Mój Sparky – krótko o tym, co nowego

Podziel się:
0Shares

Na pokładzie mojego Sparky’ego wszystko śmiga wyśmienicie! Sparky Linux (warto podkreślić, że to projekt polskiej ekipy związanej z portalem i forum linuksiarze.pl), to meeega wygodny i zawsze świeży system operacyjny, a praca na nim to płynna, wygodna i dająca wiele radości sielanka. Sparky, w odróżnieniu od wielu innych debianoidów (czyli dystrybucji Linuxa bazujących na Debianie), nie pracuje w oparciu o stabilną gałąź Debiana – jego repozytoria pochodzą z gałęzi testing / unstable (sid). Dzięki temu niemal codziennie otrzymujemy aktualizacje systemu / aplikacji, nasz system pracuje bez żadnych zgrzytów, a świeże pakiety sprawiają, że nasz Linux jest always fresh.
Nie zmieniałem praktycznie niczego w wyglądzie pulpitu pod i3. Chyba wyczerpałem limit czasu na konfigurację dotfajli w menadżerach okien. Pozostaję przy i3, bo spełnia swoje zadania perfekcyjnie i najwygodniej nawiguje mi się właśnie w nim… Przy okazji – bardzo mocno polecam zajebisty kanał jutubowy: DistroTube, traktujący ogólnie o dystrybucjach Linuxa, ale również o tiling window managers, takich jak i3 właśnie. Koleś skutecznie zaraża entuzjazmem do tych najwygodniejszych i najbardziej praktycznych menadżerów okien pod Linuxa / BSD. Znajdziecie go też na Telegramie.

i3 – clean
i3 – dirty

* * *

Jeszcze do niedawna można było w repozytoriach wielu dystrybucji Linuxa znaleźć fajną apkę do słuchania radia z interfejsem GUI. Nazywała się ona gradio i spełniała swoją rolę całkiem całkiem. Obecnie gradio jest martwe, ale jednocześnie “przepisano” aplikację w języku Rust i nazwano Shortwave.
Nazwa, rzecz jasna, myląca, albowiem Shortwave nie służy do słuchania audycji krótkofalowych w necie, a po prostu streamuje wszelkie możliwe stacje radiowe na świecie, w większości przypadków nadające na falach ultrakrótkich (FM) i w internecie. Streamów mamy całe mnóstwo (choć wydaje mi się, że baza Shortwave nie jest tak obszerna, jak np. baza mojego radioodbiornika internetowego Medion, czy apki PCRadio na Androida, ale mogę się mylić), a wszystkie zgromadzone są w bazie publicznej dostępnej dla wszystkich na Community Radio Browser, gdzie każdy z nas może swobodnie dodawać kolejne streamy znanych sobie radiostacji.

Interfejs programu Shortwave – moja lista radiostacji

Sto lat świetlnych temu, gdy odkryłem konsolowy odtwarzacz audio: moc (music on console), polubiłem go za prostotę, ale szybko zdałem sobie sprawę, że już na starcie przegrywa on z innym konsolowym zestawem: ncmpcpp + MPD (music player daemon), a były to czasy gromadzenia na dyskach tysięcy mp3; już wtedy uznałem, że moc będzie pełnić rolę wyłącznie odtwarzacza radiowego w moim Linuxie. I tak pozostało do dzisiaj.
Instalujemy moc, odwiedzamy Community Radio Browser, wyszukujemy ulubione stacje radiowe (aktualnie wszystkich stacji w bazie jest 27593) i zapisujemy do plików interesujące nas streamy. W konfiguracyjnym pliku moc zaznaczamy nasz folder ze streamami jako główny folder muzyczny (chociaż to nie konieczne, albowiem moc zapamiętuje ostatnią lokalizację, więc wystarczy raz wejść w folder streamowy, by po ponownym otwarciu znowu nawigować w tymże folderze) i… mamy zajebiste radio w konsoli, a jednocześnie alternatywę dla Shortwave. Dzięki temu oszczędzamy na zasobach (graficzny interfejs odpada jako proces) i mamy radio w terminalu, co o niebo lepiej wygląda i faktycznie lepiej integruje się z resztą systemu – jeśli korzystamy z menadżerów okien.
U mnie wygląda to tak:

moc, jako odtwarzacz radiowy

* * *

Firefox 81.0
Opera 71.0

Po tym, jak Mozilla dokonała sporych cięć kadrowych, pozbywając się wielu doświadczonych programistów i pracowników zżytych z projektem Firefox, społeczność userów zaczęła się skarżyć na “słoniowatość” przeglądarki i dramatyczny spadek szybkości działania i ogólnej wydajności (w porównaniu z wcześniejszymi wydaniami Firefoxa, czy w porównaniu z głównym rywalem – Chrome). Problemy pojawiały się w materii nadmiernego zżerania RAMu przez Firefoxa, czy zbyt wolne ładowanie cięższych stron.
Nie będę zagłębiał się w rzekomą korelację pomiędzy kadrową polityką Mozilli, a działaniem mojej ukochanej przeglądarki, ale fakt pozostaje faktem: wersje 79.0 i 80.0, to był, kurwa, dramat, przynajmniej na Linuxie. Po wejściu na stronę reddita (znana strona-walec, rozjeżdżająca RAM jak plastelinę), Mastodona i odpaleniu klienta [matrixa] w przeglądarce (Element), Firefox zasysał 6-7GB RAMu.
Wkurzony postanowiłem zobaczyć, co słychać u Opery. Zaskoczenie było spore, bo wszystkie w/w strony odpalone jednocześnie w Operze śmigały bez większych problemów (inną sprawą jest to, że mój Dell ma 16GB pamięci RAM); zrobiłem wtedy porównawcze screeny monitora procesów htop, najpierw filtrując wyniki Firefoxa, a potem Opery. Szkoda, że usunąłem już screeny, ale wyniki były ewidentnie bardziej korzystne dla Opery.

Sytuacja radykalnie poprawiła się po wydaniu 81.0 Firefoxa, kiedy to strony na powrót zaczęły ładować się płynnie i szybko, RAM pozostał na spoko poziomie, a temperatura na procesorach znacznie spadła.
Nie wiem, czy to wybitnie moja przypadłość, ale sądząc po wielu krytycznych głosach np. na r/Firefox, inni też miewali we wcześniejszych wydaniach kłopoty z wydajnością przeglądarki. Osobiście baaardzo mocno kibicuję ekipie Mozilli i namawiam do tego was wszystkich, gdyż Firefox jest jedyną tak mocną na rynku alternatywą z rodziny free software i w interesie nas wszystkich jest rosnąca popularność tej przeglądarki!

Mobilne wydanie Firefox Daylight 81.0 dla Androida, to również sporo zmian, również wizualnych. Strona startowa z możliwością zmiany położenia paska adresu (góra – dół), to zajebiste udogodnienie. Strony otwierają się mega-płynnie, synchronizacja z desktopowym Firefoxem też działa bez zarzutu. Przy dodatkowych ustawieniach anti-tracking (domyślnych w wersji 81.0) oraz przy zainstalowanych dodatkach typu NoScript, mamy świetnie funkcjonującą i relatywnie bezpieczną mobilną przeglądarkę w smartfonie.

Linux jest właśnie dla ciebie!

Podziel się:










0Shares

Tak już mam – nie jestem w stanie wytrzymać zbyt długo bez grzebania w kompie. Linux1Nie używam spolszczenia tego słowa. Uważam, że oryginalna pisownia jest o niebo lepsza. Mimo tego słowo “Linuks” zaskakująco szybko przyjęło się w Polsce. uzależnia i jest to jedno z najbardziej fascynujących uzależnień, z jakim można się zetknąć. Jedno jest pewne: Linux zmienia na zawsze podejście do komputerów, oprogramowania i do wolności w przestrzeni internetowo-informatycznej i robi to tak niepostrzeżenie, że nawet osoby kompletnie nie siedzące w tematach kompowych poszerzają swoje spektrum, zaczynają patrzeć inaczej na wiele spraw…

Piszę o tym dlatego, że zmiana pewnych przyzwyczajeń w naszym podejściu do komputerów i internetu leży w zasięgu ręki każdego / każdej z nas! Bez wielkiego wysiłku możemy ułatwić sobie życie, a przy okazji zacząć bardziej świadomie korzystać z dobrodziejstw IT, wystrzegając się jednocześnie potencjalnych niebezpieczeństw.
Jako że teraz mam na laptopie zainstalowaną jedną z najpopularniejszych dystrybucji Linuxa, uznawaną jednocześnie (słusznie zresztą) za user friendly, postaram się jakoś w skondensowanej formie przekonać was, że małym nakładem pracy można ulepić sobie ładny, solidny, bezpieczny i… wolny system operacyjny.

Linux Mint, bo o nim mowa, w rankingu znanej strony o dystrybucjach Linuxa i o systemach BSD – DistroWatch, plasuje się aktualnie na trzecim miejscu pod względem popularności wśród wszystkich userów Linuxa (na drugim miejscu mamy distro Manjaro, a na pierwszym MX Linux). Mint swoją popularność zawdzięcza niezwykle przyjaznemu interfejsowi, stabilności i niezawodności w działaniu. Oprócz tego Linux Mint jest nawet w domyślnych ustawieniach, bezpośrednio po instalacji, po prostu ładnym systemem operacyjnym. Distro to bazuje na Ubuntu i Debianie, a zatem jego głównym walorem jest system zarządzania pakietami .deb, które są jednym z wygodniejszych rozwiązań w materii instalacji oprogramowania w świecie Linuxa.
Tyle w ogromnym skrócie nt. pochodzenia “miętowej” dystrybucji Linuxa. Osobiście preferuję Debiana, który jest jedną z najdłużej istniejących i jedną z najpopularniejszych dystrybucji. Debian jest praojcem mnóstwa innych dystrybucji, które na nim bazują, dzięki temu, że kod źródłowy jest wolny i otwarty i każdy może go wykorzystywać do swoich celów w ramach licencji GPL (General Public License). Debian, to również Umowa Społeczna, czyli zbiór pewnych zasad, jakimi kieruje się społeczność współtworząca tą dystrybucję Linuxa – dla mnie, jako dla anarchisty, umowa ta ma dosyć spore znaczenie.

Dlaczego więc wybrałem Minta, a nie Debiana? Kiedy sprawiłem sobie swojego Della, miałem koszmarnie mało czasu na cokolwiek, tym bardziej na poinstalacyjną konfigurację systemu. Debian nie jest w gruncie rzeczy skomplikowaną dystrybucją, ale wymaga jednak trochę pracy i konfiguracji bezpośrednio po instalacji, zwłaszcza że ja jestem zwolennikiem niestabilnej wersji Debiana, zwanej Sid2Debian pojawia się zawsze w czterech wersjach: Stable, Testing, Unstable, Experimental. W pierszej, stabilnej wersji znajdują się wyłącznie przetestowane i sprawdzone pakiety oprogramowania, nad którymi nie są prowadzone prace. Druga wersja, testowa, to wersja z pakietami, które wciąż podlegają aktualizacjom. Trzecia wersja, to wersja niestabilna, kapryśna i ryzykowana w użytkowaniu, ale za to z najświeższymi pakietami, które dopiero co pojawiły się w repozytoriach. Wersja eksperymentalna w zasadzie używana jest wyłącznie przez deweloperów i testerów Debiana, nie nadaje się ona raczej do biurkowej pracy w domu. Kolejne wydania noszą nazwy będące imionami bohaterów kreskówki Toy Story, a wersja niestabilna nosi zawsze nazwę Sid, a gałąź niestabilną niemal zawsze trzeba dopieścić i nieco “uczesać”, żeby system nie wysypał się nam przy okazji kolejnej aktualizacji.
Wybór padł na Minta, albowiem bezpośrednio po instalacji wystarczy jedynie zaktualizować system i ewentualnie pobawić się w ustawieniach wyglądu i… voilà! Mamy do dyspozycji system operacyjny + kilkadziesiąt gotowych do użytku aplikacji! Przeciętny użytkownik komputera, korzystający z netu, oglądający youtube, używający pakietu biurowego tak naprawdę nie musi już doinstalowywać niczego. System na starcie jest gotowy do działania.

Każde nowe wydanie Minta, to trzy środowiska graficzne do wyboru. Linux, w przeciwieństwie do Windowsa, oferuje pokaźny wybór rozwiązań wizualno-graficznych. To jak wygląda twój system zależy praktycznie wyłącznie od twojej wyobraźni. Możesz wybrać wydanie z domyślnymi środowiskami: Mate, Cinnamon i XFCE. Każde z nich wygląda nieco inaczej, każde ma plusy i minusy. Osobiście polecam XFCE, bowiem jest ono lekkie, konfigurowalne, nie obciąża zbytnio kompa.3Rzecz jasna możemy potem zainstalować jakiekolwiek inne środowisko graficzne (lub menadżera okien), jeśli te oferowane przez twórców danej dystrybucji nie spełniają naszych oczekiwań.

 

Linux Mint 19.3 Tricia bezpośrednio po instalacji. Dwa środowiska graficzne: Cinnamon (po lewej) i XFCE (po prawej).

 

Mint jest mega-przyjazny dla nowego użytkownika, zwłaszcza dla newbies, dla których jest to pierwszy Linux w życiu. Intuicyjna obsługa, łatwa aktualizacja systemu i aplikacji4W Linuxie zainstalowane aplikacje aktualizuje się wraz z całym systemem. Jest to bardzo wygodne, albowiem mamy zawsze najświeższe wersje zarówno jądra systemu, poszczególnych komponentów systemowych, jak i programów, których używamy. sprawiają, że praca na Mincie przynosi dużo satysfakcji i szybko wciąga w świat wolnego oprogramowania.

Pamiętajcie, że Linux, to przede wszystkim społeczność. W odróżnieniu od Windowsa, Linux nie jest tworzony “w ukryciu” przez jakąś pieprzoną korporację, ale każdy komponent systemu i to, co otrzymujemy w formie gotowej do działania dystrybucji jest efektem pracy deweloperów, wolontariuszy i zapaleńców, którzy robią to za darmo, dzieląc się owocami swojej pracy z całym światem. Dlatego też każda dystrybucja Linuxa posiada rewelacyjne wsparcie w postaci społeczności użytkowników i o każdej porze dnia i nocy znajdziecie pomoc w rozwiązaniu problemów ze swoim systemem. Wystarczy wejść na dane forum, stronę wiki, na youtube, na kanał IRC i ktoś zawsze wam pomoże!

To, co znajduje się w bebechach waszego kompa/laptopa, powinno zależeć od was samych. Z Linuxem to wy decydujecie, jakiego oprogramowania używacie, a jakie jest wam zbędne. To jak wygląda wasz system jest wynikiem waszych działań, To, czy wasz komp jest przyjazny, czy nie zależy od was i tylko od was.
Poniżej wrzucam moje screeny. Mój Linux Mint wygląda diametralnie różnie od domyślnej wersji po instalacji, bowiem takie właśnie miałem widzimisię. Na początku po prostu dostosowałem sobie wygląd domyślnego środowiska graficznego Cinnamon, pod własne potrzeby, zgodnie z własnymi jazdami estetycznymi. Efekt był taki:

 

Linux Mint | Cinnamon

 

Cinnamon, podobnie jak inne środowiska graficzne, oferuje spore możliwości konfiguracyjne, ale jednocześnie obciąża działanie kompa. To, co widzicie powyżej jest efektem “klikanego” dostosowywania wyglądu; używałem tutaj wyłącznie graficznych narzędzi jakie dostarcza mi Mint i poszczególne aplikacje. Doskonałą alternatywą dla DE (desktop environment) jest WM (window manager). Menadżery okien, to lekkie, szybkie i efektywne “maszynki” do poruszania się po waszym pulpicie, czy raczej po pulpitach5 W Linuxie standardem są wirtualne pulpity, których ilość zależy od waszych potrzeb. Sam obecnie korzystam z dziewięciu pulpitów, dzięki czemu praca na kompie jest o wiele bardziej wygodna i przejrzysta.. Jednym z moich ulubionych menadżerów okien jest Openbox. Cechuje go przejrzystość, prostota, minimalizm i super funkcjonalność. Wszystko zależy od tego, jak sami skonfigurujemy swój WM. Openbox wymaga jednak sporo cierpliwości dla początkujących userów Linuxa; wiele elementów tego menadżera musimy skonfigurować bez pomocy “klikaczy” – zaczynamy wtedy przygodę z konfigurowaniem naszego systemu z poziomu plików, których edycja powoduje zmianę wyglądu naszego pulpitu. Mój aktualny pulpit z Openboxem wygląda tak:

 

Openbox i Tint2 (status bar)

Openbox – bashtop (monitor systemu), Nitrogen (menadżer tapet)

 

i3wm – plik konfiguracyjny w edytorze tekstu vim

Jednak moja największa miłość w Linuxie, to TWM – tiling window manager. To rodzaj menadżera okien wykorzystujący całą przestrzeń pulpitu, idealny dla aplikacji tworzonych pod interfejs z linią poleceń, czyli pod terminal (konsolę) – podstawowe narzędzie z jakim zetkniecie się po instalacji Linuxa6Terminal jest tym, czego panicznie boją się newbies, terminalem doświadczeni userzy Linuxa straszą tych początkujących :D Tak naprawdę terminal jest rewelacyjnym narzędziem służącym do administracji systemem, do obsługi wielu procesów, czy jako interfejs aplikacji..
TWM charakteryzują się tym, że nawigacja w ich obrębie odbywa się głównie przy pomocy skrótów klawiszowych, niezwykle rzadko używa się w nich myszki / touchpada. Do najpopularniejszych menadżerów tego typu należą m.in.: AwesomeWM, dwm, bspwm, i3wm, i3-gapes, Xmonad, spactrwm, Ratpoison i wiele innych. Konfiguracja tych menadżerów odbywa się wyłącznie “ręcznie”, gdyż nie posiadają one graficznych narzędzi do konfiguracji – tutaj liczy się prostota, efektywność w działaniu, przejrzystość składni plików, w których sami wprowadzamy zmiany. Użytkownicy TWM piszą rozmaite skrypty, które dodają funkcjonalności i sprawiają, że nawigacja po takim menadżerze – gdy człowiek oswoi się z nim i pozna wszystkie skróty klawiszowe – jest o niebo wygodniejsza, aniżeli przy pomocy myszki (sic!).
Niegdyś byłem zakochany w AwesomeWM, naprawdę funkcjonalnym menadżerze napisanym w języku lua, używałem go kilka lat, ale poznałem i wypróbowałem i3. Od tamtej pory, mimo, że zdarzało mi się używać inne TWM-y, pozostaję wierny i3 i polecam go wszystkim!!! Poniżej screeny mojego aktualnego pulpitu z i3wm… Tak wygląda obecnie mój Linux:

 

i3wm – terminal + neofetch

i3wm – bashtop, ranger (menadżer plików), sxiv (przeglądarka obrazów), ufetch

 * * *

Z doświadczenia wiem, że jedni użytkownicy Linuxa, przechodząc np. z Windowsa do nowego systemu, korzystają wyłącznie z domyślnych ustawień i ich jedyną ingerencją w swój nowy system jest zmiana tapety, czy koloru ikon / okien. Po prostu cieszą się oni stabilną pracą kompa i nie zawracają sobie głowy grzebaniem w systemie. Inni, wręcz przeciwnie, zainteresowani możliwościami swojego nowego systemu operacyjnego, starają się dowiedzieć o nim jak najwięcej, próbują zmieniać to i owo, eksperymentować (część z nich zachęcona rozpowszechnioną w środowisku linuksiarzy opinią, że ciężko jest zjebać Linuxa :D), gromadząc jednocześnie nową wiedzę.
Nie należy wartościować obu tych grup użytkowników, uważając, że jedna jest lepsza od drugiej (nawet jeśli niektórzy użytkownicy np. Gentoo mówią inaczej :D żart, ofkorzzz…). Ja jednak przed wieeeeelu laty, gdy po raz pierwszy zainstalowałem Linuxa, postanowiłem zostać częścią tej drugiej grupy. Jako typowy newbie przeszedłem drogę przez mękę, dostając zjeby na różnorakich forach i kanałach IRCa, gdzie zadawałem głupie jak na początkującego pytania. W konsekwencji jednak z idioty, który wcześniej na Windowsie potrafił tylko korzystać z Worda i (po pojawieniu się internetu) z Opery, który nie miał zielonego pojęcia o instalacji czegokolwiek na kompie, nie wspominając o instalacji systemu, o partycjach na dysku itp. – z takiego niezbyt kumającego temat bałwana, “przepoczwarzyłem się” w linuksoida, który coś tam kuma w obrębie wolnego oprogramowania :D

Oczywiście wiele jeszcze przede mną i nie zamierzam osiadać na laurach. Niedawno wróciłem do rewelacyjnego edytora tekstu jakim jest Vim. Chcę też lepiej poznać CSS i HTML, no i oczywiście zacząć naukę Pythona – jednego z języków programowania… A pomyśleć, że kiedyś kumpel instalował mi Windowsa, a ja bałem się w nim nawet zmieniać wygląd, żeby czegoś nie spierdolić :D

Instalujcie Linuxa na swoich kompach! Przede wszystkim dlatego, że jest o niebo bezpieczniejszy, aniżeli Windows, jest do bólu przystosowany do indywidualnych potrzeb i to my jesteśmy panami swojego kompa, nie zależąc od widzimisię jakiejś pieprzonej korporacji. Bo Linux, to wolność i świadome korzystanie z zasobów oprogramowania i internetu!
Nie wrzuciłem tutaj tych wszystkich screenów [wyłącznie] dlatego, by szpanować :D Chciałem wam pokazać, że Linux, to mega-różnorodność – dla każdego coś, co siądzie mu najbardziej! Poza tym wiele inspiracji znajdziecie na Reddicie, w dwóch miejscach: r/unixporn i r/dekstops – to tam ludzie z całego świata chwalą się screenami ze swoich desktopów, w większości linuxowych, chociaż znajdziecie tam i maca i widnę… Wygląd, to nie wszystko, ale ma jednak jakieś tam znaczenie i jest w jakimś sensie odbiciem naszych gustów i estetycznej wrażliwości.

Jeśli kogoś z was zainteresowało to, co tutaj popełniłem – służę ewentualną pomocą przy wyborze i instalacji Linuxa. Kontakt ze mną: poprzez IRC, Jabbera/XMPP, chat w Telegramie, bądź email – wszystkie namiary na stronie “o mnie”

 

 

Linux Mint (Debian based)

Podziel się:










0Shares

Teraz już wiem, jakiego laptopa już nigdy nie kupię. To była moja wielka pomyłka, której nie powtórzę… Lenovo pod Linuksa, to gówno do kwadratu! Pamiętajcie o tym, jeśli chcecie zainstalować ze stajni GNU/Linux cokolwiek innego, niż Ubuntu (czy inne podobne paprochy). Nie wiem, ile Lenovo dostaje kasy od Micro$oftu, ale bez mydła włazi w dupę firmy z Redmont w spsób wręcz niespotykany; Chińczycy stają na głowie, by utrudnić nam – linuksiarzom – postawienie systemów FOSS. Zaczyna się od samego boot’a (pierdolone UEFI), a potem jest już tylko gorzej. Hardware Lenovo jest wyjątkowo odporny na linuksowy upgrade.

Kilka miesięcy temu robiłem rutynowy dist-upgrade mojego Debiana Sid. Z wieloletniego doświadczenia wiem, że świeży, nowy kernel gałęzi niestabilnej cholernie rzadko wysypuje połowę systemu. Wtedy również niewiele się stało, oprócz “drobnego” kwasu w postaci permanentnie migającego ekranu.. Potem siadła obsługa Bluetooth (mniej więcej wtedy, gdy sprawiłem sobie słuchawki bezprzewodowe… hmm…) i kilka innych dupereli… Siedziałem jakiś czas na starym jajku, śledząc w necie łatanie nowego jądra, ale szybko okazało się że nie jestem jedynym idiotą z laptopem Lenovo, który ma podobne problemy pod Linuksem. Ludzie na innych distrach biadolili nad podstawowymi funkcjami, które po aktualizacjach padały i ni chu… nie wstawały…

Z racji roboty, góry książek i chęci z normalnego korzystania z kompa, wkurwiony postawiłem w kilka minut Minta bazującego na Debianie (w kontrze do tych “oficjalnych” bazujących na Srubuntu). Kernel stareńki (co widać na screenie), ale distro stabilne z obsługą tego, czego mi brakowało – bez konfigów dodatkowych; serio nie miałem ani ochoty ani siły na czekanie, łatanie, reconfig… Nie wiem jak długo ten impas trwałby w Sidzie. Formalnie mam teraz Debiana Testing, ale o wiele bardziej uczesanego, niż oryginał, no i wszystko śmiga tak, jak powinno…

Musi mnie kopnąć w dupę konkretna nuda, żebym wziął się za postawienie ładnego i3wm, czy AwesomeWM. Defaultowe menadżery są brzydkie i niepraktyczne, więc póki co zostaję na tym nieszczęsnym Mate

zrzut-ekranu-w-2016-11-03-06-54-30

zrzut-ekranu-w-2016-11-03-06-57-05

Lenovo G70, UEFI, Debian – maxymalny wkurw…

Podziel się:










0Shares

Całkiem niedawno postanowiłem się nagrodzić i sprawiłem sobie lapka w miejsce starego stacjonarnego kompa, który miał już chyba z 9 lat (!). Pogrzebałem, poczytałem i wybór padł na Lenovo G70. Wszystko ładnie, pięknie, parametry takie, jakie chciałem mieć, jakie w zupełności mi wystarczają, wygląd i 1 TB na twardzielu – jest OK, pomyślałem sobie… Kupiłem oczywiście laptopa bez systemu, by nawet symbolicznie nie wydawać ni grosza na windows shit.

Laptop na stole, instalka Debian GNU/Linux w kieszeni DVD, instalacja niemal na pamięć – czysta rutyna. Po instalacji restart laptopa i… dupa. Migające logo Lenovo, jakby sprzęt chciał się bootować, a nie mógł…
Restartuję jeszcze raz, z jednoczesnym wejściem do BIOSa i… okazuje się, że nie mam BIOSa :) Mam UEFI. Pierdolone UEFI…

UEFI (Unified Extensible Firmware Interface), to alternatywa dla BIOSa, interfejs tu i ówdzie zachwalany, coraz częściej obecny w nowych kompach. Tymczasem UEFI, to totalne gówno, kolejny kaganiec potentatów, którzy twierdzą, że ich cacko służy ochronie tzw. własności intelektualnej twórców sprzętu komputerowego. Ni mniej, ni więcej, jest to próba odcięcia oprogramowania free software na rynku globalnym, ograniczenie wolności wyboru pomiędzy otwartoźródłowym rozwiązaniom, a korporacyjnym gównem molochów typu Windows i Apple.

Nie będę tutaj opisywał, jak uporałem się z UEFI i jednak zainstalowałem Debiana tak, by bootował się bez kłopotu z każdym uruchomieniem laptopa (aczkolwiek służę poradą wszystkim, którym potrzebna taka wiedza – piszcie!); dość powiedzieć, że trwało to kilka godzin i na przyszłość wiem, że instalując Debiana na jakimkolwiek sprzęcie z UEFI, po aktualizacji repozytoriów, a przed restartem kompa, warto zmienić repo na unstable/sid, jeśli chce się uniknąć w przyszłości smutnego komunikatu: kernel panic!

Dla mnie to i tak oczywiste posunięcie – od lat korzystam tylko z niestabilnej gałęzi Debiana…
Teraz wszystko śmiga genialnie, ale ilość bluzgów, jakie wykrzykiwałem w trakcie potyczek z UEFI była doprawdy imponująca! Poniżej screeny aktualnego desktopu u mnie.

i3_cln1
i3wm – clear

i3_dirt1
i3wm – dirty [1]
i3_dirt2
i3wm – dirty [2]
Moje dotfiles (raczej aktualizowane na bieżąco) na pastebinTUTAJ