Netflixowa ściema: /the social dilemma_

Podziel się:
0Shares
··· źródło: https://medium.com/

Media społecznościowe już na setki sposobów uzależniły od siebie miliardy ludzi na świecie i w zasadzie niczym niezwykłym jest w społecznej percepcji takie zjawisko, jak psychoterapia uzależnień internetowych. Temat – zdawać by się mogło – znany, przerobiony, z tysiącami opracowań naukowych w wielu dziedzinach…
Tymczasem Netflix wypuszcza w 2020 roku film dokumentalny, w którym byli pracownicy takich gigantów, jak: Google, Facebook, Twitter, Pinterest i im podobnych, w tonie pewnej konfidencjonalności, w atmosferze swoistej tajemnicy, opowiadają przyciszonymi głosami o swojej karierze w korporacjach.
Oszczędne w formie ujęcia w pokojach z minimalistycznym interiorem. Najazd kamery na twarz, długi kadr rejestrujący emocje siedzącego/siedzącej przed kamerą; niepewne uśmieszki, opuszczony wzrok, dezorientacja, lekkie zdenerwowanie – tak oto rozpoczyna się wielka docudrama Netflixa – kroi się coś naprawdę potężnego! Oglądajcie!

Najogólniej rzecz ujmując, największe internetowe korporacje, marki i właściciele social-mediów od wielu lat mają stosunkowo przesraną opinię zarówno wśród antykapitalistycznych aktywistów, psychologów społecznych, socjologów internetu, jak i wśród swoich ofiar – użytkowników tychże sieci społecznościowych.

The social dilemma, to film, który ma nam unaocznić fakt, w jak zaawansowanych stadiach znajdują się rozmaite psychomanipulacyjne strategie Facebooka, Twittera i innych gigantów tej branży, aby w sposób maksymalny i totalny przywiązać użytkowników nie tylko do samych narzędzi komunikacyjnych z ciekawymi i kolorowymi interfejsami, ale by w sposób perfekcyjny indywidualizować ofertę i kontent wyłącznie pod kątem preferencji i zachcianek konkretnego usera. Idzie bowiem oto, by nowa-stara koncepcja klienta będącego jednocześnie towarem na multimedialnym i internetowym rynku upowszechniła się jeszcze bardziej, ale tak, by miliardy ofiar nie poczuły się robione w balona.

Dokładnie o tym w owym dokumencie opowiadają ex-pracownicy multikorporacji, którzy byli odpowiedzialni właśnie za owe strategie psychospołecznej maszynki do mięsa, w której mielono pragnienia, kreowano potrzeby, wyciskano kasę, przerabiano na nowy produkt, sprzedawany z kolei innym korporacjom jako rezerwuar siły nabywczej dla wszelkich innych branż i tak dziko skoncentrowanych w kilkunastu światowych firmach-gigantach.
Bohaterowie filmu siedzą grzecznie przed kamerą – wszyscy bez wyjątku. Zatem mamy do czynienia z czymś w rodzaju “ławy oskarżonych”, na której siedzi banda nerdów, programistów, speców od wizerunku, psychologii rynków internetowych i innych magików pomagających social-mediom maksymalizować zyski w całkiem nieuczciwy i moralnie naganny sposób… Szok!

Jedni z ex-pracowników korporacji od razu na starcie robią smutne miny, inni pewnym głosem opowiadają o tym, jak tworzyli odpowiedni kontent, umożliwiający w czasie rzeczywistym kreować potrzeby użytkowników Facebooka / Google’a, maksymalizować pragnienia, tworząc tym samym żywe bazy danych, które dobrowolnie każdego dnia dawały na sobie zarabiać gigantyczną kasę we wszystkich możliwych branżach światowych rynków. Niemniej jednak wszyscy bez wyjątku, wraz z “rozwojem akcji” dokumentu, stają po jasnej stronie mocy, przyznając jak bardzo nagannymi i wątpliwymi etycznie rzeczami zajmowali się do tej pory…

Niby wszystko OK, prawda? Niby tak, ale…

Netflix produkując The social dilemma, pośliznął się na gównie, które chciał skrytykować i potępić. Nikt rozumny nie ma chyba złudzeń: Netflix jest dokładnie taką samą korporacją, w dokładnie tej samej niszy internetowej jak wszystkie firmy krytykowane w owym dokumencie. Więcej – Netflix jako “producent ruchomych obrazków” stosuje zapewne dokładnie te same chwyty podbudowywane obszernymi i szczegółowymi badaniami nad posegregowanymi umiejętnie grupami swoich odbiorców.
Trzeba być, łagodnie rzecz ujmując, debilem, aby tego nie dostrzec! Kolejna refleksja, jaka pojawia nie niemal jednocześnie z tymi powyższymi, zaraz po obejrzeniu dokumentu: The social dilemma nie opowiada o niczym nowym! Absolutnie!

Treść netflixowego dokumentu może być jakimś tam novum jedynie dla rzesz wciąż tępych, nieświadomych, bezrefleksyjnych klikaczy w Faceshicie, Google i w Instagramie, którzy do dziś – mimo jawnych dowodów na to, że w/w pijawki internetu kradną, szpiegują i robią syf w mózgach i kompach (smartfonach) userów – kierują się koszmarnie spierdoloną, żenującą opinią w stylu: no co? Niech sobie patrzą, niech sobie szpiegują. Ja nie mam nic do ukrycia i nie robię niczego złego!

Największa pretensja do twórców tego dokumentu? Fundamentalna: pieprzony Netflix, scenarzysta, reżyser, bohaterowie filmu – jednym słowem, kurwa, NIKT w tej produkcji nie zająknął się ni jednym słowem o potężnym już i wciąż rosnącym w siłę ruchu FOSS (Free and Open Source Software), o Free Software Foundation, o kluczowych alternatywach dla scentralizowanych molochów w sieciach socjalnych! O projektach totalnie wolnych i zdecentralizowanych sieci serwerów, tworzących poza cenzurą i kontrolą wielkich firm i podejrzanych kapitałów autentyczne sieci społeczne!
Ani słowa o GNU Social, o diasporze*, Fediverse, Mastodonie, PeerTubie, PixelFed, zero o zdecentralizowanych projektach w chmurze – kompletnie, kurwa, NIC!
Fakt ten unaocznia nam jedno: Netflix nie różni się absolutnie niczym od bohaterów The social dilemma. Korzysta z tych samych korporacyjnych sztuczek, kreując się jednocześnie na “postępowego społecznie dostarczyciela treści streamingowych”, tworząc w ilościach fabrycznych seriale i fabuły tak poprawne politycznie, że chce się rzygać już po kilkunastu minutach oglądania. Tym samym Netflix – kierując się Jedynym Przykazaniem – maksymalizuje zyski dokładnie tak jak inni giganci – tworząc “tęczowe” seriale, przyklejając czarnoskórych aktorów / aktorki tam, gdzie pasują jak pięść do nosa, ale czyniąc to z koniunkturalnych, strachliwych powodów. Tłum BLM i LGBT wszak może rozjebać w drobny mak wizerunek każdej korporacji, która w porę nie wkręci tęczy w swoje logo, nieprawdaż? Dlaczego? Bynajmniej nie dlatego, że gorąco wspierają oni walkę czarnych i LGBT+, ale dlatego, że w kapitalistycznych realiach rynkowo-kulturowych każdy tłum wściekły na coś / kogoś, jest idealną masą do uformowania z nich klientów, którym można sprzedać ich własny bunt za kasę płynącą tylko w jedną stronę – na konta korporacji.

Konkludując: The social dilemma, to wtórny, pełen hipokryzji dokument o samym Netflixie…

Praca zabija

Podziel się:










0Shares

Chyba nie ma ogólnej miary zaliczania przez jednostki spektakularnych tąpnięć w życiu, zwłaszcza jeśli chodzi o tak kruchą i kapryśną materię, jaką jest zdrowie. W moich ustach brzmi to cokolwiek niezbyt poważnie, albowiem konsekwentnie, przez wiele lat wydzierając mordę na koncertach: old punks never die! ważyłem sobie lekce fakt, że jestem astmatykiem, chlejącym i żrącym mocno niezdrowe specyfiki.
Zemsta jest brutalna i ma również związek z robotą, która zjebała mi ponad siedem lat życia.
Opuszczając wczoraj szpital i intensywną terapię poczułem i ulgę i olbrzymi kwas, wewnętrzne zdegustowanie. Można powiedzieć, że odratowali mnie w ostatnim momencie i nie będzie w tym grama przesady. Czy się bałem? Cholera, nie wiem. W pewnym momencie miałem wrażenie, że wiozą mnie na salę intensywnej opieki, a ja gapię się na świetlówki w suficie, które synchronicznie gasną, kiedy przejeżdżam kolejne metry; jakbym gasił za sobą wszystkie światła. Było mi zimno i nie miałem czym oddychać. Nie słyszałem krzyków i słów wokół mnie.
Potem tylko szum tlenu (nigdy nie zapomnę tego zapachu, czy raczej owej życiodajności…) i lekkie pieczenie w miejscach, w których kroplówki pompowały we mnie antybiotyki i inne płyny próbujące przywrócić moje ścierwo do jako-takiej używialności.

Wiele razy w przeciągu ostatnich siedmiu lat poświęcałem się, łażąc do pracy z gorączkami i innymi przeziębieniami. Nie inaczej było ostatnio – zrobiłem to dla kumpli, żeby nie musieli ponad normę tyrać za mnie-nieobecnego. Tym razem odporność organizmu była już żadna; gdyby nie szybka reakcja członków rodziny, pewnie było by już po wszystkim.

Nie chciałbym tutaj epatować moralizatorskim pierdoleniem, ale teraz zrozumiałem, że tak naprawdę za zwyczajną pracowniczą solidarnością kryje się zimna kalkulacja kurwy robiącej kapitalizm na barkach innych, kosztem innych, rękoma innych.
W pewnym momencie życia należy powiedzieć sobie basta! i zminić ten pieprzony krąg ekonomicznej eksploatacji i uzależnienia; wyjście z tej czarnej dziury ma swoją cenę i być może zapłaciłem zbyt wiele (i zapewne płacił będę jeszcze długo), ale nie ma już kroku wstecz. Pierdolcie się wszyscy “przedsiębiorcy” ryjący dziury w brzuchach i głowach pracujących na was ludzi!

Przesyt

Podziel się:










0Shares

Odczucie przesytu wokół towarzyszy nam od conajmniej kilkunastu lat; cezura czasowa jest w tym przypadku płynna i silnie skorelowana z postępującą degradacją komunikacji międzyludzkiej, która w swej warstwie technologicznej i praktycznej – paradoksalnie – ma nas zbliżać ku sobie. Nigdy wcześniej nie mieliśmy takich narzędzi komunikacyjnych jak dziś, nigdy wcześniej nie mieliśmy potencjalnego dostępu do tylu źródeł informacji, których obieg jeszcze nigdy nie był tak szybki jak teraz. Pułapka przełomowego XXI wieku.

Stanisław Lem zauważył, że doniosłość owej komunikacyjno-informacyjnej ekspansji w perspektywie rozwoju ludzkości jest w efekcie kontrproduktywna, albowiem wartość wiedzy przyswajanej i multiplikowanej (poprzez wielość źródeł owej wiedzy i poprzez jej internetową choćby dostępność) jest w obecnych czasach bardziej statystyczna, aniżeli merytoryczna. Innymi słowy katalogujemy informacje pęczniejące z sekundy na sekundę, ale ich wartość nie przekłada się na jakościowy, filozoficzny, etyczny czy epistemologiczny progres ludzkości i człowieka jako jednostki.
Lubię wracać myślami do tej konstatacji Lema, bowiem sformułował ją pisarz i futurolog niejako w ramach testamentu dla nas wszystkich, zanim zmarł.

Tutułowy przesyt dotyczy absolutnie wszystkich dziedzin życia i przejawów naszej aktywności. Ponurym paradoksem jest również to, że niedobór czegoś w naszym otoczeniu automatycznie uruchamia wszelkie możliwe siły, by ów “nienormalny” stan zniwelować – poprzez kolejną falę ekspansywnej aktywności w danych dziedzinach. Zatraciliśmy zupełnie zdolność prawidłowego diagnozowania naszych bolączek, a za jedyne skuteczne antidotum uznalismy zaspokajanie potrzeb.
Hibernacja, ucieczka w siebie (czy też ucieczka-w-świat, wgłąb…), urlop od tego zjebanego biegu z przeszkodami, szumnie nazywanego codziennością – wszystkie te reakcje są traktowane jeśli nie jak pomysł wariata (wyskakiwać z pędzącego pociągu?! pozostawić nie ukończony projekt w pracy?! zrezygnować z kupna nowego telewizora?! nie brać kredytu?!), to na pewno jako fanaberia kogoś, komu zapewne się nudzi “w tych zabieganych czasach”…

thumb-2537211-1000x750-c7607e2a0e17d18d8a0f41e1153d9c8af2715739447bd92f3160e8798ecc7e70

Wiecie, co znajduje się na powyższym zdjęciu? To deal między UE, a Kanadą… CETA. Kolejna cichcem przepychana umowa między kapitałem a technokratami z UE, kolejny skurwiały alians korporacji i władzy, zaklepywany baaardzo wysoko ponad naszymi głowami… Pomyślcie o tych wszystkich patałachach z PIS, PO, PSL, Nowoczesnej, pomyślcie który z tych pieprzonych darmozjadów przeczytał choćby połowę tej kobyły? Oczywiście żaden. Nie jest ona zresztą wydrukowana “do czytania”, ona w ogóle nie jest do czytania, z samej swej istoty. Tomiszcze, którego nie uniesie żaden pierdolony unijny biurokrata, to atawizm, estetyczny hołd złożony “starodawnym” ceremoniom podpisywania i pieczętowania umów wszelakich.

Podobne gabaryty mają nasze “prywatne księgi wiedzy”, które codziennym klikaniem w necie powołujemy do życia. Ich wartość jest jednak więcej, niż nędzna. I taką pozostanie. Obecne pokolenie trzydziesto-, czterdziestolatków stoi w rozkroku pomiędzy “archaicznymi” metodami oswajania świata sprzed 10-20 lat, a współczesną orgią statystycznego gromadzenia danych (nie wiedzy!), które w przeważającej części są obrazkami, hologramami, majakami 3D/4D. Ludzie są obecnie bezdennie głupi, ale mają 6GB RAMu w smartfonach. Przestrzeń, której nigdy, przenigdy nie zagospodarowaliby w swoich umysłach czymkolwiek cennym…

jutub szit…

Podziel się:










0Shares
Podkład:
~ WitchHunt, Wolvhammer, Agnosy, Atrament, Warcry, Серпень, Skin Contact;
~ DIY destylat 65% + DIY sok malinowy;
~ e-liquid’s: Extreme Mint, Red Cloud, Black Grain Espresso.

Ludzie często odwiedzający youtube zauważyli zapewne jakiś czas temu, że w polskim baraku jutubowym (w dalszej części posta będę spolszczał ową nazwę i jej pochodne – dla wygody) trwa wojna między jutuberami, a publiką i sami zainteresowani podzielili się na rozmaite frakcje. Nihil novi sub sole..
Aby ugryźć ten temat, pokusiłem się o głębszą wycieczkę w gąszcz jutubowych kanałów. Mówiąc kolokwialnie, jest ich od zajebania i większość, to (merytorycznie, artystycznie, zjawiskowo) kompletna kupa gówna, jakim z upodobaniem tuczy się gimbaza. Na palcach jednej ręki policzyłbym tych polskich jutuberów, których warto obejrzeć więcej niż kilka razy. Cała reszta, to jakieś totalnie gówniane wynurzenia nastolatek nt. mody, lizania się z kolegami ze szkoły, nt paczek z AliExpress, czy po prostu autorskie kanały gogusiów utuczonych na subach, lajkach, kontraktach reklamowych, występujących w nie swoich szmatach, z upodobaniem walących autografami na prawo i lewo na rozmaitych eventach…

Kalka nie-internetowego mainstreamu przeniknęła już na dobre do jutuba i co najgorsze: jutuberzy z czołówki, choćby nie wiem jak wielki shit produkowali na swoich kanałach (nie oszukujmy się, spora ich część, to gówniarzeria kreująca się na quasi-autorytety od quasi-problemów), naprawdę pokochali nowy smród wokół siebie; ten wulgarny glamour unosi się na “spotkaniach z fanami”, ta kiepsko udawana skromność w stylu: jestem na jutubie głównie dla ludzi i pasji… Konsumeryzm w delikatne rączki dzieciaków włożył młoty pneumatyczne, by orać nasze mózgi  infantylizmem, generując jednocześnie w ich łbach poczucie bycia sławnym, a co za tym idzie “odpowiedzialnym” przed swoimi “widzami”.

Socjologicznie spełnieni w tej chorej koegzystencji: jutuber-widz, pozostają tylko ci pierwsi (a przecież – słychać gdzieś obok skamlanie – internety obiecywały egalitaryzm!), aczkolwiek poziom owego spełnienia zależy w gruncie rzeczy od ilości kompleksów i dziecinnych wyobrażeń o tym, czym jest ta magiczna sława. Widz otrzymuje rolę kibola swojego jutubera, podbija lajki, hejtuje wrogów. Schemat nie jest ani nowy, ani skomplikowany. Internetowy plebs spija gówniane resztki konfliktów i fejmu jakiegoś frustrata.
Obejrzałem ostatnio dokument pt. Zawód YouTuber. Cyniczny uśmieszek nie znikał z mojej twarzy aż do napisów końcowych. Oglądałem tych biednych przebierańców produkujących się, by wyjaśnić po co, dlaczego, w jakim celu zostali jutuberami… To smutne, że w 40-milionowym kraju ta garstka liźnięta jęzorem internetowego fejmu ma do zaoferowania swoim potencjalnym odbiorcom chujowo brzmiące historyjki, i jedno wielkie NIC. Film prezentował wybranych jutuberów ze świecznika (a uwierzcie, że autentyczny obraz tego środowiska – z punktu widzenia odbiorcy – kreuje “klasa średnia” tego środowiska) i tylko jeden człowiek będący jego bohaterem dał radę. “Dał radę”, czyli nie pomylił twarzy z dupą, będąc jednocześnie częścią tego środowiska… Był nim AdBuster. Sami zresztą obejrzyjcie ten film…
Mimo, że zakończenie – wydawać by się mogło – jest refleksyjne, każdy w miarę rozsądny widz zobaczy prawdziwych graczy i zwycięzców w tym środowisku. To oczywiście Google, mega-korporacja i właściciel zlewu pt. youtube oraz pierdolone agencje promocyjne, w których zamienia się tych biednych “sławnych” jutuberów w grzeczne dziwki kapitalistycznego rynku i jego żelaznych wymogów.. Więcej żelu na grzywkę! Więcej światła w kadrze!

Do kurwy nędzy, żyjemy w rzeczywistości, której w żaden sposób nie odzwierciedla internet; net jest krzywym zwierciadłem, w którym odbijają się skrzywione oczekiwania skrzywionych ludzi. Truizm! Dla wielu ludzi stwierdzenie: żyjemy w rzeczywistości jest tożsame z tym zlewozmywakiem internetów. Inna rzeczywistość jest niejako wchłaniana do zony internetowych wojenek…

Właśnie… Na wstępie tego posta wspomniałem o wojence. Wpiszcie sobie na youtube frazę: Ator vs Gimper. W miarę szybko ogarniecie o co kaman. Jeszcze szybciej zdacie sobie sprawę jaka to gnojówka i żenada. Przedwcześnie podstarzały, żonaty quasi-moralizator i gówniarz robiący fejm na dzieciakach, oboje mający niewiele ważnego do powiedzenia.
Kurwa, takie właśnie żenujące przykłady jutubowej aktywności zaśmiecają nam głowy. Tymczasem w polskim jutubie jest to temat numer jeden. Gdzieś obok pracowite jutuberki wymyślają nowy mejkap na nowy odcinek swoich wynurzeń, Człowiek Warga kręci nowy odcinek Z Dupy, codziennie cała rzesza ludzików pracowicie układa puzzle swojej jutubowej karierki, przybija piąteczki z małymi gimnazjalnymi rączkami na eventach, napierdala selfie z dzieciarnią, po drodze mamrocząc coś o odpowiedzialności za widza i poziomie filmików…

* * *

Chciałem dzisiaj jeszcze o dwóch kwestiach, ale są zbyt pojemne, by wrzucać je w jednym poście. Pierwsza, mianowicie, to alternatywy dla youtube, zarówno w materii samej platformy medialnej, jak i merytorycznego poziomu i jakości przekazu. Temat-rzeka, który jest o niebo smaczniejszy, niż jutubowe rzygi.

Druga kwestia, to polskie środowiska prawicowe na youtube i ich obecna percepcja po zmianie władzy na-długo-oczekiwaną. Poświęciłem prawie rok na codzienne śledzenie “opozycyjnych mediów” na jutubie, wgapiałem się w prawicę wyklętą, słuchałem podziemnych, walczących, popierających, łapałem Ziemkiewicza i jemu podobnych na żenadnej hipokryzji…
Niejako siłą rozpędu konfrontowałem ich spuściznę z różowymi pluszakami z KrytPo na czele z Sierakowskim – czołowym misiem lewicowej michnikowszczyzny (prawicowa publikuje w TygPo); to chyba jedyny przedstawiciel tego żłobu, który nie obrazi się za nazwanie go lewicą laicką :D

Przyjdzie czas na oba tematy. Póki co, rzeczywistość przegania nas na każdym kroku. Zamachy w Brukseli… Kto wie, pewnie prędzej napiszę o islamskim raku i o islamskim zagrożeniu dla nas wszystkich. Ktoś, kto twierdzi, że brzmi to dziwnie z ust anarchisty, albo źle rozumie hasło: No Borders No Nations!, albo nie zna hasła: No Gods No Masters!