#wypierdalać!

Podziel się:
0Shares

Żadne życie nie zostanie tym orzeczeniem uratowane. Wiele żyć zostanie zniszczonych. Nie wierzę w triumf sprawiedliwości, bo życie jest chaosem, tym niemniej wbrew rozumowi mam nadzieję, że spotka was za to, tępe skurwysyny, godziwa odpłata.

Szczepan Twardoch
HOMOMILITIA – Moje ciało – mój wybór

Od lat 90-tych XX wieku, polska prawica, kato-popaprańcy, pro-life zjeby i inni “po tamtej” stronie barykady odgrażali się, że rozwalą (patykowaty, nota bene i na szybko sklecony) “aborcyjny kompromis”… Mijały lata, wszystkie – bez wyjątku – rządy po ’89 roku koncertowo wylizywały tłusty zad Kościoła Katolickiego, od czasu do czasu z hibernacji wyskakiwał Marek Jurek i jemu podobni, by walczyć o “dzieci nienarodzone”. Wtedy to straszono legislacyjnymi zmianami, ale żadna z decydenckich świń nie odważyła się w całości olać ów “kompromis” i doprowadzić do tego, do czego wczoraj doprowadził pseudo-trybunał konstytucyjny i żoliborska Miękka Faja, skrywająca się za kordonem setek PIS-owskich ZOMO-wców.

Słowo: wściekłość jest w tym przypadku gigantycznym eufemizmem. Nie mam tutaj problemu z faktem, że ci odrażający katolscy hipokryci będą mogli teraz zasłaniać się “majestatem prawa” przy łamaniu życia tysiącom kobiet, zmuszanych do rodzenia bezmózgich potworków. Zarówno ja, jako anarchista, jak i każda inna osoba o jakichkolwiek innych poglądach jest w stanie zrozumieć, że absolutnie WSZYSTKIE zmiany w prawie spod ręki tych rządowych idiotów są po prostu gówno warte i nieważne z punktu widzenia ich własnych, państwowych standardów stanowienia tegoż prawa – to zwykła PIS-owska gangsterka, po zakończeniu której wszyscy ci delikwenci, niewydarzone ministerialne przydupasy Kaczyńskiego (na czele z nim samym, rzecz oczywista), quasi-sędziowie, prokuratorzy i każdy kto przykleił się do tej władzy – wszyscy oni powinni wylądować przed Trybunałem Stanu, a potem w pierdlu.
A jeśli jest to naprawdę ta ich “dobra zmiana” i jej powodzenie zależy od pryncypialnego zanegowania obecnych “zachodnich” standardów prawnych, to co widzimy przed sobą? Widzimy radę komisarzy ludowych z pierwszym sekretarzem ukrytym za piątą linią pomagierów i sługusów, zmieniających prawodawstwo dekretami (bo głosowaniami nie sposób nazwać tych PIS-owskich fars na Wiejskiej…) – nawet nie po leninowsku, ale za to na pewno po putinowsku (ktoś, kto pilnie śledzi politykę Kremla, przeciera oczy, gdy gębę otwiera Ziobro, Kamiński, Terlecki, czy sam Mały Książe – to nawet nie podobieństwa, ale kremlowskie kalki w materii prowadzenia zmian strukturalnych w państwie).

Nie będę rozwodził się nad tragicznymi konsekwencjami “werdyktu” dublerów (wśród tego znamienitego towarzystwa sama Pawłowicz – fuuuuck yeeeah!), bo są one oczywiste. To olbrzymi cios w kobiety, w ich prawo do decydowania, w ich godność i życie. To zbrodnicze prawo – kurwa mać, przecież wszyscy / wszystkie to wiemy! Wiedzą to nawet te pro-life’owe ćwoki! – nie uratuje żadnego abstrakcyjnego życia nienarodzonego, a pochłonie realne życia realnych kobiet, okaleczy je fizycznie i psychicznie po zabiegach w podziemiu.

Teraz wszyscy powinniśmy skupić się na gigantycznej presji na tą zjebaną władzę, nie dawać im spokoju poprzez działania uliczne, obywatelskie nieposłuszeństwo i szereg innych akcji! Nade wszystko jednak – musimy organizować oddolnie grupy wsparcia dla wszystkich kobiet, w które uderza to nieludzkie prawo! Konieczna jest pomoc psychologiczna, fundusze, które gromadzone na gruncie lokalnym, pomogą kobietom dokonywać bezpiecznych i profesjonalnych zabiegów aborcyjnych za granicą, czy będą konkretnym wsparciem bytowym zaraz po zabiegu – dla szczególnie potrzebujących kobiet.

NIE DAMY SIĘ ZŁAMAĆ!

Powyborczy kac | Metajęzyk autorytaryzmu

Podziel się:










0Shares

Miałem mnóstwo okazji, by w czasie przedwyborczej sraczki popełnić niejeden post. W głowie kotłowały się wkurwy, strzępy refleksji, emocjonalne reakcje na cały ten pożałowania godny cyrk. Owe “pospolite ruszenie” będące efektem gorączkowych PR-zabiegów poszczególnych sztabów wyborczych, medialnych gwiazd i gwiazdeczek i innych pożytecznych idiotów nijak się miało do pojawiających się tu i ówdzie konstatacji, że wybory prezydenckie, to raczej święto magików od PR-u właśnie, a nie jakiś tam doniosły akt “obywatelskiej odpowiedzialności” w ramach tego, co zwykło się nazywać demokracją.

Wszyscy widzieliśmy ten żałosny break dance 11 kandydatów, umiejscowionych w przestrzeni politycznej od skrajnej prawicy po centrum (tutaj kończy się nasza skala – nikt rozsądny chyba nie będzie uważał kolesi typu Biedroń, za lewicę), break dance z jedną gwiazdą główną, oświetlaną mocą lumenów z Woronicza; Duda, choć dwoił się i troił, nie zdołał nawet na minutę ukryć tego, że jest plastelinowym stworkiem ugniatanym przez zdziwaczałego szefa całego tego burdelu…
Trzaskowski natomiast odegrał swoją rolę dosyć poprawnie; kolejny rozdział tego zjebanego duopolu: PIS-PO został napisany przez tegoż, a “receptą na Dudę” miało być przedstawienie siebie jako “anty-Dudy” – na tyle głośno i zdecydowanie, by połechtać postkomuchów z rozmaitych KOD-ów, ale na tyle łagodnie, by owczarnia Hołowni, Kosiniaka-Kamysza, a nade wszystko – Bosaka, również nie czuły się “nieswojo” po pierwszej turze.

 

 

Wszystkim entuzjastom demokracji przedstawicielskiej i tym od 1989 roku zaczadzonym komunałami nt. jakiejś wartości tego rodzaju quasi-partycypacji w rządzeniu (jeeeb! nawet teraz gdy wystukuję te słowa na kompie, śmieję się głośno, bo w 2020 roku ludzie wciąż uważają za prawdziwe przekonanie o tym, że wrzucanie karteczek do urn, to forma rządzenia!) dedykowałbym te kilkanaście bezcennych minut tuż po ogłoszeniu wyników I tury wyborów…
To, co mogliśmy wtedy usłyszeć z ust Dudy i Trzaskowskiego jest po prostu perfekcyjnym, idealnym, rewelacyjnym przykładem na to, że dla tych politycznych pasożytów i nierobów jak wyżej wymienieni, każdy kto wziął udział w tym kabareciku z wrzucaniem karteczek do pudełeczek, jest gówno wartym matołem, kawałkiem społecznego mięsa, wyborczą mielonką i debilem w jednym.
Zaledwie minutę po ogłoszeniu owych wyników, dwóch wspaniałych zaczęło jak na komendę wylizywać wiadome części ciała swoim “kontrkandydatom” (nota bene – robili to na oczach swoich najwierniejszych psów-zwolenników kotłujących się w koronawirusowo-wyborczym tłumie w sztabach obu kandydatów)! Po kilku kolejnych minutach dowiedzieliśmy się, że tak naprawdę nic ich, kurwa, nie różni, że każdy może prześliznąć się z jednej opcji w drugą, że ta ohydna polityczna dyfuzja nie tylko jest możliwa, ale jest integralnym elementem każdego przedstawienia zwanego wyborami. Najsmutniejszym wątkiem w tym gównianym przedstawieniu była uśmiechnięta buźka ex-naziola Bosaka, złotego chłopca tych wyborów; jego mina mówiła wtedy wszystko: “Hehe, obaj biją się o mnie!”…
Celowo napisałem: “ex-naziola” (jakby nie było, punkowa nomenklatura siedzi w moim sercu), albowiem Bosak nie jest już żadnym brunatnym ćwokiem. Jest politykiem, a to jest gorsze od skrajnie prawicowej amatorki.

Szokujący nie był dla mnie polityczny rimjob Dudy i Trzaskowskiego, ale fakt, że ludzie uważający się za wykształconych, oczytanych, racjonalnych, światłych i chuj-wie-jeszcze-jak-bardzo-świadomych – widząc ten ewidentny szwindel – akceptują zasadność funkcjonowania schematu: wybierz i spierdalaj!

Zobaczyliśmy więc, że wybory prezydenckie, to zabawa nie warta funta kłaków, tym bardziej że prerogatywy tego delikwenta są śmiesznie symboliczne. Właśnie dlatego Duda jest idealną plasteliną na tym stanowisku. Cała karuzela kręci się bowiem dzięki metajęzykowym zabiegom wszystkich stron.

* * *

Myślę, że zupełnie zbędnym jest odwoływanie się do filozofii języka, do wyświechtanych przykładów totalitarnych państw, do Orwella itd… Język w kulturze naszego zjebanego gatunku jest kluczowym elementem, w imię którego dokonujemy “postępu”. Już nawet to powyższe zdanie jest sporą metajęzykową pułapką. Jedni uważają, że nazywając (tworząc definicje, określenia, nazwy…) niejako dookreślamy rzeczywistość, nadając jej “ludzki” sens, inni zaś twierdzą (mniej lub bardziej karkołomnie), że nazywając, tworzymy jednocześnie – ergo: desygnat jest jednocześnie kreacją. To rzecz jasna tylko dwie koncepcje z mega-fascynującego pogranicza ontologii i epistemologii (ten obszar filozofii, obok tanatologii, jest dla mnie immanentną przestrzenią bycia jako takiego; jako zawsze krążący między Schopenhauerem, Heideggerem, Wittgensteinem czy Kirkegaardem [sic!!!] w materii percepcji ja, przy jednoczesnej przyjemności z lektury “starodawnego” Feuerbacha), ale umówmy się –  ten wpis na blogu sponsoruje stwierdzenie: język zniewala!

Naczelny Kapitan Tego Zjebanego Kraju nie włada ani filozoficznymi, ani socjologicznymi mocami, by zmieniać – dzień po dniu –  słownik obywateli.  Kaczyński idzie po linii najmniejszego oporu. Nie zawłaszcza pojęć. Zawłaszcza ludzi. Mierne, wierne świnie nagle stają się ważne; nagle Płaszczak staje się Ministrem, Ważniakiem, Kimś, Błaszczakiem! Eksperci od rimmingu mocą Prezesa stają się Ważnymi. Orzełki na ramionach, siła odrzutu, Namaszczenie…
Kaczyński i obecna władza przedefiniowali jednak elementarne pojęcia w przestrzeni społecznej i politycznej, nadając im monopolistyczne – nowe – znaczenie. Żadnej finezji w tym nie było i nie ma. Prawo, wolność, demokracja, Smoleńsk, rodzina, ideologia LGBT, wartość życia… Pomieszanie znaczeń jest celowe i ma na celu zagospodarowanie przestrzeni publicznej desygnatami pochodzącymi od władzy.

W warstwie deklaratywnej władza przejmuje (poprzez retorykę poselską, poprzez TVPiS, poprzez tłuczone do łbów slogany w czasie kampanii…) znaczeniowy potencjał podstawowych pojęć; dzięki temu rozpierdol w obrębie sądów, szczucie na osoby nieheteronormatywne, ohydnie zmutowane redefinicje w sferze rodziny, aksjologii i wreszcie – praworządności – to wszystko umożliwia władzy niejako “przykrycie” realnie pulsującej rzeczywistości, derką swoich spierdolonych kreacji. Krzyż im na drogę. Jako anarchiście nie jest mi potrzebna fasada ich państwowych dewiacji językowych. Gorzej, że [nad]aktywność władzy w tej sferze wnika w codzienność pospólstwa.
Używam tego pogardliwego określenia, albowiem ciężko nazwać społeczeństwem zbieraninę zaczadzonych ćwierćinteligentów, czy sporą liczebnie grupę “obywateli” o inteligencji wiadra gwoździ, dla których “LGBT, to pedalenie dzieci”. Ręce opadają, gdy rozum śpi. Albo wręcz przeciwnie – zaciskają się w pięść i unoszą się wysoko w geście solidarności ze wszystkimi, którzy stają się po prostu ofiarami nowomowy władzy, nowomowy wprowadzanej w labirynty legislacyjne, nowomowy uskrzydlającej policyjne pały i pięści tępych homofobów.

Ewidentny zgrzyt i rozdźwięk jest widoczny i odczuwalny już na starcie. Oto bowiem stykamy się z przytłaczającą większością, która niejako “po drodze” łyknęła haczyk Ziobry, haczyk Ordo Iuris, czy jakąkolwiek patriotyczną/bogoojczyźnianą przynętę w tym zatęchłym polskim bajorze. Odwrócenie wektorów, to klasyczny zabieg: czynimy z większości zaszczutą i piekielnie zagrożoną wspólnotę sacrum, atakowaną przez  – tutaj mamy do wyboru do koloru – neotrockistowski spisek, lewaków, pedałów, Unię Europejską… Uzbrojeni w chrześcijańską etykę miłosierdzia, z błogosławieństwem Komitetu Centralnego KK w postaci starców z Episkopatu, z wizerunkiem Maryi, z milicją i sądami Ziobry – ruszamy do ataku!
Kluczowa w tym wszystkim konstatacja, zawsze umyka tej biednej uciśnionej, katolskiej zgrai… Otóż można by pomyśleć: jak nędzna, powierzchowna, słaba, godna pożałowania, patykowata, płytka i śmieszna musi być ta ich wiara, te ich wartości, skoro można je “obrazić”?! Flaga LGBT na pomnikach, domaganie się związków partnerskich, głośne wkurwienie i upominanie się o swoje prawa – gmach narodowo-katolickiej twierdzy w jakiś magiczny sposób kruszy się pod “obrazą uczuć religijnych”. Żenada. Tą samą analogię można zastosować wobec państwa jako takiego: struktura mafijna usankcjonowana prawnie, ze swoimi umundurowanymi strażnikami, robokopami z pałami i bronią gładkolufową. Przy okazji każdej większej manifestacji słyszymy o “atakach na funkcjonariuszy”: pieprzony robot uzbrojony po zęby vs lesbijka z flagą. Nazwanie tego “dysproporcją” staje się tutaj eufemizmem…

Kulturotwórcze mechanizmy, to ciągły ruch, o czym nagminnie zapominają prawicowi i konserwatywni popaprańcy. Receptą aktualnej władzy na tą nieustanną dynamikę jest cementowanie swoich “zaklęć” w języku, zmiana kalki pojęciowej tak, by to państwo utożsamiane z “właściwą” większością było uciemiężonym przez “niewłaściwe” mroczne lewackie siły zdrowym organizmem. Rodzina, religia, tradycja jawią się tu nie jako potężne siły społecznych interakcji, ale jako bezwolne ofiary “wrogiej propagandy”. Dawid i Goliat zamienieni miejscami.
Tej żałosnej twierdzy, oszczanej wokół w celu oznaczenia terenu nie zagraża żaden gej, ani lewak. Ta twierdza sypie się sama, murszeje z roku na rok, z dnia na dzień. Mityczna, rzekoma wspólnota rozpada się na naszych oczach, albowiem nie spaja jej nic trwałego w obecnych czasach (o krok od cyber-rewolucji społecznej) – ludyczny, karłowaty charakter wiary religijnej w tym kraju nie wystarcza, by mówić o monolicie. Maryjka, Wojtyła i husaria już nie są żadną rękojmią, żadną tarczą.

Istnieją rzecz jasna demiurdzy dzielnie walczący z “pedaleniem dzieci” i z “kulturą śmierci”. To niszowi profesjonaliści, którzy obrali zupełnie inną drogę: jeśli rzeczywistość nie pasuje do naszych wyobrażeń o niej, stwórzmy własną rzeczywistość! Tą drogą podążają choćby Grzegorz Braun, niejaki Pan Nikt, czy Rafał Ziemkiewicz. To trzy przykłady wzięte z brzegu – kolejność nieprzypadkowa. Absolutnym mistrzem w materii ochrony drogocennych kato-narodowych wartości w alter-rzeczywistości jest Braun. To człowiek ze swoją własną kosmologią, przy której świat Tolkiena jest tylko marną imitacją dla dzieci. Braun nadał nowe desygnaty wszelkim powszechnie znanym określeniom / bytom / zjawiskom społeczno-politycznym. Zrozumienie Brauna musi łączyć się więc z opanowaniem jego aparatu pojęciowego, gdyż on i tylko on otwiera furtkę zrozumienia. Prawdziwego zrozumienia. Szkoła – kościół – strzelnica – mennica. Kumacie coś z tego? Nie zakumacie dopóty, dopóki nie podążycie za Mistrzem Gry Braunem. To naprawdę hardkorowe RPG bez trzymanki. Cały świat określony, nazwany, zdefiniowany na nowo – tak, żeby wszystko pasowało do siebie w 666%. Tutaj pojawia się słynny mem z netu, na którym Grzegorz Braun dekoruje medalem Grzegorza Brauna za wspaniałomyślność.
Pozostałych dwóch delikwentów nie będę opisywał – robią z grubsza to, co Braun, tyle że charakteryzuje ich większa amatorka w tej kwestii.

Tak zwana “opozycja” nie ma na tym polu żadnych szans, albowiem od stu lat świetlnych operuje starożytnymi kliszami michnikowszczyzny, czyli narzędziem nieskutecznym, śmiesznym, archaicznym i godnym pożałowania. Rzygam już na samą myśl o wypocinach takich delikwentów / delikwentek jak Passent, Najsztub, Sierakowski, Żakowski, Wielowieyska, Lis, Wołek, Olejnik, Kolenda-Zaleska, Węglarczyk, czy Kraśko. Tego gówna nie da się słuchać / czytać… Obcowanie z ich “receptami”, “opiniami” przypomina gorączkowe szarpanie za spłuczkę i patrzenie jak zatkany kibel zwraca swoją śmierdzącą zawartość…

Monarchiści siedzą w Sejmie. Naziole siedzą w Sejmie. Postkomuchy z różowo-pluszową lewicą siedzą w Sejmie, nie wspominając popaprańców i aferzystów z PO i PSL. Wojna językowa trwa na dobre. Niestety wojna ta przyniesie konkretne, niewinne, ofiary. Ku chwale tym spierdolonym kreaturom politycznym i ich psom…

 

Guernica Y Luno – Odpowiedzialność II

 

Kiedy widzę w centrum Warszawy wściekłą laskę przemawiającą do wielotysięcznego tłumu solidaryzującego się z ludźmi zamykanymi za przeciwstawianie się homofobii na ulicach tego kraju i mówiącą:

To państwo nigdy nam, kurwa nie pomagało! Nie potrzebujemy tutaj polityków! Sami siebie ochronimy! A policji powiem tylko tyle: pierdolcie się na ryj!

… to wiem, że jej słowa są kurewsko prawdziwe i szczere! Dopóki na pluszowej poduszeczce będzie zasiadał ten śmieszny mikro-Napoleon z Żoliborza otoczony swoimi służalczymi frajerami i gończymi psami z pałami, niewiele zmieni się w tym kraju. A zmiana zależy od nas i tylko od nas! Najpierw w naszych głowach, a potem na ulicach. Bo waszymi karteczkami wyborczymi ta pieprzona banda podciera sobie właśnie dupy…

 

··· podkład muzyczny: Mrome, Člověk v Plísni, Venomous Concept, Ewa Braun, Svffer, Warwound

::: zlew ::: | lasery i radiowa Trójka

Podziel się:










0Shares

Zbiorczy post, coby w jakiejś znośnej formie nie rozdrabniać się zbytnio i zawrzeć w jednym wpisie to, co kotłuje mi się w głowie… W ogóle ostatnio myślę nad tym jak rozwiązać problem natłoku myśli wszelakich i jak wpasowywać ten nurt nieuporządkowanego dumania w formę posta blogowego. Walczą we mnie dwie tendencje: przekształcić дискраст w blog monotematyczny, typowo poruszający kwestie Wschodu, Rosji, kultur Syberii i społeczno-politycznych aspektów w tej części świata, albo kontynuować pisanie o kilku dyżurnych interesujących mnie sprawach…

* * *

Niemal trzy miesiące kwarantanny wyszło mi dobre. Dosłownie i w przenośni. Nie powiem, że wykorzystałem / wykorzystuję ten czas mega-produktywnie, chociaż zaliczyłem wiele zaległych książek, zrobiłem porządek z kompem (zmieniłem system: o ostatnim przemeblowaniu linuksowym napisałem na Telegramie), opierdalałem się cudownie jak nigdy dotąd, ale nade wszystko odzyskałem sporo przestrzeni w głowie i wokół siebie…

 

 

Obecnie tkwię na wypowiedzeniu, wczoraj po raz ostatni byłem w pracy. Mogę powiedzieć, że była to sytuacja do przewidzenia. Po niemal dziesięciu latach pracy na laserach Trumpf mam już dosyć… Mimo, że lubię tą pracę, podoba mi się proces obróbki metali przy użyciu lasera, to jednak wyraźnie czuję syndrom “zmęczenia materiału”. Ostatnie dwa lata sprawiły, że widząc laser mam ochotę się puścić pawia. Rzecz jasna nie o sam laser chodzi, a o dotychczasową atmosferę w miejscu pracy; kiedy po dwóch latach przychodzisz ostatni dzień do pracy i wciąż masz wrażenie jakby to był twój pierwszy dzień w robocie, to chyba coś jest nie halo :/ Nie chce mi się o tym pisać bardziej szczegółowo, albowiem przemieliłem w głowie ten temat na wszelkie możliwe sposoby (co psychologicznie wyszło mi zdecydowanie na dobre – takie introspekcje, to solidna dawka “antydepresantów domowej roboty”).

Póki co jestem więc bezrobolem. I dobrze. Z wiekiem tylko bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że nie ma najmniejszego sensu rozpierdalać się na tysiące kawałków w nerwówce i pogoni za kolejnym miejscem pracy – byle szybciej, byle zachować “ciągłość zatrudnienia”, byle pod presją czasu i jebanego rynku pracy pozostać na powierzchni tego syfiastego bajora konkurencji. Jeśli ktoś w tym momencie zacząłby nawijać te suche kapitalistyczne mantry, że “takie są teraz czasy, stary!”, “tak działa świat!” – serio, wyrzygałbym mu się pod nogi.
Ta pieprzona kwarantanna1Używam konsekwentnie tego debilnego określenia, oficjalnie funkcjonującego w “czasach zarazy” włącznie dlatego, że realnie znajduję się w grupie ryzyka, jako astmatyk po kilku zapaleniach oskrzeli, po obustronnym zapaleniu płuc i sepsie… pomogła mi nabrać dystansu do wielu stresujących sytuacji, w jakich często znajdujemy się, będąc pod presją pracodawcy. Podobnego dystansu nabrałem do permanentnego wkurwa na współpracowników nie przejawiających jakiejkolwiek inicjatywy pro-pracowniczej. Przestałem emocjonalnie podchodzić do tego, że syndrom sztokholmski wciąż trzyma za ryj olbrzymią część klasy robotniczej. Gdy wszelakie sugestie tyczące się praw pracowniczych kwitowane są milczeniem, a spojrzenie twoich współpracowników mówi ci: jak to?! sprzeciwić się?! pracodawcy?!, wtedy opadają ci ręce… Bez robotniczej solidarności w miejscu pracy i poza nim (symptomatyczne: w ciągu dwóch lat nie byłem ani razu na piwie z kimkolwiek z pracy, nie wspominając już o jakichkolwiek innych towarzyskich spotkaniach) jest się skazanym na ostracyzm, a ten perfekcyjnie wykorzystywany jest przez pracodawcę. Nie chcę powiedzieć, że moje ostatnie doświadczenia, to obóz pracy i eksploatacja, bo tak oczywiście nie było. Chodzi mi o specyficzną atmosferę; jeśli codziennie przez dwa lata czujesz się kurewsko nieswój i jesteś wyobcowany w miejscu, gdzie spędzasz na dobrą sprawę połowę swojego życia, niechybnie rzuci ci się to na mózg.

Ostatnie miesiące spędzone w domu sprawiły, że w dużej mierze przewietrzyłem swój umysł… Udało mi się osiągnąć stan względnego spokoju wewnętrznego; radość i satysfakcja pojawiające się w prozaicznych sytuacjach, to deficytowe odczucia, o których istnieniu niemal zapomniałem. Teraz gromadzę siły i cieszę się z powodu dupereli – to ważne.

* * *

Na temat kondycji Polskiego Radia pod butem PISu napomknąłem w recenzji książki Hermanowskiego o historii polskiej radiofonii. Nędza i rozpacz. Trzeba być naprawdę tępym fiutem, albo tępym PIS-owcem (co chyba na jedno wychodzi, jeśli już jedziemy na fali obrażania zwolenników reżimu), aby nie widzieć tego, że zarówno strukturalnie, jaki i decyzyjnie/politycznie, mediami państwowymi rządzi obecnie Radiokomitet, czystej wody postkomunistyczny moloch mający w swojej garści nie tylko radio, TV, serwisy internetowe, ale również myśli i słowa pracowników tychże mediów.
Jakże często chce mi się rzygać gdy w Radio TOK FM wytresowani dziennikarze i dziennikarki jadąc na kalkach czystej michnikowszczyzny obnażają swój “obiektywizm” i profesjonalizm. Ten sam wylew syfu oglądamy w TVN24. Ale dostrzegając pewną gradację degeneracji i absurdu w dziennikarskim świecie, dochodzimy do granicy wytrzymałości naszego umysłu, docieramy do miejsca, gdzie rozum śpi, gdzie budzi się propagandowa bestia, gdzie nikt, naprawdę NIKT normalny nie jest w stanie wytrzymać. Wydawać by się mogło, że to kres, że dalej nie ma już nic… Hehe, co za brednie! To właśnie tam zaczyna się królestwo Radiokomitetu!

Putinizacja polskiej polityki jest widoczna jak na dłoni dla każdego, kto śledzi i polską i rosyjską rzeczywistość. Jest to dla mnie tym bardziej symptomatyczne, że Kaczyński i jego przydupasy ostentacyjnie od dziesięcioleci stroją się w antyrosyjskie piórka, podczas gdy ich systemowe “rozwiązania” są niemal żywcem wyjęte z teczek kremlowskich PR-owców. Dokładnie z tym mamy do czynienia w przypadku Polskiego Radia.
Cieszyłem się kiedyś, że kupiłem radioodbiornik z technologią cyfrowego odsłuchu radia DAB+. W Polsce póki co w DAB+ nadają wyłącznie stacje Polskiego Radia (z regionalnymi rozgłośniami i z kilkoma radiostacjami z projektu Radia Gminnego włącznie).I c o z tego, skoro w chwili obecnej jedynym programem radiowym nadającym się do słuchania jest “Dwójka”?

Oto, jak zjebanymi politycznymi decyzjami i machlojami można spierdolić tak potężne medium jak Polskie Radio! Za czasów Kwacha i Millera, za czasów AWS-u i aferzystów z PO również mieliśmy do czynienia z ręcznym sterowaniem i grzebaniem w radiowych bebechach, ale Polskie Radio ery Kaczyńskiego, to do kurwy nędzy, jakiś naprawdę koszmarny dowcip. Serio, spośród wszystkich stacji publicznych w chwili obecnej można wytrzymać jedynie z Dwójką (no i z niszowym Radiem Chopin, które de facto jest bliźniacze tematycznie z  Dwójką i można słuchać go jedynie na DAB+ i w necie) – cała reszta przeżarta jest pierdolonym PIS-owskim bełkotem!

Oczywiście nie od dziś wiedziałem o tragicznej sytuacji w Trójce. To najbardziej sponiewierana i upokorzona przez PIS radiostacja publiczna. Nie wiem, co buractwo przylepione do Kaczyńskiego chciało udowodnić rozpierdalając kompletnie redakcję tego radia. Jednym z argumentów byłą “dekomunizacja”, która w 2020 roku, a nade wszystko, w ustach tych jebanych hipokrytów (wśród których roi się od PZPR-owskiego koniunkturalnego ścierwa) brzmi cokolwiek groteskowo. Wyjątkowo antypatyczna menda (żeby nie użyć słów cięższego kalibru…), “dziennikarka” Dorota Kania, usłużnie przypomniała niedawno, że Trójka powstała w okresie stanu wojennego jako “wentyl bezpieczeństwa” dla wkurwionej PRL-em młodzieży, ergo: Trójka A.D. 2020 pozostaje medium komuszym, z układami, z zabetonowanymi klanami dziennikarskimi itd. Po pierwsze, mówi to babsko, które czerpie garściami i pławi się w obecnym reżimie dokładnie tak samo jak Urban pławił się w PRL-u. Po drugie – fakt, w Trójce “zasiedziało się” wielu starczych dziennikarzy, którzy utuczyli się na swojej sławie i stali się nietykalni, poza zasięgiem jakiejkolwiek krytyki (vide Mann, czy Niedźwiedzki żeby nie szukać dalej…); do Trójki w bardzo kontrolowany sposób trafiały nowe, młode głosy. To prawda. Ale jaki to ma związek z ogólnym profilem tej stacji? Czy tępe PIS-owskie świnie naprawdę kierują się quasi-logiką typu: jeśli w czasie stanu wojennego Trójka puszczała zagraniczną muzykę, by odwrócić uwagę młodych od opozycji, to niejako z automatu przedłużyła swoją “misję” na czasy po komunie? Czy taki myślowy bełkot ma jakieś pierdolone odzwierciedlenie w audycjach Oli Kaczkowskiej, albo miał odzwierciedlenie w audycji Wrzenie świata?

 

 

Afera z kawałkiem Kazika na pierwszym miejscu Listy Przebojów Trójki jest tylko ukoronowaniem tej PIS-owskiej porażki. Pokazuje ona doskonale jak cudownie, jak perfekcyjnie pionki przyspawane do stanowisk decyzyjnych dzięki władzy PIS restaurują komunistyczne struktury, jak strachliwe, wiernopoddańcze reakcje nijakich żołnierzyków tej patykowatej władzy mają wpływ na losy ogólnopolskiej stacji radiowej. Jak po ludzku nazwać obecnych włodarzy PR, Trójki? Tylko ślepy, albo głupi nie zauważy tych subtelnych, niewolniczych, żenujących decyzji – byle tylko przypodobać się temu śmiesznemu człowieczkowi z Żoliborza. Tutaj, Panie i Panowie, nie ma już miejsca na jakieś głębsze, wyważone refleksje – tutaj liże się dupę władzy otwarcie, ostentacyjnie, bezrefleksyjnie, tępo i poddańczo. Ten schemat w obecnej Polsce jest powszechny. Wie o tym również Dorota Kania, zaangażowana w ten polityczny rimming nawet bez stanu wojennego.

Kawałek Kazika, Twój ból jest lepszy, niż mój, wylądował na 1. miejscu 1998-go wydania LP3. Zaraz potem info o tym wyparowało ze strony Trójki i pojawił się komunikat dyrekcji radia, że lista została sfałszowana, a w/w kawałek faktycznie zajął 4. miejsce. Później zorganizowano konferencję prasową, na której pokazano “skandaliczny mechanizm fałszowania listy przebojów”, co tylko pogrążyło tą jebaną bandę radiowych decydentów.
Niedźwiedzki nie jest moim bohaterem, ani mnie on ziębi ani grzeje, nie należę do jego fanów. Skoro on, bądź jego asystent przy okazji odsiewania realnych głosów słuchaczy od “głosowań” botów dokonywali ręcznych zmian w kolejności utworów na liście Trójki, dlaczego czujne mordy radiowej wierchuszki nie interweniowały wcześniej? Może jakiś kawałek Deep Purple, Organka czy innego Pearl Jam również został na nielegalu wrzucony kilka oczek wyżej?! Nieee, to byłoby zbyt banalne! Usłużne sługusy władzy zareagowały, gdy na horyzoncie pojawił się kawałek, który cała Polska powinna wyśpiewać w ryj temu samozwańczemu quasi-Napoleonowi, zdziwaczałemu starczemu księciu ewidentnie nie-z-naszej-bajki! Kawałek Kazika rewelacyjnie wpisał się w to, co odpierdala się w tym kraju pod rządami Kaczyńskiego. Prymitywna, ludowa rytmika i melodia oraz tekst mega-celnie pokazujący wszechwładzę tego małego, zakompleksionego człowieczka i jego jeszcze mniejszych przydupasów…

Przy okazji, nie wiadomo który to już raz, obwołano Kazika zbuntowanym artystą, twórcą niemal politycznym, autorem protest-songów… Pusty śmiech mnie ogarnia, bo jeszcze nie tak dawno Kazik apelował, “aby dać szansę Kaczyńskiemu”.. Poza tym – umówmy się – Kazik nigdy nie był żadnym politycznym “piosenkarzem”. Kilka tekstów będących komentarzami do rzeczywistości politycznej (owszem, bardzo celnych!) nie czyni z niego “buntownika”… Zresztą o czym tu mowa :D Wychowałem się na takich kapelach jak Crass, Conflict, Minor Threat, Subhumans, Dead Kennedys… Z perspektywy DIY sceny anarcho-HC/punk Kazik jest tylko kolejną mainstreamową gwiazdeczką… Cenię kilka jego songów, bo są świetne. Tak jak ten prymitywny kawałek-skandal, który przyprawił o ból dupy szefostwo Polskiego Radia.

Wracając jeszcze na moment do Niedźwiedzkiego… Koleś prowadził przez 35 lat Listę Przebojów w Trójce. To najdłużej istniejąca lista przebojów w polskich mediach. Usłużne prawicowe ścierwojady “dziennikarskie” nadmieniły zaraz po aferze z piosenką Kazika, że Niedźwiedzki i tak chciał odejść z Trójki, więc przy okazji zrobił to “z przytupem”, windując sztucznie kawałek przeciw władzy na 1. miejsce listy. Tak na odchodne.
Ktoś w necie trzeźwo zauważył: Niedźwiedzki przez większość swojego życia prowadził w/w listę przebojów, wychował na niej kilka generacji słuchaczy (i chuj mnie obchodzi, co myśli o tym jakaś Kania) i nadchodzi 1998. wydanie owej listy… Pomyślcie – kto chcący “z przytupem”, skandalicznie opuścić radiostację, robi to dokładnie na dwa wydania do 2000-ej edycji Listy? Przecież gdyby Niedźwiedzki chciał rzekomo ręcznie wrzucić song Kazika na pierwsze miejsce, mógłby zrobić to właśnie w czasie jubileuszowego wydania! To byłoby odejście! Mógłby jeszcze wtedy mniej lub bardziej kulturalnie oznajmić na antenie: pierdolę waszą PIS-owską bandę, która zdemontowała Trójkę!

Po raz kolejny, po incydencie z cenzurowaniem listy przebojów, odeszła z Trójki kolejna – liczna! – grupa dziennikarzy. Nie wiem, kto tam jeszcze został, oprócz sprzątaczek, koniunkturalistów i takich antypatycznych pasożytów obecnej władzy jak Grzegorz Górny, Marcin Wolski (ikoniczny wręcz, żenujący przykład betonu PRL-PIS), czy Paweł Lisicki (prawicowy bełkot-Od-Reczy)…
Życzyłbym sobie, aby takie postaci jak Ola Kaczkowska czy Dr Wilczur, zwinęli swoje manele i wraz ze swoimi świetnymi audycjami opuścili PIS-owską Trójkę. Zawsze znajdą morze słuchaczy i wielbicieli – w necie i na innych radiowych falach!

Ja żegnam się z Trójką. Nie włączę tej stacji dopóki w tym kraju będzie rządziła ta skurwiała banda. Dopisuję Trójkę do kolejnych reżimowych stacji. Jeszcze niejako siłą rozpędu i moich fascynacji słuchałem tych kilku fajnych trójkowych audycji. Teraz nie ma to już najmniejszego sensu…

Bardzo podoba mi się jeden z ostatnich kadrów teledysku do piosenki Twój ból jest lepszy niż mój. Jest mega-symptomatyczny! Surowy. Prawdziwy.

 

 

Kaczyński, na pewno nie czytasz дискраста, hehe… Ale nic to, Drogi Przywódco! Z tego miejsca życzę ci, abyś – zanim kopniesz w kalendarz i spoczniesz six feets under – pozbawiony swoich dupolizów i sługusów wokół, zetknął się z takimi właśnie spojrzeniami wszystkich tych, którzy mają dość twoich pierdolonych politycznych fanaberii! Chciałbym żebyś spojrzał w te wszystkie wkurzone twarze i zesrał się ze strachu. Niczego innego ci nie życzę…

Taaa, dzisiaj wyjątkowo dużo bluzgów i mięcha we wpisie. Wyjaśnienie tegoż jest banalne. Gdy pewne sytuacje, o których myśli/pisze człowiek dawno opuściły granice zdrowego rozsądku, jeśli napór syfu, groteski i poronionych pomysłów ze strony władzy jest nie do zniesienia, wtedy każdy myślący człowiek jest zwolniony z ubierania swojego niezadowolenia w językowe subtelności. Każda władza, to gówno i wrzód na dupie. Jednak ta władza, to wyjątkowy przykład zgnilizny i post-PRLowskich wzorców… Jak śpiewał niegdyś jeden z bohaterów tego wpisu:

“[…] może bardzo wielu nie zrozumie tych słów, ale nie ma litości dla skurwysynów!”

··· podkład muzyczny: Fredag Den 13:e, Disable, Pan Daijing,Davaajargal Tsaschikher, Death Toll 80k