Jak Bůh hledal Karla | wybrałem zły vlak…

Podziel się:
0Shares

Kumpel, który jakiś czas temu wyprowadził się w okolice Trzyńca (Moravskoslezský kraj, wschód Czech, czeski Śląsk) wysłał mi wczoraj link do dokumentalnego filmu, który obejrzałem z wielkim zaciekawieniem, ale i z ogromną nostalgią, albowiem Czechy, to bardzo newralgiczny punkt w moim nędznym żywocie.
O ile na blogu tym na pierwszy plan wybija się zdecydowanie moja fascynacja Wschodem i około-rosyjskimi klimatami / tematami, o tyle Czechy – zarówno jako kraj, jak i pewien stan umysłu, którego za nic w świecie nie sposób osiągnąć w PL – stanowią już integralny element mojego życia, są źródłem bogatych wspomnień i szemrzących gdzieś tam “w sąsiedztwie” zdarzeń obecnych. Czechy, to miejsce, w którym po raz pierwszy w życiu poczułem się jak w domu, normalnie. Czechy, to miejsce, gdzie poziom społecznego spierdolenia i ludzkiej skłonności to “narodowych konfrontacji”, czy wzajemnego podrzynania sobie gardeł tępymi ostrzami zawiści i patriotyzmu, jest tak niski, że niemal niezauważalny w zmaganiach z codziennością…

Po raz kolejny miałem do czynienia z tą typowo czeską optyką wczoraj, w czasie oglądania fenomenalnego dokumentu autorstwa Víta Klusáka, pt: Jak Bůh hledal Karla (Jak Bóg szukał Karela). Zaraz po obejrzeniu filmu, późno w nocy, postanowiłem zabrać się za pisanie tego posta, niejako “na świeżo”… Ale nie… musiałem dać sobie kilka godzin. Musiałem nabrać głęboko zimnego powietrza, zapalić, pogapić się w przestrzeń i zakląć pod nosem po czesku, w jakimś sensie wyczerpany tym seansem. Prawdziwym do szpiku kości, odwracającym perspektywę “typowo polskiego” spojrzenia na kraj nad Wisłą.
Tak, nie nad Wełtawą, a nad Wisłą właśnie, albowiem film Klusáka traktuje o Polsce, a konkretniej o polskiej wierze, o polskim katolicyzmie, o… polskim Bogu (sic!).

foto: Česká televize

Rano przy kawie poczytałem co nieco o filmie na czeskich stronach, m.in. krótką notkę ze strony Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych Ji.hlava1Režisér Karel Žalud s režiséry Vítem Klusákem a Filipem Remundou po několik let navštěvoval Polsko, aby lépe pochopil Poláky a jejich vztah k Bohu. Ve filmu se Žalud obrací na náhodné kolemjdoucí, jeptišky oslavující výročí křtu Polska, zástupce antisemitského rozhlasu Radio Maryja i kněze obviněného ze sexuálního obtěžování. Zatímco oni mají ve věcech víry jasno, tak filmař, který sám hledá duchovní oporu, je stále skeptičtější. Zdá se, že křesťanství v dnešním Polsku sice nabízí odpovědi, ale pouze na otázky odsouhlasené církví a konzervativní vládou.… Na polskich stronach, gdzie sporadycznie pisano o tym filmie, tradycyjne narzekania, że “to nakręcone niezbyt na serio, zbyt płytko, że to polski Kler” – standard, made in Poland…

Karel Žalud, współreżyser filmu, a zarazem jego główny bohater, w pewnym momencie – próbując w miarę jasno wytłumaczyć jakiemuś Polakowi, dlaczego kręcą ten film o Bogu w Polsce – powiedział: Polska i Czechy – jesteśmy sąsiadami, mamy ponad 700km wspólnej granicy, a tam mało o sobie wiemy! Obecnie jesteśmy najbardziej ateistycznym krajem w Europie, a to właśnie z Czech przywędrowało do Polski chrześcijaństwo; u was ono jest jedną z głównych sił, a u nas nie ma go prawie wcale. Chcielibyśmy dowiedzieć się, jak to u was jest, chcielibyśmy znaleźć Boga.

Czeska ekipa filmowa wędruje wanem po Polsce wzdłuż i wszerz, od południa po Bałtyk, odwiedza ważne katolickie przybytki polskie, odwiedza Rydzykolandię w Toruniu, rozmaite sanktuaria, XXXXL figurę Jezusa, uczestniczy w pielgrzymce Rodziny Radia Maryja, zagląda w małe kościoły, zapomniane parafie, składa wizytę księdzu egzorcyście, a w czasie pielgrzymki do Częstochowy z jedną z grupek na modłę Oazy, Czesi dowiadują się, że jej “duchowy opiekun”, ksiądz z którym przed chwilą rozmawiali, jest oskarżany o molestowanie seksualne… Jednym słowem: katolicka Polska w pigułce okiem czeskich ateistów. Wśród nich jedynie Karel deklaruje, że jest wierzący, ale wątpiący, zagubiony, chcący autentycznie spotkać Boga (w pewnym momencie bierze nawet udział w czymś rodzaju spowiedzi w jednym z kościołów), co wywołuje u jego kolegów z filmowej ekipy kąśliwe uwagi i ten specyficzny czeski uśmiech, gdy mowa o głębi metafizycznych uniesień religijnych.

foto: Česká televize

Ktoś, kto nigdy nie był w Czechach, kto nigdy nie spotkał Czecha, nie zna kompletnie tamtejszej mentalności, po obejrzeniu Jak Bůh hledal Karla, uzna rzeczywiście ten film za powierzchowny, prowokatorski, uszczypliwy i złośliwy. Jeśli natomiast krytyka wyjdzie ze strony “prawdziwego Polaka i katolika”, niechybnie usłyszymy co? No wiadomo co – ten film jest obrzydliwie antypolski! :D

Nie chcę spojlerować, bo obraz Klusáka i Žaluda, to naprawdę specyficzny dokument – jak najbardziej warty wgryzienia się w jego warstwy. Oglądałem go bez polskich napisów, aby był on dla mnie bardziej przejrzysty, aby polski język nie przeszkadzał mi w wyłapywaniu czeskich niuansów, aczkolwiek muszę przyznać, że tłumaczenie jest na przyzwoitym poziomie i oddaje atmosferę filmu.


Nie nazwałbym tego percepcyjnym dysonansem, ale dokument ten oglądałem ze specyficznej perspektywy. Jako anarchista bez jakiegokolwiek poczucia narodowej przynależności, urodzony w Polsce, któremu obce są patriotyczno-narodowo-religijne sztuczki kneblujące, wiążące i zniewalające serca i umysły ludzi, jako człowiek przywiązany do kilku zaledwie miejsc w tym kraju (do miejsc, które uważam za “swoje” w rozumieniu lokalnym, kulturowym, mentalnym i rodzinnym) – patrzę na peregrynacje czeskiej ekipy filmowej w Polsce. Wtedy to optyka moja robi spore fikołki, albowiem instynktownie niejako wchodzę w tą “czeską skórę”, w której czuję się swobodnie. Czy pretenduję do roli bycia “przechrztą” i quasi-Czechem? Jasne, że nie. Przecież to byłoby równie groteskowe i śmiechu warte, jak teksty Polaczków-cwaniaczków, którzy niczym karaluchy rozleźli się po rozmaitych Bredach i Amsterdamach, a potem przy wódzie i polskiej kiełbasie, z tłustymi mordami zaczynają opowieści: U nas w Holandii…

Moja przygoda z Czechami zaczęła się mniej więcej 20 lat temu. Mówię o regularnych wyjazdach, koncertach, włóczęgach stopem, poznawaniu ludzi, języka, wgryzanie się w przestrzeń i mentalność Czech.
Wiele lat wcześniej zacząłem oczywiście czytać czeską literaturę, w której zakochałem się na zabój i pochłaniałem w ilościach hurtowych. Im głębiej właziłem w różne czeskie zakamarki, tym swobodniej się czułem i to było całkiem nowe odczucie, niemal fizycznie, gdy na granicznym moście na Olzie w Cieszynie przechodziłem na drugą stronę i patrząc na tabliczkę: Český Těšín, mimowolnie uśmiechałem się, bo wiedziałem, że po tej stronie Olzy jest swobodniej, da się oddychać, nie trzeba raz zarazem szarpać się z ojczyznami, jezuskami, patriotyzmami, ubekami, bohaterami wyklętymi, z dupy wziętymi – bez martyrologii, łez krwawych i husarskich piór, bez słów papieskich i i maryjnych flag żółto-niebieskich…

foto: DOK.REVUE

Wreszcie zamieszkałem w Czechach, poznałem wiele miejsc i ludzi w tym kraju, udało mi się odnaleźć wśród Czechów prawdziwych przyjaciół, co wbrew pozorom nie jest takie proste.
Znana praktyczna konstatacja wynikająca bezpośrednio z socjologii i antropologii kulturowej, jak i z psychologii społecznej, mówi nam, że gdy wychodzimy poza obszar “swojego” i spotykamy “obcego” przebywając jakiś czas w jego przestrzeni, uczymy się nie tylko prostego (acz wciąż dla wielu zjebanych nacjonalistycznych idiotów niezrozumiałego) faktu, że inny istnieje, ale że istnieje na tym samym pułapie ludzkiej percepcji w ramach egzystencji tu i teraz i że w konfrontacji z naszym tu i teraz rodzi się nowa jakość: poznajemy samych siebie i nasze środowisko przez pryzmat i spojrzenie innych.
Niestety w Polsce niezwykle rozpowszechnionym “narodowym tikiem” jest przekonanie, że jeśli obcy mówi nam o tym, jacy jesteśmy, to niechybnie musi to być atakiem na nas, na swoich. Żadnego dystansu, żadnego rozglądania się wokół, żadnych pytań dodatkowych. Polskę atakujo! I ta zgniła zawiesina pojawia się zawsze tam, gdzie pojawia się mowa o narodach, o krwi prawdziwej, o przodkach walczących, gdy siły patriotyczne wyjmują pindole i moczem terytoria zaznaczają…

… tymczasem w Pradze, przed wejściem do Muzeum Franza Kafki, David Černý, artysta i rzeźbiarz, umieścił swoją instalację pt: Čurající fontána (Sikająca fontanna), która przedstawia dwóch chłopców zwróconych do siebie twarzami, sikających do basenu w kształcie Republiki Czeskiej.

foto: Wikipedia

Czujecie i widzicie tą symptomatyczną różnicę? Wyobrażacie sobie taką rzeźbę gdziekolwiek w Polsce? Pytania są absolutnie retoryczne…

Wiele lat temu, pewnej jesiennej nocy wybrałem zły vlak (po czesku – pociąg). Wróciłem do Polski, ale nie będę się w tej chwili nad tym rozwodził. Przedstawienie trwa nadal. Czechy mi nie uciekną, są tuż za miedzą, mam je pod ręką. Więc nie ma powodu do biadolenia :)
O tym jak głęboko tkwią we mnie te Czechy, świadczy choćby pewien motyw senny, który nigdy, przenigdy się nie zmienia: jeśli w jakimś śnie poruszam się z miejsca na miejsce, podróżuję, zawsze jest to czeski pociąg (sic!) – nawet gdyby akcja snu toczyła się w Polsce, czy w jakikolwiek innym miejscu na świecie (najzabawniejszy sen jaki pamiętam, to ten, gdzie jechałem na mecz hokejowy do Edmonton w Kanadzie – oczywiście w czeskim pociągu), zawsze towarzyszą mi České dráhy (czeskie koleje państwowe)…

***

Jak Bůh hledal Karla – powróćmy na koniec do filmu… Sami powinniście go zobaczyć i jednocześnie wybrać perspektywę, z jakiej będziecie go oglądać / oceniać. Jednym przyjdzie to z łatwością, innym niekoniecznie.
Póki co, dokument z polskimi napisami jest dostępny tutaj. Jak długo? Nie wiadomo, więc radzę się pośpieszyć z oglądaniem, bo później przyjdzie pewnie czekać, aż film od naszych sąsiadów trafi wreszcie w oficjalnej dystrybucji do PL.

Po obejrzeniu filmu mocno zachęcam do dzielenia się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami – tutaj, w komentarzach, albo na czacie tego bloga w Telegramie. Czat w tempie dosyć ślimaczym powiększa się o nowych użytkowników… Nie gryziemy! Wpadajcie pogadać o rzeczach wszelakich – tematycznych ograniczeń brak! Subskrybujcie też telegramowy kanał tego bloga – będziecie dzięki temu na bieżąco w materii nowych wpisów tutaj, jak i będziecie mieć dostęp do “mikro-postów”, czyli do wszelkich ciekawych informacji, które udaje mi się wygrzebać w necie / w życiu, a które wydają mi się godne polecenia i podzielenia się z Wami!

Já, Olga Hepnarová (reż. Petr Kazda, Tomáš Weinreb) 2016 – czeski Bernhard

Podziel się:










0Shares

Zabawne, jak postmoczarowski nacjonalizm (taaak, w 2018 mamy jeszcze do czynienia z podobnymi ścierwojadami, niestety) pomógł mi w odkryciu fenomenalnej polskiej aktorki w fenomenalnym czeskim filmie!
Autorytarno-nacjonalistyczną gwiazdeczką youtube’a jest niejaki Wojciech Olszański vel Aleksander Jabłonowski; jak mawiają popaprańcy z Młodzieży Wszechpolskiej, “kawalerzysta na rowerze”, mundurowy przebieraniec, twórca Polskiego Frontu Narodowego (kurwa, ile to całe prawicowe neonaziolstwo miało tych frontów, zliczyć nie sposób…), proputinowski pojeb wydzierający mordę przed kamerą. Tyle o skrzywionym intelektualnie fanatyku.
Wgniotło mnie w ziemię, gdy dowiedziałem się, że jest on ojcem niejakiej Michaliny Olszańskiej, młodej, cholernie zdolnej i pięknej aktorki, która zagrała główną rolę w rewelacyjnym czeskim filmie biograficznym: Já, Olga Hepnarová. Cóż, starych się nie wybiera. Ojciec nadający się do Tworek, córka natomiast – ogromny talent akorski, wyrazista gra, nieszablonowe podejście do roli/ról i po prostu niepowtarzalna, zjawiskowa uroda! Dawno temu zachwycałem się teatralnymi i filmowymi rolami Romy Gąsiorowskiej, którą po prostu uwielbiałem. Teraz jestem gotów podobnie zachwycać się talentem Michaliny Olszańskiej!

Olga Hepnarová istniała naprawdę. Mieszkała w Pradze. Przeciskała się z bólem z jednego dnia w drugi, obca w obcym świecie, w kolczastej rzeczywistości sama stała się oschła i niedostępna. Chora? Nazbyt wrażliwa? Naiwna? Okrutna?
W 1973 roku Hepnarová jadąc ciężarówką, zjechała na chodnik i na przystanku tramwajowym zabiła osiem osób, raniąc wielu innych. Jako ostatnia kobieta w Czechosłowacji została skazana na śmierć. Wyrok wykonano.

Olga, to mizantropka czystej wody. Świadoma swojej mizantropii, mniej lub bardziej świadomie pielęgnująca ową przemożną niechęć do ludzi. Kompletnie niedopasowana do społecznej układanki, funkcjonująca na marginesie komunistycznego marazmu lat 70-tych ubiegłego wieku. Kilkanaście pierwszych scen i moje pierwsze odczucia od razu kierują się w stronę mistrza rozpadu: Tomasa Bernharda; Hepnarová mogłaby być modelową bohaterką którejś z książek, czy sztuk Bernharda! To skojarzenie nie daje mi spokoju do końca filmu – głównie za sprawą rewelacyjnej gry Michaliny Olszańskiej.
Hepnarová pochodzi z “dobrej rodziny”, nie ma przyjaciół, nie poddaje się zuniformizowanej rzeczywistości komunistycznego państwa, w potocznym ujęciu nie jest kobieca i nie potrafi przyciągnąć do siebie innych; nawet gdy odkrywa, że jest lesbijką, nie potrafi stworzyć spójnej relacji z innymi dziewczynami. Podejmuje się brudnych, uważanych za męskie zajęć (np. praca w składzie opon samochodowych), zostaje kierowcą ciężarówki. Jest brudna i śmierdzi olejem, nie integruje się z kolektywem, zbyt dużo pije i pali. Zalicza ośrodek zamknięty. Wyprowadza się z domu, zamieszkując na daczy, bez prądu i wody.

Rozpad osobowości Olgi został perfekcyjnie ujęty przez reżyserów. Czarno-biała konwencja filmu i jego swoisty minimalizm uwypukla każdą jedną “wadę”, każdą zadrę w życiu dziewczyny, która wybrała samotność i dezintegrację. Depresyjne stany z dnia na dzień pochłaniają Hepnarovą coraz bardziej.
W jej monologach ukryta jest głęboka wściekłość, chęć zemsty na ludziach “z zewnątrz” – za ich znieczulicę, bierność i umiłowanie owej indolencji. Kluczowa scena, gdy Olga Hepnarová tłumaczy przed sądem, dlaczego zabiła na przystanku tramwajowym niewinnych ludzi, robi kolosalne wrażenie! W czeskim oryginale scena ta wręcz miażdży (oglądałem film po czesku, bez polskich napisów)!

Sama historia, jak i konwencja filmu sprawiają, że ciężar gry bez wątpienia spoczywa na barkach głównej bohaterki; przekonujące zagranie neurotycznej samotniczki, która zamiast samobójstwa wybiera na zimno przemyślane zabójstwo niewinnych, przypadkowych ludzi, nie jest rzeczą prostą. Jest to olbrzymia praca i tutaj Michalina Olszańska była po prostu bezkonkurencyjna!

Film absolutnie obowiązkowy! Bardzo refleksyjna historia bez happy endu, gęsta i pełna zgorzknienia. Czeskie kino ma w tej materii sporo do powiedzenia (przykład pierwszy z brzegu, to rewelacyjny film: Powrót idioty) – nie inaczej jest i w tym przypadku, mimo że jest to koprodukcja polsko-czesko-słowacka (ciekawostka: na Filmwebie wyczytałem, że film był kręcony w Nowej Rudzie, Kłodzku i Wrocławiu).
W 2016 roku Michalina Olszańska otrzymała Czeskiego Lwa za główną rolę kobiecą w filmie Já, Olga Hepnarová.

Jaroslav Rudiš – Cisza w Pradze | smažák, pivo a Nádraží Holešovice…

Podziel się:










0Shares
To nie będzie recenzja. Tak myślę. To będzie moja mała wędrówka; Praga, jakakolwiek by nie była i jakkolwiek by jej nie odbierać – nigdy nie znika, nie sposób jej wymazać z głowy, nawet gdyby bardzo się chciało. A ja bardzo nie chcę…

* * *

Gwiazdy nad Pragą zgasły.
Lato się skończyło.

Tak właśnie kończy się powieść Jaroslava Rudiša, Cisza w Pradze. Czeski, oryginalny tytuł (Potichu) jeszcze dobitniej splata się zarówno z treścią książki, jak i z jej zakończeniem…
Kilka razy miałem okazję kupić/pożyczyć tą książkę w oryginale. Siedziałem na kiblu u znajomego Czecha, a na pralce leżało Potichu. Pomyślałem: mam tłumaczenie, luz. Teraz wiem, że zjebałem sprawę. Powinienem przeczytać, pochłonąć tą książkę po czesku. W pociągu, w busie, w ruchu – byle po czesku. Powieść Rudiša znakomicie nadaje się do metra, do długich przepraw tramwajowo-autobusowych. Tak, by wokół przeszkadzał nam tłum i dźwięki miasta, by niedbale zaznaczać na której stronie skończyło się czytać i znowu zacząć lekturę po kolejnej przesiadce…

Wypełzam z roboty na przedmieściach Pragi. Czwarta popołudniu. Pierwsze dni września. Lato się skończyło. W Pradze.
Autobusowa pętla zapełnia się robolstwem ostatniej kategorii. Wszyscy pracujemy za pośrednictwem agencji. Legalnie i na samym dnie zarobkowej hierarchii. Plusem są wypłaty-tygodniówki czy nawet dniówki oraz to, że to ja sam decyduję, czy przyjdę jutro do pracy, czy nie. Czy będę pracował osiem, dziesięć, czy dwanaście godzin. Miesiąc, czy pięć dni. Idealnie dla squattersa bez adresu (nikt w agencji nie oburza się na brak stałego miejsca zamieszkania)…
Dwadzieścia minut w śmierdzącym benzyną autobusie. Stary węgierski Ikarus-przegubowiec. Siadam jak zwykle strategicznie, pomiędzy drzwiami, by móc dyskretnie wstać i ulotnić się między przystankami, w miejsce, gdzie być może nie dorwie mnie kanar. W sumie z przyzwyczajenia. Autobus wjeżdża w “prawdziwą Pragę”, w jej przedmieścia, w koniuszki palców miasta… Kilka przystanków i już jestem na ostatnim/pierwszym przystanku metra. Černý Most – żółta linia.

Ukončete, prosím, výstup a nástup, dveře se zavírají! – tekst praskiego metra, który nigdy się nie nudzi.

Jadę opustoszałym wagonem metra, zjebany i myślący tylko kawałkiem mózgu. W plecaku opasły II tom Baśni tysiąca i jednej nocy po czesku, jeden z wielu jaki Patrycja znalazła w śmietniku – śmietnikowy prezent. Nie mam siły czytać… Coraz więcej ludzi w wagonie. Zbliża się stacja Florenc. Krzyżówka z czerwoną linią i wielkie przesiadki… Stąd mam tylko dwa przystanki “do domu”, ale wysiadam i jadę w przeciwną stronę – na I.P. Pavlova. Do agentury, po kasę za pracę.
Wracam do metra z koronami w kieszeni, przeciskam się przez tłum urzędasów, gówniarzy z iPhone’ami, przez tłum Prażaków totalnie zobojętniałych na to, co dzieje się wokół. Ktoś czyta Metro, ktoś gapi się w okno… Ślicznie pachnąca dziewczyna obok mnie umawia się z gościem stojącym tyłem. Dneska? Letňany? Oka! Pachnie tak ładnie, że sam czuję jak śmierdzę squatem.
Wysiadam na Nádraží Holešovice. Prawie w domu… Wyłażę z metra i przechodzę przez ulicę Plynární. Środkowy palec do tramwajarza, który jak zwykle ma wyjebane na przechodniów. Kupuję u Wietnamczyka dwa Braniki, czerwone wino w kartonie, tytoń, kawę i papírky Vážka – najpopularniejsze bletki w Czechach. Witam się ze znajomą żulerą pod sklepem. Przebiegam przez ulicę i w budzie obok stacji metra kupuję najlepszy smažák w tej części Pragi: świeża bułka, gruba panierka, ciąąągnąąąący się ser i sos tatrski. Wracam na drugą stronę ulicy, siadam, jem, piję piwo. Zniknął czas. W Holešovicach tym bardziej. Piwo i smażony ser.
(W Pradze kurewsko trudno odczuć brak czasu wokół, brak presji – jak w każdej metropolii. Niemniej istnieją w tym mieście miejsca, gdzie człowiek zaczyna czuć się inaczej, niż dotychczas. Bez porównań z Polską – po prostu inaczej!)

Na squat jeszcze dwa przystanki autobusem. Zimno. Lato się skończyło. Praga troszkę szarzeje… Dopijam piwo i lecę. Piechotą.
Most Barikádníků, to najmniej romantyczny most nad Wełtawą. Siadam pod jego tłustym betonowym cielskiem i otwieram drugie piwo. Na drugim brzegu Wełtawy na kortach fruwają tenisowe piłki… Ostatnie promienie słońca liżą akademik-wieżowiec, Kolej 17. Listopadu. Nasi sąsiedzi. Skręcam fajkę i gapię się w oleisty nurt rzeki. Jest mi dobrze. Jest mi normalnie. Wełtawa wysysa moje zmęczenie, Branik smakuje tak jak powinien. Teraz nie czuję, że śmierdzę squatem. Teraz czuję tylko paczulę.
Letná i Žižkov  – miejsce akcji Ciszy w Pradze, daleko za moimi plecami. Gapię się na zielone wzgórza Troi. Dopijam piwo i przez most wlekę się na squat. Witam się ze wszystkimi i otwieram w kuchni wino w kartonie…

* * *

Czesi w swojej ekspresji, powiedzmy, literacko-filmowej bywają strasznie często nostalgiczni i epatujący samotnością, albo swoistą nieśpieszną zadumą. Książka Jaroslava Rudiša mogłaby równie dobrze nazywać się Samotność w Pradze (brzmi jednak cokolwiek debilnie, biorąc pod uwagę że na podobnym tytule sporo mamony zgarnął polski Paulo Coelho, znany twórca makulatury, niejaki Wiśniewski).
Jest to jednak samotność po brzegi upierdolona hałasem miasta i złowieszczymi trzaskami gdzieś w głębi głowy każdego z bohaterów. Vanda, Petr, Vladimir, Wayne i Hana, to kilka praskich losów splecionych ze sobą w jeden organizm; nie wiedząc o sobie tyle, by przestać czuć się samotnymi, przeciskają się przez krwiobieg Pragi, ocierają o siebie coraz intensywniej. Aż do tego niezapomnianego, cichego końca.

Praga Jaroslava Rudiša, to taka Praga jaką i ja zapamiętałem. Hałaśliwa, śmierdząca, urokliwa w swych zakątkach, których trzeba szukać na własną rękę, bo żaden przewodnik o nich nie napisze. Praga pędząca, wściekająca się na wszelkie przeszkody na jej drodze. Praga wyrzygująca na Most Karola rzesze popapranych turystów nacji wszelakich… Ale Praga, to także Žižkov, dzielnica, w której miasto posiada zupełnie inną gębę.
Rudiš opisuje trwamwajową trasę na Žižkov i widzi za oknem brudnych punków siedzących na skwerach; morze dreadów, irokezów, naszywek… Kto wie, może kiedyś Autor widział nas całą bandą z naszymi squatterskimi psami, gdy włóczymy się po mieście, gdy jedziemy tramwajem na Žižkov, do jednej z setek knajp, gdzie czas rozciąga się jak guma do żucia… My i nasze psy – wszyscy bez smyczy i kagańców…