Zabezpiecz swoją przeglądarkę! Prywatność w sieci

Podziel się:
0Shares

nsa

Po ostatnich doniesieniach nt PRISM i ujawnieniu przez Edwarda Snowdena “kilku znamiennych faktów” odnośnie tego, co świnie z rządowych agencji oraz it-multikorporacje wyczyniają w necie z naszymi danymi, część ludzi (nagle) się przeraziła skalą problemu; oto bowiem nieliczne grono osób i urzędów/firm/instytucji śledzi nasz każdy krok, każdy klik w necie, kradnie nam dane, sprzedaje je firmom trzecim i robi to absolutnie bezkarnie.

Wiecie co? Chce mi się śmiać. Od wielu lat mówiłem o tym znajomym, a oni tylko odganiali mnie jak natrętną muchę, twierdząc że jestem linuksowym fanatykiem, zwolennikiem spiskowych teorii, obsesyjnie nienawidzącym Windowsa, Facebooka i innych takich. Machali jedynie ręką, uważając mnie za nieszkodliwego dziwaka, który pieprzy o jakimś tam proprietary software, internetowej inwigilacji i pazernych korporacjach.

Nie chodzi o to, że byłem/jestem w posiadaniu jakiejś tajnej wiedzy. Wszystko, co ujawniły mainstreamowe media w sprawie PRISM nie jest niczym nowym. To nowość raczej dla przeciętnych klikaczy internetowych, swoisty “szok”. Jak to?! Facebook i Google cokolwiek mi kradną i podglądają mnie? Yahoo i Skype też? Moja skrzynka pocztowa na Gmail jest dostępna dla kogoś innego? Podobne pytania pojawiają się teraz coraz częściej, bo – niestety! – wiedza pierwszego z brzegu użytkownika internetu w kwestii prywatności jest niemal zerowa.

Chciałbym pokrótce napisać, jak ograniczyć rozmaitym szumowinom dostęp do naszego kompa. Autentyczna 666%-owa prywatność w internecie, to spore wyzwanie wiążące się z pewną wiedzą techniczną i dla szeregowego internauty jest raczej nieosiągalna w pełni na domowych komputerach. Możemy jednak użyć kilku prostych narzędzi, które sprawią, że nie będziemy molestowani w sieci tak jak dotychczas. Posłużę się Firefoxem, bo jest to całkiem przyzwoita przeglądarka jeśli chodzi o dostepność odpowiednich dodatków bezpieczeństwa (oczywiście te same narzędzia dostępne są w Iceweasel’u – debianowskiej wersji Firefoxa).

Adblock Plus

adblock

Adblock, to zasadniczo pierwszy dodatek, jaki trzeba zainstalować po pierwszym uruchomieniu przeglądarki. Ilość reklam w necie jest kosmiczna, a komfort poruszania się po stronach wypełnionych po brzegi tym gównem, jest po prostu żaden. Większość ludzi ogranicza się jedynie do instalacji, nie zaglądając w ustawienia i nie weryfikując filtrów Adblock’a – przyjrzyjcie się im, wybierzcie dodatkowe! Poza tym dzięki temu rozszerzeniu zablokujemy również koszmar ostatnich miesięcy, czyli wkurwiające, permanentnie wyskakujące popup’y informujące nas o tym, że dana strona używa cookies. Dobry człowiek zrobił filtr, który blokuje nam te debilne powiadomienia. Wystarczy odwiedzić tą stronę i dodać filtr zgodnie z instrukcją.

Better Privacy

betterprivacy

Better Privacy, to dodatek monitorujący ruch w sieci pod kątem ciasteczek. Blokuje i usuwa m.in. super cookies, ciastka o długiej żywotności, ciastka-Flash, czyli LSO (Local Shared Objects). Przydatne narzędzie, którego jednak należy używać z rozwagą, coby nie usunąć sobie bezmyślnie zapisanych haseł, czy ustawień np. gier online. Better Privacy spisuje się jednak świetnie – polecam!

LastPass

lastpass

LastPass jest rewelacyjnym menadżerem haseł do wszystkich naszych kont w internecie. Przy pomocy jednego (solidnego i trudnego do odgadnięcia, rzecz jasna) hasła logujemy się na wszlekie nasze konta, profile etc. Nie musimy pamiętać 666 haseł do poszczególnych miejsc w sieci – wystarczy nam hasło LastPass, którego możemy używać wszędzie. LastPass jest bezpieczne, przechowuje nasze dane na indywidualnym koncie (zwanym szpanersko Sejfem), a poza tym oferuje wiele użytecznych funkcji, jak np. tworzenie bezpiecznych notatek, autouzupełnianie formularzy, generowanie bezpiecznych haseł i wiele innych. Rzecz baaaardzo przydatna w przeglądarce.

Ghostery

ghostery

Ghostery, to świetny patent na upierdliwych skurwieli w stylu Google Analytics, Facebook’a, Quantcast itp. Bezlitośnie rozprawia się ze stronami śledzącymi nasze kliki, lajki i naszą aktywność na poszczególnych stronach. Doskonale blokuje wszelkie trakerstwo, szpiegujące nas reklamowe robactwo, sieci społecznościowe oraz bezużyteczne widgety, których pełno w necie. Z Ghostery radykalnie ograniczamy dostęp do naszego kompa rozmaitym potworkom spod znaku scumware.

Dodatek jest w pełni konfigurowalny. Cały czas mamy kontrolę nad blokowanymi elementami, możemy je odblokować, czasowo lub na stałe; ikona duszka informuje nas o ilości i rodzaju blokowanych aktywności w sieci. Po zainstalowaniu Ghostery sami przekonacie się, ile shitu próbuje wyssać informacje o was i o tym, co robicie w necie.

WOT (Web of Trust)

wot

Obowiązkowy add-on do każdej przeglądarki. WOT, to narzędzie służące do oceny reputacji stron internetowych. Sygnalizuje nam, czy dana strona jest godna zaufania, czy jest bezpieczna pod kątem ewentualnych ataków, wyłudzania danych etc. Instalując WOT, sami również oceniamy strony, które odwiedzamy, dzięki czemu baza informacji nt. bezpiecznego surfowania powiększa się z minuty na minutę na całym świecie. Wyniki WOT nie są 100%-owo miarodajne, ale w olbrzymiej większości przypadków ostrzegają nas przed wdepnięciem w gówno stron potencjalnie niebezpiecznych dla naszego kompa, kont i danych.

FoxyProxy

foxyproxy

FoxyProxy automatyzuje i ułatwia łączenie się przez serwer (bądź wiele serwerów) proxy. Ustawienia dodatku umożliwiają nam precyzyjną konfigurację połączenia przez proxy, w każdej chwili możemy przełączać schemat połączenia (np. proxy|default) i mamy kontrolę nad tym jak i przez jakie serwery łączy się nasza przeglądarka. Ikona na pasku informuje o stanie FoxyProxy.

DuckDuckGo

ddg

Nie wyobrażam już sobie wyszukiwania czegokolwiek w necie bez DuckDuckGo! To free & open source wyszukiwarka zapewniająca nie tylko prywatność podczas wyszukiwania (o czym możecie pomarzyć, używając Google), ale oferująca precyzyjny system wyszukiwania dokładnie tego, co chcesz znaleźć (zamiast stada “sugestii” w formie korporacyjnych linków, pierdolonych reklam i innego chłamu). DuckDuckGo możemy skonfigurować pod nasze własne potrzeby, mając pewność, że wyszukując cokolwiek nie jesteśmy śledzeni i otrzymujemy takie wyniki wyszukiwania o jakie nam chodzi.

Ja już dawno olałem Google i korzystam wyłącznie z DDG. Dobrym dopełnieniem wyszukiwania wolnego od trackingu są: Seeks oraz YaCy Sciencenet.

* * *

Powyższe dodatki do Firefoxa/Iceweasela w jakimś stopniu czynią nasze poruszanie się w necie bezpieczniejszym. Dla mnie te dodatki, to absolutne minimum, by w miarę komfortowo grzebać w sieci. Używanie bowiem “gołej” porzeglądarki jest nie tylko niezbyt bezpieczne, ale po prostu głupie. To rzecz jasna nie wszystkie rozwiązania problemu ochrony prywatności w internecie (nie wspomniałem np. o bardzo ważnym instrumencie spod znaku anonymity online, jakim jest Tor – temat na osobny, obszerniejeszy post), ale liznąłem chociaż zagadnienie…

Nie łudzę się, że w perspektywie czasu nasze położenie w internecie zmieni się na korzyść naszej prywatności i mniejszej ekspansywności multikorporacji; wielkie firmy, rządy i inne tałatajstwo tego typu będą robić wszystko, by wleźć w nasze kompy. Komputer podłączony do internetu już dawno przestał być zabawką do gier, gadu-gadu i faceshita – stał się bramą do naszych danych, informacji prywatnych, narzędziem inwigilacji w sytuacji, gdy o nic nie jesteśmy podejrzewani, a całe hordy ścierwojadów szpiegują nas każdego dnia. Mam nadzieję, że wkrótce przyjdzie czas, gdy ludzie zajarzą, iż nie są to żadne bełkoty maniaków wolności opragramowania i wolności w sieci w ogóle. Czy tego chcemy, czy nie, internet jest już częścią naszego życia – podobnie jak wymieniamy zamki w drzwiach mieszkań, powinniśmy wreszcie zrozumieć, że ochrona naszej prywatności w necie również musi być podyktowana naszą własną troską o to, co mamy – w kompach, a przede wszystkim w naszych głowach. Brak wiedzy i chęci z naszej strony sprawi, że byle rządowo-urzędnicza, albo korporacyjna świnia wejdzie wkrótce w nasz życie przez kabel netowy…

Na koniec warta odwiedzenia strona prezentująca w pełni funkcjonalne, bezpieczne i przede wszystkim otwartoźródłowe alternatywy dla najpopularniejszego netowego oprogramowania (dla Linuxa/BSD/GNU, Windowsa oraz  iOS) patronowana przez Free Software Foundation.

Firefox 21.0 i weechat 0.4.1 – pożegnanie z Iceweaselem oraz irssi | Chrome sucks!

Podziel się:
0Shares

Kolejny dist-upgrade mojego Linuxa przyniósł kilka rozczarowujących zmian. Dotychczas przyzwyczaiłem się, że java wysypuje się w kolejnych wersjach Opery, tym razem jednak w Operze wszystko działa poprawnie, a Iceweasel zaczął strzelać fochy. Pobrałem więc nową paczkę javy, skompilowałem, zaktualizowałem przez update-alternatives i… lipa. Poza tym Iceweasel 17.0.6 (debianowskie wydania – oprócz gałęzi experimental –  zawsze są nieco “z tyłu” wobec “prawdziwego” Firefoxa) nie obsługiwał kilku ważnych dla mnie dodatków, nie wspominając już o radykalnym zmniejszeniu dostępnych motywów wyglądu (w sumie najmniej istotna sprawa).

Nie wywaliłem Iceweasela – postanowiłem pobrać paczkę najnowszego Firefoxa 21 i wrzucić ją do ~/.firefox_browser, odpalając przeglądarkę właśnie z tej lokalizacji. Wiadomo, że w wyniku różnic pomiędzy społecznością Debiana, a Fundacją Mozilla, debianowskie repozytoria nie udostępniają pakietu .deb Firefoxa. Nie jest to jednak problem dla chcących na Debianie używać Firefoxa.

Wadą umieszczenia Firefoxa w /home jest to, że chcąc ustawić Firefoxa w Debianie jako przeglądarkę domyślną, po wpisaniu w konsoli:

# update-alternatives --config x-www-browser

… nie znajdziemy Firefoxa na liście. W necie jest jednak sporo wskazówek, jak ten problem rozwiązać. Ja “męczyłem” się z tym jakieś 15 minut, aż z nieocenioną pomocą przyszedł  kolega log0ut, który podesłał mi ten oto link. Kilka wstukanych komend i Firefox stał się domyślną przeglądarką w moim systemie.

firefox

Firefox 21 poprawnie radzi sobie z javą, wszystkie potrzebne mi dodatki są dostępne, więc bajka. Oczywiście będę czekał na nowe wydanie Iceweasela.

* * *

Od dosyć dawna mój ulubiony konsolowy klient IRCirssi, nie jest rozwijany. Nie grzebałem w necie na tyle, by szukać przyczyn, dla których deweloperzy tego najfajniejszego ircowego klienta przestali się nim zajmować, niemniej jednak skłoniło mnie to przesiadki na weechata. Weechat jest przyjaznym i wygodnym klientem IRC dla systemów uniksowych działającym w konsoli. Oczywiście miałem z nim do czynienia wcześniej i wiele lat temu aktywnie używałem go na Xubuntu, ale zawsze wracałem do irssi (nostalgia i przywiązanie). Teraz skonfigurowałem weechata dokładnie pod własne potrzeby i śmiga chyba nawet lepiej, aniżeli irssi.

bitlbee
mój weechat [okno wtyczki identi.ca w bitlbee]

Weechat wygląda naprawdę fajnie i czytelnie. Domyślnie po odpaleniu mamy po prawej stronie pionowy buffer z listą uczestników danego kanału (lub z listą znajomych – jeśli używamy w weechacie bitlbee), co w irssi było dostępne jedynie poprzez dociągnięcie odpowiedniego skryptu i odpalenie programu poprzez screen. Dzięki zestawowi skryptów możemy modyfikować wygląd i funkcjonalność naszego klienta IRC (co skwapliwie wykorzystałem). Konfiguracja – dla zaznajomionego nieco z konsolą – jest bardzo prosta (a po instalacji skryptu iset.pl – wręcz banalna), podobnie jak użytkowanie. Polubiłem weechata na tyle, że stał się moją “defaultową” aplikacją obsługującą IRC i – poprzez bitlbee – Jabbera oraz identicę.

* * *

Na koniec ciekawostka ze stajni (chlewni?) Google…

Od jakiegoś czasu Chrome (oraz l Chromium) wywala dziwne info, gdy ktoś próbuje wejść na mojego bloga. Po wpisaniu adresu wyskakuje takie oto coś:

chromium

Uwagę na to zwrócił mi ktoś na ircowym kanale, gdy chciał zobaczyć screeny mojego Linuxa na blogu. Poprosiłem zatem kilku innych znajomych używających Chrome/Chromium i wynik był dokładnie taki sam, jak na powyższym screenie… Zagrożenie malware’owe na moim blogu?! Yyyy?? Sprawdziłem odruchowo bloga na Iceweaselu i Operze (sądząc, że zmieniło się coś przez ostatnie godziny) i wszystko wyświetlało się poprawnie, a strona otwierała się bez żadnych ostrzeżeń bezpieczeństwa (dodam, że w przeglądarce mam sporo dodatków śledzących i skanujących potencjalne zagrożenia w sieci). Pieprzona google’owska maszynka do przeglądania netu była/jest zatem wyjątkiem…

Jakoś dziwnie się złożyło, że komunikaty w Chrome zaczęły pojawiać się mniej więcej w tym samym czasie, gdy zacząłem blokować w swojej przeglądarce wszelkie widgety i śledzące ścierwa pochodzące od Google (rzecz jasna również w czasie gdy jestem zalogowany na blogu i np. edytuję jakiś wpis). Zeskanowałem bloga chyba przez dziesieć skanerów on-line i wszystkie bez wyjątku potwierdziły brak jakichkolwiek zagrożeń ze strony www.discrust.wordpress.com

Blog jest zatem całkowicie bezpieczny.

Nie chcę tutaj spiskowo spekulować, ale google’owskiej przeglądarce i wszystkim narzędziom szpiegująco-śledzacym made by Google mogę powiedzieć jedynie: FUCK OFF AND DIE!

Opera Next 12.14

Podziel się:
0Shares

opera_infoNie byłbym sobą, gdybym po upgradzie (mój obecny kernel widoczny na screenie powyżej) nie zajrzal do oficjalnego wydania Opery (12.12) no i do mojej faworytki, czyli Opery Next. Z każdym upgradem Opery skrzętnie sprawdzam zmiany i muszę z przykrością stwierdzić, że wersja 12…, to wciąż lipa. Jeszcze nigdy Opera nie rozjeżdżała się tak jak od 12-tki. Odpalam 12.12 i w wielu przypadkach np. CSS na stronach totalnie się sypie.

Progres ewidentnie widać w Operze Next. CSS w porządku, Java bez zarzutu, wszystkie inne funkcje i rozszerzenia działają bajkowo. Wersja 12.14 – testowa – spisuje się świetnie. Klient poczty i IRCa – jak zwykle – na medal.

opera_1

opera_irc

Szybkość ładowania stron Opery Next 12.14 jest o wiele większa, niż w Iceweasel’u. Żarłoczność tej przeglądarki odpowiednio mniejsza, niż w debianowskim Firefoxie. Opera zrezygnowała jakiś czas temu z usługi Unite (co mnie mega-wkurwia!!!) i jest ona niedostępna zarówno w 12.12 jak i w Next. Mimo tego, obie wersje posiadają denerwujące opcje uruchomienia tejże, chociaż ni chu… nie można z nich korzystać. Loguję się na moje konto Opera Unite i… tyle. Zero dostępu do aplikacji, usług… NIC! Konto jednak działa, bo każdorazowo – przy zamknięciu – Opera powiadamia o uruchomionym koncie. Wkurzające to – deweloperzy powinni wyłączyć opcję korzystania z czegoś co [już] nie istnieje, względnie powrócić do – moim zdaniem – tej najbardziej wartościowej funkcji przeglądarki!

Co do rozszerzeń, miło zaskakuje wersja Stylish for Opera. Problem jedynie w tym, że dokładnie te same style pod Iceweasel’a i Operę, różnią się finalnie. W Iceweasel’u edytowałem kod dla mojego profilu identi.ca (przykro stwierdzić, ale identi.ca po zablokowaniu możliwości edytowania wyglądu profilu [z poziomu ustawień – nie każdy przecież będzie bawił się w grzebanie w kodzie źródłowym] wygląda koszmarnie) i wszystko wygląda jak chciałem. Ten sam edytowany kod wrzucony poprzez Stylish w Operze wygląda inaczej, co wiąże się z kolejnym grzebaniem i zmianami. Uciążliwe. Sytuację ratuje Include CSS – rozszerzenie przydatne dla takich pojebów jak ja.

Po raz pierwszy skorzystałem z LastPass dla Opery – działa bez zarzutu.

Podsumowanie: Opera Next bije na głowę oficjalne, stabilne wydanie, nie wysypuje się, trzyma się wszelkich zgodności i standardów sieciowych. Czekam na przełom, bo chyba deweloperka tej zamkniętej źródłowo przeglądarki (choć i tak ostatnio w necie pojawiły się – szybko zdementowane, niestety – ploty o zmianie licencji Opery) tkwi w jakimś “impasie 12-kowym”.  Szczerze chciałbym, żeby ta najlepsza przeglądarka działała tak, by nie można było się przyjebać do czegokolwiek.

Android – Opera Mini vs Firefox Beta | Linuksowe njusy z mojego Aptosida

Podziel się:
0Shares

Z czystej ciekawości zainstalowałem betę Firefoxa dla Androida. Wcześniej to i owo czytałem nt. tego projektu mobilngo Firefoxa (głównie gdzieś tam na ircowych kanałach i na Diasporze*) i w zasadzie – w moim mniemaniu – przeważały ochy! i achy! nad rzetelną informacją techniczną (która rzecz jasna jest w necie dostępna, ale musiałbym mieć 666 wcieleń, żeby śledzić wszystko w internecie), a w kontrze do tego – totalna krytyka i zjebki dla deweloperów projektu.

SC20130111-153026

Sama instalacja – tragedia. Trwało to nieznośnie długo – paczka po instalacji zajmuje u mnie 8,10 MB (dla porównania: Opera Mini, to… 820 kB!). Po pierwszym odpaleniu pojawia się strona powitalna a’la speed dial z domyślnymi okienkami typu: Firefox – pomoc, Firefox – dodatki itd. Wygląd – fajny, schludny, z kartami podobnymi do Chrome. Po dotknięciu nowej karty, poprzednia zwija się horyzontalnie do połowy ukazując opcję nowej karty z okienkiem adresowym. To najbardziej mi się podoba (zdecydowany plus w porównaniu do mobilnej Opery) w androidowym Firefoxie.

SC20130111-153131

Potem jest już tylko gorzej i gorzej… Niestety mobilny Firefox (przynajmniej u mnie) jest meeeega-wolną przeglądarką. Najwolniejszą, jaką testowałem pod Androidem. Mój profil na identi.ca (jakby nie było, identi.ca, to strona mega-prosta i nie przeładowana syfem) ładował się trzy razy wolniej, niż na Operze, natomiast ten blog otwierał się cztery razy wolniej (sic!). O stronach typu onet, czy wp nie wspominam, bo to tragedia do kwadratu. Czekanie na pełne załadowanie trwa wieki.

Zawsze byłem entuzjastą Opery – zarówno na smartfonie, jak i na stacjonarce. Niedawno – w paradoksalny sposób tendencja odwróciła się: na PC korzystam z Iceweasel’a (więc de facto Firefoxa), ponieważ od wersji 12.10, Opera pod Linuxem [na moim niestabilnym Debianie] często się sypie (niezgodność wyświetlania z zawartością, wariująca czasami Java, szwankujący AdBlock no i totalna porażka – zlikwidowanie usługi Opera Unite :/). Natomiast na Samsungu u mnie króluje wyłącznie Opera Mini – najlepsza smartfonowa przeglądarka pod słońcem; Opera ma długą tradycję mobilnej wersji i jest dla mnie mistrzynią pod tym względem.

Reasumując – betę Firefoxa odinstaluję z Samsunga Galaxy 551. Duża, nieporadna, wolna i nieprzydatna przeglądarka.

***

Nareszcie! Po ostatnim upgradzie mojego Aptosida  (nowa wersja kernela u mnie: 3.7-1.slh.3-aptosid-686), zniknął jeden, bardzo mnie wkurwiający bug tyczący się AwesomeWM. Operuję czterema językami pod skrótami klawiszowymi i jedynie pod językiem polskim funkcjonowało przęłączanie pulpitów pod skrótem MOD+1,2,3,4…. Jeśli pisałem coś w Esperanto, czy po czesku na ircu i chciałem przejść na desktop z Iceweaselem, musiałem używać myszki (każdy, kto przyzwyczaił się do klawiszologii i shotrcutów wie, jakie to denerwujące) – teraz pod każdym innym, niż polski językiem, skrót zmiany pulpitów działa znakomicie.

Jeśli już jestem przy AwesomeWM, mała porada dla newbies odnośnie tego managera. Ekipa opiekująca się projektem, nie aktualizuje go przesadnie często (na pewno jednak częściej niż np. Fluxbox, jak mniemam), ale w gałęzi unstable Debiana (nie wiem jak inne distra “absorbują” nowości….) aktualizacje AwesomeWM nie przynoszą wysypów wm-a, czy niespodzianek. Pamiętajcie jednak, że zawartość katalogu /usr/share/awesome, to serce tego menadżera jeśli chodzi o wygląd (i nie tylko) – możecie po instalacji Awesome zrobić dowiązanie, albo go skopiować do /home, względnie edytować pod rootem z w/w lokalizacji. Jeśli wybierzecie, ostatnią opcję, zróbcie sobie backup /usr/share/awesome. Po aktualizacji bowiem dostaniecie defaultową tapetę Awesome + defaultowe ikony zmiany pulpitów + defaultowe kolory i wygląd menu (jednak ze wszystkimi waszymi ustawieniami z pliku rc.lua, który macie w ~/.config/awesome). Jak wiadomo, AwesomeWM, to NAJLEPSZY, acz wymagający menadżer okien, więc jeśli bawicie się w kolorowanie desktopu pod kątem konsolowych barw (i vice versa), albo sami (jak ja) edytujecie ikony w górnym i dolnym pasku, backup uratuje wasze ustawienia sprzed upgrade’u :)

upgrade_awesomewm

Organizery i wszelkie inne aplikacyjne wariacje pt.: to-do, są dla wielu istotnym narzędziem. Na Linuksie znajdziemy ich od zajebania. Oczywiście triumfy święcą GUI-zabawki (względnie akcje typu google’owskie kalendarze, etc.). Ja korzystam z tego typu “przypominaczy” wyłącznie w necie (audycje radiowe do wysłuchania, filmy do obejrzenia, irc-kanały do odwiedzenia, bleble…) i… są to tylko CLI-aplikacje. Pierwszym moim konsolowym “budzikiem” było pygmynote. Baaaardzo minimalistyczna zabawka – funkcjonalna, aczkolwiek “surowa”. Potem przerzuciłem się na calcurse:

calcurse

Bardzo funkcjonalne narzędzie z całym stadem opcji, gdzie zapiszesz wszystko i o niczym nie zapomnisz – kilka skrótów klawiszowych i polubisz calcurse :)

Jednak parę dni temu zacząłem testować tudu. Rewelacja! Zdecydowanie najlepsza aplikacja kalendarzowa, zwłaszcza dla takich sklerotyków, jak ja. Rozgryzam ją sobie bez stresu i pewnie niebawem napiszę mini-poradnik jak łatwo przystosować app do własnych potrzeb i jak się po niej poruszać – jak dla mnie, najlepszy linuksowy przypominacz CLI!

tudu