Wkurwia mnie ACTA i SOPA!

Żyjemy w czasie i przestrzeni, gdzie jakieś 90% uzytkowników sieci nie ma zielonego pojęcia o zasadach funkcjonowania internetu, jego swoistych prawidłach działania w obrębie domen, serwerów, portali a nade wszystko – tych, którzy albo pretendują do roli nad-administratorów i kontrolerów sieci, albo tych, którzy już się nimi stali (nie tylko w sensie kulturowym, jak właściciele Twittera, Facebooka i innych własnościowych chłamów w necie). Przeciętny klikacz/-ka nie wie że Google skrzętnie gromadzi wszelkie info o każdym jego/jej kliku w wyszukiwarce, nie wie co Facebook robi z prywatnymi danymi, nie wie jak “wolne” jest Google+, albo dlaczego lepszym rozwiązaniem niż Gadu-Gadu, czy ICQ jest Jabber.
Niewielu ma świadomość czym jest wolne oprogramowanie i cała filozofia open source, garstka jedynie dba o realną prywatność w sieci, wiedząc że owa prywatność – by funkcjonowała tak, jak się nazywa – wymaga nieco wysiłku i zrozumienia prostego faktu: anonimowość w sieci jest fikcją, dopóki sami o nią nie zadbamy.
W Stanach trwa batalia z SOPA – skurwiałym tworem prawnym oficjalnie służącym do walki z piractwem i nielegalnym udostępnianiem/pobieraniem “własności intelektualnej”, a w praktyce będącym po prostu wygodnym narzędziem do kontroli społeczeństwa w internecie. 26 grudnia polski rząd ma podpisać dokumenty ACTA – dotyczące dokładnie tych samych “zagrożeń”. Dinozaury typu koncerny fonograficzne, wciąż produkujące pieprzone płyty CD + “artyści” na pasku tychże korporacji próbują wmówić ludziom w XXI wieku, w erze p2p i szeregu rozwiązań  share/download, że lepiej jest kupić płytę i dać zarobić wieśniakom np. z SonyBMG (pośrednio jakiś ochłap leci do gwiazdeczek), aniżeli parać się piractwem. Molochy przespały rewolucję nośników. Nie chcą przyjąć do wiadomości, że multimedialne życie toczy się w necie, a nie w odtwarzaczu płyt CD, płyt zakupionych, zatwierdzonych, zahologramowanych przez korporacyjne świnie. Kiedy widzę Muńka Staszczyka, albo Kazika płaczących nad ich stratami intelektualnymi, mam wrażenie, że kolesie nie kumają podstaw progresu technologicznego – gdyby olali swoich mocodawców, wydawców i całą ta jebaną zgraję darmozjadów, mogliby sprzedawać swoją muzę w necie, skoro i tak ich głównym szmalcem jest kasa z tras koncertowych.
SOPA i ACTA – nie będę wnikał w szczegóły, bo zanudziłbym Was moim wolnościowym podejściem do kompów, internetu, wolnego obiegu informacji, hacktywizmu etc… – są realnym krokiem w kierunku restrykcji prawnych i cenzury internetu. Piractwo jest jedynie pretekstem i wie o tym każdy średnio rozgarnięty internauta. Kiedy słyszę przedstawicieli Ministerstwa Cyfryzacji i Czegoś Tam Jeszcze, wypowiadających się w materii ACTA, mam wrażenie, jakby próbowali oni wyjaśniać stanowisko rządu w sprawie, której ni chuu…. nie potrafią zrozumieć. Wszelkie żenadne komentarze + brak merytorycznej dyskusji z organizacjami pozarządowymi oznaczają jedno: pierdolony koniunkturalizm na arenie międzynarodowej, ku uciesze korporacji i wszelkich opresyjnych komórek państwa, które z chęcią wykorzystają ACTA poza obrębem walki z gówniarzami ściągającymi Madonnę z FileTube. Po raz n-ty państwo i kapitał podają sobie rękę w przyjaznym uścisku.
W ramach protestu przeciw amerykańskiemu SOPA, setki tysięcy stron internetowych wyłączyło się ostatnio (łącznie z Wikipedią)… (dwa przykłady z brzegu)…

26 grudnia człek zwany premierem, bezpłciowy politycznie i koniunkturalny do zrzygania Tusk zamierza podpisać ACTA – podejrzewam, że wie on o tym tyle, co moja sąsiadka, która do dziś mówi na komórkę: telefon bez kabla. Pieprzone zależności między korporacjami, rządami i międzynarodowymi decydentami są ważniejsze, aniżeli ta parodia demokracji i pustosłowie o wolności wypowiedzi…

Nie jestem jednak pesymistą. Znajdzie się milion sposobów na SOPA i ACTA. Cieszy mnie fakt, że tego typu międzynarodowe rozwiązania prawne są doskonałym impulsem dla hackerów, którzy przestaną dla jaj blokować byle strony, a zaczną otwartą cyber-wojnę z państwami i korporacjami. Czy to sie komuś podoba, czy nie, część realu nieodwołalnie została wessana przez internet. Nie ma odwrotu. Kazik może powiesić się w piwnicy z rozpaczy nad pirackimi gówniarzami, Universal może podciąć sobie żyły, BMG może wskoczyć pod TIRa, a wolność w sieci nigdy nie zostanie całkowicie zdławiona. Do znudzenia należy powtarzać, że “walka z piractwem” jest jedynie pretekstem. Dane udostępniane przez miliardy ludzi na świecie są cenniejsze, niż jakiś zasrany film, czy płyta gwiazdy, i wie o tym każdy siedzący w necie powyżej poziomu Faceshita i Gmaila. A SOPA/ACTA są bajkowym narzędziem prawnym by owe dane zdobywać.
PS: Niebawem najpewniej przeniosę oba moje blogi z Bloggera do open source’owego WordPress’a – szpiegostwo Google, to jednak temat na osobny post…

Linux pod każdą strzechą? Hmm…

Ostatnimi czasy, przy okazji dyskusji nad kontrowersyjnym artykułem na www.jakilinux.org naszły mnie refleksje natury, hmm… marketingowej 🙂 Autor tegoż artykułu próbuje forsować tezę o konieczności wypracowania takiego modelu desktopowej wersji Linuxa, który przebije się przez gąszcz komercyjnych rozwiązań (czytaj: gąszcz macek Windowsa i innych większych konkurentów) tylko wtedy, gdy zapewni się określone warunki. Nie będę wnikał teraz w szczgółowe propozycje zawarte w artykule (każdy/-a może przeczytać tekst sam – jest zlinkowany powyżej). Dość powiedzieć, że artykuł 10 rad jak uczynić z Linuksa najpopularniejszy system desktopowy jest raczej grafomańską reklamą Google i zbiorem stereotypów, czy też zwykłych kłamstw nt. Linuxa. Kilka mniejszych pomysłów jest godna uwagi, ale generalnie podejście autora wydaje się mocno marketingową gumą do żucia dla… no właśnie, dla kogo?
Tekst należałoby przeczytać, by wyrobić sobie zdanie w kwestiach, jakie są w nim poruszane – mocno zachęcam (łącznie z komentarzami czytelników). Moje podejście do filozofii open source i samego Linuxa jest odmienne od tego prezentowanego dosyć bufoniasto w w/w artykule.
1. Niby dlaczego mamy tworzyć dystrybucję na siłę wciskaną początkującym jako najpopularniejszy system desktopowy?

  Nie rozumiem (i tutaj zgadzam się z kilkoma komentatorami w/w tekstu), w jakim celu społeczność Linuxa wraz z firmami patronującymi poszczególnym rozwiązaniom desktopowym (jak np. Cannonical i Ubuntu) mieliby wypruwać sobie flaki, by wciskać potencjalnym neofitom takiego Linuxa, który wprost lśni od atrakcyjności (np. pod kątem stabilności – pomijając atrakcyjność graficzną)? Zgadza się, Ubuntu jako jedna z wiodących dystrybucji Linuxa na świecie mogłaby zmienić cykl wydawniczy np. na roczny, kosztem poprawienia stabilności dystrybucji, ale to nie oznacza, że należałoby stworzyć jakąś mega-dystrybucję skupioną wyłącznie na jednym celu: dotrzeć na jak największą ilość biurek – nieważne, jak – ważne, by tego dokonać.

2. Marketing zamiast konkretów. Po co?

 Autor artykułu sugeruje, by tworząc takiego “super-linuxa” nie informować potencjalnie zainteresowanych o tym, że nasz system ma jądro Linuxa. Innymi słowy – nie mów, że twój Linux, to Linux, bo odstraszysz tych, którzy od kołyski tuczeni propagandą Microsoftu nie wybiorą twojego systemu. Tak właśnie czyni obecnie Google.

A’propos – małe pytanie: kto z milionów użytkowników PC-tów z Windowsem wie, że Google wypuści swój własny system operacyjny? Ktoś tam wie. Drugie pytanie: kto z tych użytkowników zdaje sobie sprawę, że nowy system Google – ChromeOS – jest po prostu Linuxem (jego jądro jest jądrem linuxowym)? Jestem przekonany, że garstka.

Takie podejście – pomijając fakt, że jest kurewsko nieuczciwe – jest wg mnie po prostu głupie. Ktoś, kto na siłę chce zunifikować Linuxa i marzy o “wielkiej dystrybucji dla wszystkich”, wpada na takie właśnie pomysły, a co za tym idzie, traktuje swoich potencjalnych użytkowników jak tępe bydło – innymi słowy, robi dokładnie to, co robi Windows; przedstawiamy ci nasz nowy super-system operacyjny, jest super, bo jest  innowacyjny i super! Działa, więc jest super.

3. Linux – w wielości siła!

 Należę do tych użytkowników Linuxa, którzy widzą zalety rozdrobnienia poszczególnych projektów i dystrybucji opartych na jądrze linuxowym przeważają nad wadami tegoż. Nawet ktoś, kto wcześniej nie miał do czynienia z Linuxem, wchodząc np. na www.distrowatch.com może dostać oczopląsu, gdy zobaczy, że Linux, to nie jakiś jeden “anty-Windows” zapakowany w pudełeczko i rozdawany/sprzedawany maniakom, lecz projekt, w ramach którego rozwijane i tworzone są setki dystrybucji dla ludzi, którzy mają różne gusta i potrzeby. Tu tkwi istota rzeczy! Pieprzony Windows jest dla każdego,  podczas gdy Linux, to jądro, wokół którego tworzone są distra dla użytkowników z różnymi potrzebami. Tutaj nie wejdziesz do jednej zagrody, w której oferuje ci się wszystko w jednym, uniwersalnie, kompaktowo, super-atrakcyjnie! Sam decydujesz, jakie distro wybrać, bo masz konkretne potrzeby i oczekiwania, więc potrzebujesz systemu, który TO TY WYBIERZESZ/STWORZYSZ! 

Wiemy od dawna, że ludzie przyzwyczajeni do dawania im gotowych rozwiązań na talerzu, bez wolności wyboru, akceptują byle gówno jako coś koniecznego i z biegiem czasu uznają to za niezawodne, nawet gdy tak nie jest. Dlatego też Linux jest dla ludzi, którzy SAMI decydują, czego oczekują od systemu, który będą używać. Mnogość dystrybucji umożliwia taki wybór, a możliwości konfiguracyjne wprawią w migrenę i zawał serca każdego użytkownika Windowsa.

4. Stabilność.

 Stabilność, to ważna cecha, zwałszcza dla tych, którzy chcą używać kompa w codziennej pracy biurowo-domowej i nie bawi ich grzebanie we flakach systemu, by konfigurować, ulepszać, poprawiać. Chcą mieć system sprawdzony, nie sypiący się przy upgrade’ach etc. Demonizowanie Linuxa, jako rzekomo niestabilnego i nieprzewidywalnego systemu jest bezcelowe. Znam naprawdę zielonych użytkowników Linuxa, dla których takie kwestie jak repozytoria, środowisko X-ów, konsola, to czarna magia, a jednak z powodzeniem korzystają na codzień z Linuxa. Innymi słowy, nie trzeba być maniakiem, by być użytkownikiem tego systemu. Pomoc znajomych, fora internetowe wystarczą, by skonfigurować swojego Linuxa tak, by nie grzebiąc w nim, cieszyć się ze stabilnej pracy!

Istnieją rzecz jasna dystrybucje dla wyjadaczy, którzy rozkładają swój system na części pierwsze i permenentnie w nim grzbią, dla których stabilna wersja systemu jest po prostu nudna. Korzystają oni z wersji testowych, łażą po cienkiej linii, by sprawdzać możliwości nowych aplikacji i źle się czują, gdy w kompie wszystko jest dopieszczone i niezmienne. To właśnie dzięki takim ludziom, Linux się rozwija! Ktoś, kto marudzi, że Linux jest “trudny i w ogóle dziwny” zapomina, że to dzieki takim maniakom i zapalonym testerom ten system staje się stabilny – paradoksalnie!

Podsumowując. Dla mnie Linux, to narzędzie o potężnych możliwościach, system, który mogę sam dopasować do własnych potrzeb, a nie produkt, który wcisnąć można każdemu, tak jak chciałby autor artykułu. Początkujący użytkownicy – jestem tego pewien na 666%! – mogą znaleźć dla siebie taką dystrybucję, która tylko zachęci ich do przygody z Linuxem – bez marketingowych sztuczek i jednego super-systemu dla wszystkich. Parafrazując autora tekstu:
Różnorodność, głupcze!