Droga na Północ. Antologia norweskiej literatury faktu

droga-na-polnoc-osrodek-karta-2016-03-02-0011Kiedy książka ta ukazała się w netowych księgarniach, przemknąłem wzrokiem po kilku zaledwie zdaniach streszczenia i zanim skończyłem czytać pierwszą recenzję, Droga na Północ… już znajdowała się w moim czytniku ebooków. Istnieją takie książki, co do których nie mamy żadnych wątpliwości, że powinniśmy je pochłonąć jak najszybciej, żarłocznie, ze smakiem i satysfakcją. To jest właśnie taka książka!
Teraz żałuję, że kupiłem ebooka, a nie papierową wersję, ale naprawdę chciałem natychmiast zacząć czytać to pokaźne objętościowo – a nade wszystko, treściowo – tomisko.

Droga na Północ, to po prostu monumentalny zbiór tekstów, świadectw osobistych, szkiców historycznych, opowieści reporterskich, fragmentów dzienników i innych form literackich ujmujących w sposób tak całościowy XX-wieczną Norwegię. Znajdziemy w nim głos dawnej historii tego malowniczego, pięknego, dzikiego, biednego i jednego z najmniej dostrzeganych krajów skandynawskich, jakim Norwegia była przez sporą część ubiegłego stulecia. Oczywiście obraz ten nie przypomina Norwegii dziś, co tym bardziej podkreśla doniosłość owej antologii; czytając poszczególne teksty, podróżujemy po osi czasu, poznajemy dzieje, mentalność, wyjątkowość kultury norweskiej. Poznajemy polityczne kulisy i gry, w których Norwegia często była tylko pionkiem (choćby w perspektywie geopolityki – rozpięta pomiędzy Danią, a Szwecją), by w efekcie stać się jednym z najbardziej stabilnych i najbogatszych społeczeństw europejskich.
II Wojna Światowa, późniejszy kryzys, wzloty i upadki socjaldemokratycznego eksperymentu norweskiego, wreszcie wrodzona rozwaga i dalekowzroczność tak dobrze zakorzeniona w kulturze Norwegii – to wszystko otrzymujemy w każdym felietonie, w każdym fragmencie pamiętników, w każdym reportażu, notatce i wspomnieniu z tego wyjątkowego tomu.

Autorkami i autorami poszczególnych tekstów są… wszyscy. Były premier, liderzy partii komunistycznych i socjaldemokratycznych, żona faszysty Quislinga i sam Quisling, norwescy profesorowie, dziennikarze, gospodynie domowe prowadzące dzienniki, dawna arystokracja i nafciarze-pionierzy z pierwszych platform wiertniczych, wreszcie przedstawiciele ludu Samów, ekolodzy… Mógłbym jeszcze długo wymieniać… Egalitaryzm w doborze autorów tekstów jest doprawdy imponujący, co czyni z Drogi na Północ… rewelacyjną formę “norweskiego pamiętnika”. Może Ośrodek Karta (wydawca książki) poszedłby za ciosem i wypuścił w ramach serii Świadectwa kolejne tomy, kolejne antologie literatury faktu innych krajów Europy? Byłby to strzał w dziesiątkę!

Słowo “polecam!” jest zdecydowanie zbyt słabe, gdy mowa o tej książce. To lektura bez wątpienia obowiązkowa dla wszystkich interesujących się współczesnością w najszerszym rozumieniu. Właśnie po to, by… zrozumieć! Książka na piątkę!!!

Resortowe dzieci. Media

Pomyślałem sobie tak: może lepiej poczekać, gdy któryś z moich prawoskrętnych znajomych (mam ich chyba dwóch, wliczając w to sąsiada po 60-tce) kupi tą książkę, dzięki czemu nie nabiję kabzy Frondzie, z którą – najdelikatniej rzecz ujmując – jest mi kurewsko nie po drodze. A może zamówić ją sobie w bibliotece i czekać cierpliwie na swoją kolej?
Ostatecznie – w ramach równowagi – dałem zarobić katolom; wcześniej dawałem razy kilka zarobić pluszowym quasi-lewakom z KrytPo. Bilans na zero.

Oczywiście ani Kania, ani Marosz, ani tym bardziej Targalski (czyli Autorzy Resortowych dzieci…) nie są bohaterami moich bajek polityczno-publicystyczno-moralnych, ale po lekturze tej książki przynajmniej otwarcie powiem, co mnie z nimi łączy – niechęć do michnikowszczyzny (najszerzej rozumianej) i resortowej właśnie wersji historii / publicystyki.
Spodziewałem się sporego prawicowego zaczadzenia w tej książce, ale o dziwo akcentów ewidentnie tendencyjnych jest w niej naprawdę niewiele (sic!). Rzecz jasna, zdeklarowany zwolennik porządku III RP, stały czytelnik Wybórczej, Polityki i “oglądacz” TVN24 na starcie zdyskfalifikuje tą publikację i… w moim mniemaniu będzie albo głupim, albo ślepym ignorantem.

O książce było głośno. Nie chce mi się jednak rozwodzić nad płaczem “czołowych publicystów” tego kraju w tej materii. Nie warto. I tak było do przewidzenia jak zareagują. Dość powiedzieć, że Autorzy wyskoczyli z tezą, którą trudno odrzucić ot tak, bez sekundy choćby namysłu. Idzie o to, że żyjemy w kraju, w którym elity medialne nie tylko ukształtowane są w oparach komuszego reżimu, ale pewne tendencje tego środowiska (jeszcze przed 1989 rokiem nazywanego lewicą laicką) ulepiły niejako “na stałe” dyskurs polityczno-publicystyczny tak, jak funkcjonuje on do dziś w głównym nurcie. Nie obchodzi mnie, że teza ta jest niejako integralnym składnikiem krytyki ze strony środowiska prawicowego. Nie obchodzi mnie to dlatego, że jako osoba odległa o lata świetlne od prawicy, uważam ją za słuszną. Jeśli ktoś krytykując Michnika, TVN, Polsat i mainstreamowe media zatrzymuje się na gówniarskim poziomie typu: “jego/jej ojciec, to żydo-komuna!”, wypada się tylko śmiać, albo ubolewać nad intelektualną indolencją i prostackim antysemityzmem takich idiotów (których, nota bene niemało wśród Polaczków).

Bajka polega na tym, że teza o monopolizacji mediów w Polsce przez środowiska i kręgi ludzi tak czy inaczej splecionych z komunistyczną bandą (od czasów – z grubsza biorąc – stalinowskiego desantu i PKWN) nie jest prosta do obalenia. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nie sposób jej obalić. Można spierać się o detale, ale nawet gdyby Żakowski, Wielowieyska, Michnik, Paradowska, czy inny Lis napięli do granic możliwości swój publicystyczny potencjał, nie dadzą rady. I nie chodzi o to, że jakiś Targalski (hmm… tutaj też moglibysmy podyskutować o resortowości w/w współautora książki – ot, paradoks…) napisał to, co napisał, a cała wataha mediów głównego nurtu autorytatywnie stwierdzi, że to “prawicowe szaleństwo”, czy (główny retoryczny fetysz michnikowszczyzny) “mowa nienawiści”. Waga ich zawodzeń nie ma dla mnie jednak wielkiego znaczenia. Od wielu, wielu lat. Resortowe dzieci…, nie są jakimś siermiężnym obuchem prostacko realizującym ulubioną wizję prawicy pt: dzieci komuchów robią karierę dzięki swoim starym z aparatu poprzedniego systemu. Albo inaczej: dla prawicowego czytelnika, ta książka taka będzie, choć po jej lekturze każdy średnio rozgarnięty i nie uprzedzony czytelnik powinien choćby zastanowić się nad faktycznymi koneksjami środowiskowo-rodzinnymi, a tożsamością polityczną sfory zwanej: “opiniotwórcze media”.

Dwa przykłady, łatwe do zweryfikowania – codziennie / co tydzień. Pierwszy przykład, to Poranek Radia TOK FM, emitowany codziennie od poniedziałku do piątku od 7:00. Gospodarzami tegoż są m.in.: Dominika Wielowieyska, Jacek Żakowski, Janina Paradowska. Autorski przegląd prasy, autorskie komentarze, goście zapraszani do studia. Najbardziej “podobają” mi się poranki z Paradowską i piątkowy – z Żakowskim. Jacek Żakowski zwyczajowo zaprasza Tomasza Lisa, Tomasza Wołka i Wiesława Władykę… Zresztą to naprawdę niezbyt istotne, kto kogo zaprasza – serio! Sami zróbcie sobie test i zapodajcie sobie wszystkie poranki w TOK FM, dzień po dniu. I wsłuchajcie się w komentarze, opinie – merytorycznie. Bardzo szybko zwrócicie uwagę na znamienny fakt: ci ludzie gaworzą ze sobą tak, jak starzy kumple przy piwe. Starzy i gadający o tym samym – tak samo. Gwarantuję wam, że po kilku, kilkunastu tygodniach, gdy usłyszycie w radio coś w rodzaju: “Tomku, pozwolę się z tobą nie zgodzić…”, parskniecie śmiechem. Te media, to tak kurewsko wyjałowiona monokultura, że zadziwia mnie jakakolwiek próba obrony ich poziomu i merytoryczności.

Drugi przykład, to niedzielny program w TVN24: Loża prasowa. Schemat dokładnie taki sam jak wyżej, z tym że skład dziennikarski nieco inny (m.in. z takimi “tuzami” jak Daniel Passent – również bohater Resortowych dzieci… – baaaaaardzo adekwatny przykład!).

Poleciałem w dygresję… Ale tylko po to, by pokazać, że sami możecie zweryfikować jakość resortowych mediów. Bo takie one naprawdę są. Od lat.
Mocno polecam tą książkę – nawet tym, którzy kręcą gębą (jak ja) na prawicowe oszołomstwa i przegięcia ideowe. Dlaczego? Dlatego, że Autorzy – obcy mi ideowo niemal od A do Z – skupili się na tych aspektach, które rzucają w miarę jasne światło na genezę środowiska postrzeganego jako ideał dziennikarstwa. Tylko idiota stwierdzi, że książka ta jest wyłącznie “graniem teczkami z IPN” – nie jest.

Czy jakieś nazwiska w Resortowych dzieciach… wzbudziły we mnie zdziwienie? Nie, chociaż kilka medialnych gwiazdeczek ukazało się teraz w zupełnie innym świetle. Jedynym zdziwieniem i zawodem była Krystyna Kurczab-Redlich. Recenzowałem na blogu jej książkę i wciąż uważam ją za wybitną. Ale kilka – dla mnie istotnych – faktów, zmienia moją optykę, Pani Krystyno…

Byłbym idiotą, gdybym uważał Resortowe dzieci… za wyrocznię i “antyubecki podręcznik”. Ale byłbym skończonym debilem, gdybym miał powtarzać w tej sferze relatywistyczne banialuki pełne hipokryzji, rodem z Wybiórczej, czy Polityki. Ta retoryka śmierdzi mi nie od dziś i mam nadzieję, że generalny dyskurs etycznej przejrzystości mediów w kontekście przeszłego reżimu nie zostanie do reszty zawłaszczony przez takich bankrutów jak Michnik, Passent, czy Kwaśniewski.

Dotarł Niedźwiedź…

Yeah! Po długim oczekiwaniu (tutaj dziękuję Poczcie Polskiej – niereformowalnym molochu, który nawet po 666 restrukturyzacjach nie potrafi dostarczyć przesyłki w rozsądnym czasie – porażka!) wreszcie dotarła do mnie książka: Niedźwiedź w cieniu Smoka. Rosja – Chiny 1991 – 2014, Michała Lubiny.

Opasłe tomisko (632 str. gęstego druku), na które ostrzyłem sobie zęby od pierwszej chwili, gdy przeczytałem o tej publikacji na stronie Centrum Studiów Polska-Azja. Z korespondencji mailowej, jaką nawiązałem z CSPA, wynikało że zainteresowanie książką Michała Lubiny przeszło ich najśmielsze oczekiwania, a nakład i dodruk rozchodzą się błyskawicznie. I wcale się nie dziwię.

Słów kilka z okładki:

Niedźwiedź w cieniu Smoka. Rosja – Chiny 1991-2014 Michała Lubiny, to pierwsza w języku polskim całościowa monografia opisująca współczesne stosunki rosyjsko-chińskie. Bazując na bogatym materiale źródłowym i osobistej znajomości Rosji i Chin, autor głosi, że lata 1991-2014 stanowią okres przełomowy w stosunkach na linii Moskwa-Pekin. Po raz pierwszy w historii najnowszej to Chiny stały się partnerem silniejszym, zyskując wieloaspektową przewagę nad Rosją w relacjach wzajemnych, która to przewaga prawdopodobnie będzie się tylko pogłębiać.

Czasowa rozpiętość, jaką wziął na warsztat Autor, opisując stosunki: Rosja – Chiny, sprawia, że lektura zapowiada się bardzo, bardzo ciekawie. Hmm… obawiam się, że zostawię na krótko wszystkie inne książki, jakie teraz czytam i zabiorę się właśnie za tą monografię…

Setka wódki po zamachu

Po robocie, leję sobie setkę, słuchając wiadomości z Radio Australia. Potem Taiwan, Korea Płd., Japonia, rosyjskie: Chabarowsk, Nowosybirsk i Moskwa…

Nie wytrzymuję gnojówki lejącej się z polskich mediów, rzygam od smrodu “mowy nienawiści” i “uczonych dywagacji” dziennikarskiego mainstreamu. Zasrany Smoleńsk, zasrany Palikot, zblazowana Paradowska, chorzy Karnowscy, Brunon K. jako tekturowa makieta Breivika, nierób Tusk, frustrat Kaczyński, Braun bez obciachu mówiący, o co kaman prawicowym pojebom, Gmyz-fachura od wszystkiego, Olejnik-nijaka, zachowawcza i nudna menda, quasi-lewicowe ścierwo “komentujące” wszystko co popadnie – na oślep…

Nie mam siły, ani ochoty na dogłębne analizy patologii zwanej: Polska A.D. 2012. Powyższy wycinek tej gównianej układanki prowokuje jedynie do odlania się na te rozgorączkowane łby, drążące te wszystkie śmierdzące korytarze w podziemiach uprzedzeń, wiejskich bujd, schizofrenicznych projekcji, biało-czerwonych dewiacji i konfliktów. Celowo używam takiego języka, bo nie warto zatrzymywać się dłużej nad tym cuchnącym ściekiem; takowe ekspedycje wytrzymują jedynie najwytrwalsi adepci antropologii kultury.

Prawica pokazauje ostatnimi czasy swoją gębę w pełnej krasie: od ONR-owskich nazioli, po Lisickiego i Krasnodębskiego. Wszystko, co pomiędzy, cudownie się kotłuje , tworząc interesującą mozaikę. Kaczyński nie ma wielkiego wyboru i musi trzymać się konwencji fasadowej demokracji (tutaj “reżyser” Braun ma absolutną rację: demokracja, to ściema), ale lud smoleński już niekoniecznie. Podobnie rzecz się ma z “prawdziwymi mediami”; otóż uważam rze nowy “projekt prasowy” Karnowskich czeka ten sam ferment i los, jaki dotyka obecnie tytuł, z którego wywalono na zbity pysk Gmyza. Fronda – solidarnie wspierana przez Gadzinowskiego – płacze z uwagi na zbliżający się kres dofinansowywania “niszowych publikacji kulturalnych” (zapewne pluszowe “lewaki” z KrytPo również ronią swe łzy klasy średniej – hipsterskie studenciaki nie poczytają Żiżka… To straszne!). Tymczasem Tusk i jego pierdolona banda rżną głupa w serdecznych objęciach nieróbstwa, pogłębiając ten nieszczęsny kraik w coraz większym syfie i długach.

Nadszedł czas na rewolucję kulturalną. Prawicową, rzecz oczywista, lub – dla leksykalno-politycznej niepoznaki – na rewolucję patriotyczną. “Reżyser” Braun się ucieszy, Sakiewicz się ucieszy, Prezes Tej Partii również. Krasnodębski ładnie ubierze to w akademicki garniturek, może nawet Ziemkiewicz (którego [paradoksalnie!] najbardziej cenię z całej tej prawicowej bandy) popełni jakąś książkę, a ONR zacznie wprowadzać w życie nowe kulturowe wzorce… Kiedy czytam/słucham, co się dzieje wokół Pokłosia, wokół odmowy Opani zagrania w kuriozalnym filmie o Smoleńsku, kiedy nawet Linda ma wkurwa, że prawicowcy wkręcają go po swojemu w całe to gówno, wtedy widzę jedynie bankructwo tej plemiennej choroby zwanej patriotyzmem. Widać jak na dłoni, co czyni z ludzi ten zlepek guseł, “tradycji” (pojmowanej, rzecz jasna, zgodnie z barwami chorągiewek i z zapachem ideologicznego moczu, którym znaczy się teren “debaty publicznej”) i  zacietrzewienia…

Jeeeb, będę to powtarzał do usranej śmierci: ten chory kraj nad Wisłą NIGDY nie zrozumie kilku podstawowych rzeczy:

1. W każdym narodzie (w każdej grupie etnicznej) znajdują się skurwiele, zdrajcy, konfidenci, dewianci, gwałciciele, sprzedawczyki, kanalie, hipokryci, mordercy! Również w obrębie tej biało-czerwonej uświęconej-przez-wszystkie-siły-niebieskie ziemi!

2. Martyrologia i kultura pomników, to najprostsza droga do kompletnej deformacji społecznej percepcji w kontekście każdej społeczności biorącej za elementarny czynnik spajający narodowość, czy kwestie etniczne.

3. Nie istnieje (bo nigdy nie istniała i istnieć nie będzie) obiektywna prawda. Wszyscy znaczący myśliciele w historii, bez względu na pochodzenie i poglądy, rozwalili sobie pyski o tą kategorię. Ani Jezus, ani Ghandi, ani Kant, ani Hegel nie utwierdzili nas w przekonaniu o jej istnieniu, więc niby czemu miałby to uczynić jakiś Kaczyński, Macierewicz, czy inny Terlikowski.

4. Polska nie jest najważniejsza.

***

Jutro kolejny dzień w pracy. Subtelna obserwacja tych “polskich dyskusji”, tego bełkotu, tych podzielonych gównem ludzi, którzy powinni raczej skupić się na fakcie ekonomicznego wyzysku w miejscu pracy – bez pieprzonych flag i obelg… Nie miałem aspiracji do wyrzygania czegoś ambitnego – człowiek zmęczony i wkurwiony pisze prosto i bez ozdobników. Jutro znowu ta banda ideowych nierobów zasmrodzi naszą rzeczywistość kolejnymi rewelkami. Wiadomo, to był zamach i chuj.

Nie dziwcie się więc, że wolę słuchać zagranicznych rozgłośni…