Marcin Hermanowski – Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów

Podziel się:
0Shares

Mamy do czynienia z publikacją wyjątkową, niestety funkcjonującą gdzieś w cieniu. A szkoda. Książka Marcina Hermanowskiego – Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów, to ważny kawałek historii, bez której trudno sobie wyobrazić obecny kształt mediów. Wynalazek dwóch fizyków: Aleksandra Popowa i Guglielma Marconiego zrewolucjonizował środki masowego przekazu na początku XX wieku, mimo że u swego zarania został dostrzeżony jedynie przez wojskowych. Radio, bo o nim oczywiście mowa, do dziś dzielnie walczy z telewizyjno-internetową konkurencją i można by powiedzieć, że generalnie ma się dobrze, chociaż poszczególne kierunki jego rozwoju mogą w XXI wieku budzić niepokój prawdziwych entuzjastów i ludzi autentycznie kochających radio i ten sposób przekazu informacji oraz komunikacji. Ale my nie o tym…

Radiofonia… jest książką wyjątkową – to pierwsza publikacja w Polsce obejmująca historię rozwoju radia od inauguracyjnej audycji Polskiego Towarzystwa Radiotechnicznego, którą wyemitowano 1 lutego 1925 roku, po dzień dzisiejszy, gdzie rynek radiofoniczny obejmuje zarówno radio publiczne, jak i komercyjne, gdzie postępuje cyfryzacja sygnału radiowego (DAB+), a rozgłośnie wykorzystują internet, by dotrzeć do nowych słuchaczy (m.in. poprzez podkasting).

Marcin Hermanowski w swojej pracy dużą wagę przyłożył do chronologicznego porządku wszystkich wydarzeń związanych z rozwojem radia w Polsce. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych (gdzie tak naprawdę wystartowała formuła rozgłośni radiowej kierującej do odbiorcy konkretny program), polskie radio – podobnie jak inne europejskie rozgłośnie – miało charakter państwowo-publiczny; w USA od samego początku prym wiodły rozgłośnie prywatne, a publiczna radiofonia w Stanach po dziś dzień jest niszowym medium. Hermanowski z kronikarską dokładnością opisuje działalność Polskiego Radia na przestrzeni lat. Szczególnie interesujące są dwa okresy: przedwojenny i ten bezpośrednio po wojnie, okres zarówno odbudowy radiowej infrastruktury jak i “umacniania się władzy ludowej”.

Pierwszy z tych okresów ma zasadnicze znaczenie, albowiem to wtedy radio nabiera swojego kształtu, przestaje być drogą zabawką dla nielicznych, a zaczyna pełnić rolę kulturotwórczą na terenie całego kraju, co ma niebagatelne znaczenie dla lokalnych społeczności – Autor doskonale opisuje rozwój kolejnych rozgłośni regionalnych Polskiego Radia, dzięki którym rzesze ludzi znękanych ciężką pracą po raz pierwszy raz w życiu mają kontakt z muzyką klasyczną, z literaturą czytaną na antenie, czy wreszcie z rozrywką pozwalającą na oderwanie się od codziennych problemów. Na audycje się czeka, całe rodziny gromadzą się przy radioodbiornikach – radio, to okno na świat!

Drugi, nie mniej ważny okres, to czasy gdy łapsko na Polskim Radiu kładzie aparat komunistycznego państwa i – rzecz do przewidzenia – monopolizuje przekaz radiowy na baaaardzo długo. Symptomatyczne – co podkreśla Autor – jest to, że pomimo cenzury i wyraźnego pacyfikowania niezależności w rozgłośniach, w radiowym środowisku istnieją ludzie, którzy umiejętnie umykają komuszym troglodytom, wciąż starając się, by radio wyszło z twarzą z tej politycznej zawieruchy, by choć część audycji miała swobodniejszy charakter.

Książka obfituje w setki ciekawostek i szczegółów z życia polskich rozgłośni publicznych, opisuje dokładnie powstawanie kolejnych programów Polskiego Radia, ich zasięg, tematykę na antenach i nade wszystko – potężny zapał techników, inżynierów radiowych, prezenterów, spikerów.
Radio staje się codziennym towarzyszem, od wczesnych godzin porannych – ze swoją gimnastyką i serwisami informacyjnymi –  poprzez reportaże, audycje muzyczne, słuchowiska i programy publicystyczne, po radiowy teatr wyobraźni i koncerty poszczególnych orkiestr Polskiego Radia. Wreszcie pojawia się Trójka i, można by rzec, okcydentalizuje się program i oferta radiowa, głównie w zakresie muzycznym. Poza tym bardzo ważny dla mnie Program Czwarty i Rozgłośnia Harcerska (w tamtych czasach punkowy głos w naszych domach!), Polskie Radio dla Zagranicy (jako jedno z nielicznych na świecie nadające niegdyś regularne audycje m.in. w moim ukochanym języku Esperanto) – mimo tego że z biegiem czasu Polskie Radio staje się biurokratycznym molochem, wciąż pracują w nim ludzie z głową na karku, pragnący puszczać w eter wszystko co najcenniejsze.
Tutaj mała dygresja – z doświadczenia słuchacza i miłośnika radia wiem, że najwięcej szkody i syfu temu medium przynoszą kolejne ekipy z politycznego nadania, absolutnie ze wszystkich opcji politycznych! Wszystkie unikalne audycje, cykle programów, wspaniałe kulturalno-edukacyjne projekty, absolutnie wszystkie, były i są po dziś dzień masakrowane przez politruków wszelkiej maści; to właśnie te pasożytnicze ścierwa najbardziej psują Polskie Radio i jego przekaz na przestrzeni wielu dekad! Może Marcin Hermanowski nie wyraża tego wprost, ale perfekcyjnie opisuje przypadki wywlania z anten rewelacyjnych audycji, zamykania całych redakcji (syf jaki zrobiono ze świetnym Radiem BIS, czy zmiany w Polskim Radiu dla Zagranicy, nie wspominając już o obecnym kształcie Polskiego Radia 24, którego, kurwa, nie da się słuchać z uwagi na upolitycznienie godne komunistycznego Radiokomitetu).

Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów, zawiera rzecz jasna informacje o innych okresach działalności Polskiego Radia, ale obejmuje także początki działania w Polsce radiofonii komercyjnej. Burdel nadawczy jaki panował na początku lat 90-tych XX wieku, to symptomatyczny czas. Wojna o częstotliwości, gangsterka w eterze, okres przejściowy pomiędzy dolnym (obowiązującym w Rosji i krajach byłego ZSRS) pasmem UKF, a nowym – górnym (tym obecnym: 87.5 – 108 MHz)… Hermanowski ze swoją opowieścią dociera aż do czasów współczesnych, gdzie radio stoi przed nowymi wyzwaniami. Niebagatelnym przedsięwzięciem jest cyfryzacja sygnału radiowgo w oparciu o technologię DAB+, coś co w Europie Zachodniej jest niemal standardem, u nas praktycznie się zaczęło (w DAB+ nadają wszystkie programy Polskiego Radia, łącznie z regionalnymi rozgłośniami). Mam przyjemność słuchania radia w DAB+ codziennie i namawiam wszystkich do kupna odbiornika DAB+! Na powrót zakochacie się w radiu!

Czego brakuje mi w tej książce? Kilku elementów. Przede wszystkim Autor nie rozwija szczegółowo technicznych aspektów działania stacji nadawczych. Brakuje mi również relacji ze słyszalności Polskiego Radia na przestrzeni lat, na długich, średnich i krótkich falach. Oprócz tego słabo opisano rynek odbiorników radiowych, a to mógłby być bardzo ciekawy rozdział!
Nie czepiam się, oczywiście. Mam świadomość, że jest to książka historyczno-popularyzatorska, a  nie techniczne archiwum.  Mimo tego, byłbym wniebowzięty gdyby w polskich księgarniach ukazała się opasła antologia nt polskiej radiofonii, obejmująca wszystkie ośrodki regionalne, opisująca szeczegółowo częstotliwości nadawania, moce nadajników, ich modernizację / wymianę.

Podsumowując: Radiofonia w Polsce…, to niezwykle cenna książka, którą powinni przeczytać wszyscy, którzy zachowali jeszcze choćby gram nostalgii w stosunku do radia oraz ci, dla których radio wciąż jest codziennym towarzyszem w życiu. Książka zawiera morze archiwalnych forografii dokumentujących działalność poszczególnych rozgłośni – jest na co popatrzeć, jest co wspominać!

***

Dla mnie osobiście temat pt.: Polskie Radio, to mega-emocjonalna sprawa. Po prostu szlag mnie trafia, gdy widzę, co dzieje się z poszczególnymi programami na przestrzeni ostatnich, powiedzmy, 20 lat. Spacyfikowano Polskie Radio BIS, absolutnie unikalny program edukacyjno-kulturalny, który wyraźnie odcinał się od gównianej popkulturowej masówki obecnej w komercyjnych shit-stacjach, który był źródłem wiedzy bez pierdolonych fajerwerków! Pewnych rzeczy nie da się sprzedać – pewne wartości i sposób ich przekazywania wymagają stabilnej formy jaką bez wątpienia było Radio BIS! Cholernie tęsknię za tym programem! W zamian mamy Czwórkę, która ni chu… nie jest kontynuatorką tej Czwórki z końca lat 80-tych. To niszówka dla juppies, przeładowana “alternatywną” papką muzyczną. Sorry, ale ja nie kupuję tego w ogóle!
Wiele lat temu Polskie Radio dla Zagranicy (zwane teraz Radio Poland) olało nadawanie na falach krótkich, co dla mnie jest szczególnym kurewstwem! Zresztą nie o mnie chodzi; tępaki odpowiedzialne za tą decyzję nie rozumieją tego, że to właśnie na falach krótkich słuchano Polskiego Radia na Ukrainie, Białorusi, w dalekich syberyjskich zadupiach Rosji, czy w zapomnianych polskich wioskach Kazachstanu. Do dziś przecież na olbrzymich tetytoriach Wschodu można zapomnieć o internecie, a radio jest jedynym oknem na świat! Zlikwidowano również na falach krótkich redakcję Esperanto, która powinna być prestiżową choćby z uwagi na fakt, że twórca języka międzynarodowego –  Ludwik Zamenhof – pochodził z Polski. Smutne, że w Espreanto nadają komunistyczne Chiny, a “fachowcy” od kierowania polityką Polskiego Radia położyli na to laskę.
Brakuje również programu informacyjnego z prawdziwego zdarzenia. To jak cudownie spierdolono Polskie Radio 24 jest dobitnym przykadem na to, że polityczne ścierwojady trzymające łapsko na Polskim Radiu rok po roku pogrążają polską radiofonię publiczną w morzu absurdu i szamba.
Jestem zdecydowanym przeciwnikiem “doganiania radiostacji komercyjnych” przez Polskie Radio. PR powinno być przedsięwzięciem autentycznie misyjnym – chcę by kasa, którą kradnie mi to pieprzone państwo została spożytkowana, a nie zmarnotrawiona! PISowskie buractwo z TVP dostaje jakieś kuriozalne miliardy na disco-polo, na jebnięte seriale, na teleturnieje dla półmózgów, na propagandę smoleńską, czy na gnioty w stylu TVP Rozrywka, a radio? Radio dogorywa, chociaż gdyby nie prawdziwi entuzjaści i profesjonaliści w tym medium, już dawno polityczne mutanty pożarły by i Dwójkę i Trójkę…

Kryzys w Polskim Radiu, to temat-rzeka… Conajmniej na kilka długich postów. Ja nie przestanę mieć nadziei na lepsze czasy dla PR. Przy rozsądnej polityce antenowej, radiofonia publiczna może jeszcze nie raz zakwitnąć, dając nam wszystkim autentyczną przygodę ze słowem, informacją i wyobraźnią!
Należy też uświadomić sobie prosty fakt. Nie ma drugiego tak unikalnego medium jak radio właśnie. Zachłyśnięcie się digitalizacją i transmisją internetową na nic się nie zda w przypadku jakichkolwiek poważnych kryzysów; w sytuacji, gdy nastąpi jakieś wielkie “bum!” na skalę kontynentalną / światową, znika internet, znika telewizja, nie ma prasy.. Pozostają prawa fizyki i fale radiowe… I książki w zgliszczach…

Surmiak-Domańska i Domosławski – tak się pisze biografie!

Podziel się:
0Shares

Katarzyna Surmiak-Domańska wzięła na warsztat Krzysztofa Kieślowskiego, a Artur Domosławski – Ryszarda Kapuścińskiego. Dzięki ich wnikliwej, tytanicznej pracy otrzymujemy dwa opasłe tomiszcza traktujące o życiu i twórczości dwóch bardzo ważnych person w polskiej rzeczywistości/kulturze XX wieku.

Zapomnijcie, że kupicie Non-fiction, Domosławskiego w jakiejkolwiek księgarni, czy to “papierowej”, czy internetowej… Nie ma szans. To wynik kuriozalnej, debilnej i chorej sprawy sądowej, inicjatorką której była żona Kapuścińskiego; w ten oto sposób, przy pomocy paragrafów, ocenzurowała ona wizerunek swojego męża zaprezentowany nam wszystkim przez Artura Domosławskiego. Fuksem olbrzymim udało mi się kupić Non-fiction z drugiej ręki (pierwsze wydanie ze Świata Książki 2010), z czego jestem meeega-zadowolony! Świetnie napisanych, a przy tym wartościowych książek nigdy dosyć!

Domosławski nie poszedł na łatwiznę i nie odwalił kaszanki w postaci paru wywiadów z “wyznawcami” Kapuścińskiego, nie napisał popłuczyn na kolanach przed mistrzem. Nie pastwił się nad Kapuścińskim, ale nie dawał mu również żadnej taryfy ulgowej. Dlatego też w książce przeczytamy otwarcie o Kapuścińskim-staliniście, o zachłyśnięciu się komunizmem, o tych symptomatycznych, powojennych spazmach w szponach nowego systemu. Przeczytamy też o super kumplach i przyjaciołach z KC PZPR, o jego pierwszych ścieżkach dziennikarskich, o zabłoconej prowincji PRL…
Domosławski dokonał tego, czego nie potrafi wielu biografów znanych ludzi: uwypuklił i pokazał w czytelnym świetle wieloaspektowość nie tylko osobowości swojego bohatera, ale i wielowarstwowość rzeczywistości, w jakiej ów bohater się porusza. Autor zrobił to bez wazeliniarstwa i dawania dupy konwenansom. Ta biografia jest po prostu napisana uczciwie i rzetelnie… Jako czytelnicy przechodzimy z Rysiem Kapuścińskim i jego komunistycznymi przyjaciółmi sporą wędrówkę – zarówno w wymiarze ontologicznym i aksjologicznym (vide wolta po śmierci Stalina i kolejna, po pojawieniu się Solidarności), ale ani na chwilę Domosławski nie pozwala nam zapomnieć o dziennikarskim dorobku Kapuścińskiego. Non-fiction jest perfekcyjnie wyważoną i zbilansowaną historią o człowieku nie tylko zagadkowym, ale i w pewnych aspektach do bólu zwyczajnym, jak my wszyscy.
Moja fascynacja Kapuścińskim trwała krótko. Zaczęła się od Chrystusa z karabinem na ramieniu; w pierwszej klasie technikum, szlifując swoją wiedzę rewolucyjną, jako młody anarchista, podpierałem się oficjalnymi wydaniami książek mogących przybliżyć mi specyfikę ruchów rewolucyjnych Ameryki Południowej i Środkowej (niejako “obok” czytałem tony trzecioobiegowych broszur, książek i publikacji anarchistycznych – nigdy nie zapomnę mrówczej pracy wydawnictwa Red Rat z Zielonej Góry i publikacji w kieleckim anarcho-zinie Lokomotywa Bez Nóg! To dzięki nim dowiadywałem się, dlaczego Kapuściński i autorzy takich książek jak: Rewolucja w imię Augusta Sandino, czy same Epizody wojny rewolucyjnej, Che Guevary, to komunistyczny shit, kolejny na tym świecie system ucisku, zniewolenia i zorganizowanej państwowej zbrodni.). Byłem też pod wrażeniem Wojny futbolowej, a Heban czytałem dwa razy . Z kolei Imperium ni chuuu… mnie nie ruszyło, albowiem już od lat kilku siedziałem w tematyce gułagowej i “obserwacje” Kapuścińskiego w upadającym ZSRR były dla mnie po prostu aksamitnym bullshitem. Krytyka tego systemu z ust “najsławniejszego dziennikarza XX wieku” była dla mnie śmiechu warta…
Lapidarianihil novi sub sole, naprawdę… Dopiero Podróże z Herodotem, pod względem formy i treści, wywarły na mnie naprawdę spore wrażenie. Cóż, Kapuściński miał doskonałe pióro, choć parafrazując klasyka, wielu szatanów za owym piórem stało.
Konkluzja odnośnie Non-fiction, Artura Domosławskiego: lektura absolutnie obowiązkowa! Starsza pani, która rozpętała całą sądową gnojówkę wokół tej książki nie rozumie elementarnych kwestii związanych z instytucją osoby publicznej jaką niewątpliwie był Ryszard Kapuściński… A  to że starszej pani niewygodnie jest czytać, że Rysio kobieciarzem był… no cóż… z zaściankowości się widocznie nie wyrasta…
Ja nie sprzedam swojego egzemplarza, ale szukajcie na aukcjach w necie wydania z 2010 roku. Nawet jeśli ktoś zachłanny zawoła wam 100 PLN, kupcie tą książkę – warto! Ja swoją zdobyłem za jednym zamachem wraz z książką Natalie Angier: Kobieta. Geografia intymna (wcześniejszy egzemplarz zostawiłem na squacie w Belgii) za 50 PLN za obie – uwielbiam gdy Szatan czuwa nad moim portfelem :D

Uwielbiam Trzy Kolory i Dekalog! Naczytałem się niegdyś tylu recenzji tych filmów, że aż śmiać się chce, co tzw. “eksperci od kina” widzieli w dziełach Kieślowskiego! A ja jednocześnie zakochałem się i w jego fabułach i w Zbigniewie Preisnerze. Nie wyobrażam sobie żadnego innego tła dźwiękowego w filmach Kieślowskiego, niż kompozycje Preisnera. Doceniam również przepiękny gest Preisnera po śmierci Krzysztofa Kieślowskiego, który napisał dla niego rozpierdalającą trzewia mszę: Requiem dla mojego przyjaciela! Gdyby NEUROSIS zagrało ten materiał, mógłbym umrzeć jutro.
… ale ale – mowa tutaj o wspaniałej biografii Krzysztofa Kieślowskiego: Zbliżenie, autorstwa Katarzyny Surmiak-Domańskiej. Uwierzcie mi, że już nikt nigdy nie napisze takiej książki o Kieślowskim! A dla biografa największym komplementem jest to, że na jego/jej polu już nikt nie podskoczy! Uwielbiam tą książkę, jest ona dla mnie kolejnym [coraz rzadszym – kurwa jego mać! – w ostatnim czasie] dobrem literackim, gdzie bohater potraktowany jest kompleksowo, z szacunkiem, wnikliwie, bez biletów ulgowych, bez wstydliwego pomijania tematów… hmm… nie tyle kontrowersyjnych, co spornych w kontekście -znowu – kolektywnej lukrowanej laurki dla Kieślowskiego.

Dopiero z tej biografii dowiedziałem się, jak wielkie znaczenie dla Krzysztofa Kieślowskiego miały jego dokumentalne produkcje, jak bardzo na samym początku swojej uniwersyteckiej drogi filmowej gardził fabułą. To cenna wiedza, gdy po raz n-ty oglądam Trzy kolory
Ale to tylko początek… Katarzyna Surmiak-Domańska w swej biografii dostarcza nam mnóstwo faktów z życia Kieślowskiego, rysuje dla nas – poprzez imponującą ilość znajomych, przyjaciół i członków rodziny – kompletny obraz skrytego i neurotycznego, acz do bólu systematycznego i konsekwentnego twórcy, który bezlitosnym bywa przede wszystkim dla siebie, mimo że często wykorzystuje swoją charyzmę w celach, powiedzmy, dyskusyjnych i artystycznie i egzystencjalnie.
Autorka daje nam ciężki gabarytowo tom wiedzy o człowieku niejednoznacznym moralnie. I to jest przepiękne! Dlaczego? Ano dlatego, że każda pieprzona jednostka ludzka jest niejednoznaczna moralnie! Spora część biografii, to batalie Kieślowskiego z partyjno-państwowym betonem, albo jakieś tam mini-mikro kompromisy z Zanussim (niegdyś szef studia filmowego, również “sławny reżyser kina moralnego niepokoju”, o którym nie będę pisał na tym blogu, bo nie warto) i innymi wtedy w-chuj-ważnymi…

Krzysztof Kieślowski był porównywany z największymi. I słusznie. Mnie najbardziej podoba się porównanie z Ingmarem Bergmanem. To twórca tego kalibru.
Kieślowski umarł z przepracowania i z powodu fajek. Wiadomo. A ja chciałbym uściskać Katarzynę Surmiak-Domańską i podziękować jej za tą wyjątkową biografię! To świetnie napisana książka o kimś, o kim wciąż – niestety – pierdoli się mnóstwo komunałów, quasi-uwielbień i… rzygać się chce!
Te biografie, to absolutnie obowiązkowa lektura dla WSZYSTKICH – dowiedzcie się, jak pisze się rewelacyjne książki o innych ludziach!

Patrycja Bukalska – Krwawa Luna

Podziel się:
0Shares

Krwawa Luna, Patrycji Bukalskiej, to książka-ściema. Przykro to pisać, ale tak niestety jest. To zresztą jakaś obłędna tendencja w ostatnich czasach; ja wiem, że czytelnictwo w tej wielkiej wsi nad Wisłą piszczy i kwiczy, ale to z lekka nie fair ze strony wydawnictw, że puszczają na rynek z wielką pompą książki, które okazują się wydmuszkami.

Biografia Julii Brystygierowej na 226 stronach grubego papieru i dużą czcionką? Chciałoby się zapytać Autorki i wydawnictwa: to jakiś żart, prawda?
Na szczęście zacząłem już czytać książkę, gdy w radio natknąłem się na dwie, trzy rozmowy z Bukalską, a w necie obejrzałem jedno z pierwszych publicznych spotkań Autorki, świeżo po wydaniu owej książki.
Nikt z prowadzących wywiady / spotkania z Bukalską nie zająknął się o tym “drobnym” mankamencie. Nikt! Dodatkowym kwasem w przypadku tej książki jest inny symptomatyczny fakt, na którym – moim zdaniem – Autorka kompletnie się wyłożyła. Na początku książki zaznacza ona, że udało jej się dotrzeć do materiałów nt Luny, gromadzonych przed śmiercią przez Teresę Torańską. O co więc chodzi? Czy Torańska (znająca warsztat dziennikarski jak mało kto) dotarła do żenująco małej ilości źródeł, czy może te 200 stron, to w większości materiały właśnie Torańskiej? Głośno myślę… Nie mam zamiaru doszukiwać się tutaj wielkiej afery; dla mnie po prostu promowanie tej książki jako poważnej biografii postaci takiego kalibru jak Brystygierowa, to delikatnie rzecz ujmując, przegięcie.

 Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i cały bezpieczniacki gang komunistycznego reżimu, zwłaszcza bezpośrednio po wojnie, w okresie “umacniania się władzy ludowej”, to mocno skrzywiona, sadystyczna machina, o której z natury rzeczy niewiele wiadomo. Do dziś historycy i badacze historii najnowszej mają kłopoty z dotarciem nie tylko do dokumentów tamtego okresu, ale i do relacji świadków i sprawców okrutnych mordów i tortur MBP na członkach podziemia niepodległościowego i na wszelkich grupach uznawanych za opozycyjne wobec PPR/PZPR. Inny oczywisty wróg każdego, kto chciałby zgłębić temat obecny w książce Bukalskiej, to… czas. Ogromna większość katów stalinizmu polskiego po prostu już nie żyje. Mam zatem świadomość, że Autorka nie miała prostego zadania, podejmując się pisania o Lunie.
Pomimo tego nie mogę oprzeć się myśli, że to co stworzyła Patrycja Bukalska jest zaledwie cieniem biografii, że każdy rozdział (ba! w niektórych miejscach i akapit!) jest zaledwie muśnięciem tematu, wstępem do kolejnych historii z życia kobiety, która jednym podpisem zmiatała ludzi w czeluść kazamatów UB, w łapska tych, którzy nie tylko nie brzydzili się torturować i mordować w imię komunizmu, ale często traktowali swoją robotę jako zaszczytny obowiązek.

Nie uwierzę za cholerę, że Brystygierowa nie wiedziała, co wyczyniają z uwięzionymi podlegli jej ludzie, nie uwierzę że nie była w tych katowniach, kilka pięter poniżej jej gabinetu, w ogóle nie uwierzę, że nie miała pojęcia o “technicznych aspektach” pracy śledczych w MBP, czy UB. (Nie sugeruję jednocześnie, że Bukalska przedstawia nam wyłącznie obraz Julii Brystygierowej, jako nieświadomej okrucieństw “funkcjnariuszki”). Ponadto przytaczane przez Bukalską przypadki ratowania ludzi z opresji w oparciu o protekcję Luny dźwięczą w tej “biografii” nieco usprawiedliwiająco. Książka zaczyna się od tego, że Julia była piękną dziewczyną i pisała liryczne kawałki poezji i prozy, a kończy tym, że dobrotliwa starsza pani, po zakończeniu swojej ubeckiej kariery odwiedzała często ośrodek w Laskach i tamtejszą parafię, ocierając się niejako refleksyjnie o Absolut.
Michnikowszczyzna czystej wody; konstrukcja narracyjna i wątki etyczne (czy te odnoszące się do życia osobistego) jako puchowa kołderka, którą przykrywa się dosyć słabo zarysowany w książce wątek główny – zbrodniczą działalność Brystygierowej. Takie właśnie jest moje wrażenie.

Męczę tą quasi-recenzję już kilka miesięcy; zacząłem ją pisać jeszcze przed reanimacją bloga i przed przenosinami na nowy serwer. Tak mam z książkami, które wybitnie mnie wkurwiają, albo są po prostu mega-słabe, żeby nie powiedzieć beznadziejne. W moim mniemaniu “biografia”, którą popełniła Ptrycja Bukalska jest mega-słaba, z tendencją ku beznadziejnej. Niestety. Nie chcę się pastwić nad Autorką, ale w czasie lektury miałem wrażenie, że obcuję z tworem typu: to-co-w-Wikipedii + kilka ciekawych faktów….
Ocenę pozostawiam potencjalnym czytelnikom, książki oczywiście nie polecając.

Jaroslav Rudiš – Cisza w Pradze | smažák, pivo a Nádraží Holešovice…

Podziel się:










0Shares
To nie będzie recenzja. Tak myślę. To będzie moja mała wędrówka; Praga, jakakolwiek by nie była i jakkolwiek by jej nie odbierać – nigdy nie znika, nie sposób jej wymazać z głowy, nawet gdyby bardzo się chciało. A ja bardzo nie chcę…

* * *

Gwiazdy nad Pragą zgasły.
Lato się skończyło.

Tak właśnie kończy się powieść Jaroslava Rudiša, Cisza w Pradze. Czeski, oryginalny tytuł (Potichu) jeszcze dobitniej splata się zarówno z treścią książki, jak i z jej zakończeniem…
Kilka razy miałem okazję kupić/pożyczyć tą książkę w oryginale. Siedziałem na kiblu u znajomego Czecha, a na pralce leżało Potichu. Pomyślałem: mam tłumaczenie, luz. Teraz wiem, że zjebałem sprawę. Powinienem przeczytać, pochłonąć tą książkę po czesku. W pociągu, w busie, w ruchu – byle po czesku. Powieść Rudiša znakomicie nadaje się do metra, do długich przepraw tramwajowo-autobusowych. Tak, by wokół przeszkadzał nam tłum i dźwięki miasta, by niedbale zaznaczać na której stronie skończyło się czytać i znowu zacząć lekturę po kolejnej przesiadce…

Wypełzam z roboty na przedmieściach Pragi. Czwarta popołudniu. Pierwsze dni września. Lato się skończyło. W Pradze.
Autobusowa pętla zapełnia się robolstwem ostatniej kategorii. Wszyscy pracujemy za pośrednictwem agencji. Legalnie i na samym dnie zarobkowej hierarchii. Plusem są wypłaty-tygodniówki czy nawet dniówki oraz to, że to ja sam decyduję, czy przyjdę jutro do pracy, czy nie. Czy będę pracował osiem, dziesięć, czy dwanaście godzin. Miesiąc, czy pięć dni. Idealnie dla squattersa bez adresu (nikt w agencji nie oburza się na brak stałego miejsca zamieszkania)…
Dwadzieścia minut w śmierdzącym benzyną autobusie. Stary węgierski Ikarus-przegubowiec. Siadam jak zwykle strategicznie, pomiędzy drzwiami, by móc dyskretnie wstać i ulotnić się między przystankami, w miejsce, gdzie być może nie dorwie mnie kanar. W sumie z przyzwyczajenia. Autobus wjeżdża w “prawdziwą Pragę”, w jej przedmieścia, w koniuszki palców miasta… Kilka przystanków i już jestem na ostatnim/pierwszym przystanku metra. Černý Most – żółta linia.

Ukončete, prosím, výstup a nástup, dveře se zavírají! – tekst praskiego metra, który nigdy się nie nudzi.

Jadę opustoszałym wagonem metra, zjebany i myślący tylko kawałkiem mózgu. W plecaku opasły II tom Baśni tysiąca i jednej nocy po czesku, jeden z wielu jaki Patrycja znalazła w śmietniku – śmietnikowy prezent. Nie mam siły czytać… Coraz więcej ludzi w wagonie. Zbliża się stacja Florenc. Krzyżówka z czerwoną linią i wielkie przesiadki… Stąd mam tylko dwa przystanki “do domu”, ale wysiadam i jadę w przeciwną stronę – na I.P. Pavlova. Do agentury, po kasę za pracę.
Wracam do metra z koronami w kieszeni, przeciskam się przez tłum urzędasów, gówniarzy z iPhone’ami, przez tłum Prażaków totalnie zobojętniałych na to, co dzieje się wokół. Ktoś czyta Metro, ktoś gapi się w okno… Ślicznie pachnąca dziewczyna obok mnie umawia się z gościem stojącym tyłem. Dneska? Letňany? Oka! Pachnie tak ładnie, że sam czuję jak śmierdzę squatem.
Wysiadam na Nádraží Holešovice. Prawie w domu… Wyłażę z metra i przechodzę przez ulicę Plynární. Środkowy palec do tramwajarza, który jak zwykle ma wyjebane na przechodniów. Kupuję u Wietnamczyka dwa Braniki, czerwone wino w kartonie, tytoń, kawę i papírky Vážka – najpopularniejsze bletki w Czechach. Witam się ze znajomą żulerą pod sklepem. Przebiegam przez ulicę i w budzie obok stacji metra kupuję najlepszy smažák w tej części Pragi: świeża bułka, gruba panierka, ciąąągnąąąący się ser i sos tatrski. Wracam na drugą stronę ulicy, siadam, jem, piję piwo. Zniknął czas. W Holešovicach tym bardziej. Piwo i smażony ser.
(W Pradze kurewsko trudno odczuć brak czasu wokół, brak presji – jak w każdej metropolii. Niemniej istnieją w tym mieście miejsca, gdzie człowiek zaczyna czuć się inaczej, niż dotychczas. Bez porównań z Polską – po prostu inaczej!)

Na squat jeszcze dwa przystanki autobusem. Zimno. Lato się skończyło. Praga troszkę szarzeje… Dopijam piwo i lecę. Piechotą.
Most Barikádníků, to najmniej romantyczny most nad Wełtawą. Siadam pod jego tłustym betonowym cielskiem i otwieram drugie piwo. Na drugim brzegu Wełtawy na kortach fruwają tenisowe piłki… Ostatnie promienie słońca liżą akademik-wieżowiec, Kolej 17. Listopadu. Nasi sąsiedzi. Skręcam fajkę i gapię się w oleisty nurt rzeki. Jest mi dobrze. Jest mi normalnie. Wełtawa wysysa moje zmęczenie, Branik smakuje tak jak powinien. Teraz nie czuję, że śmierdzę squatem. Teraz czuję tylko paczulę.
Letná i Žižkov  – miejsce akcji Ciszy w Pradze, daleko za moimi plecami. Gapię się na zielone wzgórza Troi. Dopijam piwo i przez most wlekę się na squat. Witam się ze wszystkimi i otwieram w kuchni wino w kartonie…

* * *

Czesi w swojej ekspresji, powiedzmy, literacko-filmowej bywają strasznie często nostalgiczni i epatujący samotnością, albo swoistą nieśpieszną zadumą. Książka Jaroslava Rudiša mogłaby równie dobrze nazywać się Samotność w Pradze (brzmi jednak cokolwiek debilnie, biorąc pod uwagę że na podobnym tytule sporo mamony zgarnął polski Paulo Coelho, znany twórca makulatury, niejaki Wiśniewski).
Jest to jednak samotność po brzegi upierdolona hałasem miasta i złowieszczymi trzaskami gdzieś w głębi głowy każdego z bohaterów. Vanda, Petr, Vladimir, Wayne i Hana, to kilka praskich losów splecionych ze sobą w jeden organizm; nie wiedząc o sobie tyle, by przestać czuć się samotnymi, przeciskają się przez krwiobieg Pragi, ocierają o siebie coraz intensywniej. Aż do tego niezapomnianego, cichego końca.

Praga Jaroslava Rudiša, to taka Praga jaką i ja zapamiętałem. Hałaśliwa, śmierdząca, urokliwa w swych zakątkach, których trzeba szukać na własną rękę, bo żaden przewodnik o nich nie napisze. Praga pędząca, wściekająca się na wszelkie przeszkody na jej drodze. Praga wyrzygująca na Most Karola rzesze popapranych turystów nacji wszelakich… Ale Praga, to także Žižkov, dzielnica, w której miasto posiada zupełnie inną gębę.
Rudiš opisuje trwamwajową trasę na Žižkov i widzi za oknem brudnych punków siedzących na skwerach; morze dreadów, irokezów, naszywek… Kto wie, może kiedyś Autor widział nas całą bandą z naszymi squatterskimi psami, gdy włóczymy się po mieście, gdy jedziemy tramwajem na Žižkov, do jednej z setek knajp, gdzie czas rozciąga się jak guma do żucia… My i nasze psy – wszyscy bez smyczy i kagańców…