Jak Bůh hledal Karla | wybrałem zły vlak…

Podziel się:
0Shares

Kumpel, który jakiś czas temu wyprowadził się w okolice Trzyńca (Moravskoslezský kraj, wschód Czech, czeski Śląsk) wysłał mi wczoraj link do dokumentalnego filmu, który obejrzałem z wielkim zaciekawieniem, ale i z ogromną nostalgią, albowiem Czechy, to bardzo newralgiczny punkt w moim nędznym żywocie.
O ile na blogu tym na pierwszy plan wybija się zdecydowanie moja fascynacja Wschodem i około-rosyjskimi klimatami / tematami, o tyle Czechy – zarówno jako kraj, jak i pewien stan umysłu, którego za nic w świecie nie sposób osiągnąć w PL – stanowią już integralny element mojego życia, są źródłem bogatych wspomnień i szemrzących gdzieś tam “w sąsiedztwie” zdarzeń obecnych. Czechy, to miejsce, w którym po raz pierwszy w życiu poczułem się jak w domu, normalnie. Czechy, to miejsce, gdzie poziom społecznego spierdolenia i ludzkiej skłonności to “narodowych konfrontacji”, czy wzajemnego podrzynania sobie gardeł tępymi ostrzami zawiści i patriotyzmu, jest tak niski, że niemal niezauważalny w zmaganiach z codziennością…

Po raz kolejny miałem do czynienia z tą typowo czeską optyką wczoraj, w czasie oglądania fenomenalnego dokumentu autorstwa Víta Klusáka, pt: Jak Bůh hledal Karla (Jak Bóg szukał Karela). Zaraz po obejrzeniu filmu, późno w nocy, postanowiłem zabrać się za pisanie tego posta, niejako “na świeżo”… Ale nie… musiałem dać sobie kilka godzin. Musiałem nabrać głęboko zimnego powietrza, zapalić, pogapić się w przestrzeń i zakląć pod nosem po czesku, w jakimś sensie wyczerpany tym seansem. Prawdziwym do szpiku kości, odwracającym perspektywę “typowo polskiego” spojrzenia na kraj nad Wisłą.
Tak, nie nad Wełtawą, a nad Wisłą właśnie, albowiem film Klusáka traktuje o Polsce, a konkretniej o polskiej wierze, o polskim katolicyzmie, o… polskim Bogu (sic!).

foto: Česká televize

Rano przy kawie poczytałem co nieco o filmie na czeskich stronach, m.in. krótką notkę ze strony Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych Ji.hlava1Režisér Karel Žalud s režiséry Vítem Klusákem a Filipem Remundou po několik let navštěvoval Polsko, aby lépe pochopil Poláky a jejich vztah k Bohu. Ve filmu se Žalud obrací na náhodné kolemjdoucí, jeptišky oslavující výročí křtu Polska, zástupce antisemitského rozhlasu Radio Maryja i kněze obviněného ze sexuálního obtěžování. Zatímco oni mají ve věcech víry jasno, tak filmař, který sám hledá duchovní oporu, je stále skeptičtější. Zdá se, že křesťanství v dnešním Polsku sice nabízí odpovědi, ale pouze na otázky odsouhlasené církví a konzervativní vládou.… Na polskich stronach, gdzie sporadycznie pisano o tym filmie, tradycyjne narzekania, że “to nakręcone niezbyt na serio, zbyt płytko, że to polski Kler” – standard, made in Poland…

Karel Žalud, współreżyser filmu, a zarazem jego główny bohater, w pewnym momencie – próbując w miarę jasno wytłumaczyć jakiemuś Polakowi, dlaczego kręcą ten film o Bogu w Polsce – powiedział: Polska i Czechy – jesteśmy sąsiadami, mamy ponad 700km wspólnej granicy, a tam mało o sobie wiemy! Obecnie jesteśmy najbardziej ateistycznym krajem w Europie, a to właśnie z Czech przywędrowało do Polski chrześcijaństwo; u was ono jest jedną z głównych sił, a u nas nie ma go prawie wcale. Chcielibyśmy dowiedzieć się, jak to u was jest, chcielibyśmy znaleźć Boga.

Czeska ekipa filmowa wędruje wanem po Polsce wzdłuż i wszerz, od południa po Bałtyk, odwiedza ważne katolickie przybytki polskie, odwiedza Rydzykolandię w Toruniu, rozmaite sanktuaria, XXXXL figurę Jezusa, uczestniczy w pielgrzymce Rodziny Radia Maryja, zagląda w małe kościoły, zapomniane parafie, składa wizytę księdzu egzorcyście, a w czasie pielgrzymki do Częstochowy z jedną z grupek na modłę Oazy, Czesi dowiadują się, że jej “duchowy opiekun”, ksiądz z którym przed chwilą rozmawiali, jest oskarżany o molestowanie seksualne… Jednym słowem: katolicka Polska w pigułce okiem czeskich ateistów. Wśród nich jedynie Karel deklaruje, że jest wierzący, ale wątpiący, zagubiony, chcący autentycznie spotkać Boga (w pewnym momencie bierze nawet udział w czymś rodzaju spowiedzi w jednym z kościołów), co wywołuje u jego kolegów z filmowej ekipy kąśliwe uwagi i ten specyficzny czeski uśmiech, gdy mowa o głębi metafizycznych uniesień religijnych.

foto: Česká televize

Ktoś, kto nigdy nie był w Czechach, kto nigdy nie spotkał Czecha, nie zna kompletnie tamtejszej mentalności, po obejrzeniu Jak Bůh hledal Karla, uzna rzeczywiście ten film za powierzchowny, prowokatorski, uszczypliwy i złośliwy. Jeśli natomiast krytyka wyjdzie ze strony “prawdziwego Polaka i katolika”, niechybnie usłyszymy co? No wiadomo co – ten film jest obrzydliwie antypolski! :D

Nie chcę spojlerować, bo obraz Klusáka i Žaluda, to naprawdę specyficzny dokument – jak najbardziej warty wgryzienia się w jego warstwy. Oglądałem go bez polskich napisów, aby był on dla mnie bardziej przejrzysty, aby polski język nie przeszkadzał mi w wyłapywaniu czeskich niuansów, aczkolwiek muszę przyznać, że tłumaczenie jest na przyzwoitym poziomie i oddaje atmosferę filmu.


Nie nazwałbym tego percepcyjnym dysonansem, ale dokument ten oglądałem ze specyficznej perspektywy. Jako anarchista bez jakiegokolwiek poczucia narodowej przynależności, urodzony w Polsce, któremu obce są patriotyczno-narodowo-religijne sztuczki kneblujące, wiążące i zniewalające serca i umysły ludzi, jako człowiek przywiązany do kilku zaledwie miejsc w tym kraju (do miejsc, które uważam za “swoje” w rozumieniu lokalnym, kulturowym, mentalnym i rodzinnym) – patrzę na peregrynacje czeskiej ekipy filmowej w Polsce. Wtedy to optyka moja robi spore fikołki, albowiem instynktownie niejako wchodzę w tą “czeską skórę”, w której czuję się swobodnie. Czy pretenduję do roli bycia “przechrztą” i quasi-Czechem? Jasne, że nie. Przecież to byłoby równie groteskowe i śmiechu warte, jak teksty Polaczków-cwaniaczków, którzy niczym karaluchy rozleźli się po rozmaitych Bredach i Amsterdamach, a potem przy wódzie i polskiej kiełbasie, z tłustymi mordami zaczynają opowieści: U nas w Holandii…

Moja przygoda z Czechami zaczęła się mniej więcej 20 lat temu. Mówię o regularnych wyjazdach, koncertach, włóczęgach stopem, poznawaniu ludzi, języka, wgryzanie się w przestrzeń i mentalność Czech.
Wiele lat wcześniej zacząłem oczywiście czytać czeską literaturę, w której zakochałem się na zabój i pochłaniałem w ilościach hurtowych. Im głębiej właziłem w różne czeskie zakamarki, tym swobodniej się czułem i to było całkiem nowe odczucie, niemal fizycznie, gdy na granicznym moście na Olzie w Cieszynie przechodziłem na drugą stronę i patrząc na tabliczkę: Český Těšín, mimowolnie uśmiechałem się, bo wiedziałem, że po tej stronie Olzy jest swobodniej, da się oddychać, nie trzeba raz zarazem szarpać się z ojczyznami, jezuskami, patriotyzmami, ubekami, bohaterami wyklętymi, z dupy wziętymi – bez martyrologii, łez krwawych i husarskich piór, bez słów papieskich i i maryjnych flag żółto-niebieskich…

foto: DOK.REVUE

Wreszcie zamieszkałem w Czechach, poznałem wiele miejsc i ludzi w tym kraju, udało mi się odnaleźć wśród Czechów prawdziwych przyjaciół, co wbrew pozorom nie jest takie proste.
Znana praktyczna konstatacja wynikająca bezpośrednio z socjologii i antropologii kulturowej, jak i z psychologii społecznej, mówi nam, że gdy wychodzimy poza obszar “swojego” i spotykamy “obcego” przebywając jakiś czas w jego przestrzeni, uczymy się nie tylko prostego (acz wciąż dla wielu zjebanych nacjonalistycznych idiotów niezrozumiałego) faktu, że inny istnieje, ale że istnieje na tym samym pułapie ludzkiej percepcji w ramach egzystencji tu i teraz i że w konfrontacji z naszym tu i teraz rodzi się nowa jakość: poznajemy samych siebie i nasze środowisko przez pryzmat i spojrzenie innych.
Niestety w Polsce niezwykle rozpowszechnionym “narodowym tikiem” jest przekonanie, że jeśli obcy mówi nam o tym, jacy jesteśmy, to niechybnie musi to być atakiem na nas, na swoich. Żadnego dystansu, żadnego rozglądania się wokół, żadnych pytań dodatkowych. Polskę atakujo! I ta zgniła zawiesina pojawia się zawsze tam, gdzie pojawia się mowa o narodach, o krwi prawdziwej, o przodkach walczących, gdy siły patriotyczne wyjmują pindole i moczem terytoria zaznaczają…

… tymczasem w Pradze, przed wejściem do Muzeum Franza Kafki, David Černý, artysta i rzeźbiarz, umieścił swoją instalację pt: Čurající fontána (Sikająca fontanna), która przedstawia dwóch chłopców zwróconych do siebie twarzami, sikających do basenu w kształcie Republiki Czeskiej.

foto: Wikipedia

Czujecie i widzicie tą symptomatyczną różnicę? Wyobrażacie sobie taką rzeźbę gdziekolwiek w Polsce? Pytania są absolutnie retoryczne…

Wiele lat temu, pewnej jesiennej nocy wybrałem zły vlak (po czesku – pociąg). Wróciłem do Polski, ale nie będę się w tej chwili nad tym rozwodził. Przedstawienie trwa nadal. Czechy mi nie uciekną, są tuż za miedzą, mam je pod ręką. Więc nie ma powodu do biadolenia :)
O tym jak głęboko tkwią we mnie te Czechy, świadczy choćby pewien motyw senny, który nigdy, przenigdy się nie zmienia: jeśli w jakimś śnie poruszam się z miejsca na miejsce, podróżuję, zawsze jest to czeski pociąg (sic!) – nawet gdyby akcja snu toczyła się w Polsce, czy w jakikolwiek innym miejscu na świecie (najzabawniejszy sen jaki pamiętam, to ten, gdzie jechałem na mecz hokejowy do Edmonton w Kanadzie – oczywiście w czeskim pociągu), zawsze towarzyszą mi České dráhy (czeskie koleje państwowe)…

***

Jak Bůh hledal Karla – powróćmy na koniec do filmu… Sami powinniście go zobaczyć i jednocześnie wybrać perspektywę, z jakiej będziecie go oglądać / oceniać. Jednym przyjdzie to z łatwością, innym niekoniecznie.
Póki co, dokument z polskimi napisami jest dostępny tutaj. Jak długo? Nie wiadomo, więc radzę się pośpieszyć z oglądaniem, bo później przyjdzie pewnie czekać, aż film od naszych sąsiadów trafi wreszcie w oficjalnej dystrybucji do PL.

Po obejrzeniu filmu mocno zachęcam do dzielenia się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami – tutaj, w komentarzach, albo na czacie tego bloga w Telegramie. Czat w tempie dosyć ślimaczym powiększa się o nowych użytkowników… Nie gryziemy! Wpadajcie pogadać o rzeczach wszelakich – tematycznych ograniczeń brak! Subskrybujcie też telegramowy kanał tego bloga – będziecie dzięki temu na bieżąco w materii nowych wpisów tutaj, jak i będziecie mieć dostęp do “mikro-postów”, czyli do wszelkich ciekawych informacji, które udaje mi się wygrzebać w necie / w życiu, a które wydają mi się godne polecenia i podzielenia się z Wami!

Powyborczy kac | Metajęzyk autorytaryzmu

Podziel się:










0Shares

Miałem mnóstwo okazji, by w czasie przedwyborczej sraczki popełnić niejeden post. W głowie kotłowały się wkurwy, strzępy refleksji, emocjonalne reakcje na cały ten pożałowania godny cyrk. Owe “pospolite ruszenie” będące efektem gorączkowych PR-zabiegów poszczególnych sztabów wyborczych, medialnych gwiazd i gwiazdeczek i innych pożytecznych idiotów nijak się miało do pojawiających się tu i ówdzie konstatacji, że wybory prezydenckie, to raczej święto magików od PR-u właśnie, a nie jakiś tam doniosły akt “obywatelskiej odpowiedzialności” w ramach tego, co zwykło się nazywać demokracją.

Wszyscy widzieliśmy ten żałosny break dance 11 kandydatów, umiejscowionych w przestrzeni politycznej od skrajnej prawicy po centrum (tutaj kończy się nasza skala – nikt rozsądny chyba nie będzie uważał kolesi typu Biedroń, za lewicę), break dance z jedną gwiazdą główną, oświetlaną mocą lumenów z Woronicza; Duda, choć dwoił się i troił, nie zdołał nawet na minutę ukryć tego, że jest plastelinowym stworkiem ugniatanym przez zdziwaczałego szefa całego tego burdelu…
Trzaskowski natomiast odegrał swoją rolę dosyć poprawnie; kolejny rozdział tego zjebanego duopolu: PIS-PO został napisany przez tegoż, a “receptą na Dudę” miało być przedstawienie siebie jako “anty-Dudy” – na tyle głośno i zdecydowanie, by połechtać postkomuchów z rozmaitych KOD-ów, ale na tyle łagodnie, by owczarnia Hołowni, Kosiniaka-Kamysza, a nade wszystko – Bosaka, również nie czuły się “nieswojo” po pierwszej turze.

 

 

Wszystkim entuzjastom demokracji przedstawicielskiej i tym od 1989 roku zaczadzonym komunałami nt. jakiejś wartości tego rodzaju quasi-partycypacji w rządzeniu (jeeeb! nawet teraz gdy wystukuję te słowa na kompie, śmieję się głośno, bo w 2020 roku ludzie wciąż uważają za prawdziwe przekonanie o tym, że wrzucanie karteczek do urn, to forma rządzenia!) dedykowałbym te kilkanaście bezcennych minut tuż po ogłoszeniu wyników I tury wyborów…
To, co mogliśmy wtedy usłyszeć z ust Dudy i Trzaskowskiego jest po prostu perfekcyjnym, idealnym, rewelacyjnym przykładem na to, że dla tych politycznych pasożytów i nierobów jak wyżej wymienieni, każdy kto wziął udział w tym kabareciku z wrzucaniem karteczek do pudełeczek, jest gówno wartym matołem, kawałkiem społecznego mięsa, wyborczą mielonką i debilem w jednym.
Zaledwie minutę po ogłoszeniu owych wyników, dwóch wspaniałych zaczęło jak na komendę wylizywać wiadome części ciała swoim “kontrkandydatom” (nota bene – robili to na oczach swoich najwierniejszych psów-zwolenników kotłujących się w koronawirusowo-wyborczym tłumie w sztabach obu kandydatów)! Po kilku kolejnych minutach dowiedzieliśmy się, że tak naprawdę nic ich, kurwa, nie różni, że każdy może prześliznąć się z jednej opcji w drugą, że ta ohydna polityczna dyfuzja nie tylko jest możliwa, ale jest integralnym elementem każdego przedstawienia zwanego wyborami. Najsmutniejszym wątkiem w tym gównianym przedstawieniu była uśmiechnięta buźka ex-naziola Bosaka, złotego chłopca tych wyborów; jego mina mówiła wtedy wszystko: “Hehe, obaj biją się o mnie!”…
Celowo napisałem: “ex-naziola” (jakby nie było, punkowa nomenklatura siedzi w moim sercu), albowiem Bosak nie jest już żadnym brunatnym ćwokiem. Jest politykiem, a to jest gorsze od skrajnie prawicowej amatorki.

Szokujący nie był dla mnie polityczny rimjob Dudy i Trzaskowskiego, ale fakt, że ludzie uważający się za wykształconych, oczytanych, racjonalnych, światłych i chuj-wie-jeszcze-jak-bardzo-świadomych – widząc ten ewidentny szwindel – akceptują zasadność funkcjonowania schematu: wybierz i spierdalaj!

Zobaczyliśmy więc, że wybory prezydenckie, to zabawa nie warta funta kłaków, tym bardziej że prerogatywy tego delikwenta są śmiesznie symboliczne. Właśnie dlatego Duda jest idealną plasteliną na tym stanowisku. Cała karuzela kręci się bowiem dzięki metajęzykowym zabiegom wszystkich stron.

* * *

Myślę, że zupełnie zbędnym jest odwoływanie się do filozofii języka, do wyświechtanych przykładów totalitarnych państw, do Orwella itd… Język w kulturze naszego zjebanego gatunku jest kluczowym elementem, w imię którego dokonujemy “postępu”. Już nawet to powyższe zdanie jest sporą metajęzykową pułapką. Jedni uważają, że nazywając (tworząc definicje, określenia, nazwy…) niejako dookreślamy rzeczywistość, nadając jej “ludzki” sens, inni zaś twierdzą (mniej lub bardziej karkołomnie), że nazywając, tworzymy jednocześnie – ergo: desygnat jest jednocześnie kreacją. To rzecz jasna tylko dwie koncepcje z mega-fascynującego pogranicza ontologii i epistemologii (ten obszar filozofii, obok tanatologii, jest dla mnie immanentną przestrzenią bycia jako takiego; jako zawsze krążący między Schopenhauerem, Heideggerem, Wittgensteinem czy Kirkegaardem [sic!!!] w materii percepcji ja, przy jednoczesnej przyjemności z lektury “starodawnego” Feuerbacha), ale umówmy się –  ten wpis na blogu sponsoruje stwierdzenie: język zniewala!

Naczelny Kapitan Tego Zjebanego Kraju nie włada ani filozoficznymi, ani socjologicznymi mocami, by zmieniać – dzień po dniu –  słownik obywateli.  Kaczyński idzie po linii najmniejszego oporu. Nie zawłaszcza pojęć. Zawłaszcza ludzi. Mierne, wierne świnie nagle stają się ważne; nagle Płaszczak staje się Ministrem, Ważniakiem, Kimś, Błaszczakiem! Eksperci od rimmingu mocą Prezesa stają się Ważnymi. Orzełki na ramionach, siła odrzutu, Namaszczenie…
Kaczyński i obecna władza przedefiniowali jednak elementarne pojęcia w przestrzeni społecznej i politycznej, nadając im monopolistyczne – nowe – znaczenie. Żadnej finezji w tym nie było i nie ma. Prawo, wolność, demokracja, Smoleńsk, rodzina, ideologia LGBT, wartość życia… Pomieszanie znaczeń jest celowe i ma na celu zagospodarowanie przestrzeni publicznej desygnatami pochodzącymi od władzy.

W warstwie deklaratywnej władza przejmuje (poprzez retorykę poselską, poprzez TVPiS, poprzez tłuczone do łbów slogany w czasie kampanii…) znaczeniowy potencjał podstawowych pojęć; dzięki temu rozpierdol w obrębie sądów, szczucie na osoby nieheteronormatywne, ohydnie zmutowane redefinicje w sferze rodziny, aksjologii i wreszcie – praworządności – to wszystko umożliwia władzy niejako “przykrycie” realnie pulsującej rzeczywistości, derką swoich spierdolonych kreacji. Krzyż im na drogę. Jako anarchiście nie jest mi potrzebna fasada ich państwowych dewiacji językowych. Gorzej, że [nad]aktywność władzy w tej sferze wnika w codzienność pospólstwa.
Używam tego pogardliwego określenia, albowiem ciężko nazwać społeczeństwem zbieraninę zaczadzonych ćwierćinteligentów, czy sporą liczebnie grupę “obywateli” o inteligencji wiadra gwoździ, dla których “LGBT, to pedalenie dzieci”. Ręce opadają, gdy rozum śpi. Albo wręcz przeciwnie – zaciskają się w pięść i unoszą się wysoko w geście solidarności ze wszystkimi, którzy stają się po prostu ofiarami nowomowy władzy, nowomowy wprowadzanej w labirynty legislacyjne, nowomowy uskrzydlającej policyjne pały i pięści tępych homofobów.

Ewidentny zgrzyt i rozdźwięk jest widoczny i odczuwalny już na starcie. Oto bowiem stykamy się z przytłaczającą większością, która niejako “po drodze” łyknęła haczyk Ziobry, haczyk Ordo Iuris, czy jakąkolwiek patriotyczną/bogoojczyźnianą przynętę w tym zatęchłym polskim bajorze. Odwrócenie wektorów, to klasyczny zabieg: czynimy z większości zaszczutą i piekielnie zagrożoną wspólnotę sacrum, atakowaną przez  – tutaj mamy do wyboru do koloru – neotrockistowski spisek, lewaków, pedałów, Unię Europejską… Uzbrojeni w chrześcijańską etykę miłosierdzia, z błogosławieństwem Komitetu Centralnego KK w postaci starców z Episkopatu, z wizerunkiem Maryi, z milicją i sądami Ziobry – ruszamy do ataku!
Kluczowa w tym wszystkim konstatacja, zawsze umyka tej biednej uciśnionej, katolskiej zgrai… Otóż można by pomyśleć: jak nędzna, powierzchowna, słaba, godna pożałowania, patykowata, płytka i śmieszna musi być ta ich wiara, te ich wartości, skoro można je “obrazić”?! Flaga LGBT na pomnikach, domaganie się związków partnerskich, głośne wkurwienie i upominanie się o swoje prawa – gmach narodowo-katolickiej twierdzy w jakiś magiczny sposób kruszy się pod “obrazą uczuć religijnych”. Żenada. Tą samą analogię można zastosować wobec państwa jako takiego: struktura mafijna usankcjonowana prawnie, ze swoimi umundurowanymi strażnikami, robokopami z pałami i bronią gładkolufową. Przy okazji każdej większej manifestacji słyszymy o “atakach na funkcjonariuszy”: pieprzony robot uzbrojony po zęby vs lesbijka z flagą. Nazwanie tego “dysproporcją” staje się tutaj eufemizmem…

Kulturotwórcze mechanizmy, to ciągły ruch, o czym nagminnie zapominają prawicowi i konserwatywni popaprańcy. Receptą aktualnej władzy na tą nieustanną dynamikę jest cementowanie swoich “zaklęć” w języku, zmiana kalki pojęciowej tak, by to państwo utożsamiane z “właściwą” większością było uciemiężonym przez “niewłaściwe” mroczne lewackie siły zdrowym organizmem. Rodzina, religia, tradycja jawią się tu nie jako potężne siły społecznych interakcji, ale jako bezwolne ofiary “wrogiej propagandy”. Dawid i Goliat zamienieni miejscami.
Tej żałosnej twierdzy, oszczanej wokół w celu oznaczenia terenu nie zagraża żaden gej, ani lewak. Ta twierdza sypie się sama, murszeje z roku na rok, z dnia na dzień. Mityczna, rzekoma wspólnota rozpada się na naszych oczach, albowiem nie spaja jej nic trwałego w obecnych czasach (o krok od cyber-rewolucji społecznej) – ludyczny, karłowaty charakter wiary religijnej w tym kraju nie wystarcza, by mówić o monolicie. Maryjka, Wojtyła i husaria już nie są żadną rękojmią, żadną tarczą.

Istnieją rzecz jasna demiurdzy dzielnie walczący z “pedaleniem dzieci” i z “kulturą śmierci”. To niszowi profesjonaliści, którzy obrali zupełnie inną drogę: jeśli rzeczywistość nie pasuje do naszych wyobrażeń o niej, stwórzmy własną rzeczywistość! Tą drogą podążają choćby Grzegorz Braun, niejaki Pan Nikt, czy Rafał Ziemkiewicz. To trzy przykłady wzięte z brzegu – kolejność nieprzypadkowa. Absolutnym mistrzem w materii ochrony drogocennych kato-narodowych wartości w alter-rzeczywistości jest Braun. To człowiek ze swoją własną kosmologią, przy której świat Tolkiena jest tylko marną imitacją dla dzieci. Braun nadał nowe desygnaty wszelkim powszechnie znanym określeniom / bytom / zjawiskom społeczno-politycznym. Zrozumienie Brauna musi łączyć się więc z opanowaniem jego aparatu pojęciowego, gdyż on i tylko on otwiera furtkę zrozumienia. Prawdziwego zrozumienia. Szkoła – kościół – strzelnica – mennica. Kumacie coś z tego? Nie zakumacie dopóty, dopóki nie podążycie za Mistrzem Gry Braunem. To naprawdę hardkorowe RPG bez trzymanki. Cały świat określony, nazwany, zdefiniowany na nowo – tak, żeby wszystko pasowało do siebie w 666%. Tutaj pojawia się słynny mem z netu, na którym Grzegorz Braun dekoruje medalem Grzegorza Brauna za wspaniałomyślność.
Pozostałych dwóch delikwentów nie będę opisywał – robią z grubsza to, co Braun, tyle że charakteryzuje ich większa amatorka w tej kwestii.

Tak zwana “opozycja” nie ma na tym polu żadnych szans, albowiem od stu lat świetlnych operuje starożytnymi kliszami michnikowszczyzny, czyli narzędziem nieskutecznym, śmiesznym, archaicznym i godnym pożałowania. Rzygam już na samą myśl o wypocinach takich delikwentów / delikwentek jak Passent, Najsztub, Sierakowski, Żakowski, Wielowieyska, Lis, Wołek, Olejnik, Kolenda-Zaleska, Węglarczyk, czy Kraśko. Tego gówna nie da się słuchać / czytać… Obcowanie z ich “receptami”, “opiniami” przypomina gorączkowe szarpanie za spłuczkę i patrzenie jak zatkany kibel zwraca swoją śmierdzącą zawartość…

Monarchiści siedzą w Sejmie. Naziole siedzą w Sejmie. Postkomuchy z różowo-pluszową lewicą siedzą w Sejmie, nie wspominając popaprańców i aferzystów z PO i PSL. Wojna językowa trwa na dobre. Niestety wojna ta przyniesie konkretne, niewinne, ofiary. Ku chwale tym spierdolonym kreaturom politycznym i ich psom…

 

Guernica Y Luno – Odpowiedzialność II

 

Kiedy widzę w centrum Warszawy wściekłą laskę przemawiającą do wielotysięcznego tłumu solidaryzującego się z ludźmi zamykanymi za przeciwstawianie się homofobii na ulicach tego kraju i mówiącą:

To państwo nigdy nam, kurwa nie pomagało! Nie potrzebujemy tutaj polityków! Sami siebie ochronimy! A policji powiem tylko tyle: pierdolcie się na ryj!

… to wiem, że jej słowa są kurewsko prawdziwe i szczere! Dopóki na pluszowej poduszeczce będzie zasiadał ten śmieszny mikro-Napoleon z Żoliborza otoczony swoimi służalczymi frajerami i gończymi psami z pałami, niewiele zmieni się w tym kraju. A zmiana zależy od nas i tylko od nas! Najpierw w naszych głowach, a potem na ulicach. Bo waszymi karteczkami wyborczymi ta pieprzona banda podciera sobie właśnie dupy…

 

··· podkład muzyczny: Mrome, Člověk v Plísni, Venomous Concept, Ewa Braun, Svffer, Warwound

Padraic Kenney – Budowanie Polski Ludowej. Robotnicy a komuniści 1945-1950

Podziel się:










0Shares

 

Książka ta zapewne umknęłaby mi w morzu wydawniczych nowości, gdyby nie radiowa audycja na jej temat. Po wysłuchaniu opinii, postanowiłem ją kupić. Przyznam, że zaciekawiła mnie symptomatyczna dychotomia zawarta w podtytule: “robotnicy i komuniści”; pomyślałem, że Autor potraktował temat solidnie, jeśli – słusznie skądinąd – oddzielił dwa byty: klasę robotniczą (mającą przed wojną bogate tradycje strajkowe i spory instynkt samoorganizacji – [o czym później]) od “komunistów” – decydenckiej grupy “spadochroniarzy” ze stalinowskiej Moskwy pełniącej w istocie rolę posłanników okupanta, jakim faktycznie był ZSRS.
Nie mniej interesujący wydał mi się okres, na jakim skupił się Autor, a więc lata 1945-1950: czas, gdy reżim komunistyczny nie tylko zakorzeniał się strukturalnie na ziemiach polskich (łącznie z ziemiami odzyskanymi, potraktowanymi dość obszernie w w/w książce), ale i  rozkręcał swoją machinę opresji – głównie przeciwko klasie robotniczej właśnie.

Padraic Kenney opisuje relacje: robotnicy vs komuniści, ale z założenia robi to wybiórczo. Pomimo tego jego książka wydaje się jedną z pierwszych w tym zakresie na oficjalnym rynku wydawniczym (nie licząc drugoobiegowych i niszowych publikacji lewicowych i anarchistycznych po 1989 roku).
Dlaczego wybiórczo? Autor postanowił na ową relację spojrzeć przez pryzmat dwóch bardzo istotnych miast w historii powojennej Polski: Łodzi i Wrocławia. Wybór tych miast nie jest przypadkowy. Łódź, jako potężny ośrodek przemysłowy (w czasach zaborów jak i  po odzyskaniu niepodległości, aż do czasów powojennych) ze świadomą swoich praw klasą robotniczą i tradycją strajkową, jest wyborem oczywistym (tym bardziej że po wojnie Warszawa leżała w gruzach, a komunistyczny aparat i administracja przeniosły się właśnie do Łodzi). Wrocław natomiast – wielkie miasto odzyskane na ziemiach często nazywanych polskim Dzikim Zachodem, dla komunistów przestrzeń do zaanektowania przede wszystkim propagandowo i organizacyjnie, ale i przemysłowo.
W obu tych miastach relacje robotników z aparatem komunistycznym były diametralnie różne i to właśnie decydyje o wyjątkowości książki Kenny’ego.

Autor, sięgając do polskich archiwów w Łodzi, opisuje bardzo rozwiniętą świadomość klasową robotników przemysłu tekstylnego w 1945 roku i w latach kolejnych. Nic dziwnego. Łódź pod tym względem zawsze wyróżniała się na tle innych polskich miast, posiadając bogatą i długą tradycję ruchu robotniczego. Oczywiście miasto nie zawdzięcza tego ani KPP, ani prostalinowskim strukturom politycznym; w Łodzi “rządzi” PPS i syndykaliści, co jest solą w oku komuchów, którzy zaczynają dopiero wnikać w środowiska robotnicze. Padraic Kenney szczegółowo opisuje akcje strajkowe łódzkich robotników, którzy dosyć szybko zdali sobie sprawę, że KPP nie jest żadnym emisariuszem sprawy robotniczej, a kolejną machiną opresji żerującą na ich ciężkiej pracy. Bardzo istotną kwestią jest permanentne dążenie do osłabienia tradycji (anarcho)syndykalistycznej w fabrykach; autentyczna samoorganizacja w łódzkich fabrykach po wojnie była modelowo realizowana właśnie na gruncie anarchosyndykalizmu, kiedy to robotnicy po wojnie sami wracali do fabryk, w których pracowali, przejmowali je, dokonywali niezbędnych napraw i sami ruszali z produkcją, szukając na własną rękę kooperacji – bez państwa, aparatu partyjnego i bezpieczniackiego.
Komuniści robili wszystko, by “złapać za ryj” krąbrne i skore do buntów pracownice przemysłu włókienniczego i przede wszystkim opanować newralgiczne dla siebie punkty: rady zakładowe i związki zawodowe.

Wrocław natomiast jest przykładem diametralnie innej organizacji powojennej klasy robotniczej. Miasto wyrwane spod wpływu Niemiec, zniszczone z leżącym na łopatkach przemysłem (nigdy nie rozwiniętym tak jak na Śląsku, czy w Łodzi właśnie), z olbrzymią ilością ludności napływowej (głównie ze wsi i z całej Polski, gdzie ziemie odzyskane były traktowane jak “eldorado” i obietnica lepszego startu po zawierusze wojennej). Tutaj KPP mierzy się głównie z szabrownictwem, analfabetyzmem wśród robotników, uruchamianiem starych zakładów i tworzeniem nowej industrialnej tkanki miasta. Wrocław nie posiada jednolitego środowiska robotniczego, a sami robotnicy często porzucają pracę i szukają nowych możliwości zarobkowych w zdewastowanym mieście. Te i inne czynniki sprawiają, że we Wrocławiu strajk jest rzadkością, a eskalacja opresji ze strony struktur bezpieczeństwa – większa.

W oparciu o te dwa miasta, Padraic Kenney analizuje kilka ważnych aspektów tytułowej relacji: robotnicy-komuniści. Po pierwsze szeroko (zwłaszcza w przypadku Łodzi) opisuje on rewolucję w samych fabrykach i sukcesywne wyjaławianie środowiska robotniczego na rzecz totalnej nad nim kontroli. Po drugie opisuje zmiany w samej KPP i jej zaciekłą walkę o wpływy z o wiele bardziej doświadczoną (i cieszącą się większym zaufaniem wśród robotników) PPS – aż do chwili spacyfikowania i wchłonięcia tej ostatniej (“zjednoczenie” i powstanie PZPR). Po trzecie Kenney skupia się na takich kwestiach jak powojenna retoryka klasowa, współzawodnictwo pracy (jako kolejne narzędzie podporządkowania sobie klasy robotniczej), robotnicza i socjalno-bytowa świadomość pracujących kobiet (szczególnie interesujący i wcześniej nie podejmowany temat w publikacjach historycznych tego typu!) i rozziew pomiędzy tradycją przedwojennego pokolenia robotników, a młodym, w większości napływowym elementem “nowej klasy robotniczej”.

Budowanie Polski Ludowej jest publikacją wyjątkową, ale i problematyczną. Autor niestety uległ dziwnej tendencji do “łagodzenia” obrazu nowej władzy w 1945 roku. Dlaczego? Ano bagatelizuje on aktywność służby bezpieczeństwa bezpośrednio po przejęciu władzy przez KPP – zarówno w społeczeństwie jak i w fabrykach. Na próżno szukać w książce aktywności ubecji i jej brutalnych metod działania już na starcie “ludowej ojczyzny”. Jakkolwiek słusznie Padraic Kenney zauważa, iż stalinowskie represje nie zaczęły się przecież w 1945, “spychając” niejako epicentrum stalinizmu poza ramy 1945-1950, skrzętnie pomija on wszelkie zwiastuny owego zamordyzmu (którego zapowiedzi były przecież immanentnie wplecione w system decyzyjny partii, a sam Autor podaje szereg przykładów tegoż), zaledwie dwa, trzy razy przebąkując gdzieś na marginesie, że nie neguje on zasadniczo faktu, że to, co działo się przed rokiem 1950 było jasnym preludium do stalinizmu w wersji hard w latach późniejszych.
Książka w ogóle jest niezwykle “łagodną” publikacją; Autor nie jest Polakiem (co w przypadku historyka jest tylko in plus w interesującym nas dyskursie) więc nie znajdziemy w tej książce typowo polskich: wichury antysowieckiej, czy mydlin quasi-lewicowych obrońców spod znaku: owszem, były zbrodnie i represje, ale przecież odbudowano Polskę! Mimo tego, podczas lektury daje się odczuć lekki powiew michnikowszczyzny i tego typowego relatywizowania a’la Gazeta Wybiórcza, nawet jeśli owym relatywizowaniem jest po prostu niepisanie o pewnych faktach.

Podsumowując… Budowanie Polski Ludowej, to pozycja godna uwagi, albowiem jest świetnie udokumentowaną publikacją historyczną, gdzie mamy możliwość zapoznania się z jednostkowymi i grupowymi portretami robotników bezpośrednio po wojnie. Podczas lektury obserwujemy sukcesywne tłumienie wszelkich buntowniczych odruchów klasy robotniczej przez aparat partyjny, który za wszelką cenę pragnie przejąć kontrolę nad wszystkim, co daje robotnikom możność owocnej walki o swoje prawa i lepsze położenie socjalno-bytowe. Ponadto w książce znajdziemy bogato udokumentowaną walkę KPP vs PPS w latach powojennych, aż do czasu spacyfikowania i wchłonięcia PPS.
Można tylko żałować, że Autor nie podjął się poszerzenia obszaru badawczego o Śląsk – mielibyśmy wtedy dzieło naprawdę monumentalne! No i oczywiście drażni nieco owa łagodność ocen w stosunku do pierwszych lat działania aparatu komunistycznego w Polsce. Jedna, czy dwie ciche deklaracje Kenny’ego, że nie neguje on opresyjności tego systemu, to nie tylko stanowczo za mało – to poważna luka w tej pracy historycznej w kontekście samych faktów.

Resortowe dzieci. Media

Podziel się:










0Shares

Pomyślałem sobie tak: może lepiej poczekać, gdy któryś z moich prawoskrętnych znajomych (mam ich chyba dwóch, wliczając w to sąsiada po 60-tce) kupi tą książkę, dzięki czemu nie nabiję kabzy Frondzie, z którą – najdelikatniej rzecz ujmując – jest mi kurewsko nie po drodze. A może zamówić ją sobie w bibliotece i czekać cierpliwie na swoją kolej?
Ostatecznie – w ramach równowagi – dałem zarobić katolom; wcześniej dawałem razy kilka zarobić pluszowym quasi-lewakom z KrytPo. Bilans na zero.

Oczywiście ani Kania, ani Marosz, ani tym bardziej Targalski (czyli Autorzy Resortowych dzieci…) nie są bohaterami moich bajek polityczno-publicystyczno-moralnych, ale po lekturze tej książki przynajmniej otwarcie powiem, co mnie z nimi łączy – niechęć do michnikowszczyzny (najszerzej rozumianej) i resortowej właśnie wersji historii / publicystyki.
Spodziewałem się sporego prawicowego zaczadzenia w tej książce, ale o dziwo akcentów ewidentnie tendencyjnych jest w niej naprawdę niewiele (sic!). Rzecz jasna, zdeklarowany zwolennik porządku III RP, stały czytelnik Wybórczej, Polityki i “oglądacz” TVN24 na starcie zdyskfalifikuje tą publikację i… w moim mniemaniu będzie albo głupim, albo ślepym ignorantem.

O książce było głośno. Nie chce mi się jednak rozwodzić nad płaczem “czołowych publicystów” tego kraju w tej materii. Nie warto. I tak było do przewidzenia jak zareagują. Dość powiedzieć, że Autorzy wyskoczyli z tezą, którą trudno odrzucić ot tak, bez sekundy choćby namysłu. Idzie o to, że żyjemy w kraju, w którym elity medialne nie tylko ukształtowane są w oparach komuszego reżimu, ale pewne tendencje tego środowiska (jeszcze przed 1989 rokiem nazywanego lewicą laicką) ulepiły niejako “na stałe” dyskurs polityczno-publicystyczny tak, jak funkcjonuje on do dziś w głównym nurcie. Nie obchodzi mnie, że teza ta jest niejako integralnym składnikiem krytyki ze strony środowiska prawicowego. Nie obchodzi mnie to dlatego, że jako osoba odległa o lata świetlne od prawicy, uważam ją za słuszną. Jeśli ktoś krytykując Michnika, TVN, Polsat i mainstreamowe media zatrzymuje się na gówniarskim poziomie typu: “jego/jej ojciec, to żydo-komuna!”, wypada się tylko śmiać, albo ubolewać nad intelektualną indolencją i prostackim antysemityzmem takich idiotów (których, nota bene niemało wśród Polaczków).

Bajka polega na tym, że teza o monopolizacji mediów w Polsce przez środowiska i kręgi ludzi tak czy inaczej splecionych z komunistyczną bandą (od czasów – z grubsza biorąc – stalinowskiego desantu i PKWN) nie jest prosta do obalenia. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nie sposób jej obalić. Można spierać się o detale, ale nawet gdyby Żakowski, Wielowieyska, Michnik, Paradowska, czy inny Lis napięli do granic możliwości swój publicystyczny potencjał, nie dadzą rady. I nie chodzi o to, że jakiś Targalski (hmm… tutaj też moglibysmy podyskutować o resortowości w/w współautora książki – ot, paradoks…) napisał to, co napisał, a cała wataha mediów głównego nurtu autorytatywnie stwierdzi, że to “prawicowe szaleństwo”, czy (główny retoryczny fetysz michnikowszczyzny) “mowa nienawiści”. Waga ich zawodzeń nie ma dla mnie jednak wielkiego znaczenia. Od wielu, wielu lat. Resortowe dzieci…, nie są jakimś siermiężnym obuchem prostacko realizującym ulubioną wizję prawicy pt: dzieci komuchów robią karierę dzięki swoim starym z aparatu poprzedniego systemu. Albo inaczej: dla prawicowego czytelnika, ta książka taka będzie, choć po jej lekturze każdy średnio rozgarnięty i nie uprzedzony czytelnik powinien choćby zastanowić się nad faktycznymi koneksjami środowiskowo-rodzinnymi, a tożsamością polityczną sfory zwanej: “opiniotwórcze media”.

Dwa przykłady, łatwe do zweryfikowania – codziennie / co tydzień. Pierwszy przykład, to Poranek Radia TOK FM, emitowany codziennie od poniedziałku do piątku od 7:00. Gospodarzami tegoż są m.in.: Dominika Wielowieyska, Jacek Żakowski, Janina Paradowska. Autorski przegląd prasy, autorskie komentarze, goście zapraszani do studia. Najbardziej “podobają” mi się poranki z Paradowską i piątkowy – z Żakowskim. Jacek Żakowski zwyczajowo zaprasza Tomasza Lisa, Tomasza Wołka i Wiesława Władykę… Zresztą to naprawdę niezbyt istotne, kto kogo zaprasza – serio! Sami zróbcie sobie test i zapodajcie sobie wszystkie poranki w TOK FM, dzień po dniu. I wsłuchajcie się w komentarze, opinie – merytorycznie. Bardzo szybko zwrócicie uwagę na znamienny fakt: ci ludzie gaworzą ze sobą tak, jak starzy kumple przy piwe. Starzy i gadający o tym samym – tak samo. Gwarantuję wam, że po kilku, kilkunastu tygodniach, gdy usłyszycie w radio coś w rodzaju: “Tomku, pozwolę się z tobą nie zgodzić…”, parskniecie śmiechem. Te media, to tak kurewsko wyjałowiona monokultura, że zadziwia mnie jakakolwiek próba obrony ich poziomu i merytoryczności.

Drugi przykład, to niedzielny program w TVN24: Loża prasowa. Schemat dokładnie taki sam jak wyżej, z tym że skład dziennikarski nieco inny (m.in. z takimi “tuzami” jak Daniel Passent – również bohater Resortowych dzieci… – baaaaaardzo adekwatny przykład!).

Poleciałem w dygresję… Ale tylko po to, by pokazać, że sami możecie zweryfikować jakość resortowych mediów. Bo takie one naprawdę są. Od lat.
Mocno polecam tą książkę – nawet tym, którzy kręcą gębą (jak ja) na prawicowe oszołomstwa i przegięcia ideowe. Dlaczego? Dlatego, że Autorzy – obcy mi ideowo niemal od A do Z – skupili się na tych aspektach, które rzucają w miarę jasne światło na genezę środowiska postrzeganego jako ideał dziennikarstwa. Tylko idiota stwierdzi, że książka ta jest wyłącznie “graniem teczkami z IPN” – nie jest.

Czy jakieś nazwiska w Resortowych dzieciach… wzbudziły we mnie zdziwienie? Nie, chociaż kilka medialnych gwiazdeczek ukazało się teraz w zupełnie innym świetle. Jedynym zdziwieniem i zawodem była Krystyna Kurczab-Redlich. Recenzowałem na blogu jej książkę i wciąż uważam ją za wybitną. Ale kilka – dla mnie istotnych – faktów, zmienia moją optykę, Pani Krystyno…

Byłbym idiotą, gdybym uważał Resortowe dzieci… za wyrocznię i “antyubecki podręcznik”. Ale byłbym skończonym debilem, gdybym miał powtarzać w tej sferze relatywistyczne banialuki pełne hipokryzji, rodem z Wybiórczej, czy Polityki. Ta retoryka śmierdzi mi nie od dziś i mam nadzieję, że generalny dyskurs etycznej przejrzystości mediów w kontekście przeszłego reżimu nie zostanie do reszty zawłaszczony przez takich bankrutów jak Michnik, Passent, czy Kwaśniewski.