Kazanie noworoczne

Podziel się:
0Shares

1 stycznia 2021 roku.

Nie wydarzyło się nic, ponad to, co z dopuszczalnymi dozami prawdopodobieństwa powinno się wydarzyć. Nie podoba mi się nasze “ugłaskiwanie” czasu, wszelkie tendencje do trywializacji naszego zanurzenia – bycia w czasie, z jednej strony, a z drugiej traktowanie czasu do bólu “użytkowo”. Tak, jakbyśmy nie byli w stanie wyzbyć się nawyku “wykrawania” z czasu wygodnych dla nas pojedynczych kąsków; linearna percepcja czasu jest jednocześnie jego instrumentalizacją, a my tkwimy pomiędzy tymi ścinkami, skrawkami, okruchami czasu, z poczuciem coraz większego burdelu w głowie…
Marzy mi się doświadczenie bycia w czasie tak, jakby go zupełnie nie było. Ale czego? Czasu jako takiego, czy też doświadczenia czasu? Intuicyjnie skłaniam się ku drugiemu wariantowi, a zatem ku doświadczeniu bycia zanurzonym w strumień egzystencji, bez świadomości jej “czasowych atrybutów”…

Sądzę jednak, że na taki luksus możemy pozwolić sobie jedynie w przestrzeni, której nie jesteśmy w stanie ogarnąć ot tak – umysłem, wzrokiem, wyobraźnią… Coś musi ewidentnie wymykać się nam z rąk, przelewać, przesypywać przez nie, by owa bezsilność doprowadziła nas do pogodzenia się z naszymi ułomnościami. Swoista bezradność jaka nas ogarnia w czterowymiarowym świecie musi być na tyle dojmująca, czy wręcz bolesna, abyśmy w efekcie zrezygnowali z prób rozumienia, ogarniania, uchwycenia nas w byciu.

Takimi przestrzeniami są niewątpliwie niekończące się stepy Mongolii, czy Kazachstanu, albo syberyjska tundra. Ale nie rozpędzajmy się zbytnio – możemy spokojnie rozmyślać nad tymi przestrzeniami, bez śliskiej poetyckiej nuty, bez metafizycznych kalek, bez błazenady polegającej na “przebieraniu się w szamanów”, do czego tak często skłonni są ludzie Zachodu; szamanizm zostawmy prawdziwym szamanom – to ich działka i ich naturalny świat. My, w naszym europocentryzmie tkwimy, niczym w szambie i ciężko nam w smrodzie naszej codzienności wyłowić nuty światów ewidentnie nie naszych.

foto: www.indostan.ru

W mojej ulubionej wersji filozofowania i potykania się o rzeczywistość, bycie jako takie (kocham tą jedną z najbardziej popularnych konstrukcji ontologicznych obecną niemal w każdym dyskursie nt istnienia!) obwarowane jest szeregiem zastrzeżeń, przypisów i lęków związanych z niemożnością “pozostawienia w spokoju” własnego istnienia, jako bezprzymiotnikowego bycia. Problem polega na tym, że rozmyślając nad tym gdzie umiejscowione jest moje bycie (czy raczej – w jakiej przestrzeni kształtuje się świadomość mojego bycia), niejako automatycznie pojawiają się refleksje na temat tego, jak owo bycie przejawia się w rzeczywistości, a zatem i w przestrzeni skorelowanej z czasem (bądź też z naszym wyobrażeniem czasu). Te nieznośne zastrzeżenia i wspomniane “jak” są u mnie niczym zgliszcza, jakie pozostawiły w mojej głowie trzy huragany o nazwach: Kirkegaard, Nietzsche i Heidegger.

Z takim doświadczeniem filozoficznym ciężko rozmyślać o bezkresnych stepach Mongolii w celu wyzbycia się toksycznych wyobrażeń o czasie – po to, by po prostu być. Przepiękne w filozofowaniu jest odkrywanie meandrów naszego istnienia niejako “po drodze”. Jeszcze ciekawsze jest to, że owe ontologiczne refleksje mogą pojawić się znikąd, a niemożność zlokalizowania ich pochodzenia tym bardziej prowokuje do dalszego wgryzania się w materię bycia.
Oto wczoraj, wiedziony kompletnie bezrefleksyjnym, tępym instynktem stadnym, wypiłem o północy Северное Игристое (“ruski szampan” made in Góra Kalwaria, produkt o smaku mydła i perfumowanych kostek do kibla),a pusta butelka skłoniła mnie do powyższych rozmyślań…

… albowiem w chwili, której się nie spodziewacie, myśl filozoficzna przyjdzie.

··· podkład muzyczny: Hanggai, Sedaa, Yat-Kha, Huun-Huur-Tu, San Mantsakay

“Nie wkładaj nigdy swojego mózgu do czyjejś jebanej głowy”

Podziel się:










0Shares

SPASI SOHRANI – Pragmatyzm

 

Pewna nieznajoma, w gruncie rzeczy, dziewczyna powiedziała mi ostatnio, że ciężko się ze mną rozmawia, albowiem już w trakcie podnoszenia jakiegoś wątku w dyskusji, rozbieram ów wątek na czynniki pierwsze i jeszcze przed jego zakończeniem zastanawiam się, co na ten temat myśli druga strona rozmowy. Efektem tegoż jest rzekomo niepotrzebna komplikacja, która zaburza “swobodny nurt tematu”. Zmierzała ona do podkreślenia tego, iż w rozmowie najważniejsze jest, by poddać się tematowi, pozwolić unosić się nurtowi wymiany zdań…
Od razu wydało mi się to mdłe i podejrzane. Owszem, są chwile, gdy nie-działanie, czy nie-myślenie odgrywają ważną rolę w regeneracji naszego umysłu, natomiast to, czego oczekiwała nieznajoma zbyt mocno pachniało mi wschodnimi mistycyzmami, których wartość w warstwie epistemologicznej jak najbardziej doceniam (szczególnie w obecnych czasach info-przesytu i materialnego marazmu filozofii zachodnich), natomiast nijak nie jestem w stanie wyobrazić sobie, iż “daję się ponieść tematowi” w czasie rozmowy.

Kategoryzacja jako mechanizm poznawczy, jak i element oceny danych zjawisk jest dla mnie jedną z elementarnych, immanentnych cech aktywności intelektualnej. Tego nauczyło mnie obcowanie z filozofią jako taką, tego wymagałem zawsze od siebie w kontakcie z myślą, zwłaszcza z myślą nadającą konkretne kształty moim zamierzeniom i decyzjom.
Spoglądam na siebie pięć, dziesięć lat wstecz. Mogę powiedzieć, że ostatnia dekada, to w moim przypadku proces dowartościowania samotności, jako optymalnego stanu egzystencji. Mam tu na myśli zarówno samotność rozumianą, jako brak relacji uczuciowych z innym człowiekiem, jak również psycho-filozoficzną implozję myśli i refleksji – rezygnację z powszechnego dzielenia się sobą z innymi. Jednakże całość tego procesu odbywa się w warunkach cokolwiek komfortowych, rzec by można “asekuracyjnych”. Rzecz w tym, że owe implozje myśli, odczuć, pragnień odbywają się w środowisku pełnym ludzi, zgiełku, nadmiaru, przesytu i szaleństwa.

Nie łudzę się, że zbudowałem wokół siebie jakiś mur, że stworzyłem dla siebie azyl, wyspę samotności doskonałej; moja izolacja z zasady ma charakter wybiórczy, uwzględniający całą masę czynników wpierdalających się każdego dnia na nasze własne ścieżki. Pielęgnowanie samotności (samo jej oswojenie nie nastręczało mi najmniejszych problemów), jako stanu całkowicie zgodnego z moimi wewnętrzymi normami i odruchami jest dla mnie całkowicie oczywiste. Problem pojawia się, gdy w jakiejkolwiek konfrontacji z zewnętrzym czynnikiem ludzkim przychodzi mi przestawiać się na tory “normalności” definiowanej już nie przeze mnie, ale przez ogół społecznego nieładu.
Przestrzeń, w której inni czują się całkowicie zwyczajnie (czyt. egzystują w określonych warunkach, które wydają się im tak oczywiste, że nie myślą o nich w trakcie rozmaitych interakcji życiowych), dla mnie jest bagnem niejasności.

Z racji takich, a nie innych uwarunkowań psychologicznych, czy też z uwagi na taki, a nie inny mój temperament, moje reakcje na to, co dzieje się w świecie zewnętrzym bywają albo żywiołowe, albo podszyte cynizmem. Przyznam, że w takich momentach nic nie wkurwia mnie tak mocno, jak stwierdzenia typu: musisz zawsze wszystko krytykować? Musisz być zawsze na nie? Oczywiście wszyscy mają myśleć tak, jak ty, bo ty jesteś najmądrzejszy, a cała reszta, to gówno.
Mój wkurw oscyluje wtedy od staropolskiego: “Co ty, kurwa, pierdolisz?!”, po kompletne milczenie i oddalenie się (dosłownie i w przenośni) od źródła takich stwierdzeń. Ja doskonale wiem, że takie teksty w moim kierunku, to kompletnie nietrafiony osąd, ale jak w podobnej sytuacji wyjaśnić delikwentowi / delikwentce, że nie jestem wielbłądem?!
Lata owego rozbierania siebie i rzeczywistości na czynniki pierwsze, czy po prostu zwyczajna analiza filozoficzna poszczególnych problemów i dylematów intelektualnych, nauczyły mnie… siebie samego. Byłbym idiotą, gdybym stwierdził, że proces zakończono, a ja posiadłem wiedzę o sobie samym na tyle komplementarną, że wykluczam wszelkie “ale” w stosunku do mojej nędznej osoby.

Człowiek funkcjonuje / reaguje  intencjonalnie w obrębie społeczności. Jeśli zatem zabieram głos w jakieś sprawie, względnie krytykuję coś / kogoś, czynię to “po coś” – w przypadku dyskusji mniej lub bardziej luźnej, owe “po coś” jest definiowane przez obie strony dyskusji (zakładam tutaj rozmowę dwóch osób), a determinowane treścią i tematyką tejże. Nieprawdaż? Skoro sam znam intencje, z jakimi się wypowiadam i nie mają one absolutnie niczego wspólnego z podkreślaniem swojej rzekomej nieomylności i chęci, by inni myśleli jak ja, dlaczego, do kurwy nędzy, tak często stykam się z tą jebniętą reakcją?!
Jako anarchista i mizantrop (bardzo często zapomina się, że mizantropia obejmuje również samego mizantropa – stwierdzenie: siedzimy w tym samym gównie, jest tu jak najbardziej na miejscu!) nie mam najmniejszej ochoty narzucania komukolwiek jakiegokolwiek z moich przekonań! Wielu anarchistów mówi dokładnie to samo, co ja w tym momencie, niemniej podskórnie – niczym Świadkowie Jehowy – łażą, smęcą, przekonują, wkurwiają ludzi swoim: ale-pomyśl-tak-jak-ja! Mój anarchoindywidualizm nie pozwala mi nawet na to, czytaj: sam nie pozwalam sobie na wpierdalanie komukolwiek moich myśli w jego łeb.

Czyżby diabeł tkwił w szczegółach? Czy ludzie niejako podświadomie obawiają się kategorycznych sądów, względnie opinii, które sa po prostu ugruntowane, uargumentowane? Czy kategoryczne zdanie na dany temat może być odczytywane jako presja typu: przyjmij mój sposób myślenia?
Nie po to – w ramach higieny osobistej – stronię od ludzi i ich skupisk, by nagle, z dupy, uskuteczniać inwazję na ich mózgi. Nie po to dystansuję się od rzeczywistości, której nurt raczej mnie przeraża, aniżeli kołysze, abym w jakimś momencie pragnął całym sercem “przylepić” innych do siebie! Nigdy nie czułem się lepszym od innych, w rozumieniu wartościowania osobowości / możliwości / wiedzy itp.
Może nadejdzie taki moment w moim życiu, gdy ktoś podejmie się jakiejś kompletnie pojebanej wiwisekcji na moim umyśle, metodycznie podchodząc do sprawy. Po to by wiedzieć. Miewam kosmiczny dystans do siebie samego, ale miewam jeszcze większy dystans do innych. Nie chcę popadać tutaj w pretensjonalność w opisach zwykłego w gruncie rzeczy pragnienia: funkcjonowania (czy raczej bycia-w-sobie) z dala od innych… Dodam tylko, że moja niechęć do tłumu (czyli skupiska minimum trzech-czterech osób) jest odwrotnie proporcjonalna do zainteresowania konkretnym człowiekiem. Trop niby jak każdy, ale wiele mówiący, jak mniemam…

Czekam na wasze komentarze…

Stare, dobre SPASI SOHRANI ujęło to wszystko nieco zwięźlej w swoim songu… Miłego słuchania, zatem, Bracia i Siostry!

666

··· podkład muzyczny: Spasi Sohrani, Iurta, Woe, Primitive Man, Vermin Womb, Ritual Howls

Wiosna… | “Krasnojarsk Zero” i inne opowieści o Rosji

Podziel się:










0Shares

2013-04-16 14.22.43

Nareszcie wiosna… Koniec szarej brei, która na dobre zniknęła z beskidzkich ulic. Czas zimnego portera, książki i radia – w plenerze. Ok, mało spektakularne, ale dające kilka gramów energii po głupiej pracy.

Znajomi z Rosji – jakby wyczuwając polskie roztopy i wiosenne promienie słońca – z właściwym sobie przekąsem, serdecznie zapraszają do siebie, wysyłając mi “веселые картинки” ze swoich okolic (vide najświeższe foty syberyjskiego Omska)… Coż, zdążyłem się przyzwyczaić do tej specyficznej rosyjskiej dychotomii, obecnej niemal na każdym kroku; m.in o tym traktuje książka Krasnojarsk Zero, Bartosza Jastrzębskiego i Jędzrzeja Morawieckiego.

2013-04-16 14.46.45

Zrobiłem sobie ostatnio wiosenny prezent i kupiłem trzy książki o Rosji – wszystkie trzy pisane z perspektywy polskiej (o ile można o takowej mówić w przypadku Polaków-rusofilów, patrzących na Rosję ponad gównem uprzedzeń i podziałów, a nade wszystko – patrzących na Rosję od wewnątrz, z perspektywy kogoś, kto poznał ten kraj wielowymiarowo). Pierwszą z książek jest wyżej wspomniany Krasnojarsk… Pozycja dość specyficzna, bo zdecydowanie wymykająca się klasycznemu rozumieniu literatury faktu, do jakiej – w kontekście rosyjskim – przyzwyczaił nas choćby Jacek Hugo-Bader. Krasnojarsk Zero, to zarówno dziennikarska opowieść, faktograficzna wyprawa do południowej Syberii, do bardzo ważnego i znaczącego miasta, jakim jest tytułowy Krasnojarsk, ale jest to także wspaniała praca antropologiczno-kulturowa z masą niemal filozoficznych refleksji; dla jednych być może to minus, dla mnie zdecydownianie atut! Widzimy bowiem Krasnojarsk w szerokim kontekście historyczno-kulturowym, gdzie autorzy umieszczają historię i współczesność tego miasta w odniesieniu do Syberii, jak i całej Rosji – to szczególnie cenna perspektywa. Dla mnie dodatkową przyjemnością jest lektura połączona z opowieściami moich znajomych z Krasnojarska. Pewnie jeszcze poruszę szerzej temat Krasnojarska, gdy skończę czytać książkę Jastrzębskiego i Morawieckiego (na marginesie – obaj są pracownikami Uniwersytetu Wrocławskiego, w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej)… Podsumowując, dla mnie Krasnojarsk Zero, to obowiązkowa lektura dla wszystkich interesujących się Syberią! Trzeba przeczytać!

Dwie kolejne książki zostały napisane przez prawdziwych “wyjadaczy”, jeśli chodzi o Rosję. Gogol w czasach Google’a, Wacława Radziwinowicza oraz Głową o mur Kremla, Krystyny Kurczab-Redlich, to książki absolutnie obowiązkowe, jeśli – nie mając dostępu do literatury faktu w oryginale, z samej Rosji – chcemy wiedzieć cokolwiek miarodajnego nt. Rosji (bez rusofobicznych biało-czerwonych bełkotów i bez kremlowskiej propagandy i kłamstw). Zarówno Radziwinowicz jak i Kurczab-Redlich są doskonale znani w  kręgach rosyjskiej inteligencji i w środowisku dziennikarskim, jako że sporą część swojego życia spędzili w Rosji i są naprawdę doskonałymi obserwatorami rosyjskiego społeczeństwa i władzy. Obie w/w książki potraktuję bardziej szczegółowo w osobnym wpisie, albowiem jeszcze nie zacząłem ich czytać, niemniej tuż przed i po premierach tychże, miałem okazję słuchać/czytać wiele na ich temat, zarówno w polskich jak i rosyjskich mediach. Dla każdego rusofila są to książki absolutnie nie do pominięcia.

A’propos: na stronie Радио Свобода ciekawy wywiad z Krystyną Kurczab-Redlich.

Ты должен обхитрить время…

Podziel się:










0Shares
Okazuje się, że w ciasnej czasoprzestrzennej pętli, zawroty głowy stają się czymś (nomen omen) przywiązanym do rzeczywistości jak dzień i noc. U mnie dobowy wycinek codzienności nie ma jakiegokolwiek znaczenia, pokrętny “porządek dnia” jest czymś z gruntu obcym, trudnym do przyswojenia nie tylko ze względu na bezsenność. Wydaje mi się, że moja batalia z czasem toczy się na biegunie, gdzie nachylenie osi ziemskiej gratisowo dorzuca długą, klaustrofobiczną noc polarną; dzień staje się wtedy najbardziej przeklętym bądź wyczekiwanym elementem zapychającym dziury w głowie.
Dążenie do równowagi – jakże dziwnie brzmi ten fetysz współczesności (pojmowany na miliony sposobów, zawsze z tą samą pluszową wyściółką ezoterycznych zachwytów nad “nieodgadnionym”). Równowaga, to bajka poza moim zasięgiem, mgliste “coś” z eterycznym desygnatem, jak wodne zwidy na pustyni, jak prześciganie własnych myśli i torowanie im drogi w pełnych gówna koleinach…
W przeszłości jeszcze potrafiłem nadawać bieg zdarzeniom w moim życiu przy użyciu instrumentów, które umożliwiały mi balansowanie na śliskiej linie; ot atrapa równowagi jakoś działała, chwiejność mojego dążenia ku końcowi (bo tym, i tylko tym jest życie jako takie) nie zamieniała się w świst updadków większych, niż może znieść głowa rozjebana do cna “złym zorganizowaniem sobie siebie”. Teraz czuję jakby atomy i cząsteczki zastrajkowały i w ramach protestu przestały się poruszać – czym jest bezruch w tym gównianym mikro-kosmosie, jakim jest jednostkowe życie?
To, czego chcę znajduje się 2200 uderzeń łbem w mur ode mnie. To czego chcę jest czymś pozbawionym pewności, że to naprawdę to. Nie dlatego, że się waham, ale dlatego iż mikro-świat z jakim chciałbym się zetknąć, to kompletnie inna orbita, inne noce polarne, inne połączenia nerwowe przybite gwoździami do innych powierzchni. To wreszcie lata świetlne w sosie czarnej materii. Nie wystarczy wsiąść do śmierdzącego potem przedziału w pociągu sunącym nieustępliwie w linii prostej. Nie wystarczy “zaplanować sobie ruchu” pomiędzy sobą samym, a czymś zwanym  celem, po czym już na miejscu nerwowo przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu patentu na przetrwanie.
Tęsknię do chaosu. Nie mam sił na jakiekolwiek porządkowanie, na kawałek choćby uczesanego trawnika przed moją ruderą zwaną codziennością. Nie wiem, czy to dobrze, że nie piję tyle co kiedyś. Wkurwia mnie zadawanie sobie samemu tych idiotycznych pytań. Ktoś ważny dla mnie powiedział mi niedawno: Ты должен обхитрить время – обгони себя и никогда больше не смотри в прошлое. Niczego bardziej nie pragnę w tym momencie…