, a diagnostyczne systemy kontrolujące kondycję psychofizyczną nie wykryją głęboko ukrytych okruchów człowieczeństwa.

Ponadto Tomáš Bartoš dotyka istotnej – w perspektywie wcale nie tak dalekiej przyszłości – kwestii: problematycznej relacji człowieka ze sztuczną inteligencją. Jakkolwiek brzmi to dziwnie, współpraca człowieka z jego wytworem, wcześniej czy później, stanie się realnym wyzwaniem – jeśli nie na Plutonie, to na pewno w jakimś innym miejscu, do którego przyjdzie nam dotrzeć (o ile nie wyrżniemy się wcześniej nawzajem)…

Najemnicy – najlepszy cyberpunk 2012 roku!