Anna Badkhen – Cztery pory roku w afgańskiej wiosce. Reportaże o wyplataniu dywanów

Podziel się:
0Shares

Åsne Seierstad i Wojciech Jagielski – te dwa nazwiska niejako automatycznie pojawiają się w mojej głowie, gdy na horyzoncie widzę temat: Afganistan. Dziś do tych dwóch nazwisk, bez wahania, dopisuję Annę Badkhen, dziennikarkę wyjątkową, o ogromnym talencie i progu wrażliwości.

Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że powyższa “trójca” wyczerpuje listę wnikliwych i utalentowanych twórców i dziennikarzy zajmujących się tematyką Środkowego Wschodu, w szczególności zaś Pakistanem, czy Afganistanem właśnie. Chcę jednak podkreślić, że Anna Badkhen, to absolutnie ekstraklasa, profesjonalizm i dziennikarskie mistrzostwo – bez dwóch zdań!
Autorka lśni jak diament na tle innych twórców / twórczyń literatury faktu, albowiem posiada doskonały warsztat dziennikarski, a nade wszystko – potrafi operować słowem zarówno na płaszczyźnie czytelnego zapisu faktów, jak również pięknego ujęcia tychże w literackie szaty.

Sam tytuł mówi nam już bardzo wiele… Oto bowiem Anna Badkhen decyduje się na pozostanie w Afganistanie okrągły rok, by na własne oczy zobaczyć i na własnej skórze odczuć, jak właściwie żyją Afgańczycy na głębokiej prowincji północnego Afganistanu. Zresztą określenie: “głęboka prowincja” jest tutaj sporym eufemizmem, albowiem Autorka udaje się do maleńkiej wioski Oka, leżącej gdzieś daleko na spalonej słońcem pustyni, za Mazar-e Szarif. Do Oki nie prowadzi żadna droga, żadna ścieżka. Oki nie ma na żadnej afgańskiej mapie, Oki nie sposób dostrzec nawet przy pomocy Google Maps. Badkhen jedzie więc do wioski-widmo.
Druga część tytułu jest nie mniej istotna; dziennikarka stara się pokazać czytelnikowi nieskończenie trudne warunki życia maleńkiej społeczności odciętej od najbliższych wiosek i miast, poprzez jedyny przejaw piękna w tym morzu piaskowych wydm poruszanych przez wiatr, który nawet na chwilę nie przestaje wiać… Tym pięknem są dywany tkane przez miejscowe kobiety – jest to jedyne zajęcie przynoszące realny dochód tym ekstremalnie biednym, ogarniętych inercją, otoczonych pustynnym więzieniem i naćpanych opium ludziom. Dywany trafiające później na targi w Kabulu, Dubaju i Istambule, kupowane przez bogaczy w USA i Europie, osiągają bajeczne sumy tysięcy Euro. Mieszkańcy Oki za dywan tkany cały rok otrzymują 200 dolarów…

W zasadzie każde kolejne zdanie na temat Czterech pór roku…. byłoby spoilerowaniem. Każda historia bowiem opowiedziana przez Annę Badkhen w tej książce jest ważna, wyjątkowa – podobnie jak węzły przy tkaniu dywanów. Jeden węzeł niewiele znaczy, ale umiejętnie połączony z innymi, wraz ze specyficznym kolorytem i unikalnymi wzorami obecnymi na afgańskiej i tadżyckiej ziemi od tysięcy lat, tworzy czyste piękno.
Dokładnie takie są codzienne historie z Oki. Pełne bólu, zachowanych w pamięci, niekończących się nigdy wojen i konfliktów. Historie permanentnego niedojadania, czy wręcz głodu (mieszkańcy Oki lubią mówić, że nie poszczą w czasie Ramadanu, albowiem jedząc tyle co nic, poszczą tak naprawdę cały rok) uśmierzanego opiumowymi majakami. Historie chorób, maleńkich radości, maleńkich uśmiechów, okruchów czegoś, co mogłoby choć trochę przypominać normalność, albo w tych przeraźliwie trudnych warunkach będących normalnością właśnie…

Autora doskonale porusza się w przestrzeni antropologiczno-historycznej Afganistanu i krajów ościennych, w jej wieloetnicznym kotle, zatem otrzymujemy bardzo bogatą w fakty opowieść, która pozostaje w głowie na bardzo, bardzo długo.

Takie książki, jak ta właśnie, zmieniają ludzkie spojrzenie na dany kraj, naród, zwyczaje. Cztery pory roku…, to swoisty podręcznik, dojrzała dokumentalna proza pisana z ogromnym szacunkiem i znawstwem innych kultur. Podkreślam to, albowiem żyjemy w czasach, gdy pod szyldem: “literatura faktu” rozmaite wydawnictwa wciskają nam płytkie opowiastki niewydarzonych “podróżników i dziennikarzy”, których makulatura obfituje w ignorancję i powierzchowność śmierdzącą eurocentryzmem. Na tym tle niniejsza książka, to prawdziwy skarb!

Trzeba przeczytać – koniecznie!


··· podkład muzyczny: Hossein Alizadeh, Madjid Khaladj, The Yuval Ron Ensemble, Dervishane

Marcin Hermanowski – Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów

Podziel się:










0Shares

Mamy do czynienia z publikacją wyjątkową, niestety funkcjonującą gdzieś w cieniu. A szkoda. Książka Marcina Hermanowskiego – Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów, to ważny kawałek historii, bez której trudno sobie wyobrazić obecny kształt mediów. Wynalazek dwóch fizyków: Aleksandra Popowa i Guglielma Marconiego zrewolucjonizował środki masowego przekazu na początku XX wieku, mimo że u swego zarania został dostrzeżony jedynie przez wojskowych. Radio, bo o nim oczywiście mowa, do dziś dzielnie walczy z telewizyjno-internetową konkurencją i można by powiedzieć, że generalnie ma się dobrze, chociaż poszczególne kierunki jego rozwoju mogą w XXI wieku budzić niepokój prawdziwych entuzjastów i ludzi autentycznie kochających radio i ten sposób przekazu informacji oraz komunikacji. Ale my nie o tym…

Radiofonia… jest książką wyjątkową – to pierwsza publikacja w Polsce obejmująca historię rozwoju radia od inauguracyjnej audycji Polskiego Towarzystwa Radiotechnicznego, którą wyemitowano 1 lutego 1925 roku, po dzień dzisiejszy, gdzie rynek radiofoniczny obejmuje zarówno radio publiczne, jak i komercyjne, gdzie postępuje cyfryzacja sygnału radiowego (DAB+), a rozgłośnie wykorzystują internet, by dotrzeć do nowych słuchaczy (m.in. poprzez podkasting).

Marcin Hermanowski w swojej pracy dużą wagę przyłożył do chronologicznego porządku wszystkich wydarzeń związanych z rozwojem radia w Polsce. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych (gdzie tak naprawdę wystartowała formuła rozgłośni radiowej kierującej do odbiorcy konkretny program), polskie radio – podobnie jak inne europejskie rozgłośnie – miało charakter państwowo-publiczny; w USA od samego początku prym wiodły rozgłośnie prywatne, a publiczna radiofonia w Stanach po dziś dzień jest niszowym medium. Hermanowski z kronikarską dokładnością opisuje działalność Polskiego Radia na przestrzeni lat. Szczególnie interesujące są dwa okresy: przedwojenny i ten bezpośrednio po wojnie, okres zarówno odbudowy radiowej infrastruktury jak i “umacniania się władzy ludowej”.

Pierwszy z tych okresów ma zasadnicze znaczenie, albowiem to wtedy radio nabiera swojego kształtu, przestaje być drogą zabawką dla nielicznych, a zaczyna pełnić rolę kulturotwórczą na terenie całego kraju, co ma niebagatelne znaczenie dla lokalnych społeczności – Autor doskonale opisuje rozwój kolejnych rozgłośni regionalnych Polskiego Radia, dzięki którym rzesze ludzi znękanych ciężką pracą po raz pierwszy raz w życiu mają kontakt z muzyką klasyczną, z literaturą czytaną na antenie, czy wreszcie z rozrywką pozwalającą na oderwanie się od codziennych problemów. Na audycje się czeka, całe rodziny gromadzą się przy radioodbiornikach – radio, to okno na świat!

Drugi, nie mniej ważny okres, to czasy gdy łapsko na Polskim Radiu kładzie aparat komunistycznego państwa i – rzecz do przewidzenia – monopolizuje przekaz radiowy na baaaardzo długo. Symptomatyczne – co podkreśla Autor – jest to, że pomimo cenzury i wyraźnego pacyfikowania niezależności w rozgłośniach, w radiowym środowisku istnieją ludzie, którzy umiejętnie umykają komuszym troglodytom, wciąż starając się, by radio wyszło z twarzą z tej politycznej zawieruchy, by choć część audycji miała swobodniejszy charakter.

Książka obfituje w setki ciekawostek i szczegółów z życia polskich rozgłośni publicznych, opisuje dokładnie powstawanie kolejnych programów Polskiego Radia, ich zasięg, tematykę na antenach i nade wszystko – potężny zapał techników, inżynierów radiowych, prezenterów, spikerów.
Radio staje się codziennym towarzyszem, od wczesnych godzin porannych – ze swoją gimnastyką i serwisami informacyjnymi –  poprzez reportaże, audycje muzyczne, słuchowiska i programy publicystyczne, po radiowy teatr wyobraźni i koncerty poszczególnych orkiestr Polskiego Radia. Wreszcie pojawia się Trójka i, można by rzec, okcydentalizuje się program i oferta radiowa, głównie w zakresie muzycznym. Poza tym bardzo ważny dla mnie Program Czwarty i Rozgłośnia Harcerska (w tamtych czasach punkowy głos w naszych domach!), Polskie Radio dla Zagranicy (jako jedno z nielicznych na świecie nadające niegdyś regularne audycje m.in. w moim ukochanym języku Esperanto) – mimo tego że z biegiem czasu Polskie Radio staje się biurokratycznym molochem, wciąż pracują w nim ludzie z głową na karku, pragnący puszczać w eter wszystko co najcenniejsze.
Tutaj mała dygresja – z doświadczenia słuchacza i miłośnika radia wiem, że najwięcej szkody i syfu temu medium przynoszą kolejne ekipy z politycznego nadania, absolutnie ze wszystkich opcji politycznych! Wszystkie unikalne audycje, cykle programów, wspaniałe kulturalno-edukacyjne projekty, absolutnie wszystkie, były i są po dziś dzień masakrowane przez politruków wszelkiej maści; to właśnie te pasożytnicze ścierwa najbardziej psują Polskie Radio i jego przekaz na przestrzeni wielu dekad! Może Marcin Hermanowski nie wyraża tego wprost, ale perfekcyjnie opisuje przypadki wywlania z anten rewelacyjnych audycji, zamykania całych redakcji (syf jaki zrobiono ze świetnym Radiem BIS, czy zmiany w Polskim Radiu dla Zagranicy, nie wspominając już o obecnym kształcie Polskiego Radia 24, którego, kurwa, nie da się słuchać z uwagi na upolitycznienie godne komunistycznego Radiokomitetu).

Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów, zawiera rzecz jasna informacje o innych okresach działalności Polskiego Radia, ale obejmuje także początki działania w Polsce radiofonii komercyjnej. Burdel nadawczy jaki panował na początku lat 90-tych XX wieku, to symptomatyczny czas. Wojna o częstotliwości, gangsterka w eterze, okres przejściowy pomiędzy dolnym (obowiązującym w Rosji i krajach byłego ZSRS) pasmem UKF, a nowym – górnym (tym obecnym: 87.5 – 108 MHz)… Hermanowski ze swoją opowieścią dociera aż do czasów współczesnych, gdzie radio stoi przed nowymi wyzwaniami. Niebagatelnym przedsięwzięciem jest cyfryzacja sygnału radiowgo w oparciu o technologię DAB+, coś co w Europie Zachodniej jest niemal standardem, u nas praktycznie się zaczęło (w DAB+ nadają wszystkie programy Polskiego Radia, łącznie z regionalnymi rozgłośniami). Mam przyjemność słuchania radia w DAB+ codziennie i namawiam wszystkich do kupna odbiornika DAB+! Na powrót zakochacie się w radiu!

Czego brakuje mi w tej książce? Kilku elementów. Przede wszystkim Autor nie rozwija szczegółowo technicznych aspektów działania stacji nadawczych. Brakuje mi również relacji ze słyszalności Polskiego Radia na przestrzeni lat, na długich, średnich i krótkich falach. Oprócz tego słabo opisano rynek odbiorników radiowych, a to mógłby być bardzo ciekawy rozdział!
Nie czepiam się, oczywiście. Mam świadomość, że jest to książka historyczno-popularyzatorska, a  nie techniczne archiwum.  Mimo tego, byłbym wniebowzięty gdyby w polskich księgarniach ukazała się opasła antologia nt polskiej radiofonii, obejmująca wszystkie ośrodki regionalne, opisująca szeczegółowo częstotliwości nadawania, moce nadajników, ich modernizację / wymianę.

Podsumowując: Radiofonia w Polsce…, to niezwykle cenna książka, którą powinni przeczytać wszyscy, którzy zachowali jeszcze choćby gram nostalgii w stosunku do radia oraz ci, dla których radio wciąż jest codziennym towarzyszem w życiu. Książka zawiera morze archiwalnych forografii dokumentujących działalność poszczególnych rozgłośni – jest na co popatrzeć, jest co wspominać!

***

Dla mnie osobiście temat pt.: Polskie Radio, to mega-emocjonalna sprawa. Po prostu szlag mnie trafia, gdy widzę, co dzieje się z poszczególnymi programami na przestrzeni ostatnich, powiedzmy, 20 lat. Spacyfikowano Polskie Radio BIS, absolutnie unikalny program edukacyjno-kulturalny, który wyraźnie odcinał się od gównianej popkulturowej masówki obecnej w komercyjnych shit-stacjach, który był źródłem wiedzy bez pierdolonych fajerwerków! Pewnych rzeczy nie da się sprzedać – pewne wartości i sposób ich przekazywania wymagają stabilnej formy jaką bez wątpienia było Radio BIS! Cholernie tęsknię za tym programem! W zamian mamy Czwórkę, która ni chu… nie jest kontynuatorką tej Czwórki z końca lat 80-tych. To niszówka dla juppies, przeładowana “alternatywną” papką muzyczną. Sorry, ale ja nie kupuję tego w ogóle!
Wiele lat temu Polskie Radio dla Zagranicy (zwane teraz Radio Poland) olało nadawanie na falach krótkich, co dla mnie jest szczególnym kurewstwem! Zresztą nie o mnie chodzi; tępaki odpowiedzialne za tą decyzję nie rozumieją tego, że to właśnie na falach krótkich słuchano Polskiego Radia na Ukrainie, Białorusi, w dalekich syberyjskich zadupiach Rosji, czy w zapomnianych polskich wioskach Kazachstanu. Do dziś przecież na olbrzymich tetytoriach Wschodu można zapomnieć o internecie, a radio jest jedynym oknem na świat! Zlikwidowano również na falach krótkich redakcję Esperanto, która powinna być prestiżową choćby z uwagi na fakt, że twórca języka międzynarodowego –  Ludwik Zamenhof – pochodził z Polski. Smutne, że w Espreanto nadają komunistyczne Chiny, a “fachowcy” od kierowania polityką Polskiego Radia położyli na to laskę.
Brakuje również programu informacyjnego z prawdziwego zdarzenia. To jak cudownie spierdolono Polskie Radio 24 jest dobitnym przykadem na to, że polityczne ścierwojady trzymające łapsko na Polskim Radiu rok po roku pogrążają polską radiofonię publiczną w morzu absurdu i szamba.
Jestem zdecydowanym przeciwnikiem “doganiania radiostacji komercyjnych” przez Polskie Radio. PR powinno być przedsięwzięciem autentycznie misyjnym – chcę by kasa, którą kradnie mi to pieprzone państwo została spożytkowana, a nie zmarnotrawiona! PISowskie buractwo z TVP dostaje jakieś kuriozalne miliardy na disco-polo, na jebnięte seriale, na teleturnieje dla półmózgów, na propagandę smoleńską, czy na gnioty w stylu TVP Rozrywka, a radio? Radio dogorywa, chociaż gdyby nie prawdziwi entuzjaści i profesjonaliści w tym medium, już dawno polityczne mutanty pożarły by i Dwójkę i Trójkę…

Kryzys w Polskim Radiu, to temat-rzeka… Conajmniej na kilka długich postów. Ja nie przestanę mieć nadziei na lepsze czasy dla PR. Przy rozsądnej polityce antenowej, radiofonia publiczna może jeszcze nie raz zakwitnąć, dając nam wszystkim autentyczną przygodę ze słowem, informacją i wyobraźnią!
Należy też uświadomić sobie prosty fakt. Nie ma drugiego tak unikalnego medium jak radio właśnie. Zachłyśnięcie się digitalizacją i transmisją internetową na nic się nie zda w przypadku jakichkolwiek poważnych kryzysów; w sytuacji, gdy nastąpi jakieś wielkie “bum!” na skalę kontynentalną / światową, znika internet, znika telewizja, nie ma prasy.. Pozostają prawa fizyki i fale radiowe… I książki w zgliszczach…

Padraic Kenney – Budowanie Polski Ludowej. Robotnicy a komuniści 1945-1950

Podziel się:










0Shares

 

Książka ta zapewne umknęłaby mi w morzu wydawniczych nowości, gdyby nie radiowa audycja na jej temat. Po wysłuchaniu opinii, postanowiłem ją kupić. Przyznam, że zaciekawiła mnie symptomatyczna dychotomia zawarta w podtytule: “robotnicy i komuniści”; pomyślałem, że Autor potraktował temat solidnie, jeśli – słusznie skądinąd – oddzielił dwa byty: klasę robotniczą (mającą przed wojną bogate tradycje strajkowe i spory instynkt samoorganizacji – [o czym później]) od “komunistów” – decydenckiej grupy “spadochroniarzy” ze stalinowskiej Moskwy pełniącej w istocie rolę posłanników okupanta, jakim faktycznie był ZSRS.
Nie mniej interesujący wydał mi się okres, na jakim skupił się Autor, a więc lata 1945-1950: czas, gdy reżim komunistyczny nie tylko zakorzeniał się strukturalnie na ziemiach polskich (łącznie z ziemiami odzyskanymi, potraktowanymi dość obszernie w w/w książce), ale i  rozkręcał swoją machinę opresji – głównie przeciwko klasie robotniczej właśnie.

Padraic Kenney opisuje relacje: robotnicy vs komuniści, ale z założenia robi to wybiórczo. Pomimo tego jego książka wydaje się jedną z pierwszych w tym zakresie na oficjalnym rynku wydawniczym (nie licząc drugoobiegowych i niszowych publikacji lewicowych i anarchistycznych po 1989 roku).
Dlaczego wybiórczo? Autor postanowił na ową relację spojrzeć przez pryzmat dwóch bardzo istotnych miast w historii powojennej Polski: Łodzi i Wrocławia. Wybór tych miast nie jest przypadkowy. Łódź, jako potężny ośrodek przemysłowy (w czasach zaborów jak i  po odzyskaniu niepodległości, aż do czasów powojennych) ze świadomą swoich praw klasą robotniczą i tradycją strajkową, jest wyborem oczywistym (tym bardziej że po wojnie Warszawa leżała w gruzach, a komunistyczny aparat i administracja przeniosły się właśnie do Łodzi). Wrocław natomiast – wielkie miasto odzyskane na ziemiach często nazywanych polskim Dzikim Zachodem, dla komunistów przestrzeń do zaanektowania przede wszystkim propagandowo i organizacyjnie, ale i przemysłowo.
W obu tych miastach relacje robotników z aparatem komunistycznym były diametralnie różne i to właśnie decydyje o wyjątkowości książki Kenny’ego.

Autor, sięgając do polskich archiwów w Łodzi, opisuje bardzo rozwiniętą świadomość klasową robotników przemysłu tekstylnego w 1945 roku i w latach kolejnych. Nic dziwnego. Łódź pod tym względem zawsze wyróżniała się na tle innych polskich miast, posiadając bogatą i długą tradycję ruchu robotniczego. Oczywiście miasto nie zawdzięcza tego ani KPP, ani prostalinowskim strukturom politycznym; w Łodzi “rządzi” PPS i syndykaliści, co jest solą w oku komuchów, którzy zaczynają dopiero wnikać w środowiska robotnicze. Padraic Kenney szczegółowo opisuje akcje strajkowe łódzkich robotników, którzy dosyć szybko zdali sobie sprawę, że KPP nie jest żadnym emisariuszem sprawy robotniczej, a kolejną machiną opresji żerującą na ich ciężkiej pracy. Bardzo istotną kwestią jest permanentne dążenie do osłabienia tradycji (anarcho)syndykalistycznej w fabrykach; autentyczna samoorganizacja w łódzkich fabrykach po wojnie była modelowo realizowana właśnie na gruncie anarchosyndykalizmu, kiedy to robotnicy po wojnie sami wracali do fabryk, w których pracowali, przejmowali je, dokonywali niezbędnych napraw i sami ruszali z produkcją, szukając na własną rękę kooperacji – bez państwa, aparatu partyjnego i bezpieczniackiego.
Komuniści robili wszystko, by “złapać za ryj” krąbrne i skore do buntów pracownice przemysłu włókienniczego i przede wszystkim opanować newralgiczne dla siebie punkty: rady zakładowe i związki zawodowe.

Wrocław natomiast jest przykładem diametralnie innej organizacji powojennej klasy robotniczej. Miasto wyrwane spod wpływu Niemiec, zniszczone z leżącym na łopatkach przemysłem (nigdy nie rozwiniętym tak jak na Śląsku, czy w Łodzi właśnie), z olbrzymią ilością ludności napływowej (głównie ze wsi i z całej Polski, gdzie ziemie odzyskane były traktowane jak “eldorado” i obietnica lepszego startu po zawierusze wojennej). Tutaj KPP mierzy się głównie z szabrownictwem, analfabetyzmem wśród robotników, uruchamianiem starych zakładów i tworzeniem nowej industrialnej tkanki miasta. Wrocław nie posiada jednolitego środowiska robotniczego, a sami robotnicy często porzucają pracę i szukają nowych możliwości zarobkowych w zdewastowanym mieście. Te i inne czynniki sprawiają, że we Wrocławiu strajk jest rzadkością, a eskalacja opresji ze strony struktur bezpieczeństwa – większa.

W oparciu o te dwa miasta, Padraic Kenney analizuje kilka ważnych aspektów tytułowej relacji: robotnicy-komuniści. Po pierwsze szeroko (zwłaszcza w przypadku Łodzi) opisuje on rewolucję w samych fabrykach i sukcesywne wyjaławianie środowiska robotniczego na rzecz totalnej nad nim kontroli. Po drugie opisuje zmiany w samej KPP i jej zaciekłą walkę o wpływy z o wiele bardziej doświadczoną (i cieszącą się większym zaufaniem wśród robotników) PPS – aż do chwili spacyfikowania i wchłonięcia tej ostatniej (“zjednoczenie” i powstanie PZPR). Po trzecie Kenney skupia się na takich kwestiach jak powojenna retoryka klasowa, współzawodnictwo pracy (jako kolejne narzędzie podporządkowania sobie klasy robotniczej), robotnicza i socjalno-bytowa świadomość pracujących kobiet (szczególnie interesujący i wcześniej nie podejmowany temat w publikacjach historycznych tego typu!) i rozziew pomiędzy tradycją przedwojennego pokolenia robotników, a młodym, w większości napływowym elementem “nowej klasy robotniczej”.

Budowanie Polski Ludowej jest publikacją wyjątkową, ale i problematyczną. Autor niestety uległ dziwnej tendencji do “łagodzenia” obrazu nowej władzy w 1945 roku. Dlaczego? Ano bagatelizuje on aktywność służby bezpieczeństwa bezpośrednio po przejęciu władzy przez KPP – zarówno w społeczeństwie jak i w fabrykach. Na próżno szukać w książce aktywności ubecji i jej brutalnych metod działania już na starcie “ludowej ojczyzny”. Jakkolwiek słusznie Padraic Kenney zauważa, iż stalinowskie represje nie zaczęły się przecież w 1945, “spychając” niejako epicentrum stalinizmu poza ramy 1945-1950, skrzętnie pomija on wszelkie zwiastuny owego zamordyzmu (którego zapowiedzi były przecież immanentnie wplecione w system decyzyjny partii, a sam Autor podaje szereg przykładów tegoż), zaledwie dwa, trzy razy przebąkując gdzieś na marginesie, że nie neguje on zasadniczo faktu, że to, co działo się przed rokiem 1950 było jasnym preludium do stalinizmu w wersji hard w latach późniejszych.
Książka w ogóle jest niezwykle “łagodną” publikacją; Autor nie jest Polakiem (co w przypadku historyka jest tylko in plus w interesującym nas dyskursie) więc nie znajdziemy w tej książce typowo polskich: wichury antysowieckiej, czy mydlin quasi-lewicowych obrońców spod znaku: owszem, były zbrodnie i represje, ale przecież odbudowano Polskę! Mimo tego, podczas lektury daje się odczuć lekki powiew michnikowszczyzny i tego typowego relatywizowania a’la Gazeta Wybiórcza, nawet jeśli owym relatywizowaniem jest po prostu niepisanie o pewnych faktach.

Podsumowując… Budowanie Polski Ludowej, to pozycja godna uwagi, albowiem jest świetnie udokumentowaną publikacją historyczną, gdzie mamy możliwość zapoznania się z jednostkowymi i grupowymi portretami robotników bezpośrednio po wojnie. Podczas lektury obserwujemy sukcesywne tłumienie wszelkich buntowniczych odruchów klasy robotniczej przez aparat partyjny, który za wszelką cenę pragnie przejąć kontrolę nad wszystkim, co daje robotnikom możność owocnej walki o swoje prawa i lepsze położenie socjalno-bytowe. Ponadto w książce znajdziemy bogato udokumentowaną walkę KPP vs PPS w latach powojennych, aż do czasu spacyfikowania i wchłonięcia PPS.
Można tylko żałować, że Autor nie podjął się poszerzenia obszaru badawczego o Śląsk – mielibyśmy wtedy dzieło naprawdę monumentalne! No i oczywiście drażni nieco owa łagodność ocen w stosunku do pierwszych lat działania aparatu komunistycznego w Polsce. Jedna, czy dwie ciche deklaracje Kenny’ego, że nie neguje on opresyjności tego systemu, to nie tylko stanowczo za mało – to poważna luka w tej pracy historycznej w kontekście samych faktów.

“Resortowe dzieci. Służby”

Podziel się:










0Shares

Upał za oknem nareszcie zelżał… Po kilkunastu godzinach w temperaturze 30+ (zarówno w laserowym shicie jak i na zewnątrz), pokryta szronem flaszka samogonu wyjęta z zamrażarki wygląda mega-kojąco! W tle na zmianę kanadyjski Legion666, Humanicide i Krigshot i czeska Anaalia… Blackened crust/gore/grind rzeźnia i lekki powiew powietrza – recenzja wieczorową porą…

Resortowe dzieci. Służby… Cegła. Żółta cegła. Blisko tysiąc stron kolejnego (drugiego już – po Mediach)  tomu z serii Resortowe dzieci, popełnionego przez trio: Targalski – Kania – Marosz. Postanowiłem kupić kolejną część odysei prawicowych węszycieli komuszych złogów w III RP, albowiem pierwsza część w dosyć przystępny politycznie sposób ukazała, iżi rodzinne oraz okołorodzinne koneksje rodem z komunistycznego reżimu nie tylko pomagają w karierze zawodowej, ale i utrwalają to, o co tak usilnie walczyła michnikowszczyzna – postkomunistyczny consensus i patologiczne status quo w dyskursie społeczno-politycznym. Co prawda obecnie (ściślej – po wyborach prezydenckich i po relatywnym sukcesie Kukiza) Wybiórcza i przyjaciele w lekkim zamotaniu pierdolą tak krzywe bzdury, że pękać ze śmiechu można każdego dnia (znowu – polecam poranki w radiu TOK FM, TVN24, Politykę… długo nie da się tego łykać, ale… warto spróbować) niemniej właśnie w podobnych sytuacjach doskonale widoczna jest mentalność tego środowiska.

Tom poświęcony służbom specjalnym konstrukcyjnie jest bliźniaczo podobny do tego nt ludzi mediów. Czyli mamy sylwetkę człowieka w kontekście współczesnych wydarzeń społeczno-politycznych, po czym Autorzy sięgają do dokumentów i faktów z przeszłości, ukazujących komunistyczny rodowód delikwenta /-tki. W 99% przypadków mamy do czynienia z rodzinną “tradycją” umacniania ludowej ojczyzny w strukturach MBP, MON, WSW, UB i SB. Ten sam schemat powtarzany jest w przypadku męża / żony bohatera danego rozdziału, względnie w stosunku do dzieci, które dzięki wtykom starych, panoszą się obecnie w biznesie, czy – po linii rodzinnej – w służbach.

Po 1989 i później, po stworzeniu w “wolnej i demokratycznej” RP struktur WSI, UOP-u (a potem ABW i AW), spora część komuchów wysługujących się sowieckiej machinie – po “pozytywnej weryfikacji” – przeszła automatycznie na etaty w służbach “niepodległej” Polski. Maleńki wycinek tychże mamy na okładce książki: ryje doskonale znane z medialnych ruchawek w jedynie słusznych gazetach i telewizjach. Profesjonaliści, fachowcy, legendy – różnie się ich określa… Wszyscy bez wyjątku z komuszym rodowodem, z ojcami i dziadkami w służbie jednego z najkrwawszych reżimów…
Grubo przed Okrągłym Stołem, ekipa Jaruzela (m.in. na czele z Cioskiem i Rakowskim) tworzyła nie tylko scenariusze podzielenia się władzą z “konstruktywną opozycją” (jak nazywano kolesi z otoczenia Kuronia, Mazowieckiego, Geremka i Michnika), ale i próbowała – przewidując rozjeb tego kalekiego systemu – dostosować operacyjną strategię służb do nowych (w domyśle – zbliżających się) warunków ekonomicznych. Przy aprobacie Kiszczaka i innych czołowych zbrodniarzy, oficjalnie i na niejawnych etatach, agenci komunistycznych służb specjalnych (oraz bohaterowie Resortowych dzieci) zaczęli tworzyć spółki polonijne, mniej lub bardziej fikcyjne biznesy, gdzie pod przykryciem inwigilowano politycznie niewygodnych partnerów, albo gdzie (po prostu) wyprowadzało się kasę “socjalistycznej ojczyzny” na prywatne konta.
Ciekawym wątkiem tej książki jest Komorowski, prezydent ex, człek zżyty z kumplami z WSI  na zabój. Warto zapoznać się ze szczegółowymi (naprawdę szczegółowymi!) informacjami na temat tego gościa i jego rzekomej transparentności w życiu publicznym / opozycyjnym.
Powtórzę to, co napisałem przy okazji recenzji Resortowych dzieci nt mediów: cały ten Frondowski projekt wydawniczy uznałbym za kolejne popłuczyny prawicowych frustratów (tym bardziej, że Targalski – współautor serii – nie jest jakimś diamentem błyszczącym, o czym przekona się każdy, kto – idąc metodą Autorów – pogrzebie w jego życiorysie), gdyby nie fakt, że jednak cykl ten jest naprawdę rzetelny pod względem faktograficznym. Naprawdę. Można stroić kwaśne miny i krzywić ryje, jak czynią to Blumsztajn, Paradowska, Wielowieyska, Lis, oraz kilku bohaterów “żółtej cegły” (oni krzywią ryje z… kamienną twarzą, jak na samca-agenta przystało) – nie zmieni to jednak faktu, że rodzinne koneksje i tradycje, czasem świadomie podtrzymywane w kolejnym pokoleniu, czasem siedzące za skórą, wyłażą w tzw. “wolnej” Polsce. Ludzie Kiszczaka nie spalili wszystkich akt; mania inwigilacji, żądza prześladowań była tak ogromna, że papier – który, jak wiadomo, przyjmie wszystko – nie kłamie. Są dokumenty, wnioski o przyjęcie do służby, wiernopoddańcze onanizmy ku chwale PRL i ZSRR. Są podpisy, fakty.
Nienawidzę apelować do kogokolwiek, zwłaszcza, gdy idzie o historyczny syf za paznokciami “wolnej Polski”, ale tutaj chciałbym zasugerować entuzjastom obecnego porządku, aby skusili się i przeczytali tą cegłę. Czyta się długo i nuda wkrada się w sam proces zaznajamiania się z treścią (co jednak wychodzi na dobre, albowiem poznajemy krok po kroku, wraz z dokumentami i niepodważalnymi faktami, o co kaman), ale lektura włazi “w krew”.

Wiem, brzmi to cholernie dziwnie z ust anarchisty; po prostu ubolewam nad faktem, że środowisko wolnościowe (względnie radykalna, wolnościowa, nieautorytarna lewica [hehehhe, dygresja: brzmi to zabawnie w czasach, gdy nawet popaprańcy z Sejmu, w stylu Rozenka czy “ultra-lewicowej” Nowickiej, to lewacy]) nie potrafi wyjść na zewnątrz ze swoją (jeszcze bardziej radykalną) krytyką III RP, jako struktury quasi-wolnej. Co bardziej nierozgarnięty i tępawy również mnie nazwie lewakiem, co zrobić… :)

Kwas, porażka i skandal w związku z “żółtą cegłą”!

Fronda, super-katolski głos w nielicznych domach i głowach, niszowe wydawnictwo z bajdurzeniami o duchu świętym, miłosierdziu i tym podobnym idiotyzmom, dała dupy! Otóż wydała 920 stron w sposób mega-skandaliczny! Oglądałem na youtube kilka spotkań autorskich, gdzie wydawca z Frondy onanizował się wzrostem sprzedaży (między słowami?), całe prawicowe towarzystwo klaskało, a nikt z sekty nie zwrócił uwagi na to, że… w XXI wieku nie klei się takiej ilości stron!
Płacisz za książkę, otwierasz ją, czytasz… Dochodzisz do strony 390. albo 510. i to wszystko się rozkleja!
Ja naprawdę pamiętam pismo Fronda, pamiętam Lewą Nogą i pamiętam Mać Pariadkę w małym formacie… Po prostu pamiętam te czasy! Panowie z Frondy!!! Czas przeznaczyć zysk z serii Resortowe dzieci na to, by książka nie rozpadała się w czasie czytania!
Ja oddam swój egzemplarz Resortowych dzieci. Media, za darmo komukolwiek, kto zamieni się ze mną za jakąś ciekawą historyczną książkę (względnie literatura faktu).  Albo oddam komuś, kto naprawdę chciałby przeczytać, a nie stać go na kupno – tylko koszty wysyłki! Piszcie!
Po prostu nie nabijajcie kabzy ludziom którzy, wydali gruby tom po amatorsku! Ja swój oddam / zamienię!