Jarosław Szubrycht – Vader. Wojna totalna | Z Vaderem moje przeprawy

Podziel się:
0Shares

Panie i Panowie, Jarosław Szubrycht popełnił kawał świetnej biografii jednego z najważniejszych zespołów death metalowych na świecie!

Rzadko kiedy zachwycam się słowem pisanym już po pierwszych kilkunastu stronach, ale tutaj mamy do czynienia z biografią od A do Z, świetnie napisaną, świetnie złożoną i podaną czytelnikom w krwistym sosie ciekawych opowieści o Vaderze! To biografia dokładnie taka, na jaką zasługuje Vader – szczegółowa, wielowątkowa, bogata w setki wydarzeń zarówno oficjalnych (koncerty, trasy, kolejne wydawnictwa, przetasowania w składzie) jak i tych mniej, lub zgoła nieznanych potencjalnemu odbiorcy muzy tej kapeli z Olsztyna.

Przez wiele lat w polskim środowisku muzycznym i poza nim panowało przekonanie, że Vader jest zespołem bardziej znanym za granicą, aniżeli w Polsce. I coś w tym jest. Przez stosunkowo wiele lat Vader był “polskim produktem” mega dobrze rozpoznawalnym na Zachodzie, czy w Japonii. Anegdota związana z Japonią jest taka, że przeciętny Japończyk zapytany o Polskę, może kojarzy Solidarność, może Wojtyłę, ale na pewno zna Vadera.

Vader. Wojna totalna

Vader zawsze podążał własną drogą, konsekwentnie, do przodu. Wraz z nielicznymi polskimi kapelami metalowymi u schyłku komuny wytyczył kompletnie nowe ścieżki w ciężkim graniu; nie było to melodyjne pitu-pitu TSA, Kata, czy Turbo… To było autentyczne pierdolnięcie!
Patrząc z perspektywy czasu na swoje fascynacje muzyczne, bez wahania stwierdzam, że miałem kurewskie szczęście w tej materii! Pomijam oczywiście wczesne dzieciństwo, z plakatami Sandry, Savage i Michaela Jacksona nad łóżkiem (plakaty z gazety Świat Młodych) oraz bardzo krótkie zauroczenie takimi rzeczami jak AC/DC, Def Leppard, czy Scorpions…

Moje szczęście polegało na tym, że w wieku 14-15 lat poznałem takie kapele jak Death, Slayer, Deicide, Obituary, S.O.D., Cannibal Corpse, Unleashed. Był to bowiem złoty czas metalu na osiedlach i podwórkach, czasy czarnych spodni “gumek” i białych “thrash’owych” adidasów i wojskowych “opinaczy”! Przeżyłem krótką mega-fascynację takimi bandami jak Metallica, ale gdy usłyszałem Napalm Death, czy kapele z Florydy, kompletnie odleciałem! Potem doszła pierwsza Sepultura (Morbid Visions) i najazd na moją głowę death metalu ze Skandynawii. Nic już nie było takie samo jak wcześniej. Thrash i death stały się moją wieeelką fascynacją i mimo, że po drodze, z biegiem czasu, odkryłem dla siebie anarcho-punk, crust, powerviolence, crossover i grindcore, do głowy mi nie przyszło, by porzucić death…

W polskim death metalu nigdy nie siedziałem jakoś głęboko i nie znałem zbyt dobrze tej sceny. Pamiętam moją fascynację łódzkim Pandemonium, którego logo walnąłem sobie pięknie czarnym długopisem na kamizelce zrobionej z katany (czasy gdy ekrany i naszywki robiło się samemu, gdyż było to kompletnie niedostępne). Kapele typu Kat, czy TSA zawsze uważałem za wiochę i nigdy ich muza nie zachwyciła mnie choćby na chwilę.
Pewnego dnia w naszej mieścinie otwarto drugi sklep muzyczny (w pierwszym zamawiało się “spod lady” przegrywanie metalowych płyt z winyla na kasety Basfa i TDK, czy też na polskie nędzne “stilonki”…). Zaciekawiony poszedłem, powodowany plotą, że kupię tam sporo nowych punkowych kaset ze słynnej wtedy firmy Silverton. Owszem, było całkiem dużo nowych polskich punk-kapel, ale ja zwróciłem uwagę na mini-album Vadera – Sothis. Przyniosłem kasetę do domu, włożyłem do magnetofonu, nacisnąłem Play i… to było coś, co rozjebało moją głowę na maleńkie kawałeczki!!!
Potężna ściana gitarowej miazgi, techniczna precyzja i tak wspaniała perkusja z blastami, że urywało jaja! To był death metalowy huragan i czysta wściekłość! Do tego jeszcze wokal Petera… To było coś zupełnie innego, niż ciężkie podążające sobie swoją drogą szwedzkie granie, to był zupełnie inny death, niż ten grany na Florydzie!
Dość powiedzieć, że kaseta Sothis została zajechana na śmierć przeze mnie i moich znajomych. Od tamtej pory starałem się w miarę regularnie śledzić, to, co nagrywa Vader i byłem pod wrażeniem każdej nowej płyty. Gitarowa, agresywna maniera Petera w chuj mi się podobała, bo jego riffy mówiły jedno: napierdalamy! do przodu! szybciej! Do tego jeszcze mistrzowska perkusja Docenta – kurwa, tak technicznie sprawnie, tak szybko, tak dokładnie nie grał na świecie wtedy nikt, oprócz niego!


Vadera na żywo zaliczyłem zaledwie dwa razy: raz na którejś Metalmanii w Spodku, gdzie rzecz jasna wielotysięczny tłum, tłok, brzmienie niby potężne, ale zero klimatu, gdy stoi się z dala od sceny – nigdy nie byłem fanem takich spędów bydła… Drugi raz widziałem Vadera w małym klubie o nazwie Od zmierzchu do świtu, w niewielkim górniczym mieście Brzeszcze, gdzie swojego czasu odbyło się mnóstwo zajebistych metal/punk DIY koncertów. To było, kurwa, piekło! Maleńki klub, rzesza ludzi przed klubem (bo w środku nie było najmniejszych szans, by zmieścić choćby zapałkę), pod sceną ścisk nieprzeciętny… Ale nawet w tak małej miejscówce Vader potrafił zabrzmieć jak na największych gigach! Żadnej bariery między publiką, a kapelą, przybijanie piątek, plączące się długie włosy, pot kapiący z sufitu i totalny wypierdol, totalna death metalowa miazga i blasty wwiercające się w mózg! Gapiłem się na Docenta i jego grę z otwartą gębą, a w czasie przejść i najszybszych momentów nie dało się dostrzec jego rąk – wichura dźwięków!

Teraz Vader nie jest dla mnie jakąś rewelacją, nie śledzę ich poczynań szczególnie dokładnie, ale bywają wieczory, że posłucham Litany, czy Black To The Blind. Mój gust muzyczny po 40-tce utrzymuje się na wartości: constans przy grindcore’owych i crustowych rzygach, a w materii death metalu katuję się skandynawskim undergroundem i death/grind bandami z całego świata. Albowiem punkrock bez szatana, to chuj nie robota – zapamiętajcie to sobie!

***

Wracając do książki Vader. Wojna totalna, Jarka Szubrychta… To naprawdę jedna z najlepszych biografii muzycznych, jakie przeczytałem w życiu! Jarek zrobił kawał dobrej roboty; dobrze znał i zna metalową scenę, bo aktywnie w niej uczestniczy (i jako dziennikarz muzyczny i jako członek kapeli Lux Occulta i ogólnie jako koleś siedzący mocno w polskiej scenie metalowej od jej zarania) – to olbrzymi plus, gdyż kupując tą biografię, dostajemy książkę napisaną przez metalowca – dla metalowców.
Szubrycht ma naturalną zdolność snucia opowieści w ten sposób, że czytelnik ma wrażenie jakby siedział z kumplem na piwie i słuchał opowieści o kolejnych trasach koncertowych, o losach poszczególnych członków zespołu, o upadkach i wzlotach w kapeli. Otrzymujemy zatem spójną, wypchaną po brzegi szczegółami z życia Petera, Docenta, Szamba, Mausera i innych ludzi, którzy przewinęli się przez Vadera.
Oprócz kronikarskiego niemal opisu losów Vadera od czasów komuny do dziś, dostajemy mnóstwo faktograficznych opowieści o samej scenie metalowej – jest to baaardzo gęsta i ciekawa opowieść, od której ciężko się oderwać.

Co mi się w tej biografii nie podoba? Jak można się szybko domyśleć – dopieszczanie Petera, jako lidera, szefa, Generała (jak nazywają go w samym Vaderze), wygładzanie wszelkich “nierówności” na jego wizerunku samca alfa w stadzie o nazwie Vader. Rozumiem, kumpel jest kumpel, Jarek Szubrycht sam nawet kiedyś grał w Vaderze, ale nie bądźmy, kurwa dziećmi! Nie sądzę, żeby Peter miał mentalność Jarosława Kaczyńskiego i na każdą krytykę zamykał się obrażony, z kotem w domu. Wbicie kilku szpilek w ten charakterologiczny “monolit” Petera wyszłoby jak najbardziej na dobre tej biografii!
Nic to – książka jak najbardziej godna polecenia! Czytajcie!

666

Zimny Piter

Podziel się:










0Shares

Syfiasty, deszczowo-pośniegowy czwartek, ciężkie niebo, cała paleta odcieni szarości za oknem… Idealna aura, by zacząć kolejną ruską książkową wędrówkę – tym razem po Petersburgu. To niesamowite miasto nie daje się klasyfikacjom i umyka wszelkim uogólnieniom; w moim małym prywatnym rankingu rosyjskich metropolii plasuje się ono baaardzo wysoko, na starcie miażdżąc wiecznego konkurenta – oślizłe cielsko Moskwy.

W tle kapela rodem z Petersburga – Neva. Mroczny, gęsty i zimny blackened crust, ciężki i smutny walec – dźwiękowa, zimowa pocztówka z północnej stolicy Rosji… Niebawem ukaże się LP Nevy – nasłuchujcie ich rzygów w przestrzeni, bo ta płyta na bank rozpierdoli kawałek sceny metal/crust (Martyrdöd ma poważną konkurencję…).

Mikołaj Mirowski – Rewolucja permanentna Lwa Trockiego. Między teorią a praktyką

Podziel się:










0Shares

p975Książka do bólu naukowo-badawcza; Autor niewolniczo niemal trzyma się tytułu (oraz tytułów poszczególnych rozdziałów) i nie zbacza z obranej drogi nawet na krok (chciałoby się rzec – jak wzorowy członek IV Międzynarodówki). Książka opisuje zjawisko rewolucji permanentnej jako naczelnej kategorii filozofii Trockiego i jej praktycznych “odprysków” w politycznej działalności Trockiego i trockistów.

Język analityczno-badawczy, naukowa systematyka podejmowania kolejnych kwestii, żadnych fajerwerków, żadnych ciekawostek historycznych – tylko suche fakty z pism Trockiego i analiza jego myśli we wspomnianym “rzeczywistym odprysku”.
Pozycja ewidentnie dla zainteresowanych myślą lewicową przełomu XIX i XX wieku oraz dla trockistów-onanistów, którzy uwielbiają polemizować nad dwoma akapitami cytatów swojego mistrza, by zaraz potem stworzyć trzy wzejemnie zwalczające się rewolucyjno-robotnicze-komórki-czwartej-międzynarodówki.

Pestka po zgniłej wisience na torcie: książka zaopatrzona jest we Wstęp niejakiego Adama Michnika, co nie ma najmniejszego znaczenia, podobnie jak jego zakalcowate słów kilka o Trockim napisane na-odpierdol-się (to chyba znak firmowy wszystkich Wstępów popełnianych przez Michnika); że ten człowiek w ogóle cokolwiek jeszcze pisze… Uff…

 

Bronisław Wildstein – “Dolina Nicości”

Podziel się:










0Shares

Mam kłopot z tą książką…

Nie, nie chodzi o to, że Wildstein, to dla mnie człowiek z kompletnie innej galaktyki politycznej i jego “wrażliwość publicystyczna” jest mi totalnie obca. Starałem się podejść do tej powieści bez uprzedzeń i własnych zapatrywań na to, co Wildstein wyczynia w przestrzeni publicznej. Zabrałem się zatem do lektury…

Tytuł… Jak dla mnie drażniąco pretensjonalny, przesadnie napuszony – biorąc pod uwagę materię książki. Nigdy jednak nie sugeruję się tytułami książek. Przełykam tą nicość i czytam…

Trzecia RP. Mamy ambitnego dziennikarza śledczego, Wilczyckiego – doświadczonego w swoim fachu, zaznajomionego z koteriami, układzikami na styku władzy, biznesu i postkomuszego bagna.  Odkrywa on pewnego dnia związki z ubecją “osoby na świeczniku” i za wszelką cenę chce on owe rewelacje upublicznić. Oczywiście na drodze stają wpływowe siły “układu” w postaci Wielkiego Redaktora Naczelnego, a w tle prześlizguje się dziennikarzyna-piskorz (niejaki Return), próbujący dramatycznie oczyścić sumienie z niegdysiejszych grzechów współpracy z bezpieką.

Mamy w Dolinie Nicości twarde jak skała relacje biznesowo-polityczne, mamy wszechpotężne siły kłamstwa pod przykrywką “liberalnej demokracji”, mamy poniewieraną prawdę, niejasne [niby] samobójstwa, podejrzane majątki i zakulisowe intrygi w bagnie gnijącej Trzeciej Rzeczpospolitej…

Głupi domyśliłby się, kto jest kim w świecie realnym, gdyby przyłożyć tą wildsteinowską kalkę charakterów z Doliny… Uff… Książka nie tyle rozczarowuje, co nuży i… śmieszy (sic!).

Na czym polega problem? Ano na tym, że postkomunistyczne zombie o nazwie: III RP i współtwórcy tegoż, to naprawdę doskonały temat na powieść! Ten smród okrągłostołowych pogadanek i układów przykryty nadpsutym lukrem “wolności i demokracji”, ta pieprzona mityczna “gruba kreska” – to wszystko nadaje się na wyśmienitą epopeję, na współczesną (gorzką) opowieść o tym kraju nad Wisłą… Niestety Bronisław Wildstein w perfekcyjny sposób spieprzył tą książkę :)

Gdzieś w necie natknąłem się na notkę wychwalającą “niewątpliwe walory literackie” Doliny Nicości. Coż… :D Nie wiem, jak to ująć… Powiem tak: otóż książka ta walorów literackich po prostu nie ma. Żadnych. Postaci w powieści Wildsteina są albo jak ludziki w skali 1:1, wycięte z tektury i przewracające się przy byle podmuchu problemów, refleksji czy dramatycznych decyzji, albo ciosani z grubych kloców drewna; jakby pijanemu dać tępą siekierę… Mam tutaj na myśli charakterologiczne konstrukty, głębię przeżyć bohaterów (czy raczej owej głębi kompletny brak). Duża część książki, to karkołomne zdania oznajmiające, literacko zdychające jak muchy zamknięte w słoiku. Wildstein po prostu nie jest pisarzem i tyle. Jakkolwiek znany jest jego temperament publicystyczny oraz wyrazistość poglądów, to jednak literacko pada na łopatki – nie ratują go ani dialogi, ani sposób, w jaki stara się on budować napięcie w powieści. Im bardziej się “stara”, tym większą kupę serwuje potencjalnemu czytelnikowi.

Autor jest zbyt przewidywalny – decydując się na powieściowe ujęcie wydarzeń, którymi na co dzień zajmuje się jako dziennikarz i publicysta, powinien – jak sądzę – postarać się o większy dystans wobec  namacalnej rzeczywistości. Po to właśnie by – paradoksalnie – ową rzeczywistość przedstawić w interesującej i pociągającej czytelnika formie prozy współczesnej, z nutką kryminału, czy choćby solidnego political fiction. Wildstein nie ma również dystansu do samego siebie; w pewnych momentach książki czekałem tylko na symptomatyczną gwiazdkę i przypis na dole strony informujący: Czytelniku, w tym miejscu mam na myśli siebie – Bronka Wildsteina, nieustraszonego tropiciela łgarstw III RP!  Żenada.

Cóż, nie każdy może być Ziemkiewiczem, panie Wildstein :) A’propos… Rozbawiony i zażenowany Doliną Nicości (podkreślam – w warstwie literackiej; tematyka bowiem jest rewelacyjnym materiałem na niejedną powieść!) pomyślałem sobie, że całkiem prawdopodobną byłaby sytuacja, w której Rafał Ziemkiewicz – jakby nie było, kolega z politycznej piaskownicy Wildsteina – czyta Dolinę… i w głowie układają mu się (jakże mu właściwe) zjadliwe komentarze na temat tej “prozy”.

Podsumowując: Dolina Nicości, to umiejętnie spieprzona książka, dotykająca niezwykle ważkiego i ciekawego literacko tematu. W którymś z wcześniejszych wpisów napisałem, że książka ta jest “niegłupia”… Hmm… no, głupia może nie jest, ale jej wartość literacka jest żadna.

… ale okładka przynajmniej ładna :)