Witold Bagieński, Sławomir Cenckiewicz, Piotr Woyciechowski – Konfidenci

Podziel się:
0Shares

Po przeczytaniu tej książki, każda inna przez jakiś czas będzie dla Was “wydaniem kieszonkowym”; Konfidenci, to wielkie, opasłe tomisko, ponad 700 stron  druku.  Niemniej nie gabaryty tejże świadczą o wyjątkowości  publikacji. Jest to kolejna cegiełka wiedzy dotyczącej działań komunistycznej bezpieki w Polsce i tych, którzy mniej lub bardziej (częściej – bardziej) świadomie współpracowali z reżimem i służbami mającymi swoje zaczepienie i genezę w ZSRS. Konfidenci właśnie są jej głównymi bohaterami.

Już na okładce wydawca zachwala: “Wstęp: Antoni Macierewicz”. Wzdycham ciężko, albowiem słysząc to nazwisko, moje flaki przewracają się na drugą stronę, a ręce opadają. Reaguję dokładnie tak samo, gdy widzę, że do jakiejś książki wstęp napisał Adam Michnik. Macierewicz, to w polskiej polityce przypadek ewidentnie kliniczny; ten człek  o lodowatym spojrzeniu i szaleńczych paranojach we wnętrzu swojej głowy jest ostatnim, którego chciałbym czytać na wstępie książki. Niestety w tym konkretnym przypadku taki wstęp można uznać za nieunikniony, skoro sam Macierewicz jest politycznie głównym architektem lustracji i bohaterem Sejmu 1992 roku w rządzie Jana Olszewskiego. Ustawa o ujawnieniu agentury wśród posłów, senatorów i czołowych polityków, wykonywana przez Macierewicza właśnie wtedy, jest niejako osią książki Konfidenci.
Jestem gorącym zwolennikiem lustracji i wszystkie argumenty wysuwane przez Macierewicza i innych twórców lustracyjnych rozwiązań uważam za słuszne; ubolewam tylko nad faktem, że w Polsce środowisko prolustracyjne, to w większości sekciarsko-opętańcza, bogoojczyźniano-narodowa prawica, patologicznie owładnięta spiskami (vide Grzegorz Braun – przy nim nawet Macierewicz, to stateczny, umiarkowany, wesoły koleś). Tak się złożyło po 1989 roku, że michnikowszczyzna wraz ze starymi komuchami z PZPR, UB, SB, WSI utrwaliła w opinii społecznej obraz dyskursu lustracyjnego. W jego ramach, zwolennikiem lustracji może być tylko “chory z nienawiści” prawicowiec i faszysta, a “rozsądna część narodu” podąża ścieżką wytyczoną przez Michnika, Wybiórczą i “ludzi honoru” z poprzedniego reżimu, czy innych Passentów, Blumsztajnów i Kuroniów. Ten poroniony i – przede wszystkim! – sztuczny, nieprawdziwy  podział pokutuje do dziś, a oddziaływanie mainstreamowych mediów utrwala w przestrzeni publicznej “wymóg” opowiedzenia się “po stronie rozsądku”, przeciwko “oszalałym lustratorom na prawicy”.

Jak można podejrzewać, wstęp Antoniego Macierewicza do książki Konfidenci, to w dużej mierze patriotyczno-ojczyźniana biegunka. Jego ulubiona racja stanu, naród odmieniany przez wszystkie przypadki, niepodległość, dziejowe konieczności… Zaręczam, że można spokojnie obyć się bez Wstępu, czytając tą książkę. Naprawdę.

Warto dodać, że na okładce książki powinno znajdować się jeszcze jedno nazwisko: Michała Grockiego. Dlaczego? Otóż w tomie Konfidenci przedrukowano (wydaną ćwierć wieku temu) książkę jego autorstwa pt. Konfidenci są wśród nas. To wyjątkowa, pierwsza w Polsce publikacja opisująca działania tzw. Wydziału Studiów powołanego przez Macierewicza (ministra MSW w rządzie Olszewskiego). Wydział Studiów, to nieliczna grupa ludzi absolutnie nie związanych z komunistycznym reżimem, która jako pierwsza (no, jako druga – po “Komisji Michnika”, o której przeczytacie w książce) dotarła do archiwów bezpieki, próbując odnaleźć informacje o agentach SB / wywiadu PRL wśród czołowych polityków tamtych czasów. Przy niemałym biernym i otwartym oporze ze strony pracowników UOP (w większości byli to przecież ci sami ludzie, którzy pracowali tam za czasów PRL) Wydział Studiów badał dokumenty, raporty, zeznania, kwity… Grocki opisuje także osoby publiczne, znane powszechnie w latach 90-tych XX wieku, które histerycznie sprzeciwiały się lustracji z tej prostej przyczyny, że… byli świadomymi “utrwalaczami władzy ludowej”.

W kolejnych rozdziałach Piotr Woyciechowski opisuje kulisy lustracji w 1992 roku i w efekcie – działania tzw. Komisji Ciemniewskiego (sejmowa komisja dezawuująca działania lustracyjne) oraz koncentruje się na procesie karnym z 1993 roku jaki został wytoczony Macierewiczowi (za ujawnienie Sejmowi nazwisk współpracujących z SB polityków), a trwający do 2000 roku.

Pokaźną część Konfidentów zajmuje rozdział napisany przez Sławomira Cenckiewicza, a traktujący o kontaktach z SB Wiesława Chrzanowskiego (przedwojenny endek, działacz Młodzież Wszechpolskiej, twórca ZChN, Marszałek Sejmu). Jest to poparta całym mnóstwem dokumentów analiza współpracy Chrzanowskiego z bezpieką, jak również pewien psychologiczny rys bohatera, który ze względu na traumę wojny i stalinowskiego więzienia, decyduje się na utrzymywanie kontaktów z oficerami SB.

Trzecia obszerna (i bardzo ciekawa!) cześć, to opis działania Wydziału XI/IX Departamentu I MSW, czyli wywiadu PRL, autorstwa Witolda Bagieńskiego. Jak wszystkie poprzednie części książki, i ta obfituje w skany dokumentów, opisów tajnych akcji, operacji wywiadowczych i biogramów agentów / współpracowników komunistycznego wywiadu. Bagieński niezwykle zajmująco opisuje poszczególne akcje dywersyjne, szkodzące kanałom przesyłowym (fundusze, korespondencja, bibuła) pomiędzy Zachodem a grupami Solidarności, działania na szkodę RWE, czy paryskiej “Kultury” i cały szereg innych tajnych operacji.

Ostatnia, czwarta część, to zbiór wywiadów z Janem Olszewskim, Piotrem Naimskim i Andrzejem Zalewskim, czyli z osobami kluczowymi dla kształtu procesu lustracyjnego 1992 roku.

Konfidenci, to doskonale udokumentowana publikacja. Każdy [pod]rozdział posiada swoją część ze skanami zobowiązań do współpracy z SB, fragmentami (bądź całością) donosów, czy opinii pisanych ad acta przez oficerów SB i innych ważnych dokumentów archiwalnych uzupełnionych indeksem nazwisk, pseudonimów i kryptonimów.

Podsumowując, mogę szczerze polecić tą książkę każdemu, kto interesuje się historią PRL i historią najnowszą Polski. To bardzo ważna publikacja z punktu widzenia źródeł i profesjonalnego warsztatu Autorów. To kolejna cegiełka wiedzy, która tak mocno wkurwia środowiska III RP, wszystkich twórców aliansu komuchów z “konstruktywną częścią opozycji”, wszystkich beneficjentów chorego porządku po Okrągłym Stole, wszystkim zaczadzonym retoryką michnikowszczyzny… “Ludzie honoru” pokroju Kiszczaka i Jaruzelskiego gryzą już ziemię – czas, by na zawsze pogrzebać inne wciąż straszące postkomunistyczne upiory.

“Resortowe dzieci. Służby”

Podziel się:
0Shares

Upał za oknem nareszcie zelżał… Po kilkunastu godzinach w temperaturze 30+ (zarówno w laserowym shicie jak i na zewnątrz), pokryta szronem flaszka samogonu wyjęta z zamrażarki wygląda mega-kojąco! W tle na zmianę kanadyjski Legion666, Humanicide i Krigshot i czeska Anaalia… Blackened crust/gore/grind rzeźnia i lekki powiew powietrza – recenzja wieczorową porą…

Resortowe dzieci. Służby… Cegła. Żółta cegła. Blisko tysiąc stron kolejnego (drugiego już – po Mediach)  tomu z serii Resortowe dzieci, popełnionego przez trio: Targalski – Kania – Marosz. Postanowiłem kupić kolejną część odysei prawicowych węszycieli komuszych złogów w III RP, albowiem pierwsza część w dosyć przystępny politycznie sposób ukazała, iżi rodzinne oraz okołorodzinne koneksje rodem z komunistycznego reżimu nie tylko pomagają w karierze zawodowej, ale i utrwalają to, o co tak usilnie walczyła michnikowszczyzna – postkomunistyczny consensus i patologiczne status quo w dyskursie społeczno-politycznym. Co prawda obecnie (ściślej – po wyborach prezydenckich i po relatywnym sukcesie Kukiza) Wybiórcza i przyjaciele w lekkim zamotaniu pierdolą tak krzywe bzdury, że pękać ze śmiechu można każdego dnia (znowu – polecam poranki w radiu TOK FM, TVN24, Politykę… długo nie da się tego łykać, ale… warto spróbować) niemniej właśnie w podobnych sytuacjach doskonale widoczna jest mentalność tego środowiska.

Tom poświęcony służbom specjalnym konstrukcyjnie jest bliźniaczo podobny do tego nt ludzi mediów. Czyli mamy sylwetkę człowieka w kontekście współczesnych wydarzeń społeczno-politycznych, po czym Autorzy sięgają do dokumentów i faktów z przeszłości, ukazujących komunistyczny rodowód delikwenta /-tki. W 99% przypadków mamy do czynienia z rodzinną “tradycją” umacniania ludowej ojczyzny w strukturach MBP, MON, WSW, UB i SB. Ten sam schemat powtarzany jest w przypadku męża / żony bohatera danego rozdziału, względnie w stosunku do dzieci, które dzięki wtykom starych, panoszą się obecnie w biznesie, czy – po linii rodzinnej – w służbach.

Po 1989 i później, po stworzeniu w “wolnej i demokratycznej” RP struktur WSI, UOP-u (a potem ABW i AW), spora część komuchów wysługujących się sowieckiej machinie – po “pozytywnej weryfikacji” – przeszła automatycznie na etaty w służbach “niepodległej” Polski. Maleńki wycinek tychże mamy na okładce książki: ryje doskonale znane z medialnych ruchawek w jedynie słusznych gazetach i telewizjach. Profesjonaliści, fachowcy, legendy – różnie się ich określa… Wszyscy bez wyjątku z komuszym rodowodem, z ojcami i dziadkami w służbie jednego z najkrwawszych reżimów…
Grubo przed Okrągłym Stołem, ekipa Jaruzela (m.in. na czele z Cioskiem i Rakowskim) tworzyła nie tylko scenariusze podzielenia się władzą z “konstruktywną opozycją” (jak nazywano kolesi z otoczenia Kuronia, Mazowieckiego, Geremka i Michnika), ale i próbowała – przewidując rozjeb tego kalekiego systemu – dostosować operacyjną strategię służb do nowych (w domyśle – zbliżających się) warunków ekonomicznych. Przy aprobacie Kiszczaka i innych czołowych zbrodniarzy, oficjalnie i na niejawnych etatach, agenci komunistycznych służb specjalnych (oraz bohaterowie Resortowych dzieci) zaczęli tworzyć spółki polonijne, mniej lub bardziej fikcyjne biznesy, gdzie pod przykryciem inwigilowano politycznie niewygodnych partnerów, albo gdzie (po prostu) wyprowadzało się kasę “socjalistycznej ojczyzny” na prywatne konta.
Ciekawym wątkiem tej książki jest Komorowski, prezydent ex, człek zżyty z kumplami z WSI  na zabój. Warto zapoznać się ze szczegółowymi (naprawdę szczegółowymi!) informacjami na temat tego gościa i jego rzekomej transparentności w życiu publicznym / opozycyjnym.
Powtórzę to, co napisałem przy okazji recenzji Resortowych dzieci nt mediów: cały ten Frondowski projekt wydawniczy uznałbym za kolejne popłuczyny prawicowych frustratów (tym bardziej, że Targalski – współautor serii – nie jest jakimś diamentem błyszczącym, o czym przekona się każdy, kto – idąc metodą Autorów – pogrzebie w jego życiorysie), gdyby nie fakt, że jednak cykl ten jest naprawdę rzetelny pod względem faktograficznym. Naprawdę. Można stroić kwaśne miny i krzywić ryje, jak czynią to Blumsztajn, Paradowska, Wielowieyska, Lis, oraz kilku bohaterów “żółtej cegły” (oni krzywią ryje z… kamienną twarzą, jak na samca-agenta przystało) – nie zmieni to jednak faktu, że rodzinne koneksje i tradycje, czasem świadomie podtrzymywane w kolejnym pokoleniu, czasem siedzące za skórą, wyłażą w tzw. “wolnej” Polsce. Ludzie Kiszczaka nie spalili wszystkich akt; mania inwigilacji, żądza prześladowań była tak ogromna, że papier – który, jak wiadomo, przyjmie wszystko – nie kłamie. Są dokumenty, wnioski o przyjęcie do służby, wiernopoddańcze onanizmy ku chwale PRL i ZSRR. Są podpisy, fakty.
Nienawidzę apelować do kogokolwiek, zwłaszcza, gdy idzie o historyczny syf za paznokciami “wolnej Polski”, ale tutaj chciałbym zasugerować entuzjastom obecnego porządku, aby skusili się i przeczytali tą cegłę. Czyta się długo i nuda wkrada się w sam proces zaznajamiania się z treścią (co jednak wychodzi na dobre, albowiem poznajemy krok po kroku, wraz z dokumentami i niepodważalnymi faktami, o co kaman), ale lektura włazi “w krew”.

Wiem, brzmi to cholernie dziwnie z ust anarchisty; po prostu ubolewam nad faktem, że środowisko wolnościowe (względnie radykalna, wolnościowa, nieautorytarna lewica [hehehhe, dygresja: brzmi to zabawnie w czasach, gdy nawet popaprańcy z Sejmu, w stylu Rozenka czy “ultra-lewicowej” Nowickiej, to lewacy]) nie potrafi wyjść na zewnątrz ze swoją (jeszcze bardziej radykalną) krytyką III RP, jako struktury quasi-wolnej. Co bardziej nierozgarnięty i tępawy również mnie nazwie lewakiem, co zrobić… :)

Kwas, porażka i skandal w związku z “żółtą cegłą”!

Fronda, super-katolski głos w nielicznych domach i głowach, niszowe wydawnictwo z bajdurzeniami o duchu świętym, miłosierdziu i tym podobnym idiotyzmom, dała dupy! Otóż wydała 920 stron w sposób mega-skandaliczny! Oglądałem na youtube kilka spotkań autorskich, gdzie wydawca z Frondy onanizował się wzrostem sprzedaży (między słowami?), całe prawicowe towarzystwo klaskało, a nikt z sekty nie zwrócił uwagi na to, że… w XXI wieku nie klei się takiej ilości stron!
Płacisz za książkę, otwierasz ją, czytasz… Dochodzisz do strony 390. albo 510. i to wszystko się rozkleja!
Ja naprawdę pamiętam pismo Fronda, pamiętam Lewą Nogą i pamiętam Mać Pariadkę w małym formacie… Po prostu pamiętam te czasy! Panowie z Frondy!!! Czas przeznaczyć zysk z serii Resortowe dzieci na to, by książka nie rozpadała się w czasie czytania!
Ja oddam swój egzemplarz Resortowych dzieci. Media, za darmo komukolwiek, kto zamieni się ze mną za jakąś ciekawą historyczną książkę (względnie literatura faktu).  Albo oddam komuś, kto naprawdę chciałby przeczytać, a nie stać go na kupno – tylko koszty wysyłki! Piszcie!
Po prostu nie nabijajcie kabzy ludziom którzy, wydali gruby tom po amatorsku! Ja swój oddam / zamienię!

Bronisław Wildstein – “Dolina Nicości”

Podziel się:
0Shares

Mam kłopot z tą książką…

Nie, nie chodzi o to, że Wildstein, to dla mnie człowiek z kompletnie innej galaktyki politycznej i jego “wrażliwość publicystyczna” jest mi totalnie obca. Starałem się podejść do tej powieści bez uprzedzeń i własnych zapatrywań na to, co Wildstein wyczynia w przestrzeni publicznej. Zabrałem się zatem do lektury…

Tytuł… Jak dla mnie drażniąco pretensjonalny, przesadnie napuszony – biorąc pod uwagę materię książki. Nigdy jednak nie sugeruję się tytułami książek. Przełykam tą nicość i czytam…

Trzecia RP. Mamy ambitnego dziennikarza śledczego, Wilczyckiego – doświadczonego w swoim fachu, zaznajomionego z koteriami, układzikami na styku władzy, biznesu i postkomuszego bagna.  Odkrywa on pewnego dnia związki z ubecją “osoby na świeczniku” i za wszelką cenę chce on owe rewelacje upublicznić. Oczywiście na drodze stają wpływowe siły “układu” w postaci Wielkiego Redaktora Naczelnego, a w tle prześlizguje się dziennikarzyna-piskorz (niejaki Return), próbujący dramatycznie oczyścić sumienie z niegdysiejszych grzechów współpracy z bezpieką.

Mamy w Dolinie Nicości twarde jak skała relacje biznesowo-polityczne, mamy wszechpotężne siły kłamstwa pod przykrywką “liberalnej demokracji”, mamy poniewieraną prawdę, niejasne [niby] samobójstwa, podejrzane majątki i zakulisowe intrygi w bagnie gnijącej Trzeciej Rzeczpospolitej…

Głupi domyśliłby się, kto jest kim w świecie realnym, gdyby przyłożyć tą wildsteinowską kalkę charakterów z Doliny… Uff… Książka nie tyle rozczarowuje, co nuży i… śmieszy (sic!).

Na czym polega problem? Ano na tym, że postkomunistyczne zombie o nazwie: III RP i współtwórcy tegoż, to naprawdę doskonały temat na powieść! Ten smród okrągłostołowych pogadanek i układów przykryty nadpsutym lukrem “wolności i demokracji”, ta pieprzona mityczna “gruba kreska” – to wszystko nadaje się na wyśmienitą epopeję, na współczesną (gorzką) opowieść o tym kraju nad Wisłą… Niestety Bronisław Wildstein w perfekcyjny sposób spieprzył tą książkę :)

Gdzieś w necie natknąłem się na notkę wychwalającą “niewątpliwe walory literackie” Doliny Nicości. Coż… :D Nie wiem, jak to ująć… Powiem tak: otóż książka ta walorów literackich po prostu nie ma. Żadnych. Postaci w powieści Wildsteina są albo jak ludziki w skali 1:1, wycięte z tektury i przewracające się przy byle podmuchu problemów, refleksji czy dramatycznych decyzji, albo ciosani z grubych kloców drewna; jakby pijanemu dać tępą siekierę… Mam tutaj na myśli charakterologiczne konstrukty, głębię przeżyć bohaterów (czy raczej owej głębi kompletny brak). Duża część książki, to karkołomne zdania oznajmiające, literacko zdychające jak muchy zamknięte w słoiku. Wildstein po prostu nie jest pisarzem i tyle. Jakkolwiek znany jest jego temperament publicystyczny oraz wyrazistość poglądów, to jednak literacko pada na łopatki – nie ratują go ani dialogi, ani sposób, w jaki stara się on budować napięcie w powieści. Im bardziej się “stara”, tym większą kupę serwuje potencjalnemu czytelnikowi.

Autor jest zbyt przewidywalny – decydując się na powieściowe ujęcie wydarzeń, którymi na co dzień zajmuje się jako dziennikarz i publicysta, powinien – jak sądzę – postarać się o większy dystans wobec  namacalnej rzeczywistości. Po to właśnie by – paradoksalnie – ową rzeczywistość przedstawić w interesującej i pociągającej czytelnika formie prozy współczesnej, z nutką kryminału, czy choćby solidnego political fiction. Wildstein nie ma również dystansu do samego siebie; w pewnych momentach książki czekałem tylko na symptomatyczną gwiazdkę i przypis na dole strony informujący: Czytelniku, w tym miejscu mam na myśli siebie – Bronka Wildsteina, nieustraszonego tropiciela łgarstw III RP!  Żenada.

Cóż, nie każdy może być Ziemkiewiczem, panie Wildstein :) A’propos… Rozbawiony i zażenowany Doliną Nicości (podkreślam – w warstwie literackiej; tematyka bowiem jest rewelacyjnym materiałem na niejedną powieść!) pomyślałem sobie, że całkiem prawdopodobną byłaby sytuacja, w której Rafał Ziemkiewicz – jakby nie było, kolega z politycznej piaskownicy Wildsteina – czyta Dolinę… i w głowie układają mu się (jakże mu właściwe) zjadliwe komentarze na temat tej “prozy”.

Podsumowując: Dolina Nicości, to umiejętnie spieprzona książka, dotykająca niezwykle ważkiego i ciekawego literacko tematu. W którymś z wcześniejszych wpisów napisałem, że książka ta jest “niegłupia”… Hmm… no, głupia może nie jest, ale jej wartość literacka jest żadna.

… ale okładka przynajmniej ładna :)