Kazanie noworoczne

Podziel się:
0Shares

1 stycznia 2021 roku.

Nie wydarzyło się nic, ponad to, co z dopuszczalnymi dozami prawdopodobieństwa powinno się wydarzyć. Nie podoba mi się nasze “ugłaskiwanie” czasu, wszelkie tendencje do trywializacji naszego zanurzenia – bycia w czasie, z jednej strony, a z drugiej traktowanie czasu do bólu “użytkowo”. Tak, jakbyśmy nie byli w stanie wyzbyć się nawyku “wykrawania” z czasu wygodnych dla nas pojedynczych kąsków; linearna percepcja czasu jest jednocześnie jego instrumentalizacją, a my tkwimy pomiędzy tymi ścinkami, skrawkami, okruchami czasu, z poczuciem coraz większego burdelu w głowie…
Marzy mi się doświadczenie bycia w czasie tak, jakby go zupełnie nie było. Ale czego? Czasu jako takiego, czy też doświadczenia czasu? Intuicyjnie skłaniam się ku drugiemu wariantowi, a zatem ku doświadczeniu bycia zanurzonym w strumień egzystencji, bez świadomości jej “czasowych atrybutów”…

Sądzę jednak, że na taki luksus możemy pozwolić sobie jedynie w przestrzeni, której nie jesteśmy w stanie ogarnąć ot tak – umysłem, wzrokiem, wyobraźnią… Coś musi ewidentnie wymykać się nam z rąk, przelewać, przesypywać przez nie, by owa bezsilność doprowadziła nas do pogodzenia się z naszymi ułomnościami. Swoista bezradność jaka nas ogarnia w czterowymiarowym świecie musi być na tyle dojmująca, czy wręcz bolesna, abyśmy w efekcie zrezygnowali z prób rozumienia, ogarniania, uchwycenia nas w byciu.

Takimi przestrzeniami są niewątpliwie niekończące się stepy Mongolii, czy Kazachstanu, albo syberyjska tundra. Ale nie rozpędzajmy się zbytnio – możemy spokojnie rozmyślać nad tymi przestrzeniami, bez śliskiej poetyckiej nuty, bez metafizycznych kalek, bez błazenady polegającej na “przebieraniu się w szamanów”, do czego tak często skłonni są ludzie Zachodu; szamanizm zostawmy prawdziwym szamanom – to ich działka i ich naturalny świat. My, w naszym europocentryzmie tkwimy, niczym w szambie i ciężko nam w smrodzie naszej codzienności wyłowić nuty światów ewidentnie nie naszych.

foto: www.indostan.ru

W mojej ulubionej wersji filozofowania i potykania się o rzeczywistość, bycie jako takie (kocham tą jedną z najbardziej popularnych konstrukcji ontologicznych obecną niemal w każdym dyskursie nt istnienia!) obwarowane jest szeregiem zastrzeżeń, przypisów i lęków związanych z niemożnością “pozostawienia w spokoju” własnego istnienia, jako bezprzymiotnikowego bycia. Problem polega na tym, że rozmyślając nad tym gdzie umiejscowione jest moje bycie (czy raczej – w jakiej przestrzeni kształtuje się świadomość mojego bycia), niejako automatycznie pojawiają się refleksje na temat tego, jak owo bycie przejawia się w rzeczywistości, a zatem i w przestrzeni skorelowanej z czasem (bądź też z naszym wyobrażeniem czasu). Te nieznośne zastrzeżenia i wspomniane “jak” są u mnie niczym zgliszcza, jakie pozostawiły w mojej głowie trzy huragany o nazwach: Kirkegaard, Nietzsche i Heidegger.

Z takim doświadczeniem filozoficznym ciężko rozmyślać o bezkresnych stepach Mongolii w celu wyzbycia się toksycznych wyobrażeń o czasie – po to, by po prostu być. Przepiękne w filozofowaniu jest odkrywanie meandrów naszego istnienia niejako “po drodze”. Jeszcze ciekawsze jest to, że owe ontologiczne refleksje mogą pojawić się znikąd, a niemożność zlokalizowania ich pochodzenia tym bardziej prowokuje do dalszego wgryzania się w materię bycia.
Oto wczoraj, wiedziony kompletnie bezrefleksyjnym, tępym instynktem stadnym, wypiłem o północy Северное Игристое (“ruski szampan” made in Góra Kalwaria, produkt o smaku mydła i perfumowanych kostek do kibla),a pusta butelka skłoniła mnie do powyższych rozmyślań…

… albowiem w chwili, której się nie spodziewacie, myśl filozoficzna przyjdzie.

··· podkład muzyczny: Hanggai, Sedaa, Yat-Kha, Huun-Huur-Tu, San Mantsakay

::: zlew ::: | lasery i radiowa Trójka

Podziel się:










0Shares

Zbiorczy post, coby w jakiejś znośnej formie nie rozdrabniać się zbytnio i zawrzeć w jednym wpisie to, co kotłuje mi się w głowie… W ogóle ostatnio myślę nad tym jak rozwiązać problem natłoku myśli wszelakich i jak wpasowywać ten nurt nieuporządkowanego dumania w formę posta blogowego. Walczą we mnie dwie tendencje: przekształcić дискраст w blog monotematyczny, typowo poruszający kwestie Wschodu, Rosji, kultur Syberii i społeczno-politycznych aspektów w tej części świata, albo kontynuować pisanie o kilku dyżurnych interesujących mnie sprawach…

* * *

Niemal trzy miesiące kwarantanny wyszło mi dobre. Dosłownie i w przenośni. Nie powiem, że wykorzystałem / wykorzystuję ten czas mega-produktywnie, chociaż zaliczyłem wiele zaległych książek, zrobiłem porządek z kompem (zmieniłem system: o ostatnim przemeblowaniu linuksowym napisałem na Telegramie), opierdalałem się cudownie jak nigdy dotąd, ale nade wszystko odzyskałem sporo przestrzeni w głowie i wokół siebie…

 

 

Obecnie tkwię na wypowiedzeniu, wczoraj po raz ostatni byłem w pracy. Mogę powiedzieć, że była to sytuacja do przewidzenia. Po niemal dziesięciu latach pracy na laserach Trumpf mam już dosyć… Mimo, że lubię tą pracę, podoba mi się proces obróbki metali przy użyciu lasera, to jednak wyraźnie czuję syndrom “zmęczenia materiału”. Ostatnie dwa lata sprawiły, że widząc laser mam ochotę się puścić pawia. Rzecz jasna nie o sam laser chodzi, a o dotychczasową atmosferę w miejscu pracy; kiedy po dwóch latach przychodzisz ostatni dzień do pracy i wciąż masz wrażenie jakby to był twój pierwszy dzień w robocie, to chyba coś jest nie halo :/ Nie chce mi się o tym pisać bardziej szczegółowo, albowiem przemieliłem w głowie ten temat na wszelkie możliwe sposoby (co psychologicznie wyszło mi zdecydowanie na dobre – takie introspekcje, to solidna dawka “antydepresantów domowej roboty”).

Póki co jestem więc bezrobolem. I dobrze. Z wiekiem tylko bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że nie ma najmniejszego sensu rozpierdalać się na tysiące kawałków w nerwówce i pogoni za kolejnym miejscem pracy – byle szybciej, byle zachować “ciągłość zatrudnienia”, byle pod presją czasu i jebanego rynku pracy pozostać na powierzchni tego syfiastego bajora konkurencji. Jeśli ktoś w tym momencie zacząłby nawijać te suche kapitalistyczne mantry, że “takie są teraz czasy, stary!”, “tak działa świat!” – serio, wyrzygałbym mu się pod nogi.
Ta pieprzona kwarantanna1Używam konsekwentnie tego debilnego określenia, oficjalnie funkcjonującego w “czasach zarazy” włącznie dlatego, że realnie znajduję się w grupie ryzyka, jako astmatyk po kilku zapaleniach oskrzeli, po obustronnym zapaleniu płuc i sepsie… pomogła mi nabrać dystansu do wielu stresujących sytuacji, w jakich często znajdujemy się, będąc pod presją pracodawcy. Podobnego dystansu nabrałem do permanentnego wkurwa na współpracowników nie przejawiających jakiejkolwiek inicjatywy pro-pracowniczej. Przestałem emocjonalnie podchodzić do tego, że syndrom sztokholmski wciąż trzyma za ryj olbrzymią część klasy robotniczej. Gdy wszelakie sugestie tyczące się praw pracowniczych kwitowane są milczeniem, a spojrzenie twoich współpracowników mówi ci: jak to?! sprzeciwić się?! pracodawcy?!, wtedy opadają ci ręce… Bez robotniczej solidarności w miejscu pracy i poza nim (symptomatyczne: w ciągu dwóch lat nie byłem ani razu na piwie z kimkolwiek z pracy, nie wspominając już o jakichkolwiek innych towarzyskich spotkaniach) jest się skazanym na ostracyzm, a ten perfekcyjnie wykorzystywany jest przez pracodawcę. Nie chcę powiedzieć, że moje ostatnie doświadczenia, to obóz pracy i eksploatacja, bo tak oczywiście nie było. Chodzi mi o specyficzną atmosferę; jeśli codziennie przez dwa lata czujesz się kurewsko nieswój i jesteś wyobcowany w miejscu, gdzie spędzasz na dobrą sprawę połowę swojego życia, niechybnie rzuci ci się to na mózg.

Ostatnie miesiące spędzone w domu sprawiły, że w dużej mierze przewietrzyłem swój umysł… Udało mi się osiągnąć stan względnego spokoju wewnętrznego; radość i satysfakcja pojawiające się w prozaicznych sytuacjach, to deficytowe odczucia, o których istnieniu niemal zapomniałem. Teraz gromadzę siły i cieszę się z powodu dupereli – to ważne.

* * *

Na temat kondycji Polskiego Radia pod butem PISu napomknąłem w recenzji książki Hermanowskiego o historii polskiej radiofonii. Nędza i rozpacz. Trzeba być naprawdę tępym fiutem, albo tępym PIS-owcem (co chyba na jedno wychodzi, jeśli już jedziemy na fali obrażania zwolenników reżimu), aby nie widzieć tego, że zarówno strukturalnie, jaki i decyzyjnie/politycznie, mediami państwowymi rządzi obecnie Radiokomitet, czystej wody postkomunistyczny moloch mający w swojej garści nie tylko radio, TV, serwisy internetowe, ale również myśli i słowa pracowników tychże mediów.
Jakże często chce mi się rzygać gdy w Radio TOK FM wytresowani dziennikarze i dziennikarki jadąc na kalkach czystej michnikowszczyzny obnażają swój “obiektywizm” i profesjonalizm. Ten sam wylew syfu oglądamy w TVN24. Ale dostrzegając pewną gradację degeneracji i absurdu w dziennikarskim świecie, dochodzimy do granicy wytrzymałości naszego umysłu, docieramy do miejsca, gdzie rozum śpi, gdzie budzi się propagandowa bestia, gdzie nikt, naprawdę NIKT normalny nie jest w stanie wytrzymać. Wydawać by się mogło, że to kres, że dalej nie ma już nic… Hehe, co za brednie! To właśnie tam zaczyna się królestwo Radiokomitetu!

Putinizacja polskiej polityki jest widoczna jak na dłoni dla każdego, kto śledzi i polską i rosyjską rzeczywistość. Jest to dla mnie tym bardziej symptomatyczne, że Kaczyński i jego przydupasy ostentacyjnie od dziesięcioleci stroją się w antyrosyjskie piórka, podczas gdy ich systemowe “rozwiązania” są niemal żywcem wyjęte z teczek kremlowskich PR-owców. Dokładnie z tym mamy do czynienia w przypadku Polskiego Radia.
Cieszyłem się kiedyś, że kupiłem radioodbiornik z technologią cyfrowego odsłuchu radia DAB+. W Polsce póki co w DAB+ nadają wyłącznie stacje Polskiego Radia (z regionalnymi rozgłośniami i z kilkoma radiostacjami z projektu Radia Gminnego włącznie).I c o z tego, skoro w chwili obecnej jedynym programem radiowym nadającym się do słuchania jest “Dwójka”?

Oto, jak zjebanymi politycznymi decyzjami i machlojami można spierdolić tak potężne medium jak Polskie Radio! Za czasów Kwacha i Millera, za czasów AWS-u i aferzystów z PO również mieliśmy do czynienia z ręcznym sterowaniem i grzebaniem w radiowych bebechach, ale Polskie Radio ery Kaczyńskiego, to do kurwy nędzy, jakiś naprawdę koszmarny dowcip. Serio, spośród wszystkich stacji publicznych w chwili obecnej można wytrzymać jedynie z Dwójką (no i z niszowym Radiem Chopin, które de facto jest bliźniacze tematycznie z  Dwójką i można słuchać go jedynie na DAB+ i w necie) – cała reszta przeżarta jest pierdolonym PIS-owskim bełkotem!

Oczywiście nie od dziś wiedziałem o tragicznej sytuacji w Trójce. To najbardziej sponiewierana i upokorzona przez PIS radiostacja publiczna. Nie wiem, co buractwo przylepione do Kaczyńskiego chciało udowodnić rozpierdalając kompletnie redakcję tego radia. Jednym z argumentów byłą “dekomunizacja”, która w 2020 roku, a nade wszystko, w ustach tych jebanych hipokrytów (wśród których roi się od PZPR-owskiego koniunkturalnego ścierwa) brzmi cokolwiek groteskowo. Wyjątkowo antypatyczna menda (żeby nie użyć słów cięższego kalibru…), “dziennikarka” Dorota Kania, usłużnie przypomniała niedawno, że Trójka powstała w okresie stanu wojennego jako “wentyl bezpieczeństwa” dla wkurwionej PRL-em młodzieży, ergo: Trójka A.D. 2020 pozostaje medium komuszym, z układami, z zabetonowanymi klanami dziennikarskimi itd. Po pierwsze, mówi to babsko, które czerpie garściami i pławi się w obecnym reżimie dokładnie tak samo jak Urban pławił się w PRL-u. Po drugie – fakt, w Trójce “zasiedziało się” wielu starczych dziennikarzy, którzy utuczyli się na swojej sławie i stali się nietykalni, poza zasięgiem jakiejkolwiek krytyki (vide Mann, czy Niedźwiedzki żeby nie szukać dalej…); do Trójki w bardzo kontrolowany sposób trafiały nowe, młode głosy. To prawda. Ale jaki to ma związek z ogólnym profilem tej stacji? Czy tępe PIS-owskie świnie naprawdę kierują się quasi-logiką typu: jeśli w czasie stanu wojennego Trójka puszczała zagraniczną muzykę, by odwrócić uwagę młodych od opozycji, to niejako z automatu przedłużyła swoją “misję” na czasy po komunie? Czy taki myślowy bełkot ma jakieś pierdolone odzwierciedlenie w audycjach Oli Kaczkowskiej, albo miał odzwierciedlenie w audycji Wrzenie świata?

 

 

Afera z kawałkiem Kazika na pierwszym miejscu Listy Przebojów Trójki jest tylko ukoronowaniem tej PIS-owskiej porażki. Pokazuje ona doskonale jak cudownie, jak perfekcyjnie pionki przyspawane do stanowisk decyzyjnych dzięki władzy PIS restaurują komunistyczne struktury, jak strachliwe, wiernopoddańcze reakcje nijakich żołnierzyków tej patykowatej władzy mają wpływ na losy ogólnopolskiej stacji radiowej. Jak po ludzku nazwać obecnych włodarzy PR, Trójki? Tylko ślepy, albo głupi nie zauważy tych subtelnych, niewolniczych, żenujących decyzji – byle tylko przypodobać się temu śmiesznemu człowieczkowi z Żoliborza. Tutaj, Panie i Panowie, nie ma już miejsca na jakieś głębsze, wyważone refleksje – tutaj liże się dupę władzy otwarcie, ostentacyjnie, bezrefleksyjnie, tępo i poddańczo. Ten schemat w obecnej Polsce jest powszechny. Wie o tym również Dorota Kania, zaangażowana w ten polityczny rimming nawet bez stanu wojennego.

Kawałek Kazika, Twój ból jest lepszy, niż mój, wylądował na 1. miejscu 1998-go wydania LP3. Zaraz potem info o tym wyparowało ze strony Trójki i pojawił się komunikat dyrekcji radia, że lista została sfałszowana, a w/w kawałek faktycznie zajął 4. miejsce. Później zorganizowano konferencję prasową, na której pokazano “skandaliczny mechanizm fałszowania listy przebojów”, co tylko pogrążyło tą jebaną bandę radiowych decydentów.
Niedźwiedzki nie jest moim bohaterem, ani mnie on ziębi ani grzeje, nie należę do jego fanów. Skoro on, bądź jego asystent przy okazji odsiewania realnych głosów słuchaczy od “głosowań” botów dokonywali ręcznych zmian w kolejności utworów na liście Trójki, dlaczego czujne mordy radiowej wierchuszki nie interweniowały wcześniej? Może jakiś kawałek Deep Purple, Organka czy innego Pearl Jam również został na nielegalu wrzucony kilka oczek wyżej?! Nieee, to byłoby zbyt banalne! Usłużne sługusy władzy zareagowały, gdy na horyzoncie pojawił się kawałek, który cała Polska powinna wyśpiewać w ryj temu samozwańczemu quasi-Napoleonowi, zdziwaczałemu starczemu księciu ewidentnie nie-z-naszej-bajki! Kawałek Kazika rewelacyjnie wpisał się w to, co odpierdala się w tym kraju pod rządami Kaczyńskiego. Prymitywna, ludowa rytmika i melodia oraz tekst mega-celnie pokazujący wszechwładzę tego małego, zakompleksionego człowieczka i jego jeszcze mniejszych przydupasów…

Przy okazji, nie wiadomo który to już raz, obwołano Kazika zbuntowanym artystą, twórcą niemal politycznym, autorem protest-songów… Pusty śmiech mnie ogarnia, bo jeszcze nie tak dawno Kazik apelował, “aby dać szansę Kaczyńskiemu”.. Poza tym – umówmy się – Kazik nigdy nie był żadnym politycznym “piosenkarzem”. Kilka tekstów będących komentarzami do rzeczywistości politycznej (owszem, bardzo celnych!) nie czyni z niego “buntownika”… Zresztą o czym tu mowa :D Wychowałem się na takich kapelach jak Crass, Conflict, Minor Threat, Subhumans, Dead Kennedys… Z perspektywy DIY sceny anarcho-HC/punk Kazik jest tylko kolejną mainstreamową gwiazdeczką… Cenię kilka jego songów, bo są świetne. Tak jak ten prymitywny kawałek-skandal, który przyprawił o ból dupy szefostwo Polskiego Radia.

Wracając jeszcze na moment do Niedźwiedzkiego… Koleś prowadził przez 35 lat Listę Przebojów w Trójce. To najdłużej istniejąca lista przebojów w polskich mediach. Usłużne prawicowe ścierwojady “dziennikarskie” nadmieniły zaraz po aferze z piosenką Kazika, że Niedźwiedzki i tak chciał odejść z Trójki, więc przy okazji zrobił to “z przytupem”, windując sztucznie kawałek przeciw władzy na 1. miejsce listy. Tak na odchodne.
Ktoś w necie trzeźwo zauważył: Niedźwiedzki przez większość swojego życia prowadził w/w listę przebojów, wychował na niej kilka generacji słuchaczy (i chuj mnie obchodzi, co myśli o tym jakaś Kania) i nadchodzi 1998. wydanie owej listy… Pomyślcie – kto chcący “z przytupem”, skandalicznie opuścić radiostację, robi to dokładnie na dwa wydania do 2000-ej edycji Listy? Przecież gdyby Niedźwiedzki chciał rzekomo ręcznie wrzucić song Kazika na pierwsze miejsce, mógłby zrobić to właśnie w czasie jubileuszowego wydania! To byłoby odejście! Mógłby jeszcze wtedy mniej lub bardziej kulturalnie oznajmić na antenie: pierdolę waszą PIS-owską bandę, która zdemontowała Trójkę!

Po raz kolejny, po incydencie z cenzurowaniem listy przebojów, odeszła z Trójki kolejna – liczna! – grupa dziennikarzy. Nie wiem, kto tam jeszcze został, oprócz sprzątaczek, koniunkturalistów i takich antypatycznych pasożytów obecnej władzy jak Grzegorz Górny, Marcin Wolski (ikoniczny wręcz, żenujący przykład betonu PRL-PIS), czy Paweł Lisicki (prawicowy bełkot-Od-Reczy)…
Życzyłbym sobie, aby takie postaci jak Ola Kaczkowska czy Dr Wilczur, zwinęli swoje manele i wraz ze swoimi świetnymi audycjami opuścili PIS-owską Trójkę. Zawsze znajdą morze słuchaczy i wielbicieli – w necie i na innych radiowych falach!

Ja żegnam się z Trójką. Nie włączę tej stacji dopóki w tym kraju będzie rządziła ta skurwiała banda. Dopisuję Trójkę do kolejnych reżimowych stacji. Jeszcze niejako siłą rozpędu i moich fascynacji słuchałem tych kilku fajnych trójkowych audycji. Teraz nie ma to już najmniejszego sensu…

Bardzo podoba mi się jeden z ostatnich kadrów teledysku do piosenki Twój ból jest lepszy niż mój. Jest mega-symptomatyczny! Surowy. Prawdziwy.

 

 

Kaczyński, na pewno nie czytasz дискраста, hehe… Ale nic to, Drogi Przywódco! Z tego miejsca życzę ci, abyś – zanim kopniesz w kalendarz i spoczniesz six feets under – pozbawiony swoich dupolizów i sługusów wokół, zetknął się z takimi właśnie spojrzeniami wszystkich tych, którzy mają dość twoich pierdolonych politycznych fanaberii! Chciałbym żebyś spojrzał w te wszystkie wkurzone twarze i zesrał się ze strachu. Niczego innego ci nie życzę…

Taaa, dzisiaj wyjątkowo dużo bluzgów i mięcha we wpisie. Wyjaśnienie tegoż jest banalne. Gdy pewne sytuacje, o których myśli/pisze człowiek dawno opuściły granice zdrowego rozsądku, jeśli napór syfu, groteski i poronionych pomysłów ze strony władzy jest nie do zniesienia, wtedy każdy myślący człowiek jest zwolniony z ubierania swojego niezadowolenia w językowe subtelności. Każda władza, to gówno i wrzód na dupie. Jednak ta władza, to wyjątkowy przykład zgnilizny i post-PRLowskich wzorców… Jak śpiewał niegdyś jeden z bohaterów tego wpisu:

“[…] może bardzo wielu nie zrozumie tych słów, ale nie ma litości dla skurwysynów!”

··· podkład muzyczny: Fredag Den 13:e, Disable, Pan Daijing,Davaajargal Tsaschikher, Death Toll 80k

 

Jaroslav Rudiš – Cisza w Pradze | smažák, pivo a Nádraží Holešovice…

Podziel się:










0Shares
To nie będzie recenzja. Tak myślę. To będzie moja mała wędrówka; Praga, jakakolwiek by nie była i jakkolwiek by jej nie odbierać – nigdy nie znika, nie sposób jej wymazać z głowy, nawet gdyby bardzo się chciało. A ja bardzo nie chcę…

* * *

Gwiazdy nad Pragą zgasły.
Lato się skończyło.

Tak właśnie kończy się powieść Jaroslava Rudiša, Cisza w Pradze. Czeski, oryginalny tytuł (Potichu) jeszcze dobitniej splata się zarówno z treścią książki, jak i z jej zakończeniem…
Kilka razy miałem okazję kupić/pożyczyć tą książkę w oryginale. Siedziałem na kiblu u znajomego Czecha, a na pralce leżało Potichu. Pomyślałem: mam tłumaczenie, luz. Teraz wiem, że zjebałem sprawę. Powinienem przeczytać, pochłonąć tą książkę po czesku. W pociągu, w busie, w ruchu – byle po czesku. Powieść Rudiša znakomicie nadaje się do metra, do długich przepraw tramwajowo-autobusowych. Tak, by wokół przeszkadzał nam tłum i dźwięki miasta, by niedbale zaznaczać na której stronie skończyło się czytać i znowu zacząć lekturę po kolejnej przesiadce…

Wypełzam z roboty na przedmieściach Pragi. Czwarta popołudniu. Pierwsze dni września. Lato się skończyło. W Pradze.
Autobusowa pętla zapełnia się robolstwem ostatniej kategorii. Wszyscy pracujemy za pośrednictwem agencji. Legalnie i na samym dnie zarobkowej hierarchii. Plusem są wypłaty-tygodniówki czy nawet dniówki oraz to, że to ja sam decyduję, czy przyjdę jutro do pracy, czy nie. Czy będę pracował osiem, dziesięć, czy dwanaście godzin. Miesiąc, czy pięć dni. Idealnie dla squattersa bez adresu (nikt w agencji nie oburza się na brak stałego miejsca zamieszkania)…
Dwadzieścia minut w śmierdzącym benzyną autobusie. Stary węgierski Ikarus-przegubowiec. Siadam jak zwykle strategicznie, pomiędzy drzwiami, by móc dyskretnie wstać i ulotnić się między przystankami, w miejsce, gdzie być może nie dorwie mnie kanar. W sumie z przyzwyczajenia. Autobus wjeżdża w “prawdziwą Pragę”, w jej przedmieścia, w koniuszki palców miasta… Kilka przystanków i już jestem na ostatnim/pierwszym przystanku metra. Černý Most – żółta linia.

Ukončete, prosím, výstup a nástup, dveře se zavírají! – tekst praskiego metra, który nigdy się nie nudzi.

Jadę opustoszałym wagonem metra, zjebany i myślący tylko kawałkiem mózgu. W plecaku opasły II tom Baśni tysiąca i jednej nocy po czesku, jeden z wielu jaki Patrycja znalazła w śmietniku – śmietnikowy prezent. Nie mam siły czytać… Coraz więcej ludzi w wagonie. Zbliża się stacja Florenc. Krzyżówka z czerwoną linią i wielkie przesiadki… Stąd mam tylko dwa przystanki “do domu”, ale wysiadam i jadę w przeciwną stronę – na I.P. Pavlova. Do agentury, po kasę za pracę.
Wracam do metra z koronami w kieszeni, przeciskam się przez tłum urzędasów, gówniarzy z iPhone’ami, przez tłum Prażaków totalnie zobojętniałych na to, co dzieje się wokół. Ktoś czyta Metro, ktoś gapi się w okno… Ślicznie pachnąca dziewczyna obok mnie umawia się z gościem stojącym tyłem. Dneska? Letňany? Oka! Pachnie tak ładnie, że sam czuję jak śmierdzę squatem.
Wysiadam na Nádraží Holešovice. Prawie w domu… Wyłażę z metra i przechodzę przez ulicę Plynární. Środkowy palec do tramwajarza, który jak zwykle ma wyjebane na przechodniów. Kupuję u Wietnamczyka dwa Braniki, czerwone wino w kartonie, tytoń, kawę i papírky Vážka – najpopularniejsze bletki w Czechach. Witam się ze znajomą żulerą pod sklepem. Przebiegam przez ulicę i w budzie obok stacji metra kupuję najlepszy smažák w tej części Pragi: świeża bułka, gruba panierka, ciąąągnąąąący się ser i sos tatrski. Wracam na drugą stronę ulicy, siadam, jem, piję piwo. Zniknął czas. W Holešovicach tym bardziej. Piwo i smażony ser.
(W Pradze kurewsko trudno odczuć brak czasu wokół, brak presji – jak w każdej metropolii. Niemniej istnieją w tym mieście miejsca, gdzie człowiek zaczyna czuć się inaczej, niż dotychczas. Bez porównań z Polską – po prostu inaczej!)

Na squat jeszcze dwa przystanki autobusem. Zimno. Lato się skończyło. Praga troszkę szarzeje… Dopijam piwo i lecę. Piechotą.
Most Barikádníků, to najmniej romantyczny most nad Wełtawą. Siadam pod jego tłustym betonowym cielskiem i otwieram drugie piwo. Na drugim brzegu Wełtawy na kortach fruwają tenisowe piłki… Ostatnie promienie słońca liżą akademik-wieżowiec, Kolej 17. Listopadu. Nasi sąsiedzi. Skręcam fajkę i gapię się w oleisty nurt rzeki. Jest mi dobrze. Jest mi normalnie. Wełtawa wysysa moje zmęczenie, Branik smakuje tak jak powinien. Teraz nie czuję, że śmierdzę squatem. Teraz czuję tylko paczulę.
Letná i Žižkov  – miejsce akcji Ciszy w Pradze, daleko za moimi plecami. Gapię się na zielone wzgórza Troi. Dopijam piwo i przez most wlekę się na squat. Witam się ze wszystkimi i otwieram w kuchni wino w kartonie…

* * *

Czesi w swojej ekspresji, powiedzmy, literacko-filmowej bywają strasznie często nostalgiczni i epatujący samotnością, albo swoistą nieśpieszną zadumą. Książka Jaroslava Rudiša mogłaby równie dobrze nazywać się Samotność w Pradze (brzmi jednak cokolwiek debilnie, biorąc pod uwagę że na podobnym tytule sporo mamony zgarnął polski Paulo Coelho, znany twórca makulatury, niejaki Wiśniewski).
Jest to jednak samotność po brzegi upierdolona hałasem miasta i złowieszczymi trzaskami gdzieś w głębi głowy każdego z bohaterów. Vanda, Petr, Vladimir, Wayne i Hana, to kilka praskich losów splecionych ze sobą w jeden organizm; nie wiedząc o sobie tyle, by przestać czuć się samotnymi, przeciskają się przez krwiobieg Pragi, ocierają o siebie coraz intensywniej. Aż do tego niezapomnianego, cichego końca.

Praga Jaroslava Rudiša, to taka Praga jaką i ja zapamiętałem. Hałaśliwa, śmierdząca, urokliwa w swych zakątkach, których trzeba szukać na własną rękę, bo żaden przewodnik o nich nie napisze. Praga pędząca, wściekająca się na wszelkie przeszkody na jej drodze. Praga wyrzygująca na Most Karola rzesze popapranych turystów nacji wszelakich… Ale Praga, to także Žižkov, dzielnica, w której miasto posiada zupełnie inną gębę.
Rudiš opisuje trwamwajową trasę na Žižkov i widzi za oknem brudnych punków siedzących na skwerach; morze dreadów, irokezów, naszywek… Kto wie, może kiedyś Autor widział nas całą bandą z naszymi squatterskimi psami, gdy włóczymy się po mieście, gdy jedziemy tramwajem na Žižkov, do jednej z setek knajp, gdzie czas rozciąga się jak guma do żucia… My i nasze psy – wszyscy bez smyczy i kagańców…

Upał i wrzaski

Podziel się:










0Shares

Przewiew, chłód, lodówka, wiatr, lód, piwo, zimna wódka, prysznic, wentylator, woda, cień, Якутск, Магадан… Te i kilka innych słów kołatają się od dwóch tygodni w mojej przegrzanej, zmęczonej głowie. Mimochodem człowieka dopada wkurw, rozdrażnienie, agresja wręcz, gdy bezsilnie ucieka się od tego piekła, a skutki są i tak żałosne…
W domu nędzny wentylatorek, śmiesznie mały – z uporem mieli galaretowatą zawiesinę, stwarzając jedynie pozory chłodu na metrze sześciennym wokół siebie; jedyna nadzieja w przeciągu, który co jakiś czas przynosi małą falę chłodniejszego powietrza. W pracy jeszcze większa porażka – syk laserów, smród stali i aluminium, 45°C nad głową…

30_07K_ST3_10_1 | steel #10 | laser CO2, He, N | nozzle: 1.7 | head 7.5”

W takich warunkach człowiek marzy o lodowatym prysznicu, a nie o nowych książkach. Wiadomości czytane w necie rozmazują się na ekranie, jak fantasmagoria, a mózg skołowany zwalnia obroty… Zbliżająca się burza budzi nadzieję na przynajmniej godzinę ulgi, a w efekcie przypomina słabe pierdnięcie między chmurami i kolejne godziny smażenia się w cieniu…

Mniej więcej o 19-tej moje otoczenie zaczyna przypominać szklarnię nocą. Betonowy kloc oddaje ciepło, powietrzny glut wisi nad głową. Zamiast grindowych rzygów – power electronics i noise. Dźwięki te chyba najlepiej oddają atmosferę wyczerpania i wkurwienia po całym dniu w piekarniku. Ostatnio często słucham Pharmakon – dzielnej, hałasującej dziewczyny z Nowego Jorku, której kompozycje urywają jaja i inne części ciała!

Margaret Chardiet (tak brzmi jej prawdziwe imię i nazwisko) tworzy rozwalający DIY noise / power electronics z naprawdę pierwszej półki – każdy jej kawałek jest kwintesencją tych gatunków i naprawdę sporo domorosłych “tfurców” sceny noise może zwinąć swoje kable, ewentualnie powiesić się na nich, gdy na horyzoncie pojawia się Pharmakon. To dźwięk agresywny, przemyślany i brutalny. Elektronika, w której próżno szukać ozdobników i smaczków (bo tych akurat noise i power electronics nie potrzebują) – jest za to mnóstwo emocji i brudu, w których zapewne zakochają się niegrzeczne dziewczynki i chłopcy. Wokal Pharmakon nie oszczędza naszych uszu i w tej dźwiękowej kategorii jest po prostu mistrzowski!!! Przestery tylko tam, gdzie to naprawdę konieczne, wspaniały wrzask, a w tle gęsto i brudno. Rozmawiałem z kilkoma maniakami takiej muzy i okazało się, że nie tylko mnie twórczość Pharmakon kojarzy się z BDSM w warstwie dźwiękowo-nastrojowej :)

A w “mojej” crust/grind-piaskownicy mielę ostatnio kilka ciekawych hord, które może nie nowe, ale doskonale działają na uszy spragnione wyjebów w dobrym wydaniu.

Pierwszą z nich jest polski Norylsk. Koincydencja: Norylsk (w oryginale:  Норильск), to jedno z moich ulubionych miast rosyjskich i myślę, że taka nazwa na kapelę grindcore’ową jest po prostu rewelacyjna. Biorąc pod uwagę samo położenie Norylska i jego klimat (dosłownie i w przenośni) – ekstrem! Wszystko pasuje!

Norylsk, to technicznie świetnie zagrany grindcore z social-politik tekstami. Muzycznie nie ma się do czego przyczepić – grind as fuck! Mnie osobiście drażnią wokalowe wstawki a’la Dead Infection (bo tego typu kapele, to jednak nie moja bajka), ale wszystko inne – rzeźnia! Doskonały grind-wypierdol made in Poland! Polecam!

Innym ciekawym rzygiem jest rosyjski Minaret. Ostatnie lata na DIY scenie HC/punk, to wysyp wielu kapel, które zwyczajowo wrzuca się do wora z napisem: neocrust. Mnie ta etykietka strasznie wkurwia (nie od dziś zresztą…), ale naprawdę dużo kapel grających wrzask tego typu daje radę i jest po prostu rewelacyjna! Dla mnie Minaret, to świetnie zagrane (i nagrane) screamo, które pozostaje na długo w głowie. Mam wrażenie, że momentami jest to hałas podobny do białoruskiej kapeli Киста, jednak bardziej agresywny, mniej hardcore’owy, bardziej blackened crust/emo violence. Technicznie świetnie zgrane, wokal po prostu wyjebany!!! Jak dla mnie – delicje!!! Link do ostatniej płyty: Криминальная Россия (Bandycka Rosja) → tutaj.

Kolejna super banda z Rosji – Moro Moro Land. Miałem okazję poznać chłopaków osobiście na jednym z gigów i oprócz tego, że grają rewelacyjny blackened crust / screamo, są naprawdę sympatycznymi, młodymi kolesiami, poważnie podchodzącymi do tego, co grają.

https://www.youtube.com/watch?v=88yfVJqKb08

Kiedy słucha się ich muzy, od razu czuje się zaangażowanie i to, że tworząc swoje kawałki, kolesie wkładają w to wiele pracy i emocji. Są cholernie szczerzy. Szczególnie słychać i widać to na koncertach. Zapewne nie raz zawitają gdzieś w nasze okolice (sam widziałem ich w Czechach). Poza tym chciałbym zrobić im mini-trasę po Polsce.

I jeszcze jedno – Nirvana, to nie moja para kaloszy – mówiąc najłagodniej. Ale poniższy cover Something in the way, to po prostu mistrzostwo świata i …  sami posłuchajcie!

* * *

Gdzieś tam z tyłu przepoconego mózgu mam kilka innych tematów, ale dziś nie chce mi się już ich tutaj wydalać… O książkach będzie następnym razem, o polityce w krzywym kraju nad Wisłą również. Na koniec pełne zanurzenie z Periskop.

Periskop, to projekt dark ambient/sea ambient. Każda z kompozycji, to kolejny kawałek zimnej morskiej przestrzeni; wydawać by się mogło, że przy tych zjebanych upałach, to jakaś ulga: zanurzyć się w morzu. Nic podobnego :) Tutaj zanurzenia są na tyle głębokie, że nie ma mowy o uldze. Włączcie wyobraźnię i sami sprawdźcie!

* * *

Gdy pracuję nocą, czasem kopnie mnie szczęście i niebo podaruje małe kłębowisko chmur nad ranem… Powietrze śmierdzi cudownie ozonem i burza powoli sunie w moją stronę. Wtedy choć na moment jest znośnie. Chcę kilka miesięcy chłodu w monochromie… Bez kolorów, bez słońca, bez cielska upału…

* * *

Jak widać, tutaj rzadko się udzielam. Zwyczajowo siedzę w ruskim necie, ale jeśli coś ciekawego, albo prozaicznego znajdę, wrzucam linki na Quittera, względnie jakieś swoje pojebane reflexy na 160 znaków… Obrazkowo, politycznie, estetycznie itp. jestem na Diasporze*.

666