Wolność w sieci | Mój debianoid

Podziel się:
0Shares

Rzygam już tą burzą wokół zablokowania kont społecznościowych Trumpa i innych prawoskrętnych ścierwojadów. Cała “afera” ma kompletnie żenujące podłoże i przede wszystkim mówi nam o jednym: polityczne świnie maści wszelakiej, dziennikarze i tzw. “opinia publiczna”, to koszmarnie tępa masa idiotów, która nie ma zielonego pojęcia, o czym mówi. Oto bowiem z faktu, iż Faceshit, Twitter, czy YouTube stosują mechanizmy banowania określonych kont, wyciąga się z automatu wniosek, że jest to “zagrożenie dla wolności w sieci”, a zatem uznaje się tą korelację za naturalną i oczywistą, choć tak naprawdę to kompletna bzdura i niebezpieczny kierunek w myśleniu o przestrzeni internetowej i wolności w niej.

Zacznijmy może od podstaw. Otóż Facebook, Twitter, YouTube, Google, Instagram i szereg innych korporacyjnych, scentralizowanych usług społecznościowych, z których korzysta tzw. większość, to ewidentne i pozadyskusyjne pogwałcenie wolności swoich użytkowników. Kropka. Korzystając z w/w sieci (usług), a zatem akceptując terms of service, automatycznie zrzekamy się wolności, stajemy się produktem na rynku danych, zostajemy zmieleni przez miliony algorytmów, a nasze dane i metadane są pieczołowicie gromadzone na serwerach tych gigantów, lub są udostępniane innym graczom na globalnym rynku. Jesteśmy nikim, jako świadomy podmiot ruchu internetowego nie istniejemy w w/w sieciach (to tylko kilka skromnych przykładów – w rzeczywistości każdego dnia sprzedajemy się wielu innym koncernom).

Obecnie mamy do czynienia z osobliwą, internetową formą syndromu sztokholmskiego, kiedy to sami użytkownicy tych sieci rozlewają krokodyle łzy nad tym, że sieci banują, blokują, usuwają! Wielkie oburzenie! Kiedy dodatkowo słyszę, że tzw. “poważni dziennikarze” krzyczą: to zagrożenie dla demokracji!, mój wkurw osiąga poziom krytyczny! Jak można być tak bezdennie głupim?! Jak można pierdolić takie chore brednie?!
Scentralizowane, korporacyjne sieci społecznościowe banują i usuwają, bo po pierwsze chcą i mogą to robić, a po drugie, użytkownicy tychże pokornie się na to godzą, akceptując kolejne zmiany w regulaminach, które sukcesywnie wysysają resztki quasi-swobody wypowiedzi… Jak można dobrowolnie zgodzić się na cenzurę i ograniczenia wypowiedzi, a potem płakać nad “wolnością”?! Czy wy macie po kolei w głowach?

Oczywiście spora część użytkowników tych sieci zdaje sobie sprawę, że jest coś nie tak z ich swobodą poruszania się i wypowiedzi, ale ulega stadnemu przywiązaniu do produktu, marki i “społeczności” – wszyscy mają Facebooka… Twitter jest tak popularny! jak to? bez Google? a jak coś wyszukać w sieci? Te debilne pytania [retoryczne] pojawiają się tak często…
Wszystkie scentralizowane sieci społecznościowe, to gwałciciele wolności i realne zagrożenie dla swobody jakiejkolwiek wypowiedzi. To oczywisty fakt, z którym nie ma sensu się spierać.

Wspomniany wyżej syndrom uzależnienia od oprawcy skutecznie blokuje próby wyzwolenia się z sideł korporacyjnych mediów internetowych; coraz częściej zrezygnowanie z używania Facebooka, czy Instagrama poczytywane jest za nie lada wyczyn, porównywalny z rzuceniem alkoholu, czy dragów. Z drugiej jednak strony korporacje tego typu nie śpią i robią wszystko, by przywiązywać ludzi do siebie jeszcze mocniej (szerzej piszę o tym w poście nt. jednego z filmów Netflixa).
Kolejnym, znanym przecież powszechnie, przykładem na to, że najbardziej znane sieci społecznościowe i korporacje internetowe mają głęboko w dupie jakąś tam wolność (poza – rzecz jasna – wolnością do własnej, możliwie nieskrępowanej działalności) jest ich ścisła współpraca z reżimami gwałcącymi wszelkie prawa człowieka (Rosja, Iran, Chiny, Białoruś itp.), lub z reżimami gwałcącymi tylko część owych praw (USA). Współpraca ta zakłada względną swobodę działania w danym kraju, pod warunkiem blokowania newralgicznych, niewygodnych dla reżimów informacji, lub przekazywanie [meta]danych użytkowników psom reżimów.

Internet powinien zostać wolny i anonimowy w takim zakresie jak to tylko możliwe do osiągnięcia. Tutaj nie ma żadnych kompromisów!
O ile kompletnie mnie nie obchodzi, że Faceshit, czy Twitter blokują konta jakichś prawicowych zjebów (skoro są na tyle tępi, że korzystają z sieci, które w regulaminach mają zawarte restrykcje, cenzurę i możliwości banowania – to ich pieprzona sprawa), o tyle nie godzę się na jakąkolwiek cenzurę (nawet owych prawicowych zjebów!) w internecie w ogóle! O ile w duchu cieszę się, że multikorporacje w ramach usług które świadczą, blokują politycznych palantów i wszelkie naziolstwo, a oni z kolei nie przymuszeni zakładają konta w tych sieciach, o tyle jestem przeciwny jakimkolwiek ograniczeniom wypowiedzi i aktywności w sieci (poza czołowymi scentralizowanymi machinami web social) – bez względu na to, jakich grup społeczno-politycznych to dotyczy.

Istnieją rozwiązania i sieci społecznościowe zbudowane na zupełnie innych pryncypiach: zupełnej wolności wypowiedzi, pozbawione cenzury, pozbawione zarządów, od których zależy profil danej sieci. To sieci zdecentralizowane, których struktura jest totalnie oddolna, oparta o otwartoźródłowe oprogrmowanie (free and open source software – FOSS), gdzie każdy użytkownik może postawić swój własny serwer z oprogramowaniem kompatybilnym z daną siecią i tam głosić swoje poglądy – na równi z innymi serwerami podłączonymi do sieci.
Tak właśnie działają wolne projekty typu: diaspora*, Mastodon, Fediverse, PeerTube, GNUSocial, protokół Jabber/XMPP i wiele wiele innych. Rozproszona, ale połączona sieć serwerów bez jakiejkolwiek hierarchii, bez centrum nadzorującego, gdzie to sami użytkownicy decydują o zawartości sieci społecznościowej, nie ograniczani przez kogokolwiek z zewnątrz.

Jeśli okazuje się, że w takich zdecentralizowanych sieciach pojawia się np. ktoś, kto ma ochotę postawić sobie swój serwer i skupiać na nim ludzi, którzy rzygają rasizmem, homofobią, faszyzmem, religijnym ekstremizmem, sprawa jest do ogarnięcia w kilka minut. To ja, jako indywidualny użytkownik , jako świadomy podmiot w owych sieciach blokuję do siebie dostęp treści, które uważam za gówniane i szkodliwe. Co więcej – ludzie w wolnych sieciach społecznościowych błyskawicznie wyłapują treści, z którymi się nie zgadzają i – metodą domina – serwer za serwerem, odcinają się od serwera z chorymi treściami. Ponadto – w każdym innym przypadku, w owych zdecentralizowanych sieciach i poza nimi – istnieją przecież grupy hacktywistów, którzy dokonują ataków na naziolsko-nacjonalistyczno-rasistowskie portale/serwery, niszczą infrastrukturę i na własną rękę walczą “partyznacko” w sieci w celu zniszczenia takich delikwentów; walka zamiast urzędniczo-kapitałowej cenzury! Świadome odsiewanie gównianych informacji od tego, z czym sami się zgadzamy i co jest nam bliskie! Ale wara państwu i korporacjom od internetu – te molochy zawsze blokują, ograniczają i zamykają “na ślepo”; dziś Trump, a jutro ty i twoi znajomi, bo w swoim mieście walczycie o nowy park, zamiast deweloperskich “szklanych domów”. Dziś naziole i homofoby, a jutro ty i twój blog, który nie podoba się jakiemuś fiutkowi z Rady Miejskiej.

Wolnością się nie handluje, wolności się broni! Dlatego zamiast kopać się z koniem, który kradnie twoje dane, knebluje ci gębę, cenzuruje za kawałek cycka na zdjęciu w sieci społecznościowej, czy za niepoprawne politycznie słowa, słówka, akcenty, warto pójść po rozum do głowy , skasować wszelkie profile w “oficjalnych sieciach społecznościowych” i… odetchnąć pełną piersią! Owszem, owe sieci będą przechowywać dane, których im dostarczyłeś/-aś – trudno, płacisz cenę za swoją głupotę.

Wyłącz internet w telefonie i w domu na klika dni. Idź na spacer, posłuchaj muzyki, poczytaj książkę, spotkaj się ze starym kumplem, odwiedź babcię… Wytrzymaj bez jebanego klikania i twitterowania przez dwie, trzy doby…
Potem zrób sobie kawę, usiądź przed kompem…
To dobry czas, by zastanowić się nad podjęciem kilku ważnych kroków, które zapewne nie uczynią cię totalnie wolnym w internecie, ale mocno ograniczą wpływ i dostęp do twojego komputera czynnikom trzecim. Tak, istnieją alternatywy dla Facebooka i Twittera! Tak, istnieje “niezależny Instagram”! Oczywiście, masz możliwość publikowania swoich treści video w alternatywnych wobec YouTube’a portalach! Jasne, że masz ogromny wybór wśród wolnych, otwartoźródłowych i bezpiecznych, nie szpiegujących cię komunikatorów, które zastąpią Viber, WhatsApp i Messenger! Możesz odzyskać kontrolę nad swoimi danymi, którymi dzielisz się ze znajomymi! Możesz prowadzić konferencje nie używając Zoom’a!

Trzeba tylko chcieć i zrobić ten pierwszy krok!
W komentarzach do tego posta i na naszym czacie w Telegramie (namiar na niego znajdziecie w zakładce “o mnie | kontakt” oraz w prawej kolumnie obok) możecie zadawać konkretne pytania odnośnie alternatyw dla mainstreamowych i ograniczających swobodę komunikacji / wypowiedzi mediów internetowych. W miarę skromnych możliwości, postaram się pomóc i odpowiedzieć na wszystkie wasze pytania!


Mój debianoid, Sparky Linux, ma się rewelacyjnie! Nie wiem, na jakiej zasadzie to działa, ale z Windowsem pożegnałem się 21 lat temu i od tamtej pory wciąż jaram się jak dzieciak tym, że używam Linuxa! Bez dwóch zdań – Linux, to moja pasja, ale i zwyczajna radość i komfort pracy na systemie operacyjnym, który od A do Z jest mój, którego konfiguruję stricte pod swoje potrzeby, który jest jak druga skóra. Działa jak ja chcę i wygląda jak chcę. Ogranicza mnie wyłącznie moja wiedza i wyobraźnia.

i3 – clean

i3 – dirty

Wciąż w codziennej pracy z kompem używam menadżera okien i3, a więc minimal, w 80% przypadków aplikacje konsolowe i wygoda nawigacyjna. Przyzwyczajenie do tiling window managers sprawia, że dosyć niechętnie człowiek przestawia się na “klikalne” środowiska graficzne, choć ja wiedziony nostalgią i pewnym przywiązaniem, przełączam się czasem na XFCE. Ostatnio miała miejsce aktualizacja tego środowiska graficznego do wersji 4.16, chociaż nie zauważyłem żadnych przełomowych zmian, XFCE pracuje mega-stabilnie i płynnie; wiadomo, że łyka ono nieco więcej zasobów CPU, aniżeli lekkie i szybkie i3, ale wciąż XFCE pozostaje środowiskiem graficznym w kategorii lightweight. Zresztą przy 16GB pamięci RAM na moim Dellu, kompletnie nie czuję obciążenia samym XFCE.

XFCE

Co poza tym? Otóż jakiś czas temu przeniosłem się na nową powłokę. Nie pamiętam, czy wspominałem o tym tutaj, czy tylko na kanale tego bloga na Telegramie (zaglądajcie tam, albowiem na kanale wrzucam naprawdę dużo małych, postrzępionych wiadomości, z których nie chce mi się robić osobnych postów – nie tylko ze świata Linuxa, ale i jakieś wtręty muzyczne, obserwacje wszelakie, ciekawe grafiki z netu, interesujące linki itd. ), w każdym razie porzuciłem domyślną powłokę bash, na rzecz powłoki fish.
Zmiana powłoki w Linuxie nie jest niczym skomplikowanym, a korzyści z takiej zmiany bywają zaskakujące, przynajmniej dla mnie, linuksiarza, który nie pisze kodu i nie musi brać udziału w niekończących się dyskusjach nt. tego, czy lepszy jest bash, czy zsh, czy fish itd.

powłoka fish w xfce4-terminal
jedno z narzędzi do konfiguracji prompta dostępne w powłoce fish

Powłoka fish charakteryzuje się prostotą obsługi i ogromem udogodnień, m.in. takich jak perfekcyjne autouzupełnianie komend (nieskończony limit ich zapamiętywania), mega-czytelne kolorowanie składni, bogaty panel konfiguracji powłoki przy pomocy komendy: fish_config, która uruchamia panel konfiguracyjny w domyślnej dla systemu przeglądarce. Fish, to także super-szybkie tworzenie aliasów, dzięki czemu długie komendy zamieniasz w jedno łatwe do zapamiętania wyrażenie (które po wpisaniu jednej, bądź kilku liter i tak zostanie ci podpowiedziane w terminalu).
W porównaniu ze starym bashem, fish to dla mnie wieeelka wygoda i szybkość pracy w konsoli. Polecam wszystkim wypróbowanie tej powłoki!

Zainstalowałem ncspot – konsolowy Spotify player i od razu się w nim zakochałem! ncspot jest prosty, czytelny, łatwy w nawigacji i w wersji CLI oferuje wszystkie funkcje dostępne w “reżimowej” wersji aplikacji Spotify…
Wyszukiwanie, albumy, artyści, playlisty, podkasty, tworzenie własnych kolejek – jest wszystko czego potrzeba do obsługi Spotify Premium. Polecam!

ncspot – konsolowa wersja Spotify Premium w akcji

Ponadto, w ostatnim czasie ostatecznie zdecydowałem się na używanie GNU screen’a jako domyślnego multipleksera. Dlaczego nie wybrałem – jak olbrzymia większość linuksiarzy – tmuxa? Bo nie :D Taki kaprys. Przyzwyczaiłem się do screen’a i spełnia on wszystkie moje zachcianki w materii nowych okien i wirtualnych powłok w terminalu, a wygląda on u mnie tak:

GNU screen

Odświeżyłem też nieco wygląd mojego weechata. To mój ukochany klient IRC i mogę w nim dłubać w nieskończoność! Zmieniłem nieco znaczniki i symbole, zastępując je FontAwesome (m.in. strzałki wejść i wyjść z kanałów – vide screenshot poniżej) i dodając dodatkowe odstępy w liście uczestników kanału dla lepszej czytelności. Zmieniłem też skrypt sortujący kanały i listę serwerów…

sesja screen: weechat, profanity (klient XMPP) i rtv (konsolowy czytnik Reddita)

Hmm… to chyba na tyle… Jeszcze raz zapraszam wszystkich na kanał tego bloga w Telegramie (podgląd tego kanału znajduje się w kolumnie po prawej) i na nasz czat tamże! Komentujcie, czytajcie, krytykujcie!

Linux jest właśnie dla ciebie!

Podziel się:










0Shares

Tak już mam – nie jestem w stanie wytrzymać zbyt długo bez grzebania w kompie. Linux1Nie używam spolszczenia tego słowa. Uważam, że oryginalna pisownia jest o niebo lepsza. Mimo tego słowo “Linuks” zaskakująco szybko przyjęło się w Polsce. uzależnia i jest to jedno z najbardziej fascynujących uzależnień, z jakim można się zetknąć. Jedno jest pewne: Linux zmienia na zawsze podejście do komputerów, oprogramowania i do wolności w przestrzeni internetowo-informatycznej i robi to tak niepostrzeżenie, że nawet osoby kompletnie nie siedzące w tematach kompowych poszerzają swoje spektrum, zaczynają patrzeć inaczej na wiele spraw…

Piszę o tym dlatego, że zmiana pewnych przyzwyczajeń w naszym podejściu do komputerów i internetu leży w zasięgu ręki każdego / każdej z nas! Bez wielkiego wysiłku możemy ułatwić sobie życie, a przy okazji zacząć bardziej świadomie korzystać z dobrodziejstw IT, wystrzegając się jednocześnie potencjalnych niebezpieczeństw.
Jako że teraz mam na laptopie zainstalowaną jedną z najpopularniejszych dystrybucji Linuxa, uznawaną jednocześnie (słusznie zresztą) za user friendly, postaram się jakoś w skondensowanej formie przekonać was, że małym nakładem pracy można ulepić sobie ładny, solidny, bezpieczny i… wolny system operacyjny.

Linux Mint, bo o nim mowa, w rankingu znanej strony o dystrybucjach Linuxa i o systemach BSD – DistroWatch, plasuje się aktualnie na trzecim miejscu pod względem popularności wśród wszystkich userów Linuxa (na drugim miejscu mamy distro Manjaro, a na pierwszym MX Linux). Mint swoją popularność zawdzięcza niezwykle przyjaznemu interfejsowi, stabilności i niezawodności w działaniu. Oprócz tego Linux Mint jest nawet w domyślnych ustawieniach, bezpośrednio po instalacji, po prostu ładnym systemem operacyjnym. Distro to bazuje na Ubuntu i Debianie, a zatem jego głównym walorem jest system zarządzania pakietami .deb, które są jednym z wygodniejszych rozwiązań w materii instalacji oprogramowania w świecie Linuxa.
Tyle w ogromnym skrócie nt. pochodzenia “miętowej” dystrybucji Linuxa. Osobiście preferuję Debiana, który jest jedną z najdłużej istniejących i jedną z najpopularniejszych dystrybucji. Debian jest praojcem mnóstwa innych dystrybucji, które na nim bazują, dzięki temu, że kod źródłowy jest wolny i otwarty i każdy może go wykorzystywać do swoich celów w ramach licencji GPL (General Public License). Debian, to również Umowa Społeczna, czyli zbiór pewnych zasad, jakimi kieruje się społeczność współtworząca tą dystrybucję Linuxa – dla mnie, jako dla anarchisty, umowa ta ma dosyć spore znaczenie.

Dlaczego więc wybrałem Minta, a nie Debiana? Kiedy sprawiłem sobie swojego Della, miałem koszmarnie mało czasu na cokolwiek, tym bardziej na poinstalacyjną konfigurację systemu. Debian nie jest w gruncie rzeczy skomplikowaną dystrybucją, ale wymaga jednak trochę pracy i konfiguracji bezpośrednio po instalacji, zwłaszcza że ja jestem zwolennikiem niestabilnej wersji Debiana, zwanej Sid2Debian pojawia się zawsze w czterech wersjach: Stable, Testing, Unstable, Experimental. W pierszej, stabilnej wersji znajdują się wyłącznie przetestowane i sprawdzone pakiety oprogramowania, nad którymi nie są prowadzone prace. Druga wersja, testowa, to wersja z pakietami, które wciąż podlegają aktualizacjom. Trzecia wersja, to wersja niestabilna, kapryśna i ryzykowana w użytkowaniu, ale za to z najświeższymi pakietami, które dopiero co pojawiły się w repozytoriach. Wersja eksperymentalna w zasadzie używana jest wyłącznie przez deweloperów i testerów Debiana, nie nadaje się ona raczej do biurkowej pracy w domu. Kolejne wydania noszą nazwy będące imionami bohaterów kreskówki Toy Story, a wersja niestabilna nosi zawsze nazwę Sid, a gałąź niestabilną niemal zawsze trzeba dopieścić i nieco “uczesać”, żeby system nie wysypał się nam przy okazji kolejnej aktualizacji.
Wybór padł na Minta, albowiem bezpośrednio po instalacji wystarczy jedynie zaktualizować system i ewentualnie pobawić się w ustawieniach wyglądu i… voilà! Mamy do dyspozycji system operacyjny + kilkadziesiąt gotowych do użytku aplikacji! Przeciętny użytkownik komputera, korzystający z netu, oglądający youtube, używający pakietu biurowego tak naprawdę nie musi już doinstalowywać niczego. System na starcie jest gotowy do działania.

Każde nowe wydanie Minta, to trzy środowiska graficzne do wyboru. Linux, w przeciwieństwie do Windowsa, oferuje pokaźny wybór rozwiązań wizualno-graficznych. To jak wygląda twój system zależy praktycznie wyłącznie od twojej wyobraźni. Możesz wybrać wydanie z domyślnymi środowiskami: Mate, Cinnamon i XFCE. Każde z nich wygląda nieco inaczej, każde ma plusy i minusy. Osobiście polecam XFCE, bowiem jest ono lekkie, konfigurowalne, nie obciąża zbytnio kompa.3Rzecz jasna możemy potem zainstalować jakiekolwiek inne środowisko graficzne (lub menadżera okien), jeśli te oferowane przez twórców danej dystrybucji nie spełniają naszych oczekiwań.

 

Linux Mint 19.3 Tricia bezpośrednio po instalacji. Dwa środowiska graficzne: Cinnamon (po lewej) i XFCE (po prawej).

 

Mint jest mega-przyjazny dla nowego użytkownika, zwłaszcza dla newbies, dla których jest to pierwszy Linux w życiu. Intuicyjna obsługa, łatwa aktualizacja systemu i aplikacji4W Linuxie zainstalowane aplikacje aktualizuje się wraz z całym systemem. Jest to bardzo wygodne, albowiem mamy zawsze najświeższe wersje zarówno jądra systemu, poszczególnych komponentów systemowych, jak i programów, których używamy. sprawiają, że praca na Mincie przynosi dużo satysfakcji i szybko wciąga w świat wolnego oprogramowania.

Pamiętajcie, że Linux, to przede wszystkim społeczność. W odróżnieniu od Windowsa, Linux nie jest tworzony “w ukryciu” przez jakąś pieprzoną korporację, ale każdy komponent systemu i to, co otrzymujemy w formie gotowej do działania dystrybucji jest efektem pracy deweloperów, wolontariuszy i zapaleńców, którzy robią to za darmo, dzieląc się owocami swojej pracy z całym światem. Dlatego też każda dystrybucja Linuxa posiada rewelacyjne wsparcie w postaci społeczności użytkowników i o każdej porze dnia i nocy znajdziecie pomoc w rozwiązaniu problemów ze swoim systemem. Wystarczy wejść na dane forum, stronę wiki, na youtube, na kanał IRC i ktoś zawsze wam pomoże!

To, co znajduje się w bebechach waszego kompa/laptopa, powinno zależeć od was samych. Z Linuxem to wy decydujecie, jakiego oprogramowania używacie, a jakie jest wam zbędne. To jak wygląda wasz system jest wynikiem waszych działań, To, czy wasz komp jest przyjazny, czy nie zależy od was i tylko od was.
Poniżej wrzucam moje screeny. Mój Linux Mint wygląda diametralnie różnie od domyślnej wersji po instalacji, bowiem takie właśnie miałem widzimisię. Na początku po prostu dostosowałem sobie wygląd domyślnego środowiska graficznego Cinnamon, pod własne potrzeby, zgodnie z własnymi jazdami estetycznymi. Efekt był taki:

 

Linux Mint | Cinnamon

 

Cinnamon, podobnie jak inne środowiska graficzne, oferuje spore możliwości konfiguracyjne, ale jednocześnie obciąża działanie kompa. To, co widzicie powyżej jest efektem “klikanego” dostosowywania wyglądu; używałem tutaj wyłącznie graficznych narzędzi jakie dostarcza mi Mint i poszczególne aplikacje. Doskonałą alternatywą dla DE (desktop environment) jest WM (window manager). Menadżery okien, to lekkie, szybkie i efektywne “maszynki” do poruszania się po waszym pulpicie, czy raczej po pulpitach5 W Linuxie standardem są wirtualne pulpity, których ilość zależy od waszych potrzeb. Sam obecnie korzystam z dziewięciu pulpitów, dzięki czemu praca na kompie jest o wiele bardziej wygodna i przejrzysta.. Jednym z moich ulubionych menadżerów okien jest Openbox. Cechuje go przejrzystość, prostota, minimalizm i super funkcjonalność. Wszystko zależy od tego, jak sami skonfigurujemy swój WM. Openbox wymaga jednak sporo cierpliwości dla początkujących userów Linuxa; wiele elementów tego menadżera musimy skonfigurować bez pomocy “klikaczy” – zaczynamy wtedy przygodę z konfigurowaniem naszego systemu z poziomu plików, których edycja powoduje zmianę wyglądu naszego pulpitu. Mój aktualny pulpit z Openboxem wygląda tak:

 

Openbox i Tint2 (status bar)

Openbox – bashtop (monitor systemu), Nitrogen (menadżer tapet)

 

i3wm – plik konfiguracyjny w edytorze tekstu vim

Jednak moja największa miłość w Linuxie, to TWM – tiling window manager. To rodzaj menadżera okien wykorzystujący całą przestrzeń pulpitu, idealny dla aplikacji tworzonych pod interfejs z linią poleceń, czyli pod terminal (konsolę) – podstawowe narzędzie z jakim zetkniecie się po instalacji Linuxa6Terminal jest tym, czego panicznie boją się newbies, terminalem doświadczeni userzy Linuxa straszą tych początkujących :D Tak naprawdę terminal jest rewelacyjnym narzędziem służącym do administracji systemem, do obsługi wielu procesów, czy jako interfejs aplikacji..
TWM charakteryzują się tym, że nawigacja w ich obrębie odbywa się głównie przy pomocy skrótów klawiszowych, niezwykle rzadko używa się w nich myszki / touchpada. Do najpopularniejszych menadżerów tego typu należą m.in.: AwesomeWM, dwm, bspwm, i3wm, i3-gapes, Xmonad, spactrwm, Ratpoison i wiele innych. Konfiguracja tych menadżerów odbywa się wyłącznie “ręcznie”, gdyż nie posiadają one graficznych narzędzi do konfiguracji – tutaj liczy się prostota, efektywność w działaniu, przejrzystość składni plików, w których sami wprowadzamy zmiany. Użytkownicy TWM piszą rozmaite skrypty, które dodają funkcjonalności i sprawiają, że nawigacja po takim menadżerze – gdy człowiek oswoi się z nim i pozna wszystkie skróty klawiszowe – jest o niebo wygodniejsza, aniżeli przy pomocy myszki (sic!).
Niegdyś byłem zakochany w AwesomeWM, naprawdę funkcjonalnym menadżerze napisanym w języku lua, używałem go kilka lat, ale poznałem i wypróbowałem i3. Od tamtej pory, mimo, że zdarzało mi się używać inne TWM-y, pozostaję wierny i3 i polecam go wszystkim!!! Poniżej screeny mojego aktualnego pulpitu z i3wm… Tak wygląda obecnie mój Linux:

 

i3wm – terminal + neofetch

i3wm – bashtop, ranger (menadżer plików), sxiv (przeglądarka obrazów), ufetch

 * * *

Z doświadczenia wiem, że jedni użytkownicy Linuxa, przechodząc np. z Windowsa do nowego systemu, korzystają wyłącznie z domyślnych ustawień i ich jedyną ingerencją w swój nowy system jest zmiana tapety, czy koloru ikon / okien. Po prostu cieszą się oni stabilną pracą kompa i nie zawracają sobie głowy grzebaniem w systemie. Inni, wręcz przeciwnie, zainteresowani możliwościami swojego nowego systemu operacyjnego, starają się dowiedzieć o nim jak najwięcej, próbują zmieniać to i owo, eksperymentować (część z nich zachęcona rozpowszechnioną w środowisku linuksiarzy opinią, że ciężko jest zjebać Linuxa :D), gromadząc jednocześnie nową wiedzę.
Nie należy wartościować obu tych grup użytkowników, uważając, że jedna jest lepsza od drugiej (nawet jeśli niektórzy użytkownicy np. Gentoo mówią inaczej :D żart, ofkorzzz…). Ja jednak przed wieeeeelu laty, gdy po raz pierwszy zainstalowałem Linuxa, postanowiłem zostać częścią tej drugiej grupy. Jako typowy newbie przeszedłem drogę przez mękę, dostając zjeby na różnorakich forach i kanałach IRCa, gdzie zadawałem głupie jak na początkującego pytania. W konsekwencji jednak z idioty, który wcześniej na Windowsie potrafił tylko korzystać z Worda i (po pojawieniu się internetu) z Opery, który nie miał zielonego pojęcia o instalacji czegokolwiek na kompie, nie wspominając o instalacji systemu, o partycjach na dysku itp. – z takiego niezbyt kumającego temat bałwana, “przepoczwarzyłem się” w linuksoida, który coś tam kuma w obrębie wolnego oprogramowania :D

Oczywiście wiele jeszcze przede mną i nie zamierzam osiadać na laurach. Niedawno wróciłem do rewelacyjnego edytora tekstu jakim jest Vim. Chcę też lepiej poznać CSS i HTML, no i oczywiście zacząć naukę Pythona – jednego z języków programowania… A pomyśleć, że kiedyś kumpel instalował mi Windowsa, a ja bałem się w nim nawet zmieniać wygląd, żeby czegoś nie spierdolić :D

Instalujcie Linuxa na swoich kompach! Przede wszystkim dlatego, że jest o niebo bezpieczniejszy, aniżeli Windows, jest do bólu przystosowany do indywidualnych potrzeb i to my jesteśmy panami swojego kompa, nie zależąc od widzimisię jakiejś pieprzonej korporacji. Bo Linux, to wolność i świadome korzystanie z zasobów oprogramowania i internetu!
Nie wrzuciłem tutaj tych wszystkich screenów [wyłącznie] dlatego, by szpanować :D Chciałem wam pokazać, że Linux, to mega-różnorodność – dla każdego coś, co siądzie mu najbardziej! Poza tym wiele inspiracji znajdziecie na Reddicie, w dwóch miejscach: r/unixporn i r/dekstops – to tam ludzie z całego świata chwalą się screenami ze swoich desktopów, w większości linuxowych, chociaż znajdziecie tam i maca i widnę… Wygląd, to nie wszystko, ale ma jednak jakieś tam znaczenie i jest w jakimś sensie odbiciem naszych gustów i estetycznej wrażliwości.

Jeśli kogoś z was zainteresowało to, co tutaj popełniłem – służę ewentualną pomocą przy wyborze i instalacji Linuxa. Kontakt ze mną: poprzez IRC, Jabbera/XMPP, chat w Telegramie, bądź email – wszystkie namiary na stronie “o mnie”

 

 

Android bez defaultów

Podziel się:










0Shares

Zmnieniłem nieco wygląd mojego Androida (2.3.6), bo domyślne ikony jak i dockbar są dla mnie po prostu lipne. Nie od dziś wiadomo, że nie trawię kolorów na wszelkich desktopach, dlatego też wszystkie [cztery] pulpity na moim Samsungu wyglądają teraz zupełnie inaczej. Wystarczy zainstalować jedynie ADW.Launcher oraz jakikolwiek interesujący nas iconpack/theme i możemy zapomnieć o defaultach, jakie dostajemy kupując smartfon. Dzięki ADW.Launcher dotykowa nawigacja między pulipitami jest – przynajmniej dla mnie – bardziej przyjazna, a relatywnie duże możliwości konfigowe tylko powiększają pole manewru w materii: zmiana wyglądu telefonu. Poniżej kilka screenów, jak to u mnie wygląda (mój iconpack: Minimalist Metal).

Wiadomo, fajnie jest mieć linuxa na telefonie, ale jeszcze fajniej pozbyć się google’owskiego szpiegowania na rzecz autentycznego FOSS (Free and open-source software). Dlatego też – korzystając z dni wolnych – zamierzam łyknąć co nieco informacji na temat F-Droida. Jest to bardziej ludzkie i wolne oblicze Androida i myślę, że niebawem przeskoczę w repozytorium F-Droid. Co prawda ilość aplikacji nie zabija, ale nie o ilość idzie, ale o wolne oprogramowanie i ideę. Wieeeem, większość moich znajomych ma to w dupie, ale dla mnie to jednak ważny aspekt; jeśli już bawię się w posiadanie smartfona, wolałbym, aby nie był on na smyczy Google, czy innych tego typu potworków. Celowo nie poruszam tematu totalnej ignorancji i indolencji fanatyków/użytkowników rozmaitych iShitów, bo jestem padnięty po robocie i mogłyby posypać się sarkastyczno-cyniczne komentarze. Wyżyję się innym razem.