inkBOOK pełen rarytasów…

Podziel się:
0Shares

Zanim zabiorę się za recenzje choćby części książek, które ostatnimi czasy wpadły / wpadają mi w ręce, pokażę Wam ich okładki…
Tak się złożyło, że od kilku miesięcy rządzą u mnie ebooki, co nie jest jakimś celowym zamiarem, a po prostu taką dziwną koincydencją; sporo papierowych książek również czeka w swojej kolejce. Cierpię na przypadłość chyba każdego książkoholika: zbyt wiele książek – za mało czasu.

Czytam dużo rosyjskojęzycznych rzeczy, z tej racji, że ebooki w Rosji są tańsze, niż w Polsce. Poza tym mam kochanych znajomych rosyjskich, od których dostaję czasem w prezencie ebooki, za co należą się im meeeega podziękowania!

O tym jak fdisk i rutyna pozbawiły mnie WSZYSTKICH ebooków…

Podziel się:










0Shares

Userom Linuksa i amatorom grzebania w systemie operacyjnym z poziomu linii poleceń i aplikacji typu CLI (command line interface) nie muszę przypominać jak użytecznym i pomocnym jest polecenie fdisk.

fdisk

Niestety fdisk jest też kurewsko niebezpiecznym narzędziem partycjonującym – niebezpiecznym dla dwóch grup userów: dla kompletnych newbies, którzy nie są jeszcze  z linuksowym  terminalem  oswojeni oraz dla tych, którzy większość czynności administracyjnych w obrębie Linuksa wykonują właśnie w konsoli i czynią to do bólu rutynowo.

Trafiła kosa na kamień… Dnia pewnego, grzebiąc w bebechach kolejnego z moich debianoidów, postanowiłem zrobić porządek w partycjach i… pewien w 666%, że wszystko robię dobrze, czyli tak jak zwykle, popełniłem mega-głupi błąd, formatując sobie partycję z ebookami, dokumentami, filmami i innymi takimi…
Jak wielki był mój wkurw, możecie sobie tylko wyobrazić. Jeżeli więc macie dysk podzielony na partycje mniej więcej tej samej wielkości, zwracajcie uwagę na ich numerację (sda3, sda4, sda5 itd.) i pamiętajcie gdzie macie dane i co chcecie formatować/usuwać – zwłaszcza gdy robicie to po raz n-ty, niejako z zamkniętymi oczyma. Rutyna , to zguba!

Trochę pobolał fakt, że poszło się jebać tyle danych, zwłaszcza cała baza Calibre z ebookami, które gromadziłem przez lata. Ból tym bardziej dojmujący, że chodzi o książki – wartość zupełnie niemożliwą do “wyceny” jak meble czy telewizor… Rosyjskie słowo ценность (cennost’)  – “cenność”, o wiele lepiej określa tą niematerialną  wartość.

VDQVGz0cbwU

W tym jednak miejscu swoją pomoc, empatię i troskę wykazała Monika. Nie potraficie wyobrazić sobie mojej radości, gdy za sprawą czyjejś bezinteresowności, w stopniu znacznym odbudowałem to, co sam sobie wykasowałem we flakach kompa! Monika, jesteś kochana!

Kindle 5

Podziel się:










0Shares

image

Taaa… psioczyłem, narzekałem i marudziłem, ale w efekcie zdecydowałem się na Kindle’a (sic!).
Przyczyn jest kilka. Po pierwsze, będąc ostatnio w Czechach zauważyłem, że mój czytnik Prestigio po prostu padł. Definitywnie. Od jakiegoś czasu płynność jego działania pozostawiała wiele do życzenia; podczas godzinnego czytania potrafił bez przyczyny restartować się kilkanaście (!) razy, łamanie tekstu w niektórych formatach było raczej lipne.. Pewnego dnia, na uroczej morawskiej ziemi, Prestigio po prostu zdechł. Ekran rozlał się tak jakby nie był to e-ink, a raczej poplamiona kawą papierowa książka.
Po drugie, Kindle 5 (bo takiego właśnie kupiłem) okazał się o niebo tańszy, niż inne, potencjalnie interesujące mnie modele. Kwestia ceny była jedną z decydujących.

Niedawno M. powiedziała mi, że będę zadowolony z Kindle’a. I miała rację. Mam wersję bez reklam, z wi-fi, ekranową klawiaturą (co w zupełności wystarcza do tworzenia mikro-notatek). Mam możliwość tworzenia kolekcji, dodawania zakładek – niczego więcej nie potrzebuję od czytnika ebooków.

Jakość e-papierowego ekranu bez zarzutu; nawet po 5-6 godzinach ciągłego czytania, oczy nie padają.
Kindle bez współpracy z (darmową) aplikacją Calibre pozostaje jednak tylko skromnym czytnikiem. Nie wszystkie e-książki publikowane są w kindle’owskim formacie .mobi, dlatego z pomocą przychodzi Calibre, program który konwertuje niemal wszystkie inne formaty na .mobi (czy też z .mobi na każdy inny format, jak .epub, .txt, .fb2 etc.). Oczywiście Kindle odczytuje inne formaty, niż swój własny, niemniej najwygodniej czyta się na nim w .mobi właśnie.
Calibre (dostępne na linuxa, windę i inne ishity), to również potężne narzędzie do tworzenia prywatnej biblioteki, transportujące bezpośrednio na Kindle’a to, co chcemy przeczytać. To również platforma (nierzadko darmowych) subskrybcji prasy i tworzenia skonwertowanych wiadomości RSS dla Kindle’a.

Generalnie Kindle sprawuje się bez zarzutu, płynnie działa i ma wszystko, czego oczekuję od czytnika. Z Amazonem się nie zakumplowałem; wszystko, co czytam znajduję poza tym molochem.
Kindle 5 jest niewielkim czytnikiem (6.5”, w tym 6” ekran), ma 2GB pamięci – bez szału, ale dla mnie w zupełności wystarcza.

Przyznam, że odkąd używam czytników, cholernie często zwracam się ku e-papierowi. Nie chce mi się po raz kolejny pisać o zaletach czytników. Dość powiedzieć, że wciąż kocham tradycyjne książki i absolutnie nie wyobrażam sobie porzucenia ich na rzecz elektroniki. Znamienne jest to, że niemal w tym samym czasie, gdy dotarł do mnie Kindle, przyszły też zamówione przeze mnie papierowe książki:

image

Gato Negro | Książki | Bike Punk…

Podziel się:










0Shares

2013-09-28 13.14.21

Nigdy nie byłem jakimś “znawcą win” i nie mam ochoty pretendować do takowej roli, niemniej jednak lubię wypić dobre wino. Dobre w moim przypadku, oznacza czerwone i wytrawne. Czasem sięgam po półwytrawne, ale generalnie wolę wina ciężkie i wyraziste, najczęściej z Hiszpanii, Australii i Chile. Nie gardzę czeskim i słowackim winem, a czasem robię wyjątek od smakowej reguły i zdarza mi się pić białe wina izraelskie.

Zapewne z uwagi na fakt, że moje kubki smakowe są ostro zgwałcone mocnymi alkoholami (40-70%), nie zamierzam nawet “kolekcjonować” poszczególnych bukietów winnych, acz udaje mi się czasem zapamiętać wyjątkowość jakiejś butelki. Zaliczyłbym do tej kategorii dzisiejsze Gato Negro z Chile. Wytrawne, ciemnorubinowe wino o bardzo wyraźnym, owocowym akcencie, niezbyt cierpkie i “łagodniejące” z każdym kolejnym łykiem. Po kilku chwilach da się wyczuć ciężar tego wina, ale nie jest ono tak “brutalne” jak np. niektóre australijskie wina wytrawne. Dla palących tytoń:  Gato Negro bajkowo komponuje się ze skrętami z ciemnego Turnera (jak dla mnie np. Drum jest zbyt aromatyczny do [każdego] wina i psuje jego smak, miętowy tytoń kompletnie nie pasuje, a wszelkie “smakówki” – jak dla mnie – totalnie odadają…).

2013-09-28 13.47.34

Do Gato Negro wybrałem Syberiadę polską, Zbigniewa Domino. Literatura równie ciężka jak trunki, które lubię. Książka znana w ramach kanonu literatury zesłańczej – aż wstyd, że wcześniej nie udało mi się jej przeczytać… Poza tym zaopatrzyłem się w nowe numery: Książek i Kontynentów.  Na brak lektury narzekać (nigdy) nie mogę, na brak czasu natomiast – jak najbardziej.  Na lubimyczytać.pl mam całe stado rzeczy do przeczytania, czekam na pakę z knigami z Moskwy, no i kusi mnie kilka[dziesiąt] tytułów w wersji papierowej; momentami nie ogarniam, która ze słabości jest u mnie większa: alko, czy książki

Oddałem rower do naprawy, przez co nie udało mi się spędzić tego weekendu poza norą, gdzieś w Beskidach, z książką i tym nieszczęsnym winem. Na otarcie łez, zrobiłem sobie “naszywkę z nierdzewki”, w sam raz na plecak, czy inną punkową szmatę:

2013-09-24 20.02.44

To tyle chyba… Aha – polecam felieton Vargi z ostatniego Dużego Formatu! Rzecz o “sztuce słusznej i niskiej”. Jakkolwiek literacko za Vargą nie przepadam, to jednak ten felieton jest perfekcyjną punktacją “sztuki współczesnej” (m.in. w nawiązaniu do wystaw: British British Polish Polish w CSW i In God we Trust w Zachęcie). Czekam z utęsknieniem na czasy, gdy “artyzm” takich osób jak Nieznalska, Markiewicz, czy Kozyra, pójdzie się po prostu jebać w cudownym zapomnieniu. Cóż, należę do tych, którzy od sztuki czegoś wymagają, jednak nie tego, by nazywać sztuką każdy quasi-prowokacyjny shit… Plus dla Vargi za te kilka akapitów zdrowego rozsądku w ramach obserwacji artystycznych.