Mój Sparky – krótko o tym, co nowego

Podziel się:
0Shares

Na pokładzie mojego Sparky’ego wszystko śmiga wyśmienicie! Sparky Linux (warto podkreślić, że to projekt polskiej ekipy związanej z portalem i forum linuksiarze.pl), to meeega wygodny i zawsze świeży system operacyjny, a praca na nim to płynna, wygodna i dająca wiele radości sielanka. Sparky, w odróżnieniu od wielu innych debianoidów (czyli dystrybucji Linuxa bazujących na Debianie), nie pracuje w oparciu o stabilną gałąź Debiana – jego repozytoria pochodzą z gałęzi testing / unstable (sid). Dzięki temu niemal codziennie otrzymujemy aktualizacje systemu / aplikacji, nasz system pracuje bez żadnych zgrzytów, a świeże pakiety sprawiają, że nasz Linux jest always fresh.
Nie zmieniałem praktycznie niczego w wyglądzie pulpitu pod i3. Chyba wyczerpałem limit czasu na konfigurację dotfajli w menadżerach okien. Pozostaję przy i3, bo spełnia swoje zadania perfekcyjnie i najwygodniej nawiguje mi się właśnie w nim… Przy okazji – bardzo mocno polecam zajebisty kanał jutubowy: DistroTube, traktujący ogólnie o dystrybucjach Linuxa, ale również o tiling window managers, takich jak i3 właśnie. Koleś skutecznie zaraża entuzjazmem do tych najwygodniejszych i najbardziej praktycznych menadżerów okien pod Linuxa / BSD. Znajdziecie go też na Telegramie.

i3 – clean
i3 – dirty

* * *

Jeszcze do niedawna można było w repozytoriach wielu dystrybucji Linuxa znaleźć fajną apkę do słuchania radia z interfejsem GUI. Nazywała się ona gradio i spełniała swoją rolę całkiem całkiem. Obecnie gradio jest martwe, ale jednocześnie “przepisano” aplikację w języku Rust i nazwano Shortwave.
Nazwa, rzecz jasna, myląca, albowiem Shortwave nie służy do słuchania audycji krótkofalowych w necie, a po prostu streamuje wszelkie możliwe stacje radiowe na świecie, w większości przypadków nadające na falach ultrakrótkich (FM) i w internecie. Streamów mamy całe mnóstwo (choć wydaje mi się, że baza Shortwave nie jest tak obszerna, jak np. baza mojego radioodbiornika internetowego Medion, czy apki PCRadio na Androida, ale mogę się mylić), a wszystkie zgromadzone są w bazie publicznej dostępnej dla wszystkich na Community Radio Browser, gdzie każdy z nas może swobodnie dodawać kolejne streamy znanych sobie radiostacji.

Interfejs programu Shortwave – moja lista radiostacji

Sto lat świetlnych temu, gdy odkryłem konsolowy odtwarzacz audio: moc (music on console), polubiłem go za prostotę, ale szybko zdałem sobie sprawę, że już na starcie przegrywa on z innym konsolowym zestawem: ncmpcpp + MPD (music player daemon), a były to czasy gromadzenia na dyskach tysięcy mp3; już wtedy uznałem, że moc będzie pełnić rolę wyłącznie odtwarzacza radiowego w moim Linuxie. I tak pozostało do dzisiaj.
Instalujemy moc, odwiedzamy Community Radio Browser, wyszukujemy ulubione stacje radiowe (aktualnie wszystkich stacji w bazie jest 27593) i zapisujemy do plików interesujące nas streamy. W konfiguracyjnym pliku moc zaznaczamy nasz folder ze streamami jako główny folder muzyczny (chociaż to nie konieczne, albowiem moc zapamiętuje ostatnią lokalizację, więc wystarczy raz wejść w folder streamowy, by po ponownym otwarciu znowu nawigować w tymże folderze) i… mamy zajebiste radio w konsoli, a jednocześnie alternatywę dla Shortwave. Dzięki temu oszczędzamy na zasobach (graficzny interfejs odpada jako proces) i mamy radio w terminalu, co o niebo lepiej wygląda i faktycznie lepiej integruje się z resztą systemu – jeśli korzystamy z menadżerów okien.
U mnie wygląda to tak:

moc, jako odtwarzacz radiowy

* * *

Firefox 81.0
Opera 71.0

Po tym, jak Mozilla dokonała sporych cięć kadrowych, pozbywając się wielu doświadczonych programistów i pracowników zżytych z projektem Firefox, społeczność userów zaczęła się skarżyć na “słoniowatość” przeglądarki i dramatyczny spadek szybkości działania i ogólnej wydajności (w porównaniu z wcześniejszymi wydaniami Firefoxa, czy w porównaniu z głównym rywalem – Chrome). Problemy pojawiały się w materii nadmiernego zżerania RAMu przez Firefoxa, czy zbyt wolne ładowanie cięższych stron.
Nie będę zagłębiał się w rzekomą korelację pomiędzy kadrową polityką Mozilli, a działaniem mojej ukochanej przeglądarki, ale fakt pozostaje faktem: wersje 79.0 i 80.0, to był, kurwa, dramat, przynajmniej na Linuxie. Po wejściu na stronę reddita (znana strona-walec, rozjeżdżająca RAM jak plastelinę), Mastodona i odpaleniu klienta [matrixa] w przeglądarce (Element), Firefox zasysał 6-7GB RAMu.
Wkurzony postanowiłem zobaczyć, co słychać u Opery. Zaskoczenie było spore, bo wszystkie w/w strony odpalone jednocześnie w Operze śmigały bez większych problemów (inną sprawą jest to, że mój Dell ma 16GB pamięci RAM); zrobiłem wtedy porównawcze screeny monitora procesów htop, najpierw filtrując wyniki Firefoxa, a potem Opery. Szkoda, że usunąłem już screeny, ale wyniki były ewidentnie bardziej korzystne dla Opery.

Sytuacja radykalnie poprawiła się po wydaniu 81.0 Firefoxa, kiedy to strony na powrót zaczęły ładować się płynnie i szybko, RAM pozostał na spoko poziomie, a temperatura na procesorach znacznie spadła.
Nie wiem, czy to wybitnie moja przypadłość, ale sądząc po wielu krytycznych głosach np. na r/Firefox, inni też miewali we wcześniejszych wydaniach kłopoty z wydajnością przeglądarki. Osobiście baaardzo mocno kibicuję ekipie Mozilli i namawiam do tego was wszystkich, gdyż Firefox jest jedyną tak mocną na rynku alternatywą z rodziny free software i w interesie nas wszystkich jest rosnąca popularność tej przeglądarki!

Mobilne wydanie Firefox Daylight 81.0 dla Androida, to również sporo zmian, również wizualnych. Strona startowa z możliwością zmiany położenia paska adresu (góra – dół), to zajebiste udogodnienie. Strony otwierają się mega-płynnie, synchronizacja z desktopowym Firefoxem też działa bez zarzutu. Przy dodatkowych ustawieniach anti-tracking (domyślnych w wersji 81.0) oraz przy zainstalowanych dodatkach typu NoScript, mamy świetnie funkcjonującą i relatywnie bezpieczną mobilną przeglądarkę w smartfonie.

::: zlew ::: | lasery i radiowa Trójka

Podziel się:










0Shares

Zbiorczy post, coby w jakiejś znośnej formie nie rozdrabniać się zbytnio i zawrzeć w jednym wpisie to, co kotłuje mi się w głowie… W ogóle ostatnio myślę nad tym jak rozwiązać problem natłoku myśli wszelakich i jak wpasowywać ten nurt nieuporządkowanego dumania w formę posta blogowego. Walczą we mnie dwie tendencje: przekształcić дискраст w blog monotematyczny, typowo poruszający kwestie Wschodu, Rosji, kultur Syberii i społeczno-politycznych aspektów w tej części świata, albo kontynuować pisanie o kilku dyżurnych interesujących mnie sprawach…

* * *

Niemal trzy miesiące kwarantanny wyszło mi dobre. Dosłownie i w przenośni. Nie powiem, że wykorzystałem / wykorzystuję ten czas mega-produktywnie, chociaż zaliczyłem wiele zaległych książek, zrobiłem porządek z kompem (zmieniłem system: o ostatnim przemeblowaniu linuksowym napisałem na Telegramie), opierdalałem się cudownie jak nigdy dotąd, ale nade wszystko odzyskałem sporo przestrzeni w głowie i wokół siebie…

 

 

Obecnie tkwię na wypowiedzeniu, wczoraj po raz ostatni byłem w pracy. Mogę powiedzieć, że była to sytuacja do przewidzenia. Po niemal dziesięciu latach pracy na laserach Trumpf mam już dosyć… Mimo, że lubię tą pracę, podoba mi się proces obróbki metali przy użyciu lasera, to jednak wyraźnie czuję syndrom “zmęczenia materiału”. Ostatnie dwa lata sprawiły, że widząc laser mam ochotę się puścić pawia. Rzecz jasna nie o sam laser chodzi, a o dotychczasową atmosferę w miejscu pracy; kiedy po dwóch latach przychodzisz ostatni dzień do pracy i wciąż masz wrażenie jakby to był twój pierwszy dzień w robocie, to chyba coś jest nie halo :/ Nie chce mi się o tym pisać bardziej szczegółowo, albowiem przemieliłem w głowie ten temat na wszelkie możliwe sposoby (co psychologicznie wyszło mi zdecydowanie na dobre – takie introspekcje, to solidna dawka “antydepresantów domowej roboty”).

Póki co jestem więc bezrobolem. I dobrze. Z wiekiem tylko bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że nie ma najmniejszego sensu rozpierdalać się na tysiące kawałków w nerwówce i pogoni za kolejnym miejscem pracy – byle szybciej, byle zachować “ciągłość zatrudnienia”, byle pod presją czasu i jebanego rynku pracy pozostać na powierzchni tego syfiastego bajora konkurencji. Jeśli ktoś w tym momencie zacząłby nawijać te suche kapitalistyczne mantry, że “takie są teraz czasy, stary!”, “tak działa świat!” – serio, wyrzygałbym mu się pod nogi.
Ta pieprzona kwarantanna1Używam konsekwentnie tego debilnego określenia, oficjalnie funkcjonującego w “czasach zarazy” włącznie dlatego, że realnie znajduję się w grupie ryzyka, jako astmatyk po kilku zapaleniach oskrzeli, po obustronnym zapaleniu płuc i sepsie… pomogła mi nabrać dystansu do wielu stresujących sytuacji, w jakich często znajdujemy się, będąc pod presją pracodawcy. Podobnego dystansu nabrałem do permanentnego wkurwa na współpracowników nie przejawiających jakiejkolwiek inicjatywy pro-pracowniczej. Przestałem emocjonalnie podchodzić do tego, że syndrom sztokholmski wciąż trzyma za ryj olbrzymią część klasy robotniczej. Gdy wszelakie sugestie tyczące się praw pracowniczych kwitowane są milczeniem, a spojrzenie twoich współpracowników mówi ci: jak to?! sprzeciwić się?! pracodawcy?!, wtedy opadają ci ręce… Bez robotniczej solidarności w miejscu pracy i poza nim (symptomatyczne: w ciągu dwóch lat nie byłem ani razu na piwie z kimkolwiek z pracy, nie wspominając już o jakichkolwiek innych towarzyskich spotkaniach) jest się skazanym na ostracyzm, a ten perfekcyjnie wykorzystywany jest przez pracodawcę. Nie chcę powiedzieć, że moje ostatnie doświadczenia, to obóz pracy i eksploatacja, bo tak oczywiście nie było. Chodzi mi o specyficzną atmosferę; jeśli codziennie przez dwa lata czujesz się kurewsko nieswój i jesteś wyobcowany w miejscu, gdzie spędzasz na dobrą sprawę połowę swojego życia, niechybnie rzuci ci się to na mózg.

Ostatnie miesiące spędzone w domu sprawiły, że w dużej mierze przewietrzyłem swój umysł… Udało mi się osiągnąć stan względnego spokoju wewnętrznego; radość i satysfakcja pojawiające się w prozaicznych sytuacjach, to deficytowe odczucia, o których istnieniu niemal zapomniałem. Teraz gromadzę siły i cieszę się z powodu dupereli – to ważne.

* * *

Na temat kondycji Polskiego Radia pod butem PISu napomknąłem w recenzji książki Hermanowskiego o historii polskiej radiofonii. Nędza i rozpacz. Trzeba być naprawdę tępym fiutem, albo tępym PIS-owcem (co chyba na jedno wychodzi, jeśli już jedziemy na fali obrażania zwolenników reżimu), aby nie widzieć tego, że zarówno strukturalnie, jaki i decyzyjnie/politycznie, mediami państwowymi rządzi obecnie Radiokomitet, czystej wody postkomunistyczny moloch mający w swojej garści nie tylko radio, TV, serwisy internetowe, ale również myśli i słowa pracowników tychże mediów.
Jakże często chce mi się rzygać gdy w Radio TOK FM wytresowani dziennikarze i dziennikarki jadąc na kalkach czystej michnikowszczyzny obnażają swój “obiektywizm” i profesjonalizm. Ten sam wylew syfu oglądamy w TVN24. Ale dostrzegając pewną gradację degeneracji i absurdu w dziennikarskim świecie, dochodzimy do granicy wytrzymałości naszego umysłu, docieramy do miejsca, gdzie rozum śpi, gdzie budzi się propagandowa bestia, gdzie nikt, naprawdę NIKT normalny nie jest w stanie wytrzymać. Wydawać by się mogło, że to kres, że dalej nie ma już nic… Hehe, co za brednie! To właśnie tam zaczyna się królestwo Radiokomitetu!

Putinizacja polskiej polityki jest widoczna jak na dłoni dla każdego, kto śledzi i polską i rosyjską rzeczywistość. Jest to dla mnie tym bardziej symptomatyczne, że Kaczyński i jego przydupasy ostentacyjnie od dziesięcioleci stroją się w antyrosyjskie piórka, podczas gdy ich systemowe “rozwiązania” są niemal żywcem wyjęte z teczek kremlowskich PR-owców. Dokładnie z tym mamy do czynienia w przypadku Polskiego Radia.
Cieszyłem się kiedyś, że kupiłem radioodbiornik z technologią cyfrowego odsłuchu radia DAB+. W Polsce póki co w DAB+ nadają wyłącznie stacje Polskiego Radia (z regionalnymi rozgłośniami i z kilkoma radiostacjami z projektu Radia Gminnego włącznie).I c o z tego, skoro w chwili obecnej jedynym programem radiowym nadającym się do słuchania jest “Dwójka”?

Oto, jak zjebanymi politycznymi decyzjami i machlojami można spierdolić tak potężne medium jak Polskie Radio! Za czasów Kwacha i Millera, za czasów AWS-u i aferzystów z PO również mieliśmy do czynienia z ręcznym sterowaniem i grzebaniem w radiowych bebechach, ale Polskie Radio ery Kaczyńskiego, to do kurwy nędzy, jakiś naprawdę koszmarny dowcip. Serio, spośród wszystkich stacji publicznych w chwili obecnej można wytrzymać jedynie z Dwójką (no i z niszowym Radiem Chopin, które de facto jest bliźniacze tematycznie z  Dwójką i można słuchać go jedynie na DAB+ i w necie) – cała reszta przeżarta jest pierdolonym PIS-owskim bełkotem!

Oczywiście nie od dziś wiedziałem o tragicznej sytuacji w Trójce. To najbardziej sponiewierana i upokorzona przez PIS radiostacja publiczna. Nie wiem, co buractwo przylepione do Kaczyńskiego chciało udowodnić rozpierdalając kompletnie redakcję tego radia. Jednym z argumentów byłą “dekomunizacja”, która w 2020 roku, a nade wszystko, w ustach tych jebanych hipokrytów (wśród których roi się od PZPR-owskiego koniunkturalnego ścierwa) brzmi cokolwiek groteskowo. Wyjątkowo antypatyczna menda (żeby nie użyć słów cięższego kalibru…), “dziennikarka” Dorota Kania, usłużnie przypomniała niedawno, że Trójka powstała w okresie stanu wojennego jako “wentyl bezpieczeństwa” dla wkurwionej PRL-em młodzieży, ergo: Trójka A.D. 2020 pozostaje medium komuszym, z układami, z zabetonowanymi klanami dziennikarskimi itd. Po pierwsze, mówi to babsko, które czerpie garściami i pławi się w obecnym reżimie dokładnie tak samo jak Urban pławił się w PRL-u. Po drugie – fakt, w Trójce “zasiedziało się” wielu starczych dziennikarzy, którzy utuczyli się na swojej sławie i stali się nietykalni, poza zasięgiem jakiejkolwiek krytyki (vide Mann, czy Niedźwiedzki żeby nie szukać dalej…); do Trójki w bardzo kontrolowany sposób trafiały nowe, młode głosy. To prawda. Ale jaki to ma związek z ogólnym profilem tej stacji? Czy tępe PIS-owskie świnie naprawdę kierują się quasi-logiką typu: jeśli w czasie stanu wojennego Trójka puszczała zagraniczną muzykę, by odwrócić uwagę młodych od opozycji, to niejako z automatu przedłużyła swoją “misję” na czasy po komunie? Czy taki myślowy bełkot ma jakieś pierdolone odzwierciedlenie w audycjach Oli Kaczkowskiej, albo miał odzwierciedlenie w audycji Wrzenie świata?

 

 

Afera z kawałkiem Kazika na pierwszym miejscu Listy Przebojów Trójki jest tylko ukoronowaniem tej PIS-owskiej porażki. Pokazuje ona doskonale jak cudownie, jak perfekcyjnie pionki przyspawane do stanowisk decyzyjnych dzięki władzy PIS restaurują komunistyczne struktury, jak strachliwe, wiernopoddańcze reakcje nijakich żołnierzyków tej patykowatej władzy mają wpływ na losy ogólnopolskiej stacji radiowej. Jak po ludzku nazwać obecnych włodarzy PR, Trójki? Tylko ślepy, albo głupi nie zauważy tych subtelnych, niewolniczych, żenujących decyzji – byle tylko przypodobać się temu śmiesznemu człowieczkowi z Żoliborza. Tutaj, Panie i Panowie, nie ma już miejsca na jakieś głębsze, wyważone refleksje – tutaj liże się dupę władzy otwarcie, ostentacyjnie, bezrefleksyjnie, tępo i poddańczo. Ten schemat w obecnej Polsce jest powszechny. Wie o tym również Dorota Kania, zaangażowana w ten polityczny rimming nawet bez stanu wojennego.

Kawałek Kazika, Twój ból jest lepszy, niż mój, wylądował na 1. miejscu 1998-go wydania LP3. Zaraz potem info o tym wyparowało ze strony Trójki i pojawił się komunikat dyrekcji radia, że lista została sfałszowana, a w/w kawałek faktycznie zajął 4. miejsce. Później zorganizowano konferencję prasową, na której pokazano “skandaliczny mechanizm fałszowania listy przebojów”, co tylko pogrążyło tą jebaną bandę radiowych decydentów.
Niedźwiedzki nie jest moim bohaterem, ani mnie on ziębi ani grzeje, nie należę do jego fanów. Skoro on, bądź jego asystent przy okazji odsiewania realnych głosów słuchaczy od “głosowań” botów dokonywali ręcznych zmian w kolejności utworów na liście Trójki, dlaczego czujne mordy radiowej wierchuszki nie interweniowały wcześniej? Może jakiś kawałek Deep Purple, Organka czy innego Pearl Jam również został na nielegalu wrzucony kilka oczek wyżej?! Nieee, to byłoby zbyt banalne! Usłużne sługusy władzy zareagowały, gdy na horyzoncie pojawił się kawałek, który cała Polska powinna wyśpiewać w ryj temu samozwańczemu quasi-Napoleonowi, zdziwaczałemu starczemu księciu ewidentnie nie-z-naszej-bajki! Kawałek Kazika rewelacyjnie wpisał się w to, co odpierdala się w tym kraju pod rządami Kaczyńskiego. Prymitywna, ludowa rytmika i melodia oraz tekst mega-celnie pokazujący wszechwładzę tego małego, zakompleksionego człowieczka i jego jeszcze mniejszych przydupasów…

Przy okazji, nie wiadomo który to już raz, obwołano Kazika zbuntowanym artystą, twórcą niemal politycznym, autorem protest-songów… Pusty śmiech mnie ogarnia, bo jeszcze nie tak dawno Kazik apelował, “aby dać szansę Kaczyńskiemu”.. Poza tym – umówmy się – Kazik nigdy nie był żadnym politycznym “piosenkarzem”. Kilka tekstów będących komentarzami do rzeczywistości politycznej (owszem, bardzo celnych!) nie czyni z niego “buntownika”… Zresztą o czym tu mowa :D Wychowałem się na takich kapelach jak Crass, Conflict, Minor Threat, Subhumans, Dead Kennedys… Z perspektywy DIY sceny anarcho-HC/punk Kazik jest tylko kolejną mainstreamową gwiazdeczką… Cenię kilka jego songów, bo są świetne. Tak jak ten prymitywny kawałek-skandal, który przyprawił o ból dupy szefostwo Polskiego Radia.

Wracając jeszcze na moment do Niedźwiedzkiego… Koleś prowadził przez 35 lat Listę Przebojów w Trójce. To najdłużej istniejąca lista przebojów w polskich mediach. Usłużne prawicowe ścierwojady “dziennikarskie” nadmieniły zaraz po aferze z piosenką Kazika, że Niedźwiedzki i tak chciał odejść z Trójki, więc przy okazji zrobił to “z przytupem”, windując sztucznie kawałek przeciw władzy na 1. miejsce listy. Tak na odchodne.
Ktoś w necie trzeźwo zauważył: Niedźwiedzki przez większość swojego życia prowadził w/w listę przebojów, wychował na niej kilka generacji słuchaczy (i chuj mnie obchodzi, co myśli o tym jakaś Kania) i nadchodzi 1998. wydanie owej listy… Pomyślcie – kto chcący “z przytupem”, skandalicznie opuścić radiostację, robi to dokładnie na dwa wydania do 2000-ej edycji Listy? Przecież gdyby Niedźwiedzki chciał rzekomo ręcznie wrzucić song Kazika na pierwsze miejsce, mógłby zrobić to właśnie w czasie jubileuszowego wydania! To byłoby odejście! Mógłby jeszcze wtedy mniej lub bardziej kulturalnie oznajmić na antenie: pierdolę waszą PIS-owską bandę, która zdemontowała Trójkę!

Po raz kolejny, po incydencie z cenzurowaniem listy przebojów, odeszła z Trójki kolejna – liczna! – grupa dziennikarzy. Nie wiem, kto tam jeszcze został, oprócz sprzątaczek, koniunkturalistów i takich antypatycznych pasożytów obecnej władzy jak Grzegorz Górny, Marcin Wolski (ikoniczny wręcz, żenujący przykład betonu PRL-PIS), czy Paweł Lisicki (prawicowy bełkot-Od-Reczy)…
Życzyłbym sobie, aby takie postaci jak Ola Kaczkowska czy Dr Wilczur, zwinęli swoje manele i wraz ze swoimi świetnymi audycjami opuścili PIS-owską Trójkę. Zawsze znajdą morze słuchaczy i wielbicieli – w necie i na innych radiowych falach!

Ja żegnam się z Trójką. Nie włączę tej stacji dopóki w tym kraju będzie rządziła ta skurwiała banda. Dopisuję Trójkę do kolejnych reżimowych stacji. Jeszcze niejako siłą rozpędu i moich fascynacji słuchałem tych kilku fajnych trójkowych audycji. Teraz nie ma to już najmniejszego sensu…

Bardzo podoba mi się jeden z ostatnich kadrów teledysku do piosenki Twój ból jest lepszy niż mój. Jest mega-symptomatyczny! Surowy. Prawdziwy.

 

 

Kaczyński, na pewno nie czytasz дискраста, hehe… Ale nic to, Drogi Przywódco! Z tego miejsca życzę ci, abyś – zanim kopniesz w kalendarz i spoczniesz six feets under – pozbawiony swoich dupolizów i sługusów wokół, zetknął się z takimi właśnie spojrzeniami wszystkich tych, którzy mają dość twoich pierdolonych politycznych fanaberii! Chciałbym żebyś spojrzał w te wszystkie wkurzone twarze i zesrał się ze strachu. Niczego innego ci nie życzę…

Taaa, dzisiaj wyjątkowo dużo bluzgów i mięcha we wpisie. Wyjaśnienie tegoż jest banalne. Gdy pewne sytuacje, o których myśli/pisze człowiek dawno opuściły granice zdrowego rozsądku, jeśli napór syfu, groteski i poronionych pomysłów ze strony władzy jest nie do zniesienia, wtedy każdy myślący człowiek jest zwolniony z ubierania swojego niezadowolenia w językowe subtelności. Każda władza, to gówno i wrzód na dupie. Jednak ta władza, to wyjątkowy przykład zgnilizny i post-PRLowskich wzorców… Jak śpiewał niegdyś jeden z bohaterów tego wpisu:

“[…] może bardzo wielu nie zrozumie tych słów, ale nie ma litości dla skurwysynów!”

··· podkład muzyczny: Fredag Den 13:e, Disable, Pan Daijing,Davaajargal Tsaschikher, Death Toll 80k

 

DX-ing na falach krótkich/średnich – od czego zacząć? “Zestaw startowy” + przydatne informacje

Podziel się:










0Shares

Mnóstwo razy zetknąłem się z dziwną reakcją moich znajomych, gdy widzieli mnie w czasie radiowego nasłuchu na falach krótkich, czy średnich. Ich wyraz twarzy mówił wszystko: WTF?! Czarna magia!

 

Nic bardziej mylnego! W tym wpisie postaram się “skompletować” dla Was banalny zestaw: odbiornik – antena, dzięki któremu możecie w każdej chwili i w każdych niemal warunkach rozpocząć słuchanie radia w tych zakersach fal, które w Polsce są już niemal zapomniane, a które wciąż pośród szumów i trzasków kryją sygnały nadających codziennie radiostacji z całego świata. I wy, siedząc w domu, w parku, czy na łące możecie odbierać audycje z dalekich stron – a wszystko to za jakieś 80-150PLN (w zależności od odbiornika, jaki wybierzecie).

Wybór radioodbiornika globalnego

W chwili obecnej na rynku znajdziemy mnóstwo odbiorników globalnych (tak bowiem nazywamy radioodbiorniki służące do odbioru dalekich stacji na falach krótkich), a wybór zależy głównie od zasobności waszego portfela. Możecie kupić radioodbioornik za 50PLN, ale jeśli was stać, możecie sprawić sobie sprzęt za 2000PLN.
Dla stawiających pierwsze kroki w DXingu polecam mimo wszystko te tańsze modele, albowiem chodzi o oswojenie się z falami krótkimi/średnimi, a nie o profesjonalny nasłuch z zewnętrzymi antenami masztowymi i wypasionym sprzętem.

Zacznijmy od tego, że liderem w produkcji odbiorników globalnych są… Chiny. Minęły już czasy, gdy na rynku rządziły takie firmy jak Sangean, czy Sony (teraz możecie kupić drogie odbiorniki krótkofalowe tych firm, ale płacicie głównie za logo i za podzespoły “modne” ponad dekadę temu; chociaż wciąż jest to solidny sprzęt, wyssa wam sporo kasy z kieszeni). W chwili obecnej prym wiedzie firma Tecsun, która wypuszcza na rynek dziesiątki nowych modeli, dla klientów z różnymi portfelami. Są też budżetowe, bardzo dobre odbiorniki takich firm jak Degen, czy XHDATA.
Może najpierw kilka słów o tym, czego nie polecam. Z całą pewnością nie polecam odbiorników z analogowym zakresem i strojeniem na falach krótkich (odbiorniki z analogową skalą i mechanicznym pokrętłem zmiany częstotliwości). Oczywiście można trafić na w miarę dobre odbiorniki analogowe (Degen, Tecsun), niemniej sporo z nich to zabawki o słabej czułości strojenia, niskiej selektywności, na których częściej można złapać szumy / interferencje, aniżeli konkretne stacje krótkofalowe.

Poniżej prezentuję trzy pierwsze z brzegu przykłady radioodbiorników firm: Retekess i Tecsun, które należą do budżetowych, ale łączą też cechy w miarę dobrego odbioru na falach krótkich i średnich oraz zdecydowanie lepszej czułości strojenia. Zachęcam do przejrzenia specyfikacji tych modeli i poszukiwania podobnych odbiorników, jeśli te z jakiegoś powodu wam nie podchodzą. Wybór, jak już zaznaczałem wcześniej, jest naprawdę duży.

Retekess V115

 

Retekess TR-608

 

Tecsun PL-310ET

Sugeruję raczej zakupy na Aliexpress, z uwagi na fakt, że Polactwo-cwaniactwo w wielu przypadkach zawyża ceny na aukcjach Allegro, szczególnie odbiorników globalnych z niższej i średniej półki, zakładając że część klientów nie zrobi wcześniej cenowego i jakościowego rekonesansu. Zdarzają się jednak prawdziwe perełki na Allegro i możemy znaleźć oferty w cenach z Aliexpressu, czy nawet tańsze. Generalnie: oczy szeroko otwarte, włączamy w głowie Ceneo i spokojnie wybieramy radioodbiornik na jaki nas stać.
Podkreślam, że nie ma sensu szaleć z pierwszym odbiornikiem. Wybierzcie coś w granicach 100-150PLN – taki sprzęt pozwoli wam już oswoić się ze światem fal krótkich. Jeśli jednak nie macie finansowych ograniczeń, od razu polecam wam takie modele jak: XHDATA D-808, Tecsun PL-660, Tecsun PL-880Tecsun S-2000 – wtedy jesteście posiadaczami profesjonalnych odbiorników nasłuchowych z mnóstwem dodatkowych funkcji (zachęcam do przeglądu specyfikacji w necie!).

Anteny zewnętrzne

Fale krótkie i średnie, to kapryśne zakresy częstotliwości. Musimy pogodzić się z tym, że nie będziemy mieć tu do czynienia z taką jakością dźwięku jak w zakresie FM (aczkolwiek w wyjątkowych okolicznościach, gdy propagacja jest naprawdę dobra, zdarzają się odbiory w baaaardzo wysokiej jakości dźwięku). Dlatego w obu zakresach (SW i MW) anteny są kluczowym elementem nasłuchu. WIele odbiorników wyposażona jest w przełącznik czułości: DX/local, ale antena zewnętrza polepsza czasem siłę sygnału nawet o 70-100% (sic!).

Anteny zewnętrzne

Sporo odbiorników globalnych (w tym wszystkie droższe i bardziej zaawansowane) posiada antenowe wejście jack 3.5mm, a producent dodaje do radioodbiornika kablową antenę zewnętrzną (fota powyżej, antena z lewej) – to zazwyczaj 5-10 metrów przewodu zakończonego męską końcówką jack. Jeśli wasz odbiornik nie posiada wyjścia antenowego – żaden problem! Wystarczy kupić 10-15 metrów jednożyłowego przewodu elektrycznego. Potrzebny nam jeszcze “krokodylek” do którego lutujemy/skręcamy przewód i w czasie nasłuchów na falach krótkich mocujemy go do naszej anteny teleskopowej (fota powyżej, antena z prawej). Zdziwicie się, jak bardzo kawałek zwykłego przewodu polepsza siłę i jakość sygnału!

W przypadku DXingu na falach średnich antena zewnętrzna (jak te powyższe) oraz antena teleskopowa są bezużyteczne. Zakres MW (jak również LW – fal długich) charakteryzuje się swoją “kierunkowością”, tzn. że próbując złapać dobrej jakości sygnał radiostacji średniofalowej musimy skierować front lub tylną ściankę radioodbiornika mniej więcej w kierunku kraju, z którego pochodzi dana stacja radiowa. Każdy odbiornik wyposażony w zakres MW posiada wewnętrzną antenę ferrytową, która odpowiada za siłę sygnału (jak wspomniałem, nie ma sensu wyjmowanie anteny teleskopowej, gdy słuchamy radia na falach średnich). Aby znacznie podrasować odbiór MW, polecam wykonanie samodzielnie anteny kierunkowej (instrukcji jak to zrobić znajdziecie w necie od groma – w gruncie rzeczy mało skomplikowana operacja), ewentualnie zaopatrzenie się w antenę Tecsun AN-200 (fota poniżej).

Przestrajana antena Tecsun AN-200

AN-200, to antena przestrajana – możemy ją stroić do każdej wybranej częstotliwości, przy pomocy potencjometru. W wielu przypadkach antena ta poprawia jakość sygnału nawet o 100% (np. nagle słyszymy stację, której nie wyłapała antena ferrytowa, wbudowana w radioodbiornik. AN-200 świetnie się sprawdza jako antena stojąca obok odbiornika w czasie nasłuchu, lub możemy ją podpiąć do radioodbiornika przy pomocy kabla jack-jack (dołączonego w zestawie). Antena ta oczywiście nie wymaga zasilania i jest niezawodną pomocą w zakresie MW!

Kilka wskazówek

Jak już wiemy, zakresy fal: SW i MW, to kapryśne częstotliwości. Włączone w pobliżu telewizory, kompy, laptopy, ładowarki, pralki, mikrofalówki – wszystko to zdecydowanie zakłóca odbiór na falach krótkich i średnich. Nie obędzie się również bez anteny zewnętrznej w betonowych pudełkach, w jakich wielu z nas mieszka; lepiej wyjść z bloku i słuchać krótkofalowych stacji z dala od betonu, przewodów elektrycznych, linii wysokiego napięcia. Odbiorniki globalne, o jakich tu mowa są sprzętem mieszczącym się w większej kieszeni, zatem zaopatrzeni w parę metrów kabla i radioodbiornik, idziemy do parku,  na łąkę, rozwijamy i  zawieszamy zewnętrzną antenę na drzewie (lub w każdym innym dogodnym miejscu), względnie rozwiniętą kładziemy na trawie i… jeśli warunki propagacyjne będą sprzyjające, czeka was eksplozja stacji radiowych i nadawczych w eterze! Wtedy to doświadczycie naprawdę, czym są fale krótkie i jaką frajdę można czerpać z takiego nasłuchu.
Znajomość przynajmniej angielskiego sprawi, że w waszym zasięgu są praktycznie radiostacje z całego świata (albowiem rozgłośnie międzynarodowe nadające na falach krótkich niemal zawsze mają redakcję anglojęzyczną). Jeśli natomiast znacie dwa, trzy dodatkowe języki, czeka was jeszcze większy wypas nasłuchowy.

Bardzo ważna informacja: NIGDY nie prowadzimy nasłuchu radiowego w otwartej przestrzeni, lub z rozwieszoną (np. z okna) anteną zewnętrzną przed lub w czasie burzy!!! Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego…

Przydatne aplikacje DXingowe

Zabierając się za nasłuch krótkofalowy, dobrze jest znać “rozkład jazdy” poszczególnych stacji radiowych, nadających w danym półroczu. Tak, mowa tu o 6-miesięcznych cyklach – częstotliwości i godziny nadawania określonych audycji zmieniają się globalnie dwa razy w roku: 29 marca i 25 października. Z uwagi na olbrzymią ilość radiostacji w eterze, nie sposób śledzić jednostkowo zmian nadawania każdej z nich (niektóre stacje w danym cyklu przestają nadawać, mają awarie, zmieniają kilkakrotnie częstotliwości / godziny nadawania…). W internecie można oczywiście znaleźć strony, które aktualizują na bieżąco listę WSZYSTKICH stacji radiowych, ale wygodnie jest mieć dwa DXingowe narzędzia zawsze przy sobie, w formie aplikacji na Androida.

Shortwave Schedules, to pierwsza aplikacja, z której korzystam niemal codziennie. Zawiera ona aktualizowaną listę nadających radiostacji na falach krótkich z możliwością sortowania danych pod kątem czasu, nazwy stacji, częstotliwości. Każdy interesujący nasz wynik możemy obejrzeć na mapie wraz z lokalizają stacji nadawczej i zasięgiem sygnału. Mamy też możliwość zapisywania logów wraz z kodem SINPO po każdym odsłuchu danej stacji. W wersji premium (kosztuje to jakieś grosze) możemy tworzyć listę ulubionych radiostacji i mamy dostępny mega-wygodny interfejs wyszukiwania radiostacji po długości fali radiowej. Jak dla mnie – aplikacja niezbędna dla każdego maniaka fal krótkich.

 

Skywave Schedules, to apka posiadająca dokładnie te same funkcje jak ta opisana powyżej, z tym że zawiera jeszcze jeden krótkofalowy rarytas, mianowicie moduł SDR (Software-Defined Radio). Nie wdając się w złożone szczegóły techniczne, SDR umożliwia nasłuch radiowy w formie streamingu sygnału radiowego z określonej stacji wyposażonej w oprogramowanie SDR. Innymi słowy wybieramy sobie stację udostępniającą się w necie i słuchamy radia w formie streamingu, mając jednocześnie dostęp do całego zakresu fal radiowych, do poszczególnych modulacji  i trybów nadawania. Przydatna strona → KiwiSDR, WebSDR

Skywave Schedules

* * *

Karta QSL z potwierdzeniem odbioru Międzynarodowego Radia Tajwanu (red. rosyjskiej) + list z autografami pracowników i prezenterów redakcji

 

Uff… To by było na tyle, jeśli chodzi o absolutnie podstawowe informacje dotyczące tego, jak zacząć zabawę z falami krótkimi / średnimi. Czeka Was jeszcze sporo lekcji do odrobienia. Ale nic na siłę. Wraz z powiększającą się liczbą sesji nasłuchowych, wzrasta zainteresowanie technicznymi aspektami DXingu. Generalnie dobrze jest zapoznać się z ogólną wiedzą nt fal radiowych, ze szczególnym uwzględnieniem specyfiki fal którkich i zależności jakości sygnału od stanu atmosfery, od aktywności Słońca (sic!) i warunków atmosferycznych.
Poza tym sprawą równie fascynującą, co nasłuch w zakresie SW jest kontakt z redakcjami radiowymi z całego świata, otrzymywanie kart QSL (potwierdzających twój nasłuch danej rozgłośni), czy nawet korespondencja z poszczególnymi prcownikami radiostacji krótkofalowych. DXing, to mega-zajebiste hobby, które wciąga i nie przestaje fascynować – zacznijcie przygodę z falami krótkimi! :)

Marcin Hermanowski – Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów

Podziel się:










0Shares

Mamy do czynienia z publikacją wyjątkową, niestety funkcjonującą gdzieś w cieniu. A szkoda. Książka Marcina Hermanowskiego – Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów, to ważny kawałek historii, bez której trudno sobie wyobrazić obecny kształt mediów. Wynalazek dwóch fizyków: Aleksandra Popowa i Guglielma Marconiego zrewolucjonizował środki masowego przekazu na początku XX wieku, mimo że u swego zarania został dostrzeżony jedynie przez wojskowych. Radio, bo o nim oczywiście mowa, do dziś dzielnie walczy z telewizyjno-internetową konkurencją i można by powiedzieć, że generalnie ma się dobrze, chociaż poszczególne kierunki jego rozwoju mogą w XXI wieku budzić niepokój prawdziwych entuzjastów i ludzi autentycznie kochających radio i ten sposób przekazu informacji oraz komunikacji. Ale my nie o tym…

Radiofonia… jest książką wyjątkową – to pierwsza publikacja w Polsce obejmująca historię rozwoju radia od inauguracyjnej audycji Polskiego Towarzystwa Radiotechnicznego, którą wyemitowano 1 lutego 1925 roku, po dzień dzisiejszy, gdzie rynek radiofoniczny obejmuje zarówno radio publiczne, jak i komercyjne, gdzie postępuje cyfryzacja sygnału radiowego (DAB+), a rozgłośnie wykorzystują internet, by dotrzeć do nowych słuchaczy (m.in. poprzez podkasting).

Marcin Hermanowski w swojej pracy dużą wagę przyłożył do chronologicznego porządku wszystkich wydarzeń związanych z rozwojem radia w Polsce. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych (gdzie tak naprawdę wystartowała formuła rozgłośni radiowej kierującej do odbiorcy konkretny program), polskie radio – podobnie jak inne europejskie rozgłośnie – miało charakter państwowo-publiczny; w USA od samego początku prym wiodły rozgłośnie prywatne, a publiczna radiofonia w Stanach po dziś dzień jest niszowym medium. Hermanowski z kronikarską dokładnością opisuje działalność Polskiego Radia na przestrzeni lat. Szczególnie interesujące są dwa okresy: przedwojenny i ten bezpośrednio po wojnie, okres zarówno odbudowy radiowej infrastruktury jak i “umacniania się władzy ludowej”.

Pierwszy z tych okresów ma zasadnicze znaczenie, albowiem to wtedy radio nabiera swojego kształtu, przestaje być drogą zabawką dla nielicznych, a zaczyna pełnić rolę kulturotwórczą na terenie całego kraju, co ma niebagatelne znaczenie dla lokalnych społeczności – Autor doskonale opisuje rozwój kolejnych rozgłośni regionalnych Polskiego Radia, dzięki którym rzesze ludzi znękanych ciężką pracą po raz pierwszy raz w życiu mają kontakt z muzyką klasyczną, z literaturą czytaną na antenie, czy wreszcie z rozrywką pozwalającą na oderwanie się od codziennych problemów. Na audycje się czeka, całe rodziny gromadzą się przy radioodbiornikach – radio, to okno na świat!

Drugi, nie mniej ważny okres, to czasy gdy łapsko na Polskim Radiu kładzie aparat komunistycznego państwa i – rzecz do przewidzenia – monopolizuje przekaz radiowy na baaaardzo długo. Symptomatyczne – co podkreśla Autor – jest to, że pomimo cenzury i wyraźnego pacyfikowania niezależności w rozgłośniach, w radiowym środowisku istnieją ludzie, którzy umiejętnie umykają komuszym troglodytom, wciąż starając się, by radio wyszło z twarzą z tej politycznej zawieruchy, by choć część audycji miała swobodniejszy charakter.

Książka obfituje w setki ciekawostek i szczegółów z życia polskich rozgłośni publicznych, opisuje dokładnie powstawanie kolejnych programów Polskiego Radia, ich zasięg, tematykę na antenach i nade wszystko – potężny zapał techników, inżynierów radiowych, prezenterów, spikerów.
Radio staje się codziennym towarzyszem, od wczesnych godzin porannych – ze swoją gimnastyką i serwisami informacyjnymi –  poprzez reportaże, audycje muzyczne, słuchowiska i programy publicystyczne, po radiowy teatr wyobraźni i koncerty poszczególnych orkiestr Polskiego Radia. Wreszcie pojawia się Trójka i, można by rzec, okcydentalizuje się program i oferta radiowa, głównie w zakresie muzycznym. Poza tym bardzo ważny dla mnie Program Czwarty i Rozgłośnia Harcerska (w tamtych czasach punkowy głos w naszych domach!), Polskie Radio dla Zagranicy (jako jedno z nielicznych na świecie nadające niegdyś regularne audycje m.in. w moim ukochanym języku Esperanto) – mimo tego że z biegiem czasu Polskie Radio staje się biurokratycznym molochem, wciąż pracują w nim ludzie z głową na karku, pragnący puszczać w eter wszystko co najcenniejsze.
Tutaj mała dygresja – z doświadczenia słuchacza i miłośnika radia wiem, że najwięcej szkody i syfu temu medium przynoszą kolejne ekipy z politycznego nadania, absolutnie ze wszystkich opcji politycznych! Wszystkie unikalne audycje, cykle programów, wspaniałe kulturalno-edukacyjne projekty, absolutnie wszystkie, były i są po dziś dzień masakrowane przez politruków wszelkiej maści; to właśnie te pasożytnicze ścierwa najbardziej psują Polskie Radio i jego przekaz na przestrzeni wielu dekad! Może Marcin Hermanowski nie wyraża tego wprost, ale perfekcyjnie opisuje przypadki wywlania z anten rewelacyjnych audycji, zamykania całych redakcji (syf jaki zrobiono ze świetnym Radiem BIS, czy zmiany w Polskim Radiu dla Zagranicy, nie wspominając już o obecnym kształcie Polskiego Radia 24, którego, kurwa, nie da się słuchać z uwagi na upolitycznienie godne komunistycznego Radiokomitetu).

Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów, zawiera rzecz jasna informacje o innych okresach działalności Polskiego Radia, ale obejmuje także początki działania w Polsce radiofonii komercyjnej. Burdel nadawczy jaki panował na początku lat 90-tych XX wieku, to symptomatyczny czas. Wojna o częstotliwości, gangsterka w eterze, okres przejściowy pomiędzy dolnym (obowiązującym w Rosji i krajach byłego ZSRS) pasmem UKF, a nowym – górnym (tym obecnym: 87.5 – 108 MHz)… Hermanowski ze swoją opowieścią dociera aż do czasów współczesnych, gdzie radio stoi przed nowymi wyzwaniami. Niebagatelnym przedsięwzięciem jest cyfryzacja sygnału radiowgo w oparciu o technologię DAB+, coś co w Europie Zachodniej jest niemal standardem, u nas praktycznie się zaczęło (w DAB+ nadają wszystkie programy Polskiego Radia, łącznie z regionalnymi rozgłośniami). Mam przyjemność słuchania radia w DAB+ codziennie i namawiam wszystkich do kupna odbiornika DAB+! Na powrót zakochacie się w radiu!

Czego brakuje mi w tej książce? Kilku elementów. Przede wszystkim Autor nie rozwija szczegółowo technicznych aspektów działania stacji nadawczych. Brakuje mi również relacji ze słyszalności Polskiego Radia na przestrzeni lat, na długich, średnich i krótkich falach. Oprócz tego słabo opisano rynek odbiorników radiowych, a to mógłby być bardzo ciekawy rozdział!
Nie czepiam się, oczywiście. Mam świadomość, że jest to książka historyczno-popularyzatorska, a  nie techniczne archiwum.  Mimo tego, byłbym wniebowzięty gdyby w polskich księgarniach ukazała się opasła antologia nt polskiej radiofonii, obejmująca wszystkie ośrodki regionalne, opisująca szeczegółowo częstotliwości nadawania, moce nadajników, ich modernizację / wymianę.

Podsumowując: Radiofonia w Polsce…, to niezwykle cenna książka, którą powinni przeczytać wszyscy, którzy zachowali jeszcze choćby gram nostalgii w stosunku do radia oraz ci, dla których radio wciąż jest codziennym towarzyszem w życiu. Książka zawiera morze archiwalnych forografii dokumentujących działalność poszczególnych rozgłośni – jest na co popatrzeć, jest co wspominać!

***

Dla mnie osobiście temat pt.: Polskie Radio, to mega-emocjonalna sprawa. Po prostu szlag mnie trafia, gdy widzę, co dzieje się z poszczególnymi programami na przestrzeni ostatnich, powiedzmy, 20 lat. Spacyfikowano Polskie Radio BIS, absolutnie unikalny program edukacyjno-kulturalny, który wyraźnie odcinał się od gównianej popkulturowej masówki obecnej w komercyjnych shit-stacjach, który był źródłem wiedzy bez pierdolonych fajerwerków! Pewnych rzeczy nie da się sprzedać – pewne wartości i sposób ich przekazywania wymagają stabilnej formy jaką bez wątpienia było Radio BIS! Cholernie tęsknię za tym programem! W zamian mamy Czwórkę, która ni chu… nie jest kontynuatorką tej Czwórki z końca lat 80-tych. To niszówka dla juppies, przeładowana “alternatywną” papką muzyczną. Sorry, ale ja nie kupuję tego w ogóle!
Wiele lat temu Polskie Radio dla Zagranicy (zwane teraz Radio Poland) olało nadawanie na falach krótkich, co dla mnie jest szczególnym kurewstwem! Zresztą nie o mnie chodzi; tępaki odpowiedzialne za tą decyzję nie rozumieją tego, że to właśnie na falach krótkich słuchano Polskiego Radia na Ukrainie, Białorusi, w dalekich syberyjskich zadupiach Rosji, czy w zapomnianych polskich wioskach Kazachstanu. Do dziś przecież na olbrzymich tetytoriach Wschodu można zapomnieć o internecie, a radio jest jedynym oknem na świat! Zlikwidowano również na falach krótkich redakcję Esperanto, która powinna być prestiżową choćby z uwagi na fakt, że twórca języka międzynarodowego –  Ludwik Zamenhof – pochodził z Polski. Smutne, że w Espreanto nadają komunistyczne Chiny, a “fachowcy” od kierowania polityką Polskiego Radia położyli na to laskę.
Brakuje również programu informacyjnego z prawdziwego zdarzenia. To jak cudownie spierdolono Polskie Radio 24 jest dobitnym przykadem na to, że polityczne ścierwojady trzymające łapsko na Polskim Radiu rok po roku pogrążają polską radiofonię publiczną w morzu absurdu i szamba.
Jestem zdecydowanym przeciwnikiem “doganiania radiostacji komercyjnych” przez Polskie Radio. PR powinno być przedsięwzięciem autentycznie misyjnym – chcę by kasa, którą kradnie mi to pieprzone państwo została spożytkowana, a nie zmarnotrawiona! PISowskie buractwo z TVP dostaje jakieś kuriozalne miliardy na disco-polo, na jebnięte seriale, na teleturnieje dla półmózgów, na propagandę smoleńską, czy na gnioty w stylu TVP Rozrywka, a radio? Radio dogorywa, chociaż gdyby nie prawdziwi entuzjaści i profesjonaliści w tym medium, już dawno polityczne mutanty pożarły by i Dwójkę i Trójkę…

Kryzys w Polskim Radiu, to temat-rzeka… Conajmniej na kilka długich postów. Ja nie przestanę mieć nadziei na lepsze czasy dla PR. Przy rozsądnej polityce antenowej, radiofonia publiczna może jeszcze nie raz zakwitnąć, dając nam wszystkim autentyczną przygodę ze słowem, informacją i wyobraźnią!
Należy też uświadomić sobie prosty fakt. Nie ma drugiego tak unikalnego medium jak radio właśnie. Zachłyśnięcie się digitalizacją i transmisją internetową na nic się nie zda w przypadku jakichkolwiek poważnych kryzysów; w sytuacji, gdy nastąpi jakieś wielkie “bum!” na skalę kontynentalną / światową, znika internet, znika telewizja, nie ma prasy.. Pozostają prawa fizyki i fale radiowe… I książki w zgliszczach…