Powyborczy kac | Metajęzyk autorytaryzmu

Podziel się:
0Shares

Miałem mnóstwo okazji, by w czasie przedwyborczej sraczki popełnić niejeden post. W głowie kotłowały się wkurwy, strzępy refleksji, emocjonalne reakcje na cały ten pożałowania godny cyrk. Owe “pospolite ruszenie” będące efektem gorączkowych PR-zabiegów poszczególnych sztabów wyborczych, medialnych gwiazd i gwiazdeczek i innych pożytecznych idiotów nijak się miało do pojawiających się tu i ówdzie konstatacji, że wybory prezydenckie, to raczej święto magików od PR-u właśnie, a nie jakiś tam doniosły akt “obywatelskiej odpowiedzialności” w ramach tego, co zwykło się nazywać demokracją.

Wszyscy widzieliśmy ten żałosny break dance 11 kandydatów, umiejscowionych w przestrzeni politycznej od skrajnej prawicy po centrum (tutaj kończy się nasza skala – nikt rozsądny chyba nie będzie uważał kolesi typu Biedroń, za lewicę), break dance z jedną gwiazdą główną, oświetlaną mocą lumenów z Woronicza; Duda, choć dwoił się i troił, nie zdołał nawet na minutę ukryć tego, że jest plastelinowym stworkiem ugniatanym przez zdziwaczałego szefa całego tego burdelu…
Trzaskowski natomiast odegrał swoją rolę dosyć poprawnie; kolejny rozdział tego zjebanego duopolu: PIS-PO został napisany przez tegoż, a “receptą na Dudę” miało być przedstawienie siebie jako “anty-Dudy” – na tyle głośno i zdecydowanie, by połechtać postkomuchów z rozmaitych KOD-ów, ale na tyle łagodnie, by owczarnia Hołowni, Kosiniaka-Kamysza, a nade wszystko – Bosaka, również nie czuły się “nieswojo” po pierwszej turze.

 

 

Wszystkim entuzjastom demokracji przedstawicielskiej i tym od 1989 roku zaczadzonym komunałami nt. jakiejś wartości tego rodzaju quasi-partycypacji w rządzeniu (jeeeb! nawet teraz gdy wystukuję te słowa na kompie, śmieję się głośno, bo w 2020 roku ludzie wciąż uważają za prawdziwe przekonanie o tym, że wrzucanie karteczek do urn, to forma rządzenia!) dedykowałbym te kilkanaście bezcennych minut tuż po ogłoszeniu wyników I tury wyborów…
To, co mogliśmy wtedy usłyszeć z ust Dudy i Trzaskowskiego jest po prostu perfekcyjnym, idealnym, rewelacyjnym przykładem na to, że dla tych politycznych pasożytów i nierobów jak wyżej wymienieni, każdy kto wziął udział w tym kabareciku z wrzucaniem karteczek do pudełeczek, jest gówno wartym matołem, kawałkiem społecznego mięsa, wyborczą mielonką i debilem w jednym.
Zaledwie minutę po ogłoszeniu owych wyników, dwóch wspaniałych zaczęło jak na komendę wylizywać wiadome części ciała swoim “kontrkandydatom” (nota bene – robili to na oczach swoich najwierniejszych psów-zwolenników kotłujących się w koronawirusowo-wyborczym tłumie w sztabach obu kandydatów)! Po kilku kolejnych minutach dowiedzieliśmy się, że tak naprawdę nic ich, kurwa, nie różni, że każdy może prześliznąć się z jednej opcji w drugą, że ta ohydna polityczna dyfuzja nie tylko jest możliwa, ale jest integralnym elementem każdego przedstawienia zwanego wyborami. Najsmutniejszym wątkiem w tym gównianym przedstawieniu była uśmiechnięta buźka ex-naziola Bosaka, złotego chłopca tych wyborów; jego mina mówiła wtedy wszystko: “Hehe, obaj biją się o mnie!”…
Celowo napisałem: “ex-naziola” (jakby nie było, punkowa nomenklatura siedzi w moim sercu), albowiem Bosak nie jest już żadnym brunatnym ćwokiem. Jest politykiem, a to jest gorsze od skrajnie prawicowej amatorki.

Szokujący nie był dla mnie polityczny rimjob Dudy i Trzaskowskiego, ale fakt, że ludzie uważający się za wykształconych, oczytanych, racjonalnych, światłych i chuj-wie-jeszcze-jak-bardzo-świadomych – widząc ten ewidentny szwindel – akceptują zasadność funkcjonowania schematu: wybierz i spierdalaj!

Zobaczyliśmy więc, że wybory prezydenckie, to zabawa nie warta funta kłaków, tym bardziej że prerogatywy tego delikwenta są śmiesznie symboliczne. Właśnie dlatego Duda jest idealną plasteliną na tym stanowisku. Cała karuzela kręci się bowiem dzięki metajęzykowym zabiegom wszystkich stron.

* * *

Myślę, że zupełnie zbędnym jest odwoływanie się do filozofii języka, do wyświechtanych przykładów totalitarnych państw, do Orwella itd… Język w kulturze naszego zjebanego gatunku jest kluczowym elementem, w imię którego dokonujemy “postępu”. Już nawet to powyższe zdanie jest sporą metajęzykową pułapką. Jedni uważają, że nazywając (tworząc definicje, określenia, nazwy…) niejako dookreślamy rzeczywistość, nadając jej “ludzki” sens, inni zaś twierdzą (mniej lub bardziej karkołomnie), że nazywając, tworzymy jednocześnie – ergo: desygnat jest jednocześnie kreacją. To rzecz jasna tylko dwie koncepcje z mega-fascynującego pogranicza ontologii i epistemologii (ten obszar filozofii, obok tanatologii, jest dla mnie immanentną przestrzenią bycia jako takiego; jako zawsze krążący między Schopenhauerem, Heideggerem, Wittgensteinem czy Kirkegaardem [sic!!!] w materii percepcji ja, przy jednoczesnej przyjemności z lektury “starodawnego” Feuerbacha), ale umówmy się –  ten wpis na blogu sponsoruje stwierdzenie: język zniewala!

Naczelny Kapitan Tego Zjebanego Kraju nie włada ani filozoficznymi, ani socjologicznymi mocami, by zmieniać – dzień po dniu –  słownik obywateli.  Kaczyński idzie po linii najmniejszego oporu. Nie zawłaszcza pojęć. Zawłaszcza ludzi. Mierne, wierne świnie nagle stają się ważne; nagle Płaszczak staje się Ministrem, Ważniakiem, Kimś, Błaszczakiem! Eksperci od rimmingu mocą Prezesa stają się Ważnymi. Orzełki na ramionach, siła odrzutu, Namaszczenie…
Kaczyński i obecna władza przedefiniowali jednak elementarne pojęcia w przestrzeni społecznej i politycznej, nadając im monopolistyczne – nowe – znaczenie. Żadnej finezji w tym nie było i nie ma. Prawo, wolność, demokracja, Smoleńsk, rodzina, ideologia LGBT, wartość życia… Pomieszanie znaczeń jest celowe i ma na celu zagospodarowanie przestrzeni publicznej desygnatami pochodzącymi od władzy.

W warstwie deklaratywnej władza przejmuje (poprzez retorykę poselską, poprzez TVPiS, poprzez tłuczone do łbów slogany w czasie kampanii…) znaczeniowy potencjał podstawowych pojęć; dzięki temu rozpierdol w obrębie sądów, szczucie na osoby nieheteronormatywne, ohydnie zmutowane redefinicje w sferze rodziny, aksjologii i wreszcie – praworządności – to wszystko umożliwia władzy niejako “przykrycie” realnie pulsującej rzeczywistości, derką swoich spierdolonych kreacji. Krzyż im na drogę. Jako anarchiście nie jest mi potrzebna fasada ich państwowych dewiacji językowych. Gorzej, że [nad]aktywność władzy w tej sferze wnika w codzienność pospólstwa.
Używam tego pogardliwego określenia, albowiem ciężko nazwać społeczeństwem zbieraninę zaczadzonych ćwierćinteligentów, czy sporą liczebnie grupę “obywateli” o inteligencji wiadra gwoździ, dla których “LGBT, to pedalenie dzieci”. Ręce opadają, gdy rozum śpi. Albo wręcz przeciwnie – zaciskają się w pięść i unoszą się wysoko w geście solidarności ze wszystkimi, którzy stają się po prostu ofiarami nowomowy władzy, nowomowy wprowadzanej w labirynty legislacyjne, nowomowy uskrzydlającej policyjne pały i pięści tępych homofobów.

Ewidentny zgrzyt i rozdźwięk jest widoczny i odczuwalny już na starcie. Oto bowiem stykamy się z przytłaczającą większością, która niejako “po drodze” łyknęła haczyk Ziobry, haczyk Ordo Iuris, czy jakąkolwiek patriotyczną/bogoojczyźnianą przynętę w tym zatęchłym polskim bajorze. Odwrócenie wektorów, to klasyczny zabieg: czynimy z większości zaszczutą i piekielnie zagrożoną wspólnotę sacrum, atakowaną przez  – tutaj mamy do wyboru do koloru – neotrockistowski spisek, lewaków, pedałów, Unię Europejską… Uzbrojeni w chrześcijańską etykę miłosierdzia, z błogosławieństwem Komitetu Centralnego KK w postaci starców z Episkopatu, z wizerunkiem Maryi, z milicją i sądami Ziobry – ruszamy do ataku!
Kluczowa w tym wszystkim konstatacja, zawsze umyka tej biednej uciśnionej, katolskiej zgrai… Otóż można by pomyśleć: jak nędzna, powierzchowna, słaba, godna pożałowania, patykowata, płytka i śmieszna musi być ta ich wiara, te ich wartości, skoro można je “obrazić”?! Flaga LGBT na pomnikach, domaganie się związków partnerskich, głośne wkurwienie i upominanie się o swoje prawa – gmach narodowo-katolickiej twierdzy w jakiś magiczny sposób kruszy się pod “obrazą uczuć religijnych”. Żenada. Tą samą analogię można zastosować wobec państwa jako takiego: struktura mafijna usankcjonowana prawnie, ze swoimi umundurowanymi strażnikami, robokopami z pałami i bronią gładkolufową. Przy okazji każdej większej manifestacji słyszymy o “atakach na funkcjonariuszy”: pieprzony robot uzbrojony po zęby vs lesbijka z flagą. Nazwanie tego “dysproporcją” staje się tutaj eufemizmem…

Kulturotwórcze mechanizmy, to ciągły ruch, o czym nagminnie zapominają prawicowi i konserwatywni popaprańcy. Receptą aktualnej władzy na tą nieustanną dynamikę jest cementowanie swoich “zaklęć” w języku, zmiana kalki pojęciowej tak, by to państwo utożsamiane z “właściwą” większością było uciemiężonym przez “niewłaściwe” mroczne lewackie siły zdrowym organizmem. Rodzina, religia, tradycja jawią się tu nie jako potężne siły społecznych interakcji, ale jako bezwolne ofiary “wrogiej propagandy”. Dawid i Goliat zamienieni miejscami.
Tej żałosnej twierdzy, oszczanej wokół w celu oznaczenia terenu nie zagraża żaden gej, ani lewak. Ta twierdza sypie się sama, murszeje z roku na rok, z dnia na dzień. Mityczna, rzekoma wspólnota rozpada się na naszych oczach, albowiem nie spaja jej nic trwałego w obecnych czasach (o krok od cyber-rewolucji społecznej) – ludyczny, karłowaty charakter wiary religijnej w tym kraju nie wystarcza, by mówić o monolicie. Maryjka, Wojtyła i husaria już nie są żadną rękojmią, żadną tarczą.

Istnieją rzecz jasna demiurdzy dzielnie walczący z “pedaleniem dzieci” i z “kulturą śmierci”. To niszowi profesjonaliści, którzy obrali zupełnie inną drogę: jeśli rzeczywistość nie pasuje do naszych wyobrażeń o niej, stwórzmy własną rzeczywistość! Tą drogą podążają choćby Grzegorz Braun, niejaki Pan Nikt, czy Rafał Ziemkiewicz. To trzy przykłady wzięte z brzegu – kolejność nieprzypadkowa. Absolutnym mistrzem w materii ochrony drogocennych kato-narodowych wartości w alter-rzeczywistości jest Braun. To człowiek ze swoją własną kosmologią, przy której świat Tolkiena jest tylko marną imitacją dla dzieci. Braun nadał nowe desygnaty wszelkim powszechnie znanym określeniom / bytom / zjawiskom społeczno-politycznym. Zrozumienie Brauna musi łączyć się więc z opanowaniem jego aparatu pojęciowego, gdyż on i tylko on otwiera furtkę zrozumienia. Prawdziwego zrozumienia. Szkoła – kościół – strzelnica – mennica. Kumacie coś z tego? Nie zakumacie dopóty, dopóki nie podążycie za Mistrzem Gry Braunem. To naprawdę hardkorowe RPG bez trzymanki. Cały świat określony, nazwany, zdefiniowany na nowo – tak, żeby wszystko pasowało do siebie w 666%. Tutaj pojawia się słynny mem z netu, na którym Grzegorz Braun dekoruje medalem Grzegorza Brauna za wspaniałomyślność.
Pozostałych dwóch delikwentów nie będę opisywał – robią z grubsza to, co Braun, tyle że charakteryzuje ich większa amatorka w tej kwestii.

Tak zwana “opozycja” nie ma na tym polu żadnych szans, albowiem od stu lat świetlnych operuje starożytnymi kliszami michnikowszczyzny, czyli narzędziem nieskutecznym, śmiesznym, archaicznym i godnym pożałowania. Rzygam już na samą myśl o wypocinach takich delikwentów / delikwentek jak Passent, Najsztub, Sierakowski, Żakowski, Wielowieyska, Lis, Wołek, Olejnik, Kolenda-Zaleska, Węglarczyk, czy Kraśko. Tego gówna nie da się słuchać / czytać… Obcowanie z ich “receptami”, “opiniami” przypomina gorączkowe szarpanie za spłuczkę i patrzenie jak zatkany kibel zwraca swoją śmierdzącą zawartość…

Monarchiści siedzą w Sejmie. Naziole siedzą w Sejmie. Postkomuchy z różowo-pluszową lewicą siedzą w Sejmie, nie wspominając popaprańców i aferzystów z PO i PSL. Wojna językowa trwa na dobre. Niestety wojna ta przyniesie konkretne, niewinne, ofiary. Ku chwale tym spierdolonym kreaturom politycznym i ich psom…

 

Guernica Y Luno – Odpowiedzialność II

 

Kiedy widzę w centrum Warszawy wściekłą laskę przemawiającą do wielotysięcznego tłumu solidaryzującego się z ludźmi zamykanymi za przeciwstawianie się homofobii na ulicach tego kraju i mówiącą:

To państwo nigdy nam, kurwa nie pomagało! Nie potrzebujemy tutaj polityków! Sami siebie ochronimy! A policji powiem tylko tyle: pierdolcie się na ryj!

… to wiem, że jej słowa są kurewsko prawdziwe i szczere! Dopóki na pluszowej poduszeczce będzie zasiadał ten śmieszny mikro-Napoleon z Żoliborza otoczony swoimi służalczymi frajerami i gończymi psami z pałami, niewiele zmieni się w tym kraju. A zmiana zależy od nas i tylko od nas! Najpierw w naszych głowach, a potem na ulicach. Bo waszymi karteczkami wyborczymi ta pieprzona banda podciera sobie właśnie dupy…

 

··· podkład muzyczny: Mrome, Člověk v Plísni, Venomous Concept, Ewa Braun, Svffer, Warwound

Rosja i Rosjanie A.D. 2020 – subiektywnie i wybiórczo

Podziel się:
0Shares

Czasem gdy słyszę, co wygaduje się o Rosji i Rosjanach w Polsce, ręce mi opadają i mam ochotę wtedy powiedzieć tym wszystkim “specjalistom i ekspertom”:

Ребята, идите вы все нахуй!

Dokładnie to samo powiedziałbym wszelkim posłusznym psom Putina, którzy sieją śmierdzącą prokremlowską propagandę każdego dnia…

 

 

Порнофильмы – Русская Мечта

 

Temat pt.: “Rosja” budzi w Polsce wiadome emocje/reakcje. Olbrzymia większość potencjalnie zainteresowanych nabiera głębokiego oddechu i niczym serią z AK47 wyrzyguje: represje, reżim, Putin, trzecia wojna światowa, szantaż, ropa, gaz, Ukraina, Krym, sankcje, Polska – wschodnia flanka NATO… Rzecz jasna oficjalne “czynniki polskie” są jawnie antyrosyjskie, na nasz cudownie patriotyczny sposób: żywiołowo, z przytupem – celowo lub nie – wylewając przy tym dziecko z kąpielą, do jednego wora wrzucając kremlowsko-oligarchiczny system władzy z samymi obywatatelami Rosji, tworząc wrażenie, że Rosja jako taka, to konglomerat tyranii, ignorancji, neoimperialnych ruchawek i (jakże by inaczej!) antypolskich instynktów.
Tego typu optyka dominuje zarówno w polskich mediach, jak i pośród gawiedzi i posiada podstawową siłę nośną: nie wymaga głębszego zastanowienia, wykorzystuje historyczne wątki antyrosyjskie i miesza carsko-sowiecką represyjność ze współczesnością. Żeby było śmieszniej, dokładnie ten sam mechanizm wykorzystuje Kreml w antypolskiej polityce medialnej.

Ktoś, kto zna język rosyjski i pokusi się o zagłębienie tematu (zarówno z pro- jak i antykremlowskiej perspektywy), kto zada sobie trud i przez dłuższy czas będzie śledzić ogólne tendencje w runecie (runet – akronim od słów russkij internet [русский интернет]), kto wreszcie przeprowadzi kilkadziesiąt, czy kilkaset rozmów z samymi Rosjanami, szybko zorientuje się, że obiegowe, wiecznie maglowane opinie nt. Rosji są nie tylko dosyć płytkie, ale i głupie, czy po prostu nieprawdziwe.
To, co przeciętny mieszkaniec Polski wie o Rosji, to żałosny mix antyrosyjskiej retoryki (obecnej od Gazety Polskiej i TV Republika, po Newsweek i TVN24), beknięcia takich kolesi jak Leszek Żebrowski (wytrwały propagator żołnierzy wyklętych i NSZ), czy wynurzenia na antypodach IPN-owskich archiwów.

Obecna władza “dobrej zmiany”, jak doskonale wiemy, jest liderem w UE jeśli chodzi o antyrosysjską politykę. Nie byloby w tym  nic szczególnego (wszak kremlowska polityka zagraniczna zasługuje na krytykę równie surową jak ta prowadzona z Białego Domu), gdyby nie subtelny fakt: PIS u władzy do perfekcji opanowało nowomowę rodem z Kremla; kompletne pomieszanie znaczeń i przewartościowanie pojęć służy tej władzy do usprawiedliwiania swoich poczynań, a media takie jak TVP Info, Polskie Radio 24 stały się tym, czym dla Putina Pierwszy Kanał, Rossija 24, czy Radio Vesti FM (naprawdę mamy reżimową TV! Wiem, co mówię, albowiem codziennie stykam się z putinowskimi popłuczynami propagandowymi) . PIS ma też “dobrowolnych przydupasów” w stylu braci Karnowskich, czy Tomasza Sakiewicza.
Dla zwolenników quasi-demokracji przedstawicielskiej powinno mieć znaczenie, że orwellowski język PISu w niewielkim stopniu różni się od kremlowskiej propagandy.. OK, miało być o Rosji…

***

Blisko dwadzieścia lat temu zacząłem interesować się Rosją, w szczególności zaś okresem carsko-stalinowskim i zsyłkami Polaków na Sybir, w archangielską oblast’ czy na Kołymę. Były to czasy bez internetu, czasy przesiadywania w bibliotekach i czytelniach, kopiowania pism i fragmentów książek, słuchania rosyjskiego radia (na krótkich i średnich falach). Mozolnie, krok po kroku, gromadziłem w swojej głowie wiedzę, która rozszerzała optykę, pokazywała wiele zjawisk w różnych perspektywach. Niejako “niechcący” zacząłem poznawać samą Rosję, poglądy tamtejszych historyków, polityków i zwyczajnych ludzi…
W międzyczasie pojawił się internet i to radykalnie ułatwiło mi dalsze zagłębianie się w interesującą mnie tematykę. Poznałem opozycyjny wachlarz w Rosji, represyjność władzy, tendencyjność rosyjskich SMI (СМИ – средства массовой информации.. środki masowego przekazu), zaczęły pojawiać się rosyjskie znajomości, a z biegiem czasu prawdziwe i silne przyjaźnie…

Minęło tak wiele lat i ja wciąż odnoszę wrażenie, że ogarnąłem zaledwie jakiś mały procent tego, co można by nazwać: “wiedza o Rosji”.
Gdy na horyzoncie pojawia się temat związany z Rosją, najczęściej słyszanym wtedy komunałem, określeniem otwierającym wszystkie drzwi wyobraźni jest: Rosja, to stan ducha. To jedna z najbardziej wkurwiających mnie opinii, gdyż dramatycznie zawęża optykę i nie pozwala na możliwie pełną perspektywę w spojrzeniu na Rosję. Ale…
No właśnie… jest pewne ale… Powyższe stwierdzenie jest “nieusuwalne”, nie sposób pozbyć się go  z  głowy, jeśli już wpadnie nam ono w plątaninę myśli. Tak jakby wspomniany rosyjski stan ducha rzeczywiście istniał i robił nam psikusy w czasie poznawania Rosji.
To jasne, że jedno obiegowe określenie niczego nie tłumaczy, niewiele wnosi, a używanie go tylko spłyca dyskurs; musimy jednak, gdzieś z tyłu głowy, zostawić tą krótką myśl o rosyjskim stanie ducha. Przyda nam się wiele razy – czy tego chcemy, czy nie.

***

Putin rządzi Rosją dłużej, niż Breżniew. Tym samym pobił on rekord z czasów sowieckiej gerontokracji i robi wszystko, by kurczowo trzymać się władzy, nawet gdy – jak w Mario Brosie – musi przeskakiwać kolejne przeszkody, by ową władzę w pełni kontrolować (niektóre z tych “przeszkód”, na populistycznej fali, sam postawił sobie na drodze). Aktualnym pomysłem Putina i zarazem gigantyczną kampanią medialną są zmiany w konstytucji, stworzenie specjalnej Rady d/s Konstytucji (zasiadają w niej wierne putinowskie psy, posłuszni reżimowi artyści, publicyści, sportowcy – jednym słowem sami specjaliści-konstytucjonaliści). Plan jest taki, by zagwarantować konstytucyjnie Putinowi możność sprawowania faktycznej władzy z tylnego siedzenia (wszak nie wypalił koncept federacyjnego państwa Rosja-Białoruś; tam Putin znowu mógłby stanąć na czele “nowego” tworu politycznego, ale Łukaszenka pokazał Putinowi solidne fuck off! i koncepcja padła na pysk). Rosyjska Duma ma zaklepać owe konstytucyjne zmiany, a potem (sic!) odbędzie się quasi-publiczna akceptacja tychże zmian przez społeczeństwo. Słowa “referendum” w Rosji się nie wypowiada, unika się tematu jak ognia; Putin nie jest na tyle głupi, by naprawdę pytać ludzi, co myślą o kolejnych żałosnych próbach trzymania się u władzy. Wystarczy, że wszystkie publiczne SMI codziennie 24h/7 bombardują ludzi jednym przekazem: zmiany w konstytucji, to najlepsze, czego możemy oczekiwać.
Tymczasem opozycja i antykremlowscy vlogerzy (jest ich w Rosji coraz więcej, mają wielomilionową rzeszę fanów i realnie wpływają na to, co dzieje się w kraju – przynajmniej w perspektywie społecznej percepcji poczynań władzy) bez litości przypominają i cytują słowa Putina, gdy przed laty mówił, że jego celem jest strzec konstytucji przed wszelkimi zmianami, a oponentom proponował: “mózgi sobie zmieńcie, a nie konstytucję!”. To zresztą nie jedyny raz, gdy w perspektywie czasu Putin zaprzeczał sam sobie po stokroć. Tutaj bowiem władza w ręku jest priorytetem, a wszystko, co służy jej utrzymaniu jest doraźne i zmienne – nawet jeśli w porównaniu z zapewnieniami sprzed lat brzmi absurdalnie.

W przeciągu tych dwudziestu lat u władzy uparty czekista – przez bardzo długi okres – cieszył się autentycznym poparciem społecznym. Z jednej strony było to szczere popracie pokolenia post-sowiet, z drugiej perfekcyjnie rozkręcona PR-kampania, w którj Putin jawił się jako macho rozwiązujący problemy prostych ludzi, jako twardy szeryf, który zamyka aferzystów (zamykał i zamyka akurat tych, którzy w jakim stopniu mu zagrażają – cała świta oligarchów przy korycie ma się świetnie, co dokumentuje pracowicie m.in. Fundusz d/s Walki z Korupcją, Aleksieja Nawalnego), nie daje się Ameryce i światu, stoi na straży stabilizacji (słowo стабильность, to słowo-fetysz rosyjskich elit) i mimo międzynarodowych sankcji chroni kraj, niczym car.
Tymczasem rzeczywistość daleko odbiega od kremlowskich bredni. Skoncentrowanie przed wielu laty ekonomicznych mechanizmów państwa na dwóch paliwach kopalnych: gazie i ropie (plus węgiel, metale szlachetne) sprawiło, że rosyjska gospodarka jest nie tylko mało elastyczna, ale zależy od kapryśnych, sezonowych wahań cen tychże paliw na rynkach światowych. Wszelkie zyski olbrzymich państwowych koncernów i kombinatów przechodzą przez sito oligarchów; Putin kupuje lojalność rosyjskich burżujów i słono za to płaci. W Rosji nie istnieje żaden realny system kontrolny jeśli chodzi o majątki wiernych Putinowi oligarchów i urzędników i to do ich kieszeni w pierwszej kolejności trafia kasa z ropy i gazu. Jachty, wille na Rublowce, na Krymie, w Soczi i “na zgniłym Zachodzie”, zegarki, dacze, nowe bryki – setki miliardów rubli wyciekają z budżetu każdego dnia. Plutokracja masowo wywozi pieniądze i pierze je na Zachodzie, przyjmuje obywatelstwa krajów UE, kupuje dziesiątki bajecznie drogich nieruchomości, kształci swoje dzieci w Londynie, Paryżu, Genewie. To samo robią pożałowania godni mainstreamowi “dziennikarze” z mediów publicznych – ci na świeczniku grzmią i “edukują” rosyjskie społeczeństwo, preparując brednie o zdemoralizowanym i zgniłym Zachodzie, jednocześnie lokując mniej lub bardziej legalne (kolosalne, jak na rosyjskie warunki) dochody w nieruchomościach na tymże Zachodzie. Hipokryzja i bezczelność tutaj akurat nie mają jakichkolwiek granic.

Kolejnym filarem putinowskiej władzy – a zarazem beneficjentem w kolejce po państwowe pieniądze – są służby mundurowe, których we współczesnej Rosji jest więcej, niż za najbardziej krwawych czasów Dzierżyńskiego czy Stalina. OMON, RosGwardia, policja, SpecNaz, to tylko skromny wierzchołek góry lodowej. Przykładowo sama RosGwardia (formacja stworzona bezpośrednio do ochrony interesów władzy, podlegająca bezpośrednio Putinowi, rozpierdalająca demonstracje, wierna i brutalna) posiada więcej chłopa, niż całe wojsko niejednego państwa, a dowodzi nimi niejaki Zołotow, który został generałem armii tylko dlatego, że wcześniej był ochroniarzem czekisty.
Putin nie może pozwolić sobie, aby mundurowcy wymknęli się spod jego kontroli, dlatego też szeroki strumień rubli płynie nieprzerwanie do wszystkich służb, a ich bezkarność jest już legendarna; internet roi sie od przykładów korupcji, brutalności, kryminalnych przestępstw popełnianych przez wojskowych. I co? Nic. Nihil novi.

Trzecią nogą podpierającą putinowski stolik władzy są żuliki i wory (жулики и воры, czyli żuliki i złodzieje), jak nazwał ich kiedyś Nawalny, a określenie to weszło na stałe do rosyjskiej nowomowy. Gdy w Rosji ktoś mówi o żulikach i worach, przed oczyma z automatu staje partia Jedyna Rosja (Единая Россия) i jej członkowie: mierni, bierni, wierni, bezwolni, posłuszni. Na wszystkich szczeblach rosyjskiej administracji kradnący na potęgę publiczne pieniądze, trzymający władzę w każdym niemal regionie, mieście, miasteczku, wsi…
Jedyna Rosja, to sztuczny twór Kremla, partia od A do Z służąca konswerowaniu władzy na wszystkich płaszczyznach państwa, partia która zawsze wygrywa w wyborach, zaklepująca w Dumie (rosyjskim parlamencie) każdy kaprys i dekret putinowskiej administracji. JR nie ma praktycznie konkurencji, albowiem dwie quasi-opozycyjne partie: KPRF, Zjuganowa i LDPR, Żirinowskiego mają swoje miejsca w Dumie właśnie dlatego, że nie kwestionują oni kremlowskiego status quo, najczęściej głosują tak jak żuliki i wory, aczkolwiek medialnie zdarza im się robić pożałowania godny cyrk i wykrzykiwać “opozycyjne” groźby pod adresem partii władzy.

Spójrzmy teraz na te trzy filary władzy Putina: oligarchowie – wojskowi i mundurowi – żuliki i wory. Na każdym ze szczebli rosyjskiej władzy każdego dnia trwa permanentny wyciek środków budżetowych / inwestycyjnych. To, co pozostaje do podziału w ramach standardowej polityki budżetowej w oczywisty sposób nie zaspokaja potrzeb społecznych. Katastrofalna sytuacja w rosyjskich szpitalach, nędzne wypłaty dla nauczycieli i lekarzy, głodowe emerytury, wyciekające środki na infrastrukturę miejską, przestarzałe instalacje wodno-kanalizacyjne, dziury w drogach jak rowy mariańskie, wymierające miasteczka i wsie (exodus młodych do większych miast, zamykanie fabryk), tzw. miasta-widma, ofiary [post]sowieckiego profilowania skupisk ludzkich pod kątem jednej gałęzi przemysłu, która pada i pozostawia setki tysięcy ludzi bez środków do życia… To wszystko jest codziennością w Rosji.

Redystrybucja środów budżetowych i zysków ze strategicznych gałęzi gospodarki rosyjskiej jest bardzo wybiórcza. Wiadomo, że wiekszość kasy pozostaje w Moskwie i w stolicach regionów. Specjalnie dotowane są tylko wyjątkowe projekty / okręgi, gdzie Putin musi trzymać rękę na pulsie (jak np. Jamalsko-Nieniecki Okręg Autonomiczny na dalekiej Północy, gdzie inwestuje się w wydobycie gazu i ropy z nowych źródeł). Kopalnie złota, diamentów, metali rzadkich, kombinaty petrochemiczne, metalurgiczne, rafinerie – tutaj nie ma miejsca na dyletanctwo i olewkę tak wyraźnie widoczną w pozostałych obszarach życia społecznego. Ale takie miasta jak np. Norylsk na mroźnej Północy przestał być już pupilem władzy. Niegdyś potężny na cały ZSRS ośrodek wydobywczy węgla kamiennego (nota bene zbudowany rękoma więźniów GuŁagu), obecnie powoli wymiera, ludzie opuszczają miasto z braku dobrej koniunktury na węgiel… Takich miast jak Norylsk są w Rosji setki…

Putin ma jednak i kije i marchewki. Posłuszne Kremlowi massmedia pompują do niewyobrażalnych rozmiarów każdy nowy jego koncept, każdą wizytę w regionach, każdy gest socjalny (np. ostatnia podwyżka rosyjskiego becikowego, to jednorazowe 18000 rubli [ok. 1000PLN]), każde wydarzenie, gdy car rzuci w tłum marchewkę.

Jednak na tym twardym i dobrotliwym zarazem wizerunku Putina już dawno pojawiły się rysy… Oficjalne media oczywiście nie zająknęły się ciągłym spadku notowań czekisty. Kolejny spadek zaliczył Putin po podpisaniu ustawy o  podwyższeniu wieku emerytalnego. W kraju zawrzało. W Rosji, gdzie umieralność mężczyzn w średnim wieku jest na gigantycznym poziomie, a kobiety zwyczajowo zarabiają o wiele mniej od mężczyzn, taki krok spotkał się ze zdecydowanym wkurwem społecznym, nawet ze strony tej wciąż ogłupianej przez media rzeszy popierającej Putina przez te dwadzieścia lat.
Kolejnym wyłomem były ostatnie wybory w regionach. Oczywiście Jedyna Rosja i Kreml robili wszystko, by było tak jak zwykle: JR zgarnia wszystko, tu przyfałszujemy, tu poprawimy, tu nie pozwolimy na rejestrację komitetu wyborczego i będzie pięknie! W Moskwie, w Petersburgu i w innych większych miastach nie dopuszczono do wyborów kandydatów niezależnych; sąd orzekł, że wiekszość podpisów zebranych przez kandydatów opozycyjnych wobec Kremla została albo sfałszowana, albo… są to podpisy osób nieżyjących. Nie pomogła nawet medialna (prowadzona głównie w internecie) akcja, gdzie “nieżyjący” według rosyjskiego sądu ludzie, publicznie, przed kamerami przedstawiali się z imienia i nazwiska, mówiąc jednocześnie na listach poparcia jakiego komitetu złożyli podpisy.
Jednak w czasie tych wyborów i bezpośrednio po nich, demonstracje ogarnęły całą Rosję. Podczas tych burzliwych i dramatycznych zajść nawet najbardziej zatwardziali putinowcy zaczęli dostrzegać jak żałosna jest władza, która boi sie obywateli myślących inaczej, niż ona sama, jak mocno Putin przyspawał się do stanowiska i jak brutalne są jego sługusy w mundurach, które na demonstracjach w wielu miastach bez powodu tłukli i aresztowali ludzi bez względu na wiek (internet obiegły obrazki aresztowań dzieciaków, sadystycznych zachowań członków OMONU i RosGwardii) – zatrzymania były masowe, chaotyczne, bezsensowne i pełne przemocy. Po raz kolejny rosyjski wymiar [nie]sprawiedliwości udowodnił jak głęboko potrafi wejść w dupę Kremlowi. Za popchnięcię ręką omonowca, albo za rzucenie w funkcjonariusza plastikową butelką po napoju (sic!) i temu podobne “przestępstwa”, padały wyroki kilkuletniego, bezwzględnego pozbawienia wolności.

Mam wrażenie, że po tych zajściach coś w Rosji pękło… W społeczeństwie pojawił się gniew i coś ruszyło w posadach ten przygnębiający konstrukt apatycznego, indolentnego Rosjanina, nostalgicznie wyczekującego od dwudziestu lat obiecywanej stabilności. Drastycznie zmniejszyła się liczba ślepych politycznie, bezmózgich marionetek, które wiedzę o świecie czerpią z programów telewizyjnych Sołowiowa, Kiseliowa (wyjątkowo antypatyczne, prokremlowskie mendy dziennikarskie, które bez jakiegokolwiek wstydu usprawiedliwią literalnie każde kurewstwo rosyjskiej władzy) , czy Simonian (szefowa telewizji Russia Today – propagandowej tuby Kremla, również w wersji anglojęzycznej, na export).

Pamiętajmy, że w Rosji żyje już pokolenie, które nie pamięta innej władzy, niż władza Putina. Nie pamięta kolejek po chleb, Jelcyna, Czarnobyla, ani tym bardziej stalinowskich czystek, łagrów i całego sowieckiego przemysłu śmierci…
Generacja młodych we współczesnej Rosji, to mix pochuizmu (od określenia: mne pochuj [мне похуй] – mam wyjebane…), patriotycznego mięsa armatniego wychowywanego przez rozmaite młodzieżówki okołokremlowskie i jawnej niezgody na to, co dzieje się obecnie w ich kraju.
Pokolenie 40- 50-latków, które jest zainfekowane wirusem homo sovieticus, zwłaszcza w większych miastach, pochłonięte jest ciężkim zapierdalaniem, by jakoś wyżywić rodzinę; po pracy są zbyt zmęczeni, by zajmować się jakąkolwiek polityką, aktywizmem, działalnością dla siebie, sąsiadów… Po pracy zasypiają w swoich betonowych osiedlach-sypialniach, a rankiem wstają, by znowu tyrać na jedzenie i na czynsz w betonowej klatce, w której jedzą i śpią… Bezlitosne błędne koło.

Błędem jednak byłoby twierdzenie, że Rosjanie A.D. 2020, to tępa masa, z którą Putin dalej będzie pogrywać w chuja. Te czasy sukcesywnie mijają. Krople drążą skałę…
Lokalne społeczności zaczynają się buntować – w sposób zorganizowany, a przede wszystkim (co jest niezwykle cenną wartością w Rosji!), mając w dupie wielki majestat prawa sankcjonowanego przez wielkiego czekistę. Protestują społeczności obwodu Archangielskiego, gdzie władze wycinają setki hektarów lasów, tworząc gigantyczne wysypiska śmieci (żeby było śmieszniej – są to wysypiska przeznaczone na odpady wożone sznurami ciężarówek z… Moskwy i okolic! Spójrzcie na mapę Rosji, zobaczcie na odległość Moskwa – Archangielsk, a zrozumiecie butę i bezkarność tej władzy), gromadzą się komitety obywatelskie, całe rodziny stają na drodze buldożerów i koparek… Burzą się mieszkańcy syberyjskich miast; podczas gigantycznych pożarów syberyjskich lasów władza nie zrobiła nic konkretnego, by nie tylko powstrzymać rozprzestrzeniający się żywioł, ale uporczywie cenzurowała wszelkie informacje o tragedii, by Rosja nie dowiedziała się, co tak naprawdę się dzieje.
Dusi się (w dosłownym znaczeniu tego słowa!) Krasnojarsk, który obecnie zajmuje pierwsze miejsce na świecie (sic!!!) pod względem smogu i koncentracji pyłów zawieszonych. Władze Krasnojarskiego Kraju (ponownie odsyłam do mapy – zobaczcie jak ogromne to terytorium!), a przede wszystkim władze Krasnojarska mają kompletnie wyjebane na tą krytyczną sytuację. Desperacja ludzi jest olbrzymia. Przyzwyczajeni do proszenia czekisty o pomoc w sytuacjach beznadziejnych, zauważyli że nawet on położył na nich laskę… W internecie pojawiły się zdjęcia protestujących mieszkańców Krasnojarska, z transparentami: Jurij Dud’! Ratuj Krasnojarsk! Jurij Dud’, to popularny w Rosji youtuber i vloger (o nim za chwilę). Pomyślcie, jak bardzo putinowska władza musi mieć w dupie obywateli tego kraju, jeśli w desperacji ludzie ci proszą o pomoc youtubera, który ma większy respekt i oglądalność, niż wszystkie proputinowskie medialne prostytutki razem wzięte? To tak jakby mieszkańcy Krakowa wyszli na ulice z transparentami: Gonciarz! Uratuj nasze dzieci od smogu! Absurdalne? Oczywiście, ale w Rosji to symptomatyczne – ludzie doprowadzeni do takich ostateczności i wciąż tak poniżani przez władzę nareszcie podnoszą głowę. I jedno jest pewne – już nie ugną karku, już nie padną po raz n-ty na kolana przed czekistą. I tego czekista boi się teraz najbardziej.

Rosyjska opozycja, wszelkie autentycznie opozycyjne ruchy polityczne, to kolejny temat-rzeka. Dość powiedzieć, że przeciwnicy władzy w putinowskiej Rosji nie mają łatwego życia. Władza na wszelkie możliwee sposoby stara się utrudniać i marginalizować wszelką działalność, która zagraża jej potencjalnym interesom. Opozycja rosyjska jest niezwykle rozdrobniona, słabo zintegrowana i po prostu skłócona. Wachlarz opozycyjny jest imponujący. Od liberalnych demokratów na modłę zachodnią, poprzez narodowych bolszewików, skrajną lewicę, monarchistyczną skrajną prawicę prawosławną, nacjonalistów, po sowieckich postkomunistów, czy marksistów-rewolucjonistów. Na antypodach rosyjskiej polityki znajdują się anarchiści, antyfaszyści i grupy lewackie, jednak bardzo wielu wolnościowych aktywistów siedzi w więzieniach za swój aktywizm, albo za sam fakt bycia anarchistami (vide niedawny wyrok w/s “Sieci” – grupy anarchistów i lewaków z Penzy i Petersburga, których oskarżono o uczestnictwo w grupie terrorystycznej i o plany organizowania zamachów, m.in. podczas olimpiady w Soczi… Oskarżonych w tym absurdalnym procesie torturowano i zmuszono do podpisania aktu oskarżenia, a wyroki jakie zapadły są po prostu stalinowskie: od kilku do kilkunastu lat odsiadki. Nie ma i nie było żadnych dowodów na to by skazać owych ludzi – prawnicy, artyści, blogerzy, aktorzy, działacze społeczni, gwiazdy estrady (te mniej strachliwe), oragnizacja Memoriał, osoby publiczne – wszyscy oni głośno zaprotestowali przeciwko tym ohydnym wyrokom… A władza standardowo – похуй…

Niezwykle ciężko analizuje się opozycyjne ruchy, albowiem są one rozproszone po całej Rosji, a represyjność państwa uniemożliwia im działanie na szczeblu ogólnokrajowym. Przykładem jest wspomniany już Aleksiej Nawalny, który absolutnie nie jest moim bohaterem politycznym, ale od wielu lat pokazuje Rosjanom jak obrzydliwie bogata jest putinowska władza i jak bezczelnie kradnie ona publiczne pieniądze (polecam doskonały dokument śledczy Nawalnego nt. bogactwa i złodziejstwa byłego już premiera Miedwiediewa, pt. Он вам не Димон [On wam nie Demon] – film z polskimi napisami → tutaj). Poza tym Nawalny przy okazji każdych wyborów jest blokowany legislacyjnie (wieczna odmowa zarejestrowania jego komitetów wyborczych, parti politycznej itd.) i izolowany dosłownie, gdy wsadza się go do aresztu przed/po ważnych demonstracjach antykremlowskich.
Z takim samym ostracyzmem i wrogością Kremla spotykał się Borys Niemcow, w latach 90-tych niezwykle ważna postać na rosyjskiej scenie politycznej (m.in. wicepremier), w czasach putinowskich zagorzały wróg Kremla i opresyjnej polityki. Dokładnie dzisiaj, gdy piszę te słowa, mija kolejna rocznica śmierci Niemcowa. W lutym 2015 roku został on zabity dosłownie pod oknami Kremla, pod nosem Putina. Od śmierci Anny Politkowskiej (niezwykle odważnej i doświadczonej dziennikarki jedynej w Rosji opozycyjnej Nowej Gazety) w 2006 roku, było to największe zabójstwo polityczne w Rosji. Pod murami Kremla z rąk wynajętego zabójcy ginie ex-wicepremier tego kraju – w miejscu permanentnie obserwowanym przez mnóstwo kamer, przez FSB (Federalna Służba Bezpieczeństwa – następczyni KGB, macierz czekisty Putina), policję i 666 innych “środków bezpieczeństwa”. I co? I nic.
Po jakimś czasie udaje się ująć zabójcę, ale Kreml nie uważa za stosowne podjąć działań śledczych w kierunku odnalezienia zleceniodawcy tegoż zabójstwa. Gdyby dokładnie w tym samym miejscu pojawił się ktokolwiek z kartką: Россия без Путина! (Rosja bez Putina!), w ciągu 5 minut zostałby zatrzymany, osądzony i przmknięty, albo obciążony gigantyczną grzywną. W przypadku śmierci Niemcowa śledztwo nie jest kontynuowane.

***

Powróćmy jednak do tego, co w obecnej chwili jest siłą rosyjskiego społeczeństwa i co sprawia, że ludzie nie mają już dłużej zamiaru uginać posłusznie karku pod putinowskim butem. Tym czymś jest oddolna, nieazleżna od jakiejkolwiek władzy aktywność Rosjan w internecie.
Putin już dawno zrozumiał znaczenie internetu, ale spóźnił się nieco z aneksją owej przestrzeni dla siebie i w tym wypadku jest 1:0 dla rosyjskiego społeczeństwa. Mimo, że posłuszny Kremlowi RosKomNadzor (instytucja służąca do tłumienia wszelkiej działalności nieprzychylnej władzy we wszelkich massmediach) dwoi się i troi, by blokować  strony opozycyjnych ugrupowań pod byle pretekstem, mimo że śledzi, szpieguje i zamyka ludzi za posty, memy i inne z pozoru normalne duperele w sieciach społecznościowych, mimo że blokuje aplikację Telegram (przez serwery proxy jest ona mimo wszystko używana przez Rosjan) – mimo wszystko antyputinowska движуха (aktywność społeczna) w internecie ma się coraz lepiej.
Internet służy nie tylko jako narzędzie do zwoływania się przed demonstracjami i protestami. Jest doskonałą bronią przeciw władzy – każde uderzenie omonowca, każdy ruch aroganckiego deputowanego, każda bzdura wypowiedziana przez prokremlowskie marionetki – wszystko to jest rejestrowane, rozpowszechniane na wszelkie możliwe sposoby. Tworzy się błyskawiczny obieg wiarygodnych informacji, których nie są w stanie zniekształcić nawet rzesze “kremlobotów”, czyli zastępy wysługujących się Kremlowi, którzy pod fake’owymi kontami w mediach społecznościowych próbują siać nieprawdziwe informacje i zakłócać komunikację pomiędzy niezadowolonymi z polityki Kremla.
Niejeden oligarcha na pewno zaliczył noc ze Stoperanem po tym jak Putin wywalił na pysk Miedwiediewa z urzędu premiera, a stało się to dokładnie wtedy, gdy cała Rosja obejrzała dokument Nawalnego o tym, ile i z jakim przytupem ukradł Miedwiediew w czasie gdy pełnił eksponowane funkcje państwowe (nie został on całkowicie wyautowany, ale uszedł w cień na polecenie Putina tuż przed wielką kampanią propagującą zmiany w konstytucji). Internet okazał się bardzo przydatnym narzędziem w uświadomieniu Rosjanom faktu, że władza robi ich w balona, okrada i doskonale się przy tym bawi. Nawet jeśli ludzi dobrze zdawali sobie z tego sprawę, teraz niejednego przeraziła skala owej grabieży i bezprawia nie tylko akceptowanych, ale i pracowicie inicjowanych (legislacyjnie, towarzysko, biznesowo) przez Putina.
Youtuberzy tacy jak kamikadzedead, czy kanały takie jak Fake News, Хватит молчать, Новости Сверхдержавы, albo Реальная журналистика – to tylko pierwsze z brzegu, najbardziej rozpoznawalne i najbardziej popularne źródła nie tylko antykremlowskich wiadomości, ale i kanały które pracowicie kształtują obywatelski sprzeciw i samoorganizację w regionach, tam gdzie ludzie zdani są tylko na siebie. To dzięki tym kanałom rozpowszechniane są informacje o nadużyciach władzy, o korupcyjnych przekrętach w małych miasteczkach,  o mafijnych układach policji, o brutalności lokalnej władzy. Teraz nawet w największym zadupiu na Kamczatce byle policyjna menda, czy byle naczalnik z gminy musi mieć świadomość, że ktoś go nagra, że zobaczy go cały kraj. Poza tym są to doskonałe miejsca, w których putinowską władzę, na czele z nim samym i z jego najwierniejszymni przydupasami po prostu się wyśmiewa. Bez litości.
W kontekście youtube’a, na szersze wody runetu wypłynął niejaki Jurij Dud’ (Юрий Дудь), młody koleś, których na youtubie są tysiące – mający nadzieję na rozpoznawalność, popularność. Jurij zaczął nagrywać wywiady ze znanymi w Rosji ludźmi. Znanymi w polityce, show-biznesie, w TV, w muzyce, w samym runecie. Dlaczego w chwili obecnej Dud’ jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych w Rosji twarzy, a jego kanał subskrybuje blisko 7 milionów widzów (a kolejne kilkanaście milionów ogląda każdy jego film w sieci)? Ano dlatego, że podszedł profesjonalnie do tego, co robi. Każdy jego wywiad, to 1.5-2 godziny rozmowy bez żadnej taryfy ulgowej. Dud’ bierze na tapetę najbardziej znanych aktorów, prezenterki, polityków, raperów – jednym słowem cały świecznik. Z biegiem czasu opracował on do perfekcji wnikliwość dziennikarską i umiejętność zadawania pytań tak, by pytany nie uciekł od odpowiedzi, żeby każde milczenie i zmieszanie jego gościa zobaczyła cała Rosja i mówiła o tym przez kolejne dni.
Co tak naprawdę robi Dud’? Otóż robi to, czego od baaardzo dawna nie robią państwowe massmedia – prowadzi szczere rozmowy z najbardziej rozpoznawalnymi w kraju ludźmi i w wielu przypadkach jego niewygodne pytania sprawiają, że król jest nagi, że wielka gwiazda tak naprawdę bywa napuszonym fiutem, a najsławniejszy żyjący rosyjski reżyser, to koniunkturalna gnida przytulona do Kremla. Dud’ ze swoją nieliczną ekipą zastapił w Rosji TV – można to powiedzieć bez żadnej przesady.
Gdy oglądam jego piękny i chwytający za serce dokument o tym, jak zabiera ze sobą do Portugalii zwykłego chłopaka z Magadanu (aby koleś który mieszka na jednym końcu Eurazji, na zapomnianej Kołymie, zobaczył dokładnie przeciwny koniec tego kontynentu – wybrzeże oceanu w Portugalii. Film z angielskimi napisami → tutaj), po prostu wiem, że po emisji, setki młodych ludzi w Rosji obudziło się z letargu, ruszyło dupy i powiedziało sobie: kurwa dosyć tego, czas zacząć żyć!
Jednak ważniejszym dokumentem stworzonym przez Jurija jest monumentalny film o HIV/AIDS w Rosji! To solidny kop w ryj putinowskiej władzy, która w 2020 roku nie jest w stanie ogarnąć problemu HIV, która doprowadziła do tego, że Rosja w “skuteczności” walki z tym wirusem plasuje się na miejscu pośród afrykańskich krajów – potęga jądrowo-energetyczna ma wyjebane na umierających na AIDS we własnym państwie… Ktoś w runecie zestawił szokujące fakty i historie z dokumentu Jurija z bełkotem Putina, na jednej z konferencji prasowych, kiedy to czekista zapewniał, że w okolicach 2020 roku Rosja będzie miała gotowy plan misji na Marsa… Komentarz zbędny.
Kolejny raz władza i posłuszne jej media dostały z liścia w swoje aroganckie gęby od młodego kolesia z youtube’a. 16 milionów Rosjan zobaczyło ten dokument. Chcąc, czy nie chcąc, społeczeństwo rosyjskie dostrzega kompletną olewkę ze strony państwa. Zjebany prokremlowski propagandysta powie, że Dud’ dostał kasę od agentów z Zachodu, żeby kręcić swoje filmy, a w miarę rozgarnięty sceptyk powie, że ludzie i tak wiedzą, że władza rucha ich na każdym kroku. Rzecz jednak w tym, że ludzie we własnych głowach dokonują bolesnych przemian; nie jest łatwo żyć w orwellowsko-opresyjnym państwie i jednocześnie próbować wydostać się z sieci przyzwyczajeń, mentalnych pułapek, nawyków które niszczą godność ludzką w oparach kafkowskiego absurdu.

Nie będę w tym momencie nazywał tego, co jakiś czas temu zaczęło zmieniać się wewnątrz rosyjskiego społeczeństwa. Bez wątpienia jednak Putin musi mieć poczucie, że zmęczenie materiału w rosyjskim społeczeństwie osiąga krytyczne wartości. Rozmwiając z Rosjanami na tematy  polityczne, a konkretniej – o  perspektywach odejścia czekisty od władzy, jakże często rozmowa taka kończy się słowami: Это пройдет… Он же не вечен… (To wszystko minie… On przecież nie jest wieczny…). Właśnie… Это пройдет… Dokładnie taki tytuł nosi najnowsza płyta jak i piosenka zespołu Pornofilmy (Порнофильмы), jednej z najbardziej znanych obecnie w Rosji soft-punkowych kapel, niezbyt politycznej, ale otwarcie śpiewających o tym, co dzieje się w Rosji. Poniżej akustyczna wersja tej piosenki śpiewanej przez wokalistę, Wołodię Kotljarowa. Przepiękny tekst i spory ładunek nadziei na lepsze czasy!

Nie jestem ani politologiem, ani socjologiem. Wszystkie moje obserwacje bazują na tym, co usłyszałem, obejrzałem i przeczytałem oraz na doświadczeniu samych Rosjan – tych których znam, z którymi się spotykam, z którymi mam codzienny kontakt. Więzi z tymi ludźmi nie zawiązały się ot tak, z marszu. Potrzebowałem wielu, wielu lat, by zaprzyjaźnić się z jednymi, zajebiście zakumplować z innymi, albo… przejechać się na kilku znajomościach. W żywocie mym podłym przeżyłem również mega-intensywną miłość do Rosjanki, czy bijatykę z jednym punkiem z Rosji (ach, lała się krew i piercing fruwał w powietrzu po obu stronach :D). Spotkałem i wciąż spotykam na swojej drodze różnych Rosjan i to najzupełniej normalne. Dzięki nim pozbyłem się wielu stereotypowych opinii nt. Rosji.
To wcale nie tak, że każdy “ruski” jest polakożercą, że “ruski, znaczy fałszywy”, że ruski potrafi się tylko najebać i płakać nad swoim nędznym losem itd… Większość Rosjan ma po prostu ambiwalentny stosunek do Polski, niewiele o niej wie, nie ma zamiaru owej wiedzy poszerzać (bo do niczego nie jest im ona potrzebna), ale jednocześnie nie ulega agresywnej antypolskiej propagandzie Kremla. Olbrzymia część Rosjan ma dostatecznie dużo na głowie, by na znośnym poziomie utrzymać siebie i swoją rodzinę i kompletnie nie interesuje się polityką (inna bajka, że to polityka intensywnie interesuje się nimi i ich portfelami).
Moja przyjaciółka Tania mieszka w piterskiej komunałce wraz z mężem i kotem. Kocha na zabój swój Petersburg, pracuje w biurze, jakoś wiążą koniec z końcem. Wiem doskonale jak potrafi się cieszyć z naprawdę małych rzeczy i wydarzeń: wyjście w weekend do baru ze znajomymi, jakieś kino, jakaś pizza… Kumpel Wiktor siedzi po nocach w moskiewskim bloku, z słuchawkami  na uszach, bez wytchnienia tworzy nowe sample i mixy – zajmuje mega-wąską niszę o nazwie noise/power electronics.. Sam wydaje sobie demówki na kasetach (sic!), swoje hałasy publikuje w necie, czasem weźmie coś dziwnego i ciężko się z nim dogadać, ale jest naprawdę równym gościem! Moja kochana Ola, również z Moskwy, jakimś cudem kupiła wraz z mężem (oboje wydziarani od stóp do głów – słodko wyglądają razem) maleńkie mieszkanie w nowszych blokach, 1.5 godz. od centrum. Miała dwa urocze buldogi francuskie: Fridę i Pigsty, teraz pozostała jej tylko świnka morska bez imienia (psiaki umarły ze starości)….Michaił z Irkucka nie może znaleźć swojego miejsca w Rosji… Włóczy się tu i tam, ostatnio zahaczył się w Moskwie, ale jak mówi, życie tam pędzi zbyt szybko i nikt nikogo nie słucha… Ania z Nowosybirska czeka aż wreszcie przyjadę. Pójdziemy na mecz hokeja mojej ukochanej drużyny Sibir Novosibirsk, będziemy pić wino na balkonie i palić biełomory… Irina z Ufy nareszcie znalazła swoje szczęście, wydostała się z gówna alko-nałogu i cudem odzyskała córkę, którą chcieli jej zabrać. Teraz wszystko się układa. Bez domowej przemocy, z kotami, z córką i ukochanym facetem… Dasza z Pietrozawdska przecudnie rysuje i mam w niej zawsze wspaniałą kompankę do politycznych rozmów. Dasza jest bardziej antyputinowska ode mnie, uwielbiam jej słuchać. Jest też chyba najpiękniejszą kobietą z Rosji jaką kiedykolwiek poznałem… Ola z Kaliningradu jest zwariowana, zawsze uśmiechnięta, opowiada mi pokręcone historie o tym jak opierdala tępych klientów w sklepie, w którym pracuje, albo po raz n-ty próbuje sprecyzować, kiedy wreszcie mnie odwiedzi…

To tylko skromny wycinek moich znajomości… Nie jestem w stanie w jednorazowo napisać o wszystkim, o czym chciałbym napisać, a co można podpiąć pod tytuł tego posta. W czasie jego czytania uświadomiłem sobie, że jest on  kurewsko chaotyczny, bez spójnej struktury. Ale może to dobrze. Nie chciałem popełnić suchej analityki z przypisami… Problem w tym… chociaż nie – słowo “problem” jest tu nie na miejscu… Cały urok obcowania z Rosją i z Rosjanami, czy nawet urok pisania o tym kraju polega na tym, że do każdego, nawet najmniejszego tematu można snuć setki przypisów, dygresji, refleksji.
Zupełnie osobnym wszechświatem jest oczywiście rosyjska literatura. Coś, co kocham zachłannie, na zabój! Każda chwila, w której otwieram paczkę z Rosji, a w środku znajduję rosyjskie książki, to po prostu ekscytacja trudna do opisania. Zrozumieć to może tylko podobnie pojebany bibliofil :) O rosyjskich książkach napiszę zupełnie osobny post, podobnie jak o rosyjskiej scenie DIY hardcore/punk, która przeżywa swoją drugą młodość (kto pamięta polską scenę pierwszej połowy lat 90-tych, wie o czym mówię…).

Jako anarchiście jest mi łatwiej, jak sądzę, pisać bez balastu narodowych uprzedzeń, bez patriotycznych drzazg w dupie i bez ohydy nacjonalizmów. Miłym akcentem na zakończenie niech będzie cytat z jednej z piosenek zespołu Lumen (takie bardziej gwiazdorskie, ruskie Happysad), pt: Государство (Państwo):

Здесь типа демократия, на самом деле царство
Я так люблю свою страну… и ненавижу
Государство, государство, государство!

 

Tu niby demokracja, choć to w zasadzie carstwo

Ja tak kocham ten kraj… i nienawidzę

tego państwa, tego państwa tego państwa!

Lumen – Государство

***

Póki co, wystarczy… Nie mam pojęcia jak zostanie odebrany ten post i z zainteresowaniem będę czekał na Wasze reakcje, komentarze, pytania, propozycje co do kolejnych tekstów na temat Rosji. Piszcie!

Пока!