Podziel się:
0Shares

Uświadomiłem sobie, a posteriori, że nadawanie rangi rozmaitym odczuciom [uczuciom???] w naszym życiu, bywa kurewsko zwodniczym procederem, swego rodzaju samooszustwem wynikającym już to z prostackiej pychy, już to z chęci pławienia się w jakimś tam komforcie / jasności / przewidywalności…

Moja, z grubsza rzecz ujmując, nienawiść do ojca była odczuciem stabilnym, “zaleczonym”, rzecz by można constans. Drzemała sobie gdzieś w zakamarkach mojej głowy, na półce z etykietką: “Sprawy Załatwione”.
Mając czterdzieści lat na karku, trudno taplać się w gównie traumatycznych przeżyć z dzieciństwa, rozdrapywać stare strupy; psychologicznie przebrnąłem przez to dawno temu, co pozwoliło na ruszenie do przodu, nie zawsze w odpowiednim kierunku, ale bez balastu z przeszłości…

Ojciec nie żyje

Umarł… Gapię się w sms od siostry i uginają się pode mną nogi. Znaczy się… nie żyje. Nie żyje… Aha, umarł…
Jadę na skuterze, byle szybciej, na pamięć, nie zauważam samochodów, nie słyszę klaksonów. Oczy pieką nieznośnie – łzy przymarzają mi do policzków w czasie jazdy… Jedyne, co przemyka mi wtedy przez głowę, to głupia myśl: ja pierdolę, górnik umarł w Barbórkę
Widzę go ostatni raz. Już dziś wiem, że ten obraz wdrukuje się w mój umysł na całe życie. Jeszcze wtedy nie wiem, że moja głowa zrobi mi psikusa i kompletnie zablokuje wszystkie negatywne wspomnienia / sądy / kategoryzacje na temat ojca. Gapię się przed siebie, stać mnie jedynie na zrobienie tego zdjęcia z tarasu…

Bardzo, bardzo dawno temu wpadł mi w ręce List do ojca, Franza Kafki. To była lektura, po której długo dochodziłem do siebie. Czytając Kafkę, czytałem niejako siebie samego, a adresatem był mój ojciec. Nie wypowiedziane ciągi myślo-oskarżeń, patykowate gorzkie żale, ciężar nie do zniesienia. Nie chcę powiedzieć, że moje relacje z ojcem, to kalka relacji Franza Kafki i jego ojca – to byłoby idiotyczne i nieprawdziwe. Poza tym wtedy myśl, że miałbym pisać list do własnego ojca budziła we mnie wstręt.

To naprawdę przerażająco smutne, uświadomić sobie, że dopiero czyjaś śmierć wyzwala nas z mieszaniny zapomnienia i ambiwalencji w stounku do tejże osoby. Niekontrolowany strumień pozytywnych i ciepłych wspomnień przykrywa nagle szok i zdziwienie… Umarł… Nie żyje?
W jednej chwili proporcje złego i dobrego zamieniają się miejscami. W mgnieniu oka mój łeb jak wysuszone koryto rzeki przyjmuje ulewę wspomnień, w których ojciec, to przewodnik po lesie, towarszysz w górach, ktoś kto nauczył mnie rozróżniać zioła, drzewa, krzewy, ptaki. Ktoś, kto zabierał mnie w góry i na zawsze zaszczepił we mnie miłość do przyrody i pogardę do myśliwych.

* * *

Długo nadawałem mojej niechęci do ojca rangę konstruktu niejako koniecznego. Bilans zawsze wychodził mi in minus. Pogodziłem się z tym, a tymczasem jego śmierć rozpierdoliła w drobny mak moje przeświadczenia i sądy; gdy on jeszcze żył, ja po prostu wykluczyłem ewentulność wielowymiarowego charakteru moich odczuć wobec ojca.
Nie chodzi mi tu jednak o jakieś zjebane catharsis, ale raczej o poczcie bezsilności i pogodzenie się z faktem, że mój list do ojca wrócił do nadawcy, zanim jeszcze został pomyślany.