Jak Bůh hledal Karla | wybrałem zły vlak…

Podziel się:
0Shares

Kumpel, który jakiś czas temu wyprowadził się w okolice Trzyńca (Moravskoslezský kraj, wschód Czech, czeski Śląsk) wysłał mi wczoraj link do dokumentalnego filmu, który obejrzałem z wielkim zaciekawieniem, ale i z ogromną nostalgią, albowiem Czechy, to bardzo newralgiczny punkt w moim nędznym żywocie.
O ile na blogu tym na pierwszy plan wybija się zdecydowanie moja fascynacja Wschodem i około-rosyjskimi klimatami / tematami, o tyle Czechy – zarówno jako kraj, jak i pewien stan umysłu, którego za nic w świecie nie sposób osiągnąć w PL – stanowią już integralny element mojego życia, są źródłem bogatych wspomnień i szemrzących gdzieś tam “w sąsiedztwie” zdarzeń obecnych. Czechy, to miejsce, w którym po raz pierwszy w życiu poczułem się jak w domu, normalnie. Czechy, to miejsce, gdzie poziom społecznego spierdolenia i ludzkiej skłonności to “narodowych konfrontacji”, czy wzajemnego podrzynania sobie gardeł tępymi ostrzami zawiści i patriotyzmu, jest tak niski, że niemal niezauważalny w zmaganiach z codziennością…

Po raz kolejny miałem do czynienia z tą typowo czeską optyką wczoraj, w czasie oglądania fenomenalnego dokumentu autorstwa Víta Klusáka, pt: Jak Bůh hledal Karla (Jak Bóg szukał Karela). Zaraz po obejrzeniu filmu, późno w nocy, postanowiłem zabrać się za pisanie tego posta, niejako “na świeżo”… Ale nie… musiałem dać sobie kilka godzin. Musiałem nabrać głęboko zimnego powietrza, zapalić, pogapić się w przestrzeń i zakląć pod nosem po czesku, w jakimś sensie wyczerpany tym seansem. Prawdziwym do szpiku kości, odwracającym perspektywę “typowo polskiego” spojrzenia na kraj nad Wisłą.
Tak, nie nad Wełtawą, a nad Wisłą właśnie, albowiem film Klusáka traktuje o Polsce, a konkretniej o polskiej wierze, o polskim katolicyzmie, o… polskim Bogu (sic!).

foto: Česká televize

Rano przy kawie poczytałem co nieco o filmie na czeskich stronach, m.in. krótką notkę ze strony Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych Ji.hlava1Režisér Karel Žalud s režiséry Vítem Klusákem a Filipem Remundou po několik let navštěvoval Polsko, aby lépe pochopil Poláky a jejich vztah k Bohu. Ve filmu se Žalud obrací na náhodné kolemjdoucí, jeptišky oslavující výročí křtu Polska, zástupce antisemitského rozhlasu Radio Maryja i kněze obviněného ze sexuálního obtěžování. Zatímco oni mají ve věcech víry jasno, tak filmař, který sám hledá duchovní oporu, je stále skeptičtější. Zdá se, že křesťanství v dnešním Polsku sice nabízí odpovědi, ale pouze na otázky odsouhlasené církví a konzervativní vládou.… Na polskich stronach, gdzie sporadycznie pisano o tym filmie, tradycyjne narzekania, że “to nakręcone niezbyt na serio, zbyt płytko, że to polski Kler” – standard, made in Poland…

Karel Žalud, współreżyser filmu, a zarazem jego główny bohater, w pewnym momencie – próbując w miarę jasno wytłumaczyć jakiemuś Polakowi, dlaczego kręcą ten film o Bogu w Polsce – powiedział: Polska i Czechy – jesteśmy sąsiadami, mamy ponad 700km wspólnej granicy, a tam mało o sobie wiemy! Obecnie jesteśmy najbardziej ateistycznym krajem w Europie, a to właśnie z Czech przywędrowało do Polski chrześcijaństwo; u was ono jest jedną z głównych sił, a u nas nie ma go prawie wcale. Chcielibyśmy dowiedzieć się, jak to u was jest, chcielibyśmy znaleźć Boga.

Czeska ekipa filmowa wędruje wanem po Polsce wzdłuż i wszerz, od południa po Bałtyk, odwiedza ważne katolickie przybytki polskie, odwiedza Rydzykolandię w Toruniu, rozmaite sanktuaria, XXXXL figurę Jezusa, uczestniczy w pielgrzymce Rodziny Radia Maryja, zagląda w małe kościoły, zapomniane parafie, składa wizytę księdzu egzorcyście, a w czasie pielgrzymki do Częstochowy z jedną z grupek na modłę Oazy, Czesi dowiadują się, że jej “duchowy opiekun”, ksiądz z którym przed chwilą rozmawiali, jest oskarżany o molestowanie seksualne… Jednym słowem: katolicka Polska w pigułce okiem czeskich ateistów. Wśród nich jedynie Karel deklaruje, że jest wierzący, ale wątpiący, zagubiony, chcący autentycznie spotkać Boga (w pewnym momencie bierze nawet udział w czymś rodzaju spowiedzi w jednym z kościołów), co wywołuje u jego kolegów z filmowej ekipy kąśliwe uwagi i ten specyficzny czeski uśmiech, gdy mowa o głębi metafizycznych uniesień religijnych.

foto: Česká televize

Ktoś, kto nigdy nie był w Czechach, kto nigdy nie spotkał Czecha, nie zna kompletnie tamtejszej mentalności, po obejrzeniu Jak Bůh hledal Karla, uzna rzeczywiście ten film za powierzchowny, prowokatorski, uszczypliwy i złośliwy. Jeśli natomiast krytyka wyjdzie ze strony “prawdziwego Polaka i katolika”, niechybnie usłyszymy co? No wiadomo co – ten film jest obrzydliwie antypolski! :D

Nie chcę spojlerować, bo obraz Klusáka i Žaluda, to naprawdę specyficzny dokument – jak najbardziej warty wgryzienia się w jego warstwy. Oglądałem go bez polskich napisów, aby był on dla mnie bardziej przejrzysty, aby polski język nie przeszkadzał mi w wyłapywaniu czeskich niuansów, aczkolwiek muszę przyznać, że tłumaczenie jest na przyzwoitym poziomie i oddaje atmosferę filmu.


Nie nazwałbym tego percepcyjnym dysonansem, ale dokument ten oglądałem ze specyficznej perspektywy. Jako anarchista bez jakiegokolwiek poczucia narodowej przynależności, urodzony w Polsce, któremu obce są patriotyczno-narodowo-religijne sztuczki kneblujące, wiążące i zniewalające serca i umysły ludzi, jako człowiek przywiązany do kilku zaledwie miejsc w tym kraju (do miejsc, które uważam za “swoje” w rozumieniu lokalnym, kulturowym, mentalnym i rodzinnym) – patrzę na peregrynacje czeskiej ekipy filmowej w Polsce. Wtedy to optyka moja robi spore fikołki, albowiem instynktownie niejako wchodzę w tą “czeską skórę”, w której czuję się swobodnie. Czy pretenduję do roli bycia “przechrztą” i quasi-Czechem? Jasne, że nie. Przecież to byłoby równie groteskowe i śmiechu warte, jak teksty Polaczków-cwaniaczków, którzy niczym karaluchy rozleźli się po rozmaitych Bredach i Amsterdamach, a potem przy wódzie i polskiej kiełbasie, z tłustymi mordami zaczynają opowieści: U nas w Holandii…

Moja przygoda z Czechami zaczęła się mniej więcej 20 lat temu. Mówię o regularnych wyjazdach, koncertach, włóczęgach stopem, poznawaniu ludzi, języka, wgryzanie się w przestrzeń i mentalność Czech.
Wiele lat wcześniej zacząłem oczywiście czytać czeską literaturę, w której zakochałem się na zabój i pochłaniałem w ilościach hurtowych. Im głębiej właziłem w różne czeskie zakamarki, tym swobodniej się czułem i to było całkiem nowe odczucie, niemal fizycznie, gdy na granicznym moście na Olzie w Cieszynie przechodziłem na drugą stronę i patrząc na tabliczkę: Český Těšín, mimowolnie uśmiechałem się, bo wiedziałem, że po tej stronie Olzy jest swobodniej, da się oddychać, nie trzeba raz zarazem szarpać się z ojczyznami, jezuskami, patriotyzmami, ubekami, bohaterami wyklętymi, z dupy wziętymi – bez martyrologii, łez krwawych i husarskich piór, bez słów papieskich i i maryjnych flag żółto-niebieskich…

foto: DOK.REVUE

Wreszcie zamieszkałem w Czechach, poznałem wiele miejsc i ludzi w tym kraju, udało mi się odnaleźć wśród Czechów prawdziwych przyjaciół, co wbrew pozorom nie jest takie proste.
Znana praktyczna konstatacja wynikająca bezpośrednio z socjologii i antropologii kulturowej, jak i z psychologii społecznej, mówi nam, że gdy wychodzimy poza obszar “swojego” i spotykamy “obcego” przebywając jakiś czas w jego przestrzeni, uczymy się nie tylko prostego (acz wciąż dla wielu zjebanych nacjonalistycznych idiotów niezrozumiałego) faktu, że inny istnieje, ale że istnieje na tym samym pułapie ludzkiej percepcji w ramach egzystencji tu i teraz i że w konfrontacji z naszym tu i teraz rodzi się nowa jakość: poznajemy samych siebie i nasze środowisko przez pryzmat i spojrzenie innych.
Niestety w Polsce niezwykle rozpowszechnionym “narodowym tikiem” jest przekonanie, że jeśli obcy mówi nam o tym, jacy jesteśmy, to niechybnie musi to być atakiem na nas, na swoich. Żadnego dystansu, żadnego rozglądania się wokół, żadnych pytań dodatkowych. Polskę atakujo! I ta zgniła zawiesina pojawia się zawsze tam, gdzie pojawia się mowa o narodach, o krwi prawdziwej, o przodkach walczących, gdy siły patriotyczne wyjmują pindole i moczem terytoria zaznaczają…

… tymczasem w Pradze, przed wejściem do Muzeum Franza Kafki, David Černý, artysta i rzeźbiarz, umieścił swoją instalację pt: Čurající fontána (Sikająca fontanna), która przedstawia dwóch chłopców zwróconych do siebie twarzami, sikających do basenu w kształcie Republiki Czeskiej.

foto: Wikipedia

Czujecie i widzicie tą symptomatyczną różnicę? Wyobrażacie sobie taką rzeźbę gdziekolwiek w Polsce? Pytania są absolutnie retoryczne…

Wiele lat temu, pewnej jesiennej nocy wybrałem zły vlak (po czesku – pociąg). Wróciłem do Polski, ale nie będę się w tej chwili nad tym rozwodził. Przedstawienie trwa nadal. Czechy mi nie uciekną, są tuż za miedzą, mam je pod ręką. Więc nie ma powodu do biadolenia :)
O tym jak głęboko tkwią we mnie te Czechy, świadczy choćby pewien motyw senny, który nigdy, przenigdy się nie zmienia: jeśli w jakimś śnie poruszam się z miejsca na miejsce, podróżuję, zawsze jest to czeski pociąg (sic!) – nawet gdyby akcja snu toczyła się w Polsce, czy w jakikolwiek innym miejscu na świecie (najzabawniejszy sen jaki pamiętam, to ten, gdzie jechałem na mecz hokejowy do Edmonton w Kanadzie – oczywiście w czeskim pociągu), zawsze towarzyszą mi České dráhy (czeskie koleje państwowe)…

***

Jak Bůh hledal Karla – powróćmy na koniec do filmu… Sami powinniście go zobaczyć i jednocześnie wybrać perspektywę, z jakiej będziecie go oglądać / oceniać. Jednym przyjdzie to z łatwością, innym niekoniecznie.
Póki co, dokument z polskimi napisami jest dostępny tutaj. Jak długo? Nie wiadomo, więc radzę się pośpieszyć z oglądaniem, bo później przyjdzie pewnie czekać, aż film od naszych sąsiadów trafi wreszcie w oficjalnej dystrybucji do PL.

Po obejrzeniu filmu mocno zachęcam do dzielenia się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami – tutaj, w komentarzach, albo na czacie tego bloga w Telegramie. Czat w tempie dosyć ślimaczym powiększa się o nowych użytkowników… Nie gryziemy! Wpadajcie pogadać o rzeczach wszelakich – tematycznych ograniczeń brak! Subskrybujcie też telegramowy kanał tego bloga – będziecie dzięki temu na bieżąco w materii nowych wpisów tutaj, jak i będziecie mieć dostęp do “mikro-postów”, czyli do wszelkich ciekawych informacji, które udaje mi się wygrzebać w necie / w życiu, a które wydają mi się godne polecenia i podzielenia się z Wami!

Netflixowa ściema: /the social dilemma_

Podziel się:
0Shares
··· źródło: https://medium.com/

Media społecznościowe już na setki sposobów uzależniły od siebie miliardy ludzi na świecie i w zasadzie niczym niezwykłym jest w społecznej percepcji takie zjawisko, jak psychoterapia uzależnień internetowych. Temat – zdawać by się mogło – znany, przerobiony, z tysiącami opracowań naukowych w wielu dziedzinach…
Tymczasem Netflix wypuszcza w 2020 roku film dokumentalny, w którym byli pracownicy takich gigantów, jak: Google, Facebook, Twitter, Pinterest i im podobnych, w tonie pewnej konfidencjonalności, w atmosferze swoistej tajemnicy, opowiadają przyciszonymi głosami o swojej karierze w korporacjach.
Oszczędne w formie ujęcia w pokojach z minimalistycznym interiorem. Najazd kamery na twarz, długi kadr rejestrujący emocje siedzącego/siedzącej przed kamerą; niepewne uśmieszki, opuszczony wzrok, dezorientacja, lekkie zdenerwowanie – tak oto rozpoczyna się wielka docudrama Netflixa – kroi się coś naprawdę potężnego! Oglądajcie!

Najogólniej rzecz ujmując, największe internetowe korporacje, marki i właściciele social-mediów od wielu lat mają stosunkowo przesraną opinię zarówno wśród antykapitalistycznych aktywistów, psychologów społecznych, socjologów internetu, jak i wśród swoich ofiar – użytkowników tychże sieci społecznościowych.

The social dilemma, to film, który ma nam unaocznić fakt, w jak zaawansowanych stadiach znajdują się rozmaite psychomanipulacyjne strategie Facebooka, Twittera i innych gigantów tej branży, aby w sposób maksymalny i totalny przywiązać użytkowników nie tylko do samych narzędzi komunikacyjnych z ciekawymi i kolorowymi interfejsami, ale by w sposób perfekcyjny indywidualizować ofertę i kontent wyłącznie pod kątem preferencji i zachcianek konkretnego usera. Idzie bowiem oto, by nowa-stara koncepcja klienta będącego jednocześnie towarem na multimedialnym i internetowym rynku upowszechniła się jeszcze bardziej, ale tak, by miliardy ofiar nie poczuły się robione w balona.

Dokładnie o tym w owym dokumencie opowiadają ex-pracownicy multikorporacji, którzy byli odpowiedzialni właśnie za owe strategie psychospołecznej maszynki do mięsa, w której mielono pragnienia, kreowano potrzeby, wyciskano kasę, przerabiano na nowy produkt, sprzedawany z kolei innym korporacjom jako rezerwuar siły nabywczej dla wszelkich innych branż i tak dziko skoncentrowanych w kilkunastu światowych firmach-gigantach.
Bohaterowie filmu siedzą grzecznie przed kamerą – wszyscy bez wyjątku. Zatem mamy do czynienia z czymś w rodzaju “ławy oskarżonych”, na której siedzi banda nerdów, programistów, speców od wizerunku, psychologii rynków internetowych i innych magików pomagających social-mediom maksymalizować zyski w całkiem nieuczciwy i moralnie naganny sposób… Szok!

Jedni z ex-pracowników korporacji od razu na starcie robią smutne miny, inni pewnym głosem opowiadają o tym, jak tworzyli odpowiedni kontent, umożliwiający w czasie rzeczywistym kreować potrzeby użytkowników Facebooka / Google’a, maksymalizować pragnienia, tworząc tym samym żywe bazy danych, które dobrowolnie każdego dnia dawały na sobie zarabiać gigantyczną kasę we wszystkich możliwych branżach światowych rynków. Niemniej jednak wszyscy bez wyjątku, wraz z “rozwojem akcji” dokumentu, stają po jasnej stronie mocy, przyznając jak bardzo nagannymi i wątpliwymi etycznie rzeczami zajmowali się do tej pory…

Niby wszystko OK, prawda? Niby tak, ale…

Netflix produkując The social dilemma, pośliznął się na gównie, które chciał skrytykować i potępić. Nikt rozumny nie ma chyba złudzeń: Netflix jest dokładnie taką samą korporacją, w dokładnie tej samej niszy internetowej jak wszystkie firmy krytykowane w owym dokumencie. Więcej – Netflix jako “producent ruchomych obrazków” stosuje zapewne dokładnie te same chwyty podbudowywane obszernymi i szczegółowymi badaniami nad posegregowanymi umiejętnie grupami swoich odbiorców.
Trzeba być, łagodnie rzecz ujmując, debilem, aby tego nie dostrzec! Kolejna refleksja, jaka pojawia nie niemal jednocześnie z tymi powyższymi, zaraz po obejrzeniu dokumentu: The social dilemma nie opowiada o niczym nowym! Absolutnie!

Treść netflixowego dokumentu może być jakimś tam novum jedynie dla rzesz wciąż tępych, nieświadomych, bezrefleksyjnych klikaczy w Faceshicie, Google i w Instagramie, którzy do dziś – mimo jawnych dowodów na to, że w/w pijawki internetu kradną, szpiegują i robią syf w mózgach i kompach (smartfonach) userów – kierują się koszmarnie spierdoloną, żenującą opinią w stylu: no co? Niech sobie patrzą, niech sobie szpiegują. Ja nie mam nic do ukrycia i nie robię niczego złego!

Największa pretensja do twórców tego dokumentu? Fundamentalna: pieprzony Netflix, scenarzysta, reżyser, bohaterowie filmu – jednym słowem, kurwa, NIKT w tej produkcji nie zająknął się ni jednym słowem o potężnym już i wciąż rosnącym w siłę ruchu FOSS (Free and Open Source Software), o Free Software Foundation, o kluczowych alternatywach dla scentralizowanych molochów w sieciach socjalnych! O projektach totalnie wolnych i zdecentralizowanych sieci serwerów, tworzących poza cenzurą i kontrolą wielkich firm i podejrzanych kapitałów autentyczne sieci społeczne!
Ani słowa o GNU Social, o diasporze*, Fediverse, Mastodonie, PeerTubie, PixelFed, zero o zdecentralizowanych projektach w chmurze – kompletnie, kurwa, NIC!
Fakt ten unaocznia nam jedno: Netflix nie różni się absolutnie niczym od bohaterów The social dilemma. Korzysta z tych samych korporacyjnych sztuczek, kreując się jednocześnie na “postępowego społecznie dostarczyciela treści streamingowych”, tworząc w ilościach fabrycznych seriale i fabuły tak poprawne politycznie, że chce się rzygać już po kilkunastu minutach oglądania. Tym samym Netflix – kierując się Jedynym Przykazaniem – maksymalizuje zyski dokładnie tak jak inni giganci – tworząc “tęczowe” seriale, przyklejając czarnoskórych aktorów / aktorki tam, gdzie pasują jak pięść do nosa, ale czyniąc to z koniunkturalnych, strachliwych powodów. Tłum BLM i LGBT wszak może rozjebać w drobny mak wizerunek każdej korporacji, która w porę nie wkręci tęczy w swoje logo, nieprawdaż? Dlaczego? Bynajmniej nie dlatego, że gorąco wspierają oni walkę czarnych i LGBT+, ale dlatego, że w kapitalistycznych realiach rynkowo-kulturowych każdy tłum wściekły na coś / kogoś, jest idealną masą do uformowania z nich klientów, którym można sprzedać ich własny bunt za kasę płynącą tylko w jedną stronę – na konta korporacji.

Konkludując: The social dilemma, to wtórny, pełen hipokryzji dokument o samym Netflixie…

Barbara Demick – “Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej”

Podziel się:










0Shares

image

Książkę pochłonąć można w jedno popołudnie. W istocie właśnie tak się ją czyta; nie sposób się oderwać, czytać o Korei Północnej na raty..
Barbara Demick udostępniła światu ważną publikację – reporterski obraz koszmaru życia w tym ostatnim zamordystycznym skansenie komunistycznym.
Autorka będąca dziennikarką “Los Angeles Times” (m.in. w Europie Wschodniej, w Pekinie i Seulu), podjęła się trudnego zadania: opisała w swojej książce autentycze losy uciekinierów  z Korei Północnej, jak również losy ich krewnych i najbliższych, którzy pozostali w państwie Kimów – stalinowskiej monarchii dziedzicznej, ostatniej takiej na świecie.

Wiemy doskonale, jak skąpe wiadomości docierają do nas z Korei Północnej. Każda publikacja jest zatem, jeśli nie na wagę złota, to na pewno ważnym krokiem ku zrozumieniu dramatu mieszkańców tej części Półwyspu Koreańskiego. Światu nie mamy czego zazdrościć… jest właśnie kolejnym promykiem rzucającym nieco światła na potworności, jakich dopuszcza się reżim z Pjongjangu.

Książka ta, jako reporterskie świadectwo jest niezwykle wartościowa, albowiem opowiada o losach ludzi z krwi i kości, bez koloryzowania rzeczywistości. W tym sensie czyta się ją z niezwykłą uwagą.

Po lekturze odczuwa się jednak pewien niedosyt. Niedosyt ten poczuje każdy, kto interesuje się historią i obecną sytuacją w tym najbardziej odizolowanym kraju świata.
Pamiętam, jak przed wielu laty rzucałem się na każdą publikację nt Korei Północnej. Pamiętam pierwszy szok po obejrzeniu Defilady (dokumentu Andrzeja Fidyka z 1989 roku). Przywołuję w pamięci godziny jakie spędzałem w bibliotekach, by wyszperać cokolwiek dotyczącego reżimu Kim Ir Sena, popołudnia w Pradze gdy zaczytywałem się w czeskich reportażach o uciekinierach z północnokoreańskich miast i wsi…
Nastała era internetu i możliwość oglądania filmów dokumentalnych i czytania o sytuacji w Korei Północnej z innych źródeł, niż polskie; zaliczyłem wiele nieprzespanych nocy, by liznąć wszystko co tyczy się tego tematu.

Książka Demick jest wyjątkowa w takim sensie, w jakim wyjątkowa jest każda próba dotarcia do prawdy o dramacie poddanych komunistycznego terroru koreańskiego. Znikoma ilość materiałów źródłowych, relatywnie niewielkie grono reporterów i badaczy stale zajmujących się tym zagadnieniem i wreszcie medialne “znużenie” w skali światowej (zwłaszcza zaś w regionie) – to wszystko sprawia, że każda publikacja jest cennym źródłem informacji.

Wyjątkowość i niepowtarzalność losów każdego uciekiniera z Północy stanowią oś ciężkości tej książki. Dramatyzmu dopełnia fakt, iż niemal każda z osób decydująca się na ucieczkę z Korei Północnej, pozostawiała na miejscu kogoś bliskiego. Dzieci, małżonków, dziadków, wnuków, rodziców, rodzeństwo… W 99 procentach przypadków byli oni aresztowani przez północnokoreańską bezpiekę. Albowiem odpowiedzialność za nieprawomyślne czyny w Korei Północnej ponoszą wszyscy członkowie rodziny do trzeciego pokolenia.
Korea Północna od samego zarania jest reżimem patologicznie łączącym stalinowską wersję marksizmu (zmodyfikowaną o wiele bardziej, aniżeli w maoistowskich Chinach, czy w Kambodży, Pol Pota), konfucjańską ortodoksję podległości i posłuszeństwa z nacjonalizmem i quasi-religijnym, fanatycznym oddaniem dla Wodza.

To wszystko znajdziemy w książce Barbary Demick. Przeczytałem ją, jako rzetelny dokument, autentyczne świadectwo tych, którzy ośmielili się uciec. Słowo “ucieczka” jest jednak eufemizmem. Głód, upodlenie i zezwierzęcenie, jakiego doświadczają obywatele KRLD, są jedną stroną medalu. Stroną drugą jest próba odnalezienia się w realiach kapitalistycznych (nomenklatura na linii: kapitalizm vs komunizm jest w tych przypadkach oczywistą konekwencją przeżyć każdego uciekiniera), zmaganie się z traumą po gwałcie, jakiego doświadczyła (i wciąż doświadcza!) każda ofiara reżimu Kimów.

Mamy świadomość, że o wszystkich zbrodniach i o samej istocie tego skurwiałego systemu dowiemy się dopiero po jego upadku. Dopiero wtedy zaleje nas fala relacji, świadectw, dokumentów i faktów – bez cięć i cenzury.
Nie będę tu zgrywał domorosłego analityka, którym oczywiście nie jestem, ale nie sądzę by ten ohydny komuszy skansen przetrwał po tym, jak zdechnie, bądź przestanie nim rządzić Kim Dzong Un.

Niepokoi mnie coś zupełnie innego…
Jako maniak radia i zakresu fal krótkich, niemal codziennie słucham audycji z Wietnamu, Japonii i z… Korei Południowej (wszystkich w/w słucham po rosyjsku). KBS Radio (Korean Broadcasting Service) nadaje codzienne audycje w wielu językach. Co roku otrzymuję listy od redakcji, naklejki, kalendarze, gadżety z Południa. To zwyczajowa praktyka każdej krótkofalowej radiostacji; każdy słuchacz z Europy jest dla nich rzadkością…
Na czym polega mój niepokój? Otóż w sensie prawnym obie Koree są wciąż w stanie wojny, a formalnie każdy obywatel Północy jest jednocześnie obywatelem państwa ze stolicą w Seulu. To olbrzymie ułatwienie dla uciekających z Korei Północnej, ale – słuchając codziennie serwisów z Seulu, w których zawsze znajduje się kilka minut na poruszenie tematu Północy – potencjalny problem dla Korei Południowej. Burżujska gospodarka Seulu i konsumpcyjne społeczeństwo Korei Południowej, są kompletnie nie przygotowane do ewentualnego napływu fali uchodźców z Północy w przypadku upadku rzeźni Kim Dzong Una. Najbardziej ostrożne szacunki mówią o koszcie ponad biliona zielonych…
Nie wydaje mi się, że władze Południa otulą wszystkich obywateli Północy empatycznym i finansowym kocykiem, gdy padnie “ludowo-demokratyczny” gułag ze stolicą w Pjongjangu.

Przeczytajcie tą książkę. Demick napisała bowiem kawał dobrego reportażu, unikając prostackiego patosu i uogólnień. Opisała przejmujące losy tych, którzy będąc teraz bezpiecznymi, poza zasięgiem komunistycznej maszynki do mięsa, toczą wewnętrzą wojnę ze wspomnieniami, wyrzutami sumienia i z wdrukowanym w ich umysły kodem śmierci, opresji i ideologii północnokoreańskiego zamordyzmu…

* * *

Garść informacji nt północnokoreańskiego radia słyszalnego w Polsce…

Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna nadaje codzienne audycje na falach krótkich.   Nadawane są w godzinach popołudniowo-wieczornych (czasu polskiego), niemniej z uwagi na słabą moc nadajników (i zapewne przekaźników w Albanii), dosyć trudno złapać je w Europie.

W Polsce KRLD słyszalna jest po rosyjsku i angielsku. Jakość sygnału zależy od czułości odbiornika, warunków atmosferycznych i miejsca odbioru. Standardowe, stare analogowe odbiorniki krótkofalowe są raczej bezużyteczne – ich czułość jest zdecydowanie za słaba, by odebrać sygnał z Pjongjangu.

Na profesjonalnych odbiornikach Degen i Tecsun, odebrałem sygnał z Korei Północnej kilkadziesiąt razy, zazwyczaj wtedy, gdy propagacja fal słonecznych temu sprzyjała. Jakość sygnału jeat dosyć licha, aczkolwiek audycje bywają zrozumiałe (szczególnie poza miastem, w lecie i w czasie bezchmurnych zimowych nocy). Codziennie każda radiowa audycja dla zagranicy rozpoczyna się hymnem Korei Północnej, po czym następuje zwyczajowy orgazm pochwalny ku chwale Marszałka (Kim Ir Sena), Ukochanego Przywódcy (Kim Dzong Ila) i – obecnie – Kim Dzong Una.

Audycje w językach europejskich są “nieco” wyważone pod względem propagandowym, ale i tak po kilku minutach nikt normalny nie uzna ich za poważne, rzetelne i miarodajne. Śmierdzi fanatyzmem i propagandą. Niemal zawsze pod koniec audycji następują spore interferencje i zakłócenia. Czasem sygnał KRLD (na południu Polski) nie jest słyszalny tygodniami, a nawet przez kilka miesięcy.

Pod tagiem DX (oraz: radio, shortwave) na tym blogu znajdziecie nagrane fragmenty anglo- i rosjskojęzycznych audycji z obu Korei.

Pocałunek Putina (Lise Birk Pedersen, 2012)

Podziel się:










0Shares

putins-kiss-movie-poster

Pocałunek Putina, to doskonały duńsko-rosyjski dokument nakręcony przez Lise Birk Pedersen. Dokument opowiadający o proputinowskiej młodzieżówce Nasi i jednej z jej liderek, Maszy Drokovej.

19-letnia Masza na jednym z obozów zorganizowanych przez Naszych, uwiedziona osobistym urokiem [wówczas] premiera Putina, złożyła na jego policzku tytułowy pocałunek… Pocałunek na znak podziwu, uwielbienia i politycznego oddania dla ex-oficera KGB i głównego gwałciciela wolności i wszelkich swobód w Rosji.

Nasi, to perfekcyjnie działająca maszynka do krzywienia moralno-politycznych kręgosłupów młodzieży w Rosji. Maszynka perfekcyjnie sterowana przez Kreml i zawsze dyspozycyjna, gdy trzeba wyjść na ulicę i demonstrować przeciwko wszelkim opozycyjnym ruchom. Jest to młodzieżówka sterowana odgórnie, ruch masowy zorganizowany na wzór totalitarny, przy czym okraszony współczesnymi psychospołecznymi akcentami manipulacji. Nasi, jako ruch młodzieżowy posiada olbrzymie wpływy, pancerny budżet i błogosławieństwo samego Putina.

W takiej właśnie strukturze Masza pnie się ku górze – szczebel po szczeblu. W młodym wieku staje się w Rosji polityczną celebrytką, prowadzi własne talk-show, ma wypasiony apartament w dobrej dzielnicy Moskwy, jest wszędzie rozpoznawalna i bezwarunkowo oddana Putinowi, który jest dla niej absolutnym wzorem męstwa i egzemplifikacją idealnego przywódcy. Masz Drokova jest osobą niezwykle inteligentną, acz politycznie absolutnie oddaną, jeśli idzie o działalność na rzecz Naszych i Putina.

Polityczny los zetknie ją jednak z antykremlowską opozycją i z Olegiem Kashinem – antyputinowskim blogerem i niezależnym dziennikarzem, znanym z ostrej krytyki zarówno Kremla, jak i Naszych, których (nie bez powodu) porównuje do hitlerowskiej młodzieżówki [na marginesie: porównanie do sowieckiego Komsomołu również jest na miejscu – strukturalnie i politycznie Nasi są modelowym przykładem masowego ruchu młodzieżowego zorganizowanego na kształt autorytarny, gdzie myślenie krytyczne i indywidualizm bywają – łagodnie mówiąc – niemile widziane).

Kashin drogo płaci za swoje poglądy i rozliczne polemiki z Maszą na forum publicznym (internet, prasa, telewizja, demonstracje…). “Nieznani sprawcy” masakrują go tuż pod jego domem. Cudem udaje mu się przeżyć. To wydarzenie, szeroko komentowane wówczas nie tylko przez nieliczne opozycyjne media w Rosji, jest pewnym momentem przełomowym dla Maszy Drokovej…

* * *

Lise Birk Pedersen nakręciła przejmujący i bardzo sugestywny obraz. W filmie widzimy dwie strony barykady zarówno przez pryzmat ogólnorosyjskiej polityki, jak i z poziomu dwóch ludzi, których politycznie dzieli wszystko, a osobiście łączy wątła nić czegoś na kształt przyjaźni i empatycznego zrozumienia, głęboko ludzkiego odruchu, który może zmienić nie tylko poglądy polityczne, ale również pozwala na mentalne katharsis, na zerwanie kremlowskiej smyczy…

Film bezapelacyjnie warty obejrzenia – dla wszystkich, którzy chcą spojrzeć na współczesny rosyjski zamordyzm polityczny – wyrachowany, czasem siermiężny, ale zawsze bezwzględny.

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=7rSbCJxrGMY&w=560&h=315]