::: zlew ::: | lasery i radiowa Trójka

Podziel się:
0Shares

Zbiorczy post, coby w jakiejś znośnej formie nie rozdrabniać się zbytnio i zawrzeć w jednym wpisie to, co kotłuje mi się w głowie… W ogóle ostatnio myślę nad tym jak rozwiązać problem natłoku myśli wszelakich i jak wpasowywać ten nurt nieuporządkowanego dumania w formę posta blogowego. Walczą we mnie dwie tendencje: przekształcić дискраст w blog monotematyczny, typowo poruszający kwestie Wschodu, Rosji, kultur Syberii i społeczno-politycznych aspektów w tej części świata, albo kontynuować pisanie o kilku dyżurnych interesujących mnie sprawach…

* * *

Niemal trzy miesiące kwarantanny wyszło mi dobre. Dosłownie i w przenośni. Nie powiem, że wykorzystałem / wykorzystuję ten czas mega-produktywnie, chociaż zaliczyłem wiele zaległych książek, zrobiłem porządek z kompem (zmieniłem system: o ostatnim przemeblowaniu linuksowym napisałem na Telegramie), opierdalałem się cudownie jak nigdy dotąd, ale nade wszystko odzyskałem sporo przestrzeni w głowie i wokół siebie…

 

 

Obecnie tkwię na wypowiedzeniu, wczoraj po raz ostatni byłem w pracy. Mogę powiedzieć, że była to sytuacja do przewidzenia. Po niemal dziesięciu latach pracy na laserach Trumpf mam już dosyć… Mimo, że lubię tą pracę, podoba mi się proces obróbki metali przy użyciu lasera, to jednak wyraźnie czuję syndrom “zmęczenia materiału”. Ostatnie dwa lata sprawiły, że widząc laser mam ochotę się puścić pawia. Rzecz jasna nie o sam laser chodzi, a o dotychczasową atmosferę w miejscu pracy; kiedy po dwóch latach przychodzisz ostatni dzień do pracy i wciąż masz wrażenie jakby to był twój pierwszy dzień w robocie, to chyba coś jest nie halo :/ Nie chce mi się o tym pisać bardziej szczegółowo, albowiem przemieliłem w głowie ten temat na wszelkie możliwe sposoby (co psychologicznie wyszło mi zdecydowanie na dobre – takie introspekcje, to solidna dawka “antydepresantów domowej roboty”).

Póki co jestem więc bezrobolem. I dobrze. Z wiekiem tylko bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że nie ma najmniejszego sensu rozpierdalać się na tysiące kawałków w nerwówce i pogoni za kolejnym miejscem pracy – byle szybciej, byle zachować “ciągłość zatrudnienia”, byle pod presją czasu i jebanego rynku pracy pozostać na powierzchni tego syfiastego bajora konkurencji. Jeśli ktoś w tym momencie zacząłby nawijać te suche kapitalistyczne mantry, że “takie są teraz czasy, stary!”, “tak działa świat!” – serio, wyrzygałbym mu się pod nogi.
Ta pieprzona kwarantanna1Używam konsekwentnie tego debilnego określenia, oficjalnie funkcjonującego w “czasach zarazy” włącznie dlatego, że realnie znajduję się w grupie ryzyka, jako astmatyk po kilku zapaleniach oskrzeli, po obustronnym zapaleniu płuc i sepsie… pomogła mi nabrać dystansu do wielu stresujących sytuacji, w jakich często znajdujemy się, będąc pod presją pracodawcy. Podobnego dystansu nabrałem do permanentnego wkurwa na współpracowników nie przejawiających jakiejkolwiek inicjatywy pro-pracowniczej. Przestałem emocjonalnie podchodzić do tego, że syndrom sztokholmski wciąż trzyma za ryj olbrzymią część klasy robotniczej. Gdy wszelakie sugestie tyczące się praw pracowniczych kwitowane są milczeniem, a spojrzenie twoich współpracowników mówi ci: jak to?! sprzeciwić się?! pracodawcy?!, wtedy opadają ci ręce… Bez robotniczej solidarności w miejscu pracy i poza nim (symptomatyczne: w ciągu dwóch lat nie byłem ani razu na piwie z kimkolwiek z pracy, nie wspominając już o jakichkolwiek innych towarzyskich spotkaniach) jest się skazanym na ostracyzm, a ten perfekcyjnie wykorzystywany jest przez pracodawcę. Nie chcę powiedzieć, że moje ostatnie doświadczenia, to obóz pracy i eksploatacja, bo tak oczywiście nie było. Chodzi mi o specyficzną atmosferę; jeśli codziennie przez dwa lata czujesz się kurewsko nieswój i jesteś wyobcowany w miejscu, gdzie spędzasz na dobrą sprawę połowę swojego życia, niechybnie rzuci ci się to na mózg.

Ostatnie miesiące spędzone w domu sprawiły, że w dużej mierze przewietrzyłem swój umysł… Udało mi się osiągnąć stan względnego spokoju wewnętrznego; radość i satysfakcja pojawiające się w prozaicznych sytuacjach, to deficytowe odczucia, o których istnieniu niemal zapomniałem. Teraz gromadzę siły i cieszę się z powodu dupereli – to ważne.

* * *

Na temat kondycji Polskiego Radia pod butem PISu napomknąłem w recenzji książki Hermanowskiego o historii polskiej radiofonii. Nędza i rozpacz. Trzeba być naprawdę tępym fiutem, albo tępym PIS-owcem (co chyba na jedno wychodzi, jeśli już jedziemy na fali obrażania zwolenników reżimu), aby nie widzieć tego, że zarówno strukturalnie, jaki i decyzyjnie/politycznie, mediami państwowymi rządzi obecnie Radiokomitet, czystej wody postkomunistyczny moloch mający w swojej garści nie tylko radio, TV, serwisy internetowe, ale również myśli i słowa pracowników tychże mediów.
Jakże często chce mi się rzygać gdy w Radio TOK FM wytresowani dziennikarze i dziennikarki jadąc na kalkach czystej michnikowszczyzny obnażają swój “obiektywizm” i profesjonalizm. Ten sam wylew syfu oglądamy w TVN24. Ale dostrzegając pewną gradację degeneracji i absurdu w dziennikarskim świecie, dochodzimy do granicy wytrzymałości naszego umysłu, docieramy do miejsca, gdzie rozum śpi, gdzie budzi się propagandowa bestia, gdzie nikt, naprawdę NIKT normalny nie jest w stanie wytrzymać. Wydawać by się mogło, że to kres, że dalej nie ma już nic… Hehe, co za brednie! To właśnie tam zaczyna się królestwo Radiokomitetu!

Putinizacja polskiej polityki jest widoczna jak na dłoni dla każdego, kto śledzi i polską i rosyjską rzeczywistość. Jest to dla mnie tym bardziej symptomatyczne, że Kaczyński i jego przydupasy ostentacyjnie od dziesięcioleci stroją się w antyrosyjskie piórka, podczas gdy ich systemowe “rozwiązania” są niemal żywcem wyjęte z teczek kremlowskich PR-owców. Dokładnie z tym mamy do czynienia w przypadku Polskiego Radia.
Cieszyłem się kiedyś, że kupiłem radioodbiornik z technologią cyfrowego odsłuchu radia DAB+. W Polsce póki co w DAB+ nadają wyłącznie stacje Polskiego Radia (z regionalnymi rozgłośniami i z kilkoma radiostacjami z projektu Radia Gminnego włącznie).I c o z tego, skoro w chwili obecnej jedynym programem radiowym nadającym się do słuchania jest “Dwójka”?

Oto, jak zjebanymi politycznymi decyzjami i machlojami można spierdolić tak potężne medium jak Polskie Radio! Za czasów Kwacha i Millera, za czasów AWS-u i aferzystów z PO również mieliśmy do czynienia z ręcznym sterowaniem i grzebaniem w radiowych bebechach, ale Polskie Radio ery Kaczyńskiego, to do kurwy nędzy, jakiś naprawdę koszmarny dowcip. Serio, spośród wszystkich stacji publicznych w chwili obecnej można wytrzymać jedynie z Dwójką (no i z niszowym Radiem Chopin, które de facto jest bliźniacze tematycznie z  Dwójką i można słuchać go jedynie na DAB+ i w necie) – cała reszta przeżarta jest pierdolonym PIS-owskim bełkotem!

Oczywiście nie od dziś wiedziałem o tragicznej sytuacji w Trójce. To najbardziej sponiewierana i upokorzona przez PIS radiostacja publiczna. Nie wiem, co buractwo przylepione do Kaczyńskiego chciało udowodnić rozpierdalając kompletnie redakcję tego radia. Jednym z argumentów byłą “dekomunizacja”, która w 2020 roku, a nade wszystko, w ustach tych jebanych hipokrytów (wśród których roi się od PZPR-owskiego koniunkturalnego ścierwa) brzmi cokolwiek groteskowo. Wyjątkowo antypatyczna menda (żeby nie użyć słów cięższego kalibru…), “dziennikarka” Dorota Kania, usłużnie przypomniała niedawno, że Trójka powstała w okresie stanu wojennego jako “wentyl bezpieczeństwa” dla wkurwionej PRL-em młodzieży, ergo: Trójka A.D. 2020 pozostaje medium komuszym, z układami, z zabetonowanymi klanami dziennikarskimi itd. Po pierwsze, mówi to babsko, które czerpie garściami i pławi się w obecnym reżimie dokładnie tak samo jak Urban pławił się w PRL-u. Po drugie – fakt, w Trójce “zasiedziało się” wielu starczych dziennikarzy, którzy utuczyli się na swojej sławie i stali się nietykalni, poza zasięgiem jakiejkolwiek krytyki (vide Mann, czy Niedźwiedzki żeby nie szukać dalej…); do Trójki w bardzo kontrolowany sposób trafiały nowe, młode głosy. To prawda. Ale jaki to ma związek z ogólnym profilem tej stacji? Czy tępe PIS-owskie świnie naprawdę kierują się quasi-logiką typu: jeśli w czasie stanu wojennego Trójka puszczała zagraniczną muzykę, by odwrócić uwagę młodych od opozycji, to niejako z automatu przedłużyła swoją “misję” na czasy po komunie? Czy taki myślowy bełkot ma jakieś pierdolone odzwierciedlenie w audycjach Oli Kaczkowskiej, albo miał odzwierciedlenie w audycji Wrzenie świata?

 

 

Afera z kawałkiem Kazika na pierwszym miejscu Listy Przebojów Trójki jest tylko ukoronowaniem tej PIS-owskiej porażki. Pokazuje ona doskonale jak cudownie, jak perfekcyjnie pionki przyspawane do stanowisk decyzyjnych dzięki władzy PIS restaurują komunistyczne struktury, jak strachliwe, wiernopoddańcze reakcje nijakich żołnierzyków tej patykowatej władzy mają wpływ na losy ogólnopolskiej stacji radiowej. Jak po ludzku nazwać obecnych włodarzy PR, Trójki? Tylko ślepy, albo głupi nie zauważy tych subtelnych, niewolniczych, żenujących decyzji – byle tylko przypodobać się temu śmiesznemu człowieczkowi z Żoliborza. Tutaj, Panie i Panowie, nie ma już miejsca na jakieś głębsze, wyważone refleksje – tutaj liże się dupę władzy otwarcie, ostentacyjnie, bezrefleksyjnie, tępo i poddańczo. Ten schemat w obecnej Polsce jest powszechny. Wie o tym również Dorota Kania, zaangażowana w ten polityczny rimming nawet bez stanu wojennego.

Kawałek Kazika, Twój ból jest lepszy, niż mój, wylądował na 1. miejscu 1998-go wydania LP3. Zaraz potem info o tym wyparowało ze strony Trójki i pojawił się komunikat dyrekcji radia, że lista została sfałszowana, a w/w kawałek faktycznie zajął 4. miejsce. Później zorganizowano konferencję prasową, na której pokazano “skandaliczny mechanizm fałszowania listy przebojów”, co tylko pogrążyło tą jebaną bandę radiowych decydentów.
Niedźwiedzki nie jest moim bohaterem, ani mnie on ziębi ani grzeje, nie należę do jego fanów. Skoro on, bądź jego asystent przy okazji odsiewania realnych głosów słuchaczy od “głosowań” botów dokonywali ręcznych zmian w kolejności utworów na liście Trójki, dlaczego czujne mordy radiowej wierchuszki nie interweniowały wcześniej? Może jakiś kawałek Deep Purple, Organka czy innego Pearl Jam również został na nielegalu wrzucony kilka oczek wyżej?! Nieee, to byłoby zbyt banalne! Usłużne sługusy władzy zareagowały, gdy na horyzoncie pojawił się kawałek, który cała Polska powinna wyśpiewać w ryj temu samozwańczemu quasi-Napoleonowi, zdziwaczałemu starczemu księciu ewidentnie nie-z-naszej-bajki! Kawałek Kazika rewelacyjnie wpisał się w to, co odpierdala się w tym kraju pod rządami Kaczyńskiego. Prymitywna, ludowa rytmika i melodia oraz tekst mega-celnie pokazujący wszechwładzę tego małego, zakompleksionego człowieczka i jego jeszcze mniejszych przydupasów…

Przy okazji, nie wiadomo który to już raz, obwołano Kazika zbuntowanym artystą, twórcą niemal politycznym, autorem protest-songów… Pusty śmiech mnie ogarnia, bo jeszcze nie tak dawno Kazik apelował, “aby dać szansę Kaczyńskiemu”.. Poza tym – umówmy się – Kazik nigdy nie był żadnym politycznym “piosenkarzem”. Kilka tekstów będących komentarzami do rzeczywistości politycznej (owszem, bardzo celnych!) nie czyni z niego “buntownika”… Zresztą o czym tu mowa :D Wychowałem się na takich kapelach jak Crass, Conflict, Minor Threat, Subhumans, Dead Kennedys… Z perspektywy DIY sceny anarcho-HC/punk Kazik jest tylko kolejną mainstreamową gwiazdeczką… Cenię kilka jego songów, bo są świetne. Tak jak ten prymitywny kawałek-skandal, który przyprawił o ból dupy szefostwo Polskiego Radia.

Wracając jeszcze na moment do Niedźwiedzkiego… Koleś prowadził przez 35 lat Listę Przebojów w Trójce. To najdłużej istniejąca lista przebojów w polskich mediach. Usłużne prawicowe ścierwojady “dziennikarskie” nadmieniły zaraz po aferze z piosenką Kazika, że Niedźwiedzki i tak chciał odejść z Trójki, więc przy okazji zrobił to “z przytupem”, windując sztucznie kawałek przeciw władzy na 1. miejsce listy. Tak na odchodne.
Ktoś w necie trzeźwo zauważył: Niedźwiedzki przez większość swojego życia prowadził w/w listę przebojów, wychował na niej kilka generacji słuchaczy (i chuj mnie obchodzi, co myśli o tym jakaś Kania) i nadchodzi 1998. wydanie owej listy… Pomyślcie – kto chcący “z przytupem”, skandalicznie opuścić radiostację, robi to dokładnie na dwa wydania do 2000-ej edycji Listy? Przecież gdyby Niedźwiedzki chciał rzekomo ręcznie wrzucić song Kazika na pierwsze miejsce, mógłby zrobić to właśnie w czasie jubileuszowego wydania! To byłoby odejście! Mógłby jeszcze wtedy mniej lub bardziej kulturalnie oznajmić na antenie: pierdolę waszą PIS-owską bandę, która zdemontowała Trójkę!

Po raz kolejny, po incydencie z cenzurowaniem listy przebojów, odeszła z Trójki kolejna – liczna! – grupa dziennikarzy. Nie wiem, kto tam jeszcze został, oprócz sprzątaczek, koniunkturalistów i takich antypatycznych pasożytów obecnej władzy jak Grzegorz Górny, Marcin Wolski (ikoniczny wręcz, żenujący przykład betonu PRL-PIS), czy Paweł Lisicki (prawicowy bełkot-Od-Reczy)…
Życzyłbym sobie, aby takie postaci jak Ola Kaczkowska czy Dr Wilczur, zwinęli swoje manele i wraz ze swoimi świetnymi audycjami opuścili PIS-owską Trójkę. Zawsze znajdą morze słuchaczy i wielbicieli – w necie i na innych radiowych falach!

Ja żegnam się z Trójką. Nie włączę tej stacji dopóki w tym kraju będzie rządziła ta skurwiała banda. Dopisuję Trójkę do kolejnych reżimowych stacji. Jeszcze niejako siłą rozpędu i moich fascynacji słuchałem tych kilku fajnych trójkowych audycji. Teraz nie ma to już najmniejszego sensu…

Bardzo podoba mi się jeden z ostatnich kadrów teledysku do piosenki Twój ból jest lepszy niż mój. Jest mega-symptomatyczny! Surowy. Prawdziwy.

 

 

Kaczyński, na pewno nie czytasz дискраста, hehe… Ale nic to, Drogi Przywódco! Z tego miejsca życzę ci, abyś – zanim kopniesz w kalendarz i spoczniesz six feets under – pozbawiony swoich dupolizów i sługusów wokół, zetknął się z takimi właśnie spojrzeniami wszystkich tych, którzy mają dość twoich pierdolonych politycznych fanaberii! Chciałbym żebyś spojrzał w te wszystkie wkurzone twarze i zesrał się ze strachu. Niczego innego ci nie życzę…

Taaa, dzisiaj wyjątkowo dużo bluzgów i mięcha we wpisie. Wyjaśnienie tegoż jest banalne. Gdy pewne sytuacje, o których myśli/pisze człowiek dawno opuściły granice zdrowego rozsądku, jeśli napór syfu, groteski i poronionych pomysłów ze strony władzy jest nie do zniesienia, wtedy każdy myślący człowiek jest zwolniony z ubierania swojego niezadowolenia w językowe subtelności. Każda władza, to gówno i wrzód na dupie. Jednak ta władza, to wyjątkowy przykład zgnilizny i post-PRLowskich wzorców… Jak śpiewał niegdyś jeden z bohaterów tego wpisu:

“[…] może bardzo wielu nie zrozumie tych słów, ale nie ma litości dla skurwysynów!”

··· podkład muzyczny: Fredag Den 13:e, Disable, Pan Daijing,Davaajargal Tsaschikher, Death Toll 80k

 

jest-jak-jest

Podziel się:
0Shares

Wieczory są najmilsze.. Szczególnie te weekendowe.. Grindcore rozpierdala ciszę za oknem, a ja czasem czuję się jak w kapsule z innej czasoprzestrzeni; mega-szybko przyzwyczaiłem się do permanentnej ciszy tutaj. Specyfika przedmieść, gdzie trzymetrowe tuje zasłaniają codzienność większości zamieszkujących tutaj ludzi.
O ile w betonowych klatkach blokowisk zawsze i wszędzie słyszałem ten specyficzny, owadzi szmer ludzkiego bytowania, o tyle tutaj absolutnie nic nie zakłóca owej poczciwej ciszy. Nic, za wyjątkiem moich ukochanych rzygów; grind as fuck!

Od lat, wciąż w uścisku zjebanego wariantu bezsenności, polegającego na budzeniu się niemal co godzinę nocą i totalnym wyczerpaniu za dnia. Wtedy to potrafię zasnąć gdzie byle, na siedząco, na stojąco, jakkolwiek. W trakcie rozmowy, obiadu, czytania książki, w czasie transmisji hokeja… Wyobrażam sobie jak wkurwiające musi to być dla osób trzecich :/
Gdybym miał określić mój stan mianem “zmęczenia”, byłby to śmiechu wart eufemizm. To codzienna batalia, chęć snu w sytuacjach, w których po prostu się nie śpi: praca, słuchanie drugiego człowieka (monolog trwający dłużej, niż trzy minuty wywołuje u mnie zamykanie powiek), jazda na skuterze (sic!)…
W “szybkich”, “normalnych” sytuacjach udajesz, że nic się nie dzieje. Nagle słyszysz krzyk: Łukasz, znowu zasnąłeś w oknie!!!

Automatyczna odpowiedź: nie śpię!

Mix: insomnia + bezdech, to gówno do kwadratu. W efekcie każdy sen, to raczej przerywnik między kolejnymi przebudzeniami. Paradoks polega na tym, że bezsenność sprawia, iż zasypiam nagle i w jakimkolwiek miejscu, ale bezdech budzi mnie równie szybko, jak wyczerpanie usypia. Błędne koło.
Mam świadomość, że będę musiał sprawę załatwić kanałami medycznymi, bo nie znam żadnej punkowej metody walki  z bezdechem sennym (oprócz zaprzestania oddychania, heheh); niech lekarze kombinują..

OK, działka tragi-marudzeń odfajkowana; ponoć człowiek (albo Polak, już nie pamiętam…), który nie wyleje z siebie tych symptomatycznych utyskiwań na swój własny żywot, jest jeszcze bardziej nieznośny dla siebie i swojego otoczenia. Polakiem nie jestem, a bywa że i człowieczeństwo swe widzę jako plątaninę bezładnych imulsów, reakcji, śmiecia i zamętu.

Plany małe i duże pojawiły się na horyzoncie, przylazły jako bonus koloryzujący okoliczności przeprowadzki. Nic wielkiego, bo i cóż wielkiego może popełnić para wywodząca się z klasy robotniczej i w klasowych swych koleinach zarabiająca na życie? Jeeeb, znowu powiało lamentem :D Chodzi jednak o to, że schemat: wynajmowanie nory – jakieś-tam-plany – relaks bezkarny, z góry zakłada zapierdalanie na te zwyczajne w gruncie rzeczy dobra i niematerialne bonusy. Ja, mimo że od lat (od zawsze w gruncie rzeczy) zakorzeniony w robolskiej kulturze, mam już, kurwa, serdecznie dosyć tyrania na etacie dla kolejnych mini- i mikro-kapitalistów, dla których ich własny biznes jest osobistym wszechświatem, a ja mam pełnić w nim rolę sprzedającego swoją siłę roboczą (plus wiedzę i doświadczenie) obiektu dyndającego na finansowej orbicie właściciela środków produkcji. Kilka, kilkanaście milionów PLN-ów wplecionych w kalkulacje i strategie firmy czyni z człowieka popychadło sił podaży i popytu.
Skurwiały pieniądz, czy raczej jego abstrakcyjna sakralizacja na rynkach giełdowych i w umysłach poślednich konsumentów, wpierdala mnie wbrew mojej woli w zależności, które każdego dnia nie tylko oddalają mnie od owych małych planów, ale i próbują – agresywne i ofensywne w swej istocie – wepchnąć mnie na chama w tor myślenia i funkcjonowania, gdzie pieniądz i jego cyrkulacja faktycznie przejmują kontrolę nad moją świadomością racjonalizacji potrzeb i ich wartościowania. Jeśli ulegnie się pokusie myślenia, że sens pracy nie wybiega poza jej zaniżoną wycenę przez pracodawcę, wtedy już tylko można pierdolnąć sobie w łeb.
Oboje z Pauliną tyramy dłużej, niż byśmy chcieli, mamy kurewsko mało czasu dla siebie, a każdy wyjazd w góry czy nad jezioro w weekend jest jak mikro-dzień dziecka, ochłap radości wyrzygany przez rzeczywistość.

Jak można się domyślać, nigdy nie przejdę do porządku dziennego z fatalnym przekonaniem zakorzenionym w ludzkich łbach, a zawierającym się w takich mniej więcej frazach: cóż, takie jest życie. Nie ma nic za darmo. Świat już taki jest, nic nie poradzisz. Co ci da ten bunt? 

W każdej epoce, w każdym skrawku dziejów tego żałośnie indolentnego gatunku [ludzkiego], mniejszość związana z władzą (wszelką władzą) skutecznie wbijałą w tępe umysły konstatację: nie kop się z koniem, nie zmieniaj świata, nie dotykaj fundamentów, jest-jak-jest.

Tymczasem każdy dzień, w którym przeciskamy się przez skomplikowany i wrogi gąszcz obcych nam i wrogich zasad, każda refleksja na temat naszej podległości względem socjologicznych  psychologicznych konstrukcji wkurwiającej nas rzeczywistości, to unikalna szansa na mini-rewolucje; w głowie i w przestrzeni zawodowo-bytowej. Sama niezgoda jest tylko zapalnikiem i rzecz jasna nie ma sensu podniecać się owym NIE!, tym inicjującym mniej lub bardziej ważne codzienne przemyślenia strzałem wkurwienia.
Podniecajmy się więc każdym podniesieniem głowy, które wyzwala nas z kolejnego mikro-uścisku systemu.

666

~ podkład muzyczny: In Twilight’s Embrace, 1125, Deszcz, The Lowest

Praca zabija

Podziel się:
0Shares

Chyba nie ma ogólnej miary zaliczania przez jednostki spektakularnych tąpnięć w życiu, zwłaszcza jeśli chodzi o tak kruchą i kapryśną materię, jaką jest zdrowie. W moich ustach brzmi to cokolwiek niezbyt poważnie, albowiem konsekwentnie, przez wiele lat wydzierając mordę na koncertach: old punks never die! ważyłem sobie lekce fakt, że jestem astmatykiem, chlejącym i żrącym mocno niezdrowe specyfiki.
Zemsta jest brutalna i ma również związek z robotą, która zjebała mi ponad siedem lat życia.
Opuszczając wczoraj szpital i intensywną terapię poczułem i ulgę i olbrzymi kwas, wewnętrzne zdegustowanie. Można powiedzieć, że odratowali mnie w ostatnim momencie i nie będzie w tym grama przesady. Czy się bałem? Cholera, nie wiem. W pewnym momencie miałem wrażenie, że wiozą mnie na salę intensywnej opieki, a ja gapię się na świetlówki w suficie, które synchronicznie gasną, kiedy przejeżdżam kolejne metry; jakbym gasił za sobą wszystkie światła. Było mi zimno i nie miałem czym oddychać. Nie słyszałem krzyków i słów wokół mnie.
Potem tylko szum tlenu (nigdy nie zapomnę tego zapachu, czy raczej owej życiodajności…) i lekkie pieczenie w miejscach, w których kroplówki pompowały we mnie antybiotyki i inne płyny próbujące przywrócić moje ścierwo do jako-takiej używialności.

Wiele razy w przeciągu ostatnich siedmiu lat poświęcałem się, łażąc do pracy z gorączkami i innymi przeziębieniami. Nie inaczej było ostatnio – zrobiłem to dla kumpli, żeby nie musieli ponad normę tyrać za mnie-nieobecnego. Tym razem odporność organizmu była już żadna; gdyby nie szybka reakcja członków rodziny, pewnie było by już po wszystkim.

Nie chciałbym tutaj epatować moralizatorskim pierdoleniem, ale teraz zrozumiałem, że tak naprawdę za zwyczajną pracowniczą solidarnością kryje się zimna kalkulacja kurwy robiącej kapitalizm na barkach innych, kosztem innych, rękoma innych.
W pewnym momencie życia należy powiedzieć sobie basta! i zminić ten pieprzony krąg ekonomicznej eksploatacji i uzależnienia; wyjście z tej czarnej dziury ma swoją cenę i być może zapłaciłem zbyt wiele (i zapewne płacił będę jeszcze długo), ale nie ma już kroku wstecz. Pierdolcie się wszyscy “przedsiębiorcy” ryjący dziury w brzuchach i głowach pracujących na was ludzi!

Zieleń na laserze…

Podziel się:
0Shares

Umówmy się, że pracuję w niezbyt interesującym miejscu, aczkolwiek lubię “mój” laser i samą pracę na nim (nie ma to jednakże żadnego pozytywnego przełożenia na gratyfikację za to najemne tyranie…). Ostatnio popełniłem dwie foty (jakości nędznej, bo zrobione telefonem), które wprowadzają w to nieznośnie industrialne miejsce “kawałek estetyki”, drobinę czegoś nie będącego wyłącznie pulsowaniem rezonatora i smrodem ciętej stali/aluminium…

Oto niespodziewany gość, który napatoczył się pod load-master (podajnik blachy do lasera)…

2013-08-09 21.34.37

… oraz coś zupełnie – z pozoru – abstrakcyjnego:

2013-08-28 19.19.41

Uwielbiam fakturę na tym drugim zdjęciu! Daję głowę, że nikt nie zgadłby, co to właściwie jest :) To po prostu fragment jednego z haków (w kształcie litery “S”), którego używa się w trakcie lakierowania gotowych produktów, z wieeeeeeloma warstwami zielonego lakieru (tłem jest powierzchnia laserowego słupka oznaczającego barierę, po przekroczeniu której laser samoistnie się zatrzymuje)…

Drobiazgi, które sprawiają, że robota w tym miejscu nie śmierdzi wyłącznie wyziewami helu, azotu i acetylenu…

P.S.: Owad został bezpiecznie przeniesiony poza teren stalowej masakry i wypuszczony na wolność…