дискраст zawęża tematykę | Zmian kilka na blogu | Protokół Gemini

Podziel się:
0Shares

Cóż, kiedyś to musiało się wydarzyć… дискраст zostanie dość radykalnie odchudzony tematycznie, uporządkowany i przygotowany stricte pod tematykę rosyjską, czy ogólnie wschodnią.

Decyzja o skupieniu się na w miarę spójnej tematycznie treści chodziła za mną już dawno, ale jakoś nie miałem ani weny, ani konkretnego pomysłu co do tego, jak miałoby to wyglądać. Pomoc w podjęciu decyzji przyszła nieoczekiwanie – w ostatnich kilku dniach.


W alternatywnych sieciach społecznościowych (Mastodon, diaspora*, Pleroma, GNU Social…) coraz częściej zaczęły pojawiać się wiadomości od ludzi, którzy zaczęli testować nowy internetowy protokół o nazwie Gemini. Gemini – w dużym skrócie i bez zbędnych technicznych szczegółów – to bardzo minimalistyczna alternatywa dla protokołu https, skupiająca się szczególnie na tekście, nie wymagająca takich “wynalazków” (powszechnie występujących w każdej współczesnej stronie internetowej) jak JavaScript, ciasteczka, wodotryski, a co za tym idzie, morze trackingu, wolne działanie stron, wolne ładowanie się grafiki / video i inne niespodzianki.
Gemini jest “podrasowaną” formą protokołu Gopher. Gemini, to prostota, bezpieczeństwo i ogólność. Protokół ten akcentuje pracę z tekstem, zamiast miliona “ozdobników” tak oczywistych na każdej “nowoczesnej” stronie internetowej; gemini, to bloki tekstowe, odnośniki do innych stron/podstron/grafik w osobnych liniach – czytelność i prostota formy. Gemini, to nie minimalizm dla samego minimalizmu, ale raczej powrót do początków, gdy to informacja była najważniejsza, gdy strony ładowały się szybciej. O wiele łatwiej będzie wam zrozumieć, w czym rzecz, gdy spojrzycie na screeny poniżej, na których znajdują się interfejsy klientów Gemini (czyli przeglądarek obsługujących protokół gemini; protokół ten bowiem działa na zasadzie: klient-serwer).

moja kapsuła gemini w przeglądarce Lagrange

Gemini powstał w 2019 roku i oczywiście od razu znaleźli się krytycy tegoż. Pojawiły się głosy wiecznych malkontentów, że to niepotrzebne, że ten sam efekt można osiągnąć również w tradycyjnym protokole http, że to głupi minimalizm, że brzydkie, że nikt nie będzie tego używał, że nuda itd…

przeglądarka Amfora
przeglądarka Amfora | intro mojej strony
przeglądarka Amfora | strona “o mnie”
przeglądarka Lagrange w wersji kolorystycznej, bez konsolowych fontów typu Monospace

A mnie gemini mega zafascynował! Doceniam jego prostotę i kocham jego minimalizm! Strony w gemini, to tekst i linki. Nic więcej. To informacja, czysty przekaz, treść. Czasem to również zabawy z artami i grafikami tworzonymi w ASCII (vide “nuklearne” logo mojego bloga w gemini – powyżej). Mimo tego, społeczność używająca protokołu gemini zajmuje się w necie dokładnie tym, czym zajmują się inni powszechnie publikujący na stronach http. Piszą blogi, udostępniają swoją twórczość, wymieniają się wolnym oprogramowaniem, wiedzą, doświadczeniami. W gemini udostępniona jest np. Wikipedia, YouTube, serwisy informacyjne, bazy danych, W gemini możesz słuchać radia, muzyki, korzystać z wyszukiwarek, cieszyć się informacjami z KAŻDEJ możliwej dziedziny. Różnicą jest jedynie forma – tekstowa; strony otwierają się błyskawicznie, nacisk położony jest na konkret, a nie na fajerwerki reklam, bannerów, dodatków, pop-upów – to właśnie przez ten cały śmieć gemini jest bardzo bezpiecznym rozwiązaniem! Każda przeglądarka gemini ma swój fingerprint, brak ciasteczek sprawia, że w protokole tym jesteśmy o niebo lepiej chronieni przed trackingiem, spywerem itd.

Co trzeba zrobić, aby przeglądać strony w protokole gemini? Nic wielkiego. Wystarczy jedynie zainstalować klienta gemini, czyli przeglądarkę. Tylko tyle. Dostępnych jest naprawdę wiele przeglądarek dla wszystkich najpopularniejszych systemów operacyjnych (Windows, iOS, Linux, BSD, Android), więc nie ma żadnej przeszkody, by nie rozpocząć przygody z minimalistycznym internetem! :)

Dlaczego o tym wszystkim piszę tak szczegółowo? Przyczyna jest bardzo prosta. Oto bowiem дискраст przechodzi metamorfozę: na obecnym blogu pozostaną jedynie wpisy odnoszące się do sytuacji w Rosji, do historii tego kraju, literatury i wszelkich innych aspektów życia. Oczywiście będę również poruszał tu kwestie związane z krajami byłego ZSRS – najogólniej rzecz ujmując, дискраст od teraz staje się blogiem “rosyjsko-wschodnim” w swoim wydźwięku i to właśnie taka tematyka będzie tu królować.

Co z innymi tematami, sprawami, pasjami z mojej strony? Otóż wszystko to będę publikował właśnie w protokole gemini – w minimalistycznej formie. W tym celu właśnie uruchomiłem własną kapsułę i gemlog w gemini. Skąd te kosmiczne określenia? Taki jest bowiem rodowód nazwy owego protokołu i ma swoje źródło w programie NASA, o nazwie Gemini właśnie (więcej naprawdę ciekawych szczegółów odnośnie nazwy i tego jak ma się ona metaforycznie do statusu protokołu w środowisku internetowym, przeczytacie w FAQ Gemini). Capsule, to po prostu prywatne miejsce w protokole gemini, twoja kapsuła, w której zamieszczone są treści publikowane przez ciebie, w tym tzw. gemlog – nazwa powstała z połączenia dwóch słów: gemini + blog. Inni używają również formy glog.

Moja kapsuła gemini funkcjonuje pod adresem:

gemini://nuclear.discrust.pl

Jeśli tradycyjne adresy internetowe rozpoczynają się od http:// lub https://, adresy gemini rozpoczynają się od: gemini:// – to będzie stały widok w twojej przeglądarce gemini.
Dwie polecane przeze mnie przeglądarki gemini pracujące na Windowsie, to Agregore Browser i Lagrange – przeglądarka cross-platform, dostępna również na Linuxa, BSD i macOS. Bardzo wygodna, elegancka i świetnie działająca pod protokołem gemini. Przeglądarką na iOS jest Elaho.
Klientów gemini na Linuxa jest tyle, że ciężko wszystkie wymienić.. W wresji GUI jak najbardziej polecam w/w Lagrange, a w konsoli koniecznie wypróbujcie Amforę! Jak dla mnie to najlepsza i najwygodniejsza przeglądarka gemini jaka istnieje.

Jeśli chcecie sami mieć swój blog w protokole gemini, ale nie do końca jeszcze wiecie, z czym to się je, możecie skorzystać z możliwości tworzenia bloga ze strony http, poprzez serwis gemlog.blue. Poza tym mocno polecam odwiedzenie tej strony i poczytanie o szczegółach projektu gemini.

Myślę, ze дискраст nabierze nowego kolorytu i stanie się ciekawszym blogiem z racji skoncentrowania się na jednolitej tematyce. Nie kasuję wcześniejszych postów nie związanych z Rosją, nie robię strukturalnych przemeblowań; wszystko, co do tej pory tutaj zamieściłem, pozostaje. Jedyna różnica będzie taka, że kolejne wpisy będą wyłącznie “rosyjskie” lub “wschodnie”, a kwestie związane z moimi filozoficznymi glutami, z Linuxem/BSD, anarchizmem, jakieś moje miniatury prozatorskie i każdy inny temat – wszystko będzie dostępne w mojej nuklearnej kapsule gemini, na moim gemlogu.

Zapraszam wszystkich serdecznie do zainstalowania przeglądarki gemini (w razie problemów, służę pomocą – odezwijcie się na Telegramie, mailem, przez Jabbera, na IRCu, jak chcecie…), do odwiedzenia mojej kapsuły i do zainteresowania się tematem… A дискраст funkcjjonuje dalej, tyle że w zawężonej formie :)


Przepiękne fotografie prowincjonalnej Rosji:
Alexandra KampinskiFacebook | Instagram

Wolność w sieci | Mój debianoid

Podziel się:
0Shares

Rzygam już tą burzą wokół zablokowania kont społecznościowych Trumpa i innych prawoskrętnych ścierwojadów. Cała “afera” ma kompletnie żenujące podłoże i przede wszystkim mówi nam o jednym: polityczne świnie maści wszelakiej, dziennikarze i tzw. “opinia publiczna”, to koszmarnie tępa masa idiotów, która nie ma zielonego pojęcia, o czym mówi. Oto bowiem z faktu, iż Faceshit, Twitter, czy YouTube stosują mechanizmy banowania określonych kont, wyciąga się z automatu wniosek, że jest to “zagrożenie dla wolności w sieci”, a zatem uznaje się tą korelację za naturalną i oczywistą, choć tak naprawdę to kompletna bzdura i niebezpieczny kierunek w myśleniu o przestrzeni internetowej i wolności w niej.

Zacznijmy może od podstaw. Otóż Facebook, Twitter, YouTube, Google, Instagram i szereg innych korporacyjnych, scentralizowanych usług społecznościowych, z których korzysta tzw. większość, to ewidentne i pozadyskusyjne pogwałcenie wolności swoich użytkowników. Kropka. Korzystając z w/w sieci (usług), a zatem akceptując terms of service, automatycznie zrzekamy się wolności, stajemy się produktem na rynku danych, zostajemy zmieleni przez miliony algorytmów, a nasze dane i metadane są pieczołowicie gromadzone na serwerach tych gigantów, lub są udostępniane innym graczom na globalnym rynku. Jesteśmy nikim, jako świadomy podmiot ruchu internetowego nie istniejemy w w/w sieciach (to tylko kilka skromnych przykładów – w rzeczywistości każdego dnia sprzedajemy się wielu innym koncernom).

Obecnie mamy do czynienia z osobliwą, internetową formą syndromu sztokholmskiego, kiedy to sami użytkownicy tych sieci rozlewają krokodyle łzy nad tym, że sieci banują, blokują, usuwają! Wielkie oburzenie! Kiedy dodatkowo słyszę, że tzw. “poważni dziennikarze” krzyczą: to zagrożenie dla demokracji!, mój wkurw osiąga poziom krytyczny! Jak można być tak bezdennie głupim?! Jak można pierdolić takie chore brednie?!
Scentralizowane, korporacyjne sieci społecznościowe banują i usuwają, bo po pierwsze chcą i mogą to robić, a po drugie, użytkownicy tychże pokornie się na to godzą, akceptując kolejne zmiany w regulaminach, które sukcesywnie wysysają resztki quasi-swobody wypowiedzi… Jak można dobrowolnie zgodzić się na cenzurę i ograniczenia wypowiedzi, a potem płakać nad “wolnością”?! Czy wy macie po kolei w głowach?

Oczywiście spora część użytkowników tych sieci zdaje sobie sprawę, że jest coś nie tak z ich swobodą poruszania się i wypowiedzi, ale ulega stadnemu przywiązaniu do produktu, marki i “społeczności” – wszyscy mają Facebooka… Twitter jest tak popularny! jak to? bez Google? a jak coś wyszukać w sieci? Te debilne pytania [retoryczne] pojawiają się tak często…
Wszystkie scentralizowane sieci społecznościowe, to gwałciciele wolności i realne zagrożenie dla swobody jakiejkolwiek wypowiedzi. To oczywisty fakt, z którym nie ma sensu się spierać.

Wspomniany wyżej syndrom uzależnienia od oprawcy skutecznie blokuje próby wyzwolenia się z sideł korporacyjnych mediów internetowych; coraz częściej zrezygnowanie z używania Facebooka, czy Instagrama poczytywane jest za nie lada wyczyn, porównywalny z rzuceniem alkoholu, czy dragów. Z drugiej jednak strony korporacje tego typu nie śpią i robią wszystko, by przywiązywać ludzi do siebie jeszcze mocniej (szerzej piszę o tym w poście nt. jednego z filmów Netflixa).
Kolejnym, znanym przecież powszechnie, przykładem na to, że najbardziej znane sieci społecznościowe i korporacje internetowe mają głęboko w dupie jakąś tam wolność (poza – rzecz jasna – wolnością do własnej, możliwie nieskrępowanej działalności) jest ich ścisła współpraca z reżimami gwałcącymi wszelkie prawa człowieka (Rosja, Iran, Chiny, Białoruś itp.), lub z reżimami gwałcącymi tylko część owych praw (USA). Współpraca ta zakłada względną swobodę działania w danym kraju, pod warunkiem blokowania newralgicznych, niewygodnych dla reżimów informacji, lub przekazywanie [meta]danych użytkowników psom reżimów.

Internet powinien zostać wolny i anonimowy w takim zakresie jak to tylko możliwe do osiągnięcia. Tutaj nie ma żadnych kompromisów!
O ile kompletnie mnie nie obchodzi, że Faceshit, czy Twitter blokują konta jakichś prawicowych zjebów (skoro są na tyle tępi, że korzystają z sieci, które w regulaminach mają zawarte restrykcje, cenzurę i możliwości banowania – to ich pieprzona sprawa), o tyle nie godzę się na jakąkolwiek cenzurę (nawet owych prawicowych zjebów!) w internecie w ogóle! O ile w duchu cieszę się, że multikorporacje w ramach usług które świadczą, blokują politycznych palantów i wszelkie naziolstwo, a oni z kolei nie przymuszeni zakładają konta w tych sieciach, o tyle jestem przeciwny jakimkolwiek ograniczeniom wypowiedzi i aktywności w sieci (poza czołowymi scentralizowanymi machinami web social) – bez względu na to, jakich grup społeczno-politycznych to dotyczy.

Istnieją rozwiązania i sieci społecznościowe zbudowane na zupełnie innych pryncypiach: zupełnej wolności wypowiedzi, pozbawione cenzury, pozbawione zarządów, od których zależy profil danej sieci. To sieci zdecentralizowane, których struktura jest totalnie oddolna, oparta o otwartoźródłowe oprogrmowanie (free and open source software – FOSS), gdzie każdy użytkownik może postawić swój własny serwer z oprogramowaniem kompatybilnym z daną siecią i tam głosić swoje poglądy – na równi z innymi serwerami podłączonymi do sieci.
Tak właśnie działają wolne projekty typu: diaspora*, Mastodon, Fediverse, PeerTube, GNUSocial, protokół Jabber/XMPP i wiele wiele innych. Rozproszona, ale połączona sieć serwerów bez jakiejkolwiek hierarchii, bez centrum nadzorującego, gdzie to sami użytkownicy decydują o zawartości sieci społecznościowej, nie ograniczani przez kogokolwiek z zewnątrz.

Jeśli okazuje się, że w takich zdecentralizowanych sieciach pojawia się np. ktoś, kto ma ochotę postawić sobie swój serwer i skupiać na nim ludzi, którzy rzygają rasizmem, homofobią, faszyzmem, religijnym ekstremizmem, sprawa jest do ogarnięcia w kilka minut. To ja, jako indywidualny użytkownik , jako świadomy podmiot w owych sieciach blokuję do siebie dostęp treści, które uważam za gówniane i szkodliwe. Co więcej – ludzie w wolnych sieciach społecznościowych błyskawicznie wyłapują treści, z którymi się nie zgadzają i – metodą domina – serwer za serwerem, odcinają się od serwera z chorymi treściami. Ponadto – w każdym innym przypadku, w owych zdecentralizowanych sieciach i poza nimi – istnieją przecież grupy hacktywistów, którzy dokonują ataków na naziolsko-nacjonalistyczno-rasistowskie portale/serwery, niszczą infrastrukturę i na własną rękę walczą “partyznacko” w sieci w celu zniszczenia takich delikwentów; walka zamiast urzędniczo-kapitałowej cenzury! Świadome odsiewanie gównianych informacji od tego, z czym sami się zgadzamy i co jest nam bliskie! Ale wara państwu i korporacjom od internetu – te molochy zawsze blokują, ograniczają i zamykają “na ślepo”; dziś Trump, a jutro ty i twoi znajomi, bo w swoim mieście walczycie o nowy park, zamiast deweloperskich “szklanych domów”. Dziś naziole i homofoby, a jutro ty i twój blog, który nie podoba się jakiemuś fiutkowi z Rady Miejskiej.

Wolnością się nie handluje, wolności się broni! Dlatego zamiast kopać się z koniem, który kradnie twoje dane, knebluje ci gębę, cenzuruje za kawałek cycka na zdjęciu w sieci społecznościowej, czy za niepoprawne politycznie słowa, słówka, akcenty, warto pójść po rozum do głowy , skasować wszelkie profile w “oficjalnych sieciach społecznościowych” i… odetchnąć pełną piersią! Owszem, owe sieci będą przechowywać dane, których im dostarczyłeś/-aś – trudno, płacisz cenę za swoją głupotę.

Wyłącz internet w telefonie i w domu na klika dni. Idź na spacer, posłuchaj muzyki, poczytaj książkę, spotkaj się ze starym kumplem, odwiedź babcię… Wytrzymaj bez jebanego klikania i twitterowania przez dwie, trzy doby…
Potem zrób sobie kawę, usiądź przed kompem…
To dobry czas, by zastanowić się nad podjęciem kilku ważnych kroków, które zapewne nie uczynią cię totalnie wolnym w internecie, ale mocno ograniczą wpływ i dostęp do twojego komputera czynnikom trzecim. Tak, istnieją alternatywy dla Facebooka i Twittera! Tak, istnieje “niezależny Instagram”! Oczywiście, masz możliwość publikowania swoich treści video w alternatywnych wobec YouTube’a portalach! Jasne, że masz ogromny wybór wśród wolnych, otwartoźródłowych i bezpiecznych, nie szpiegujących cię komunikatorów, które zastąpią Viber, WhatsApp i Messenger! Możesz odzyskać kontrolę nad swoimi danymi, którymi dzielisz się ze znajomymi! Możesz prowadzić konferencje nie używając Zoom’a!

Trzeba tylko chcieć i zrobić ten pierwszy krok!
W komentarzach do tego posta i na naszym czacie w Telegramie (namiar na niego znajdziecie w zakładce “o mnie | kontakt” oraz w prawej kolumnie obok) możecie zadawać konkretne pytania odnośnie alternatyw dla mainstreamowych i ograniczających swobodę komunikacji / wypowiedzi mediów internetowych. W miarę skromnych możliwości, postaram się pomóc i odpowiedzieć na wszystkie wasze pytania!


Mój debianoid, Sparky Linux, ma się rewelacyjnie! Nie wiem, na jakiej zasadzie to działa, ale z Windowsem pożegnałem się 21 lat temu i od tamtej pory wciąż jaram się jak dzieciak tym, że używam Linuxa! Bez dwóch zdań – Linux, to moja pasja, ale i zwyczajna radość i komfort pracy na systemie operacyjnym, który od A do Z jest mój, którego konfiguruję stricte pod swoje potrzeby, który jest jak druga skóra. Działa jak ja chcę i wygląda jak chcę. Ogranicza mnie wyłącznie moja wiedza i wyobraźnia.

i3 – clean

i3 – dirty

Wciąż w codziennej pracy z kompem używam menadżera okien i3, a więc minimal, w 80% przypadków aplikacje konsolowe i wygoda nawigacyjna. Przyzwyczajenie do tiling window managers sprawia, że dosyć niechętnie człowiek przestawia się na “klikalne” środowiska graficzne, choć ja wiedziony nostalgią i pewnym przywiązaniem, przełączam się czasem na XFCE. Ostatnio miała miejsce aktualizacja tego środowiska graficznego do wersji 4.16, chociaż nie zauważyłem żadnych przełomowych zmian, XFCE pracuje mega-stabilnie i płynnie; wiadomo, że łyka ono nieco więcej zasobów CPU, aniżeli lekkie i szybkie i3, ale wciąż XFCE pozostaje środowiskiem graficznym w kategorii lightweight. Zresztą przy 16GB pamięci RAM na moim Dellu, kompletnie nie czuję obciążenia samym XFCE.

XFCE

Co poza tym? Otóż jakiś czas temu przeniosłem się na nową powłokę. Nie pamiętam, czy wspominałem o tym tutaj, czy tylko na kanale tego bloga na Telegramie (zaglądajcie tam, albowiem na kanale wrzucam naprawdę dużo małych, postrzępionych wiadomości, z których nie chce mi się robić osobnych postów – nie tylko ze świata Linuxa, ale i jakieś wtręty muzyczne, obserwacje wszelakie, ciekawe grafiki z netu, interesujące linki itd. ), w każdym razie porzuciłem domyślną powłokę bash, na rzecz powłoki fish.
Zmiana powłoki w Linuxie nie jest niczym skomplikowanym, a korzyści z takiej zmiany bywają zaskakujące, przynajmniej dla mnie, linuksiarza, który nie pisze kodu i nie musi brać udziału w niekończących się dyskusjach nt. tego, czy lepszy jest bash, czy zsh, czy fish itd.

powłoka fish w xfce4-terminal
jedno z narzędzi do konfiguracji prompta dostępne w powłoce fish

Powłoka fish charakteryzuje się prostotą obsługi i ogromem udogodnień, m.in. takich jak perfekcyjne autouzupełnianie komend (nieskończony limit ich zapamiętywania), mega-czytelne kolorowanie składni, bogaty panel konfiguracji powłoki przy pomocy komendy: fish_config, która uruchamia panel konfiguracyjny w domyślnej dla systemu przeglądarce. Fish, to także super-szybkie tworzenie aliasów, dzięki czemu długie komendy zamieniasz w jedno łatwe do zapamiętania wyrażenie (które po wpisaniu jednej, bądź kilku liter i tak zostanie ci podpowiedziane w terminalu).
W porównaniu ze starym bashem, fish to dla mnie wieeelka wygoda i szybkość pracy w konsoli. Polecam wszystkim wypróbowanie tej powłoki!

Zainstalowałem ncspot – konsolowy Spotify player i od razu się w nim zakochałem! ncspot jest prosty, czytelny, łatwy w nawigacji i w wersji CLI oferuje wszystkie funkcje dostępne w “reżimowej” wersji aplikacji Spotify…
Wyszukiwanie, albumy, artyści, playlisty, podkasty, tworzenie własnych kolejek – jest wszystko czego potrzeba do obsługi Spotify Premium. Polecam!

ncspot – konsolowa wersja Spotify Premium w akcji

Ponadto, w ostatnim czasie ostatecznie zdecydowałem się na używanie GNU screen’a jako domyślnego multipleksera. Dlaczego nie wybrałem – jak olbrzymia większość linuksiarzy – tmuxa? Bo nie :D Taki kaprys. Przyzwyczaiłem się do screen’a i spełnia on wszystkie moje zachcianki w materii nowych okien i wirtualnych powłok w terminalu, a wygląda on u mnie tak:

GNU screen

Odświeżyłem też nieco wygląd mojego weechata. To mój ukochany klient IRC i mogę w nim dłubać w nieskończoność! Zmieniłem nieco znaczniki i symbole, zastępując je FontAwesome (m.in. strzałki wejść i wyjść z kanałów – vide screenshot poniżej) i dodając dodatkowe odstępy w liście uczestników kanału dla lepszej czytelności. Zmieniłem też skrypt sortujący kanały i listę serwerów…

sesja screen: weechat, profanity (klient XMPP) i rtv (konsolowy czytnik Reddita)

Hmm… to chyba na tyle… Jeszcze raz zapraszam wszystkich na kanał tego bloga w Telegramie (podgląd tego kanału znajduje się w kolumnie po prawej) i na nasz czat tamże! Komentujcie, czytajcie, krytykujcie!

Zabezpiecz swoją przeglądarkę! Prywatność w sieci

Podziel się:










0Shares

nsa

Po ostatnich doniesieniach nt PRISM i ujawnieniu przez Edwarda Snowdena “kilku znamiennych faktów” odnośnie tego, co świnie z rządowych agencji oraz it-multikorporacje wyczyniają w necie z naszymi danymi, część ludzi (nagle) się przeraziła skalą problemu; oto bowiem nieliczne grono osób i urzędów/firm/instytucji śledzi nasz każdy krok, każdy klik w necie, kradnie nam dane, sprzedaje je firmom trzecim i robi to absolutnie bezkarnie.

Wiecie co? Chce mi się śmiać. Od wielu lat mówiłem o tym znajomym, a oni tylko odganiali mnie jak natrętną muchę, twierdząc że jestem linuksowym fanatykiem, zwolennikiem spiskowych teorii, obsesyjnie nienawidzącym Windowsa, Facebooka i innych takich. Machali jedynie ręką, uważając mnie za nieszkodliwego dziwaka, który pieprzy o jakimś tam proprietary software, internetowej inwigilacji i pazernych korporacjach.

Nie chodzi o to, że byłem/jestem w posiadaniu jakiejś tajnej wiedzy. Wszystko, co ujawniły mainstreamowe media w sprawie PRISM nie jest niczym nowym. To nowość raczej dla przeciętnych klikaczy internetowych, swoisty “szok”. Jak to?! Facebook i Google cokolwiek mi kradną i podglądają mnie? Yahoo i Skype też? Moja skrzynka pocztowa na Gmail jest dostępna dla kogoś innego? Podobne pytania pojawiają się teraz coraz częściej, bo – niestety! – wiedza pierwszego z brzegu użytkownika internetu w kwestii prywatności jest niemal zerowa.

Chciałbym pokrótce napisać, jak ograniczyć rozmaitym szumowinom dostęp do naszego kompa. Autentyczna 666%-owa prywatność w internecie, to spore wyzwanie wiążące się z pewną wiedzą techniczną i dla szeregowego internauty jest raczej nieosiągalna w pełni na domowych komputerach. Możemy jednak użyć kilku prostych narzędzi, które sprawią, że nie będziemy molestowani w sieci tak jak dotychczas. Posłużę się Firefoxem, bo jest to całkiem przyzwoita przeglądarka jeśli chodzi o dostepność odpowiednich dodatków bezpieczeństwa (oczywiście te same narzędzia dostępne są w Iceweasel’u – debianowskiej wersji Firefoxa).

Adblock Plus

adblock

Adblock, to zasadniczo pierwszy dodatek, jaki trzeba zainstalować po pierwszym uruchomieniu przeglądarki. Ilość reklam w necie jest kosmiczna, a komfort poruszania się po stronach wypełnionych po brzegi tym gównem, jest po prostu żaden. Większość ludzi ogranicza się jedynie do instalacji, nie zaglądając w ustawienia i nie weryfikując filtrów Adblock’a – przyjrzyjcie się im, wybierzcie dodatkowe! Poza tym dzięki temu rozszerzeniu zablokujemy również koszmar ostatnich miesięcy, czyli wkurwiające, permanentnie wyskakujące popup’y informujące nas o tym, że dana strona używa cookies. Dobry człowiek zrobił filtr, który blokuje nam te debilne powiadomienia. Wystarczy odwiedzić tą stronę i dodać filtr zgodnie z instrukcją.

Better Privacy

betterprivacy

Better Privacy, to dodatek monitorujący ruch w sieci pod kątem ciasteczek. Blokuje i usuwa m.in. super cookies, ciastka o długiej żywotności, ciastka-Flash, czyli LSO (Local Shared Objects). Przydatne narzędzie, którego jednak należy używać z rozwagą, coby nie usunąć sobie bezmyślnie zapisanych haseł, czy ustawień np. gier online. Better Privacy spisuje się jednak świetnie – polecam!

LastPass

lastpass

LastPass jest rewelacyjnym menadżerem haseł do wszystkich naszych kont w internecie. Przy pomocy jednego (solidnego i trudnego do odgadnięcia, rzecz jasna) hasła logujemy się na wszlekie nasze konta, profile etc. Nie musimy pamiętać 666 haseł do poszczególnych miejsc w sieci – wystarczy nam hasło LastPass, którego możemy używać wszędzie. LastPass jest bezpieczne, przechowuje nasze dane na indywidualnym koncie (zwanym szpanersko Sejfem), a poza tym oferuje wiele użytecznych funkcji, jak np. tworzenie bezpiecznych notatek, autouzupełnianie formularzy, generowanie bezpiecznych haseł i wiele innych. Rzecz baaaardzo przydatna w przeglądarce.

Ghostery

ghostery

Ghostery, to świetny patent na upierdliwych skurwieli w stylu Google Analytics, Facebook’a, Quantcast itp. Bezlitośnie rozprawia się ze stronami śledzącymi nasze kliki, lajki i naszą aktywność na poszczególnych stronach. Doskonale blokuje wszelkie trakerstwo, szpiegujące nas reklamowe robactwo, sieci społecznościowe oraz bezużyteczne widgety, których pełno w necie. Z Ghostery radykalnie ograniczamy dostęp do naszego kompa rozmaitym potworkom spod znaku scumware.

Dodatek jest w pełni konfigurowalny. Cały czas mamy kontrolę nad blokowanymi elementami, możemy je odblokować, czasowo lub na stałe; ikona duszka informuje nas o ilości i rodzaju blokowanych aktywności w sieci. Po zainstalowaniu Ghostery sami przekonacie się, ile shitu próbuje wyssać informacje o was i o tym, co robicie w necie.

WOT (Web of Trust)

wot

Obowiązkowy add-on do każdej przeglądarki. WOT, to narzędzie służące do oceny reputacji stron internetowych. Sygnalizuje nam, czy dana strona jest godna zaufania, czy jest bezpieczna pod kątem ewentualnych ataków, wyłudzania danych etc. Instalując WOT, sami również oceniamy strony, które odwiedzamy, dzięki czemu baza informacji nt. bezpiecznego surfowania powiększa się z minuty na minutę na całym świecie. Wyniki WOT nie są 100%-owo miarodajne, ale w olbrzymiej większości przypadków ostrzegają nas przed wdepnięciem w gówno stron potencjalnie niebezpiecznych dla naszego kompa, kont i danych.

FoxyProxy

foxyproxy

FoxyProxy automatyzuje i ułatwia łączenie się przez serwer (bądź wiele serwerów) proxy. Ustawienia dodatku umożliwiają nam precyzyjną konfigurację połączenia przez proxy, w każdej chwili możemy przełączać schemat połączenia (np. proxy|default) i mamy kontrolę nad tym jak i przez jakie serwery łączy się nasza przeglądarka. Ikona na pasku informuje o stanie FoxyProxy.

DuckDuckGo

ddg

Nie wyobrażam już sobie wyszukiwania czegokolwiek w necie bez DuckDuckGo! To free & open source wyszukiwarka zapewniająca nie tylko prywatność podczas wyszukiwania (o czym możecie pomarzyć, używając Google), ale oferująca precyzyjny system wyszukiwania dokładnie tego, co chcesz znaleźć (zamiast stada “sugestii” w formie korporacyjnych linków, pierdolonych reklam i innego chłamu). DuckDuckGo możemy skonfigurować pod nasze własne potrzeby, mając pewność, że wyszukując cokolwiek nie jesteśmy śledzeni i otrzymujemy takie wyniki wyszukiwania o jakie nam chodzi.

Ja już dawno olałem Google i korzystam wyłącznie z DDG. Dobrym dopełnieniem wyszukiwania wolnego od trackingu są: Seeks oraz YaCy Sciencenet.

* * *

Powyższe dodatki do Firefoxa/Iceweasela w jakimś stopniu czynią nasze poruszanie się w necie bezpieczniejszym. Dla mnie te dodatki, to absolutne minimum, by w miarę komfortowo grzebać w sieci. Używanie bowiem “gołej” porzeglądarki jest nie tylko niezbyt bezpieczne, ale po prostu głupie. To rzecz jasna nie wszystkie rozwiązania problemu ochrony prywatności w internecie (nie wspomniałem np. o bardzo ważnym instrumencie spod znaku anonymity online, jakim jest Tor – temat na osobny, obszerniejeszy post), ale liznąłem chociaż zagadnienie…

Nie łudzę się, że w perspektywie czasu nasze położenie w internecie zmieni się na korzyść naszej prywatności i mniejszej ekspansywności multikorporacji; wielkie firmy, rządy i inne tałatajstwo tego typu będą robić wszystko, by wleźć w nasze kompy. Komputer podłączony do internetu już dawno przestał być zabawką do gier, gadu-gadu i faceshita – stał się bramą do naszych danych, informacji prywatnych, narzędziem inwigilacji w sytuacji, gdy o nic nie jesteśmy podejrzewani, a całe hordy ścierwojadów szpiegują nas każdego dnia. Mam nadzieję, że wkrótce przyjdzie czas, gdy ludzie zajarzą, iż nie są to żadne bełkoty maniaków wolności opragramowania i wolności w sieci w ogóle. Czy tego chcemy, czy nie, internet jest już częścią naszego życia – podobnie jak wymieniamy zamki w drzwiach mieszkań, powinniśmy wreszcie zrozumieć, że ochrona naszej prywatności w necie również musi być podyktowana naszą własną troską o to, co mamy – w kompach, a przede wszystkim w naszych głowach. Brak wiedzy i chęci z naszej strony sprawi, że byle rządowo-urzędnicza, albo korporacyjna świnia wejdzie wkrótce w nasz życie przez kabel netowy…

Na koniec warta odwiedzenia strona prezentująca w pełni funkcjonalne, bezpieczne i przede wszystkim otwartoźródłowe alternatywy dla najpopularniejszego netowego oprogramowania (dla Linuxa/BSD/GNU, Windowsa oraz  iOS) patronowana przez Free Software Foundation.

Internetowy terror…

Podziel się:










0Shares
Z przerażeniem stwierdzam, że pochłonęła mnie kompletnie patologiczna forma skondensowanej treści, quasi-informacji, skrótowców przypominających raczej trywialne pierdnięcia, niż cokolwiek na kształt refleksji ubranej w składnię jakiej zwykłem używać tutaj, czy na wcześniejszym moim blogu.
Dość nadmienić o całej kolosalnej machinie badawczej wokół internetu i patologii, jakie wiążą się z tym medium; z pewną dozą pewności mogę powiedzieć, że zasyfiłem sobie łeb rozmaitymi rodzajami tej choroby. Inną bajką jest fakt, że ostatnimi czasy moja netowa aktywność popłynęła na wschód, ku rosyjskim przestrzeniom. Poza tym jednak popełniam niewiele inspirujących (mnie samego) rzeczy i wkurwia mnie to lekko, albowiem proces skrótowego ujmowania własnych myśli jest jak rak: niszczy zdrowe obszary, panosząc się błyskawicznie i z przerzutami.
Żenująca jest również ilość tych moich netowych shitów:
Diaspora
Aptosid / Debian GNU/Linux
Flickr
My Opera
Identica
Doraźnie leczę się książkami oczywiście, co pozwala na relatywnie sprawne budowanie wokół siebie bezpiecznej bańki chroniącej mnie przed obłąkaniem z powodu pracy i zdarzeń losowych typu myślenie…