COVID-19. Święty spokój w czasach zarazy

Podziel się:
0Shares

Szczyt bezczelności w czasie kolejnego tygodnia kwarantanny?
Upajać się samotnością, czytając Maxa Stirnera…

O samej pandemii koronawirusa pisać nie zamierzam – w tej kwestii wyręczają mnie codziennie wszystkie massmedia (te kłamliwe jak i te próbujące częściej ocierać się o fakty). Siedząc w domu, przypominam bardziej mojego dziadka, który miał takie specyficzne powojenne przyzwyczajenie: po załatwieniu wszystkich “ważnych spraw” na mieście, po obiedzie, zasiadał w kuchni przy stole, zabierał jeden ze swoich przenośnych odbiorników radiowych (przysięgam, że miał ich więcej, niż ja) i przez godzinę, czy dwie wyławiał z eteru stacje w różnych językach, słuchając co się dzieje w Europie. Patrzył w okno i słuchał. Czasem nabijał też fajkę…
Ja również siedzę z odbiornikami przy oknie, piję yerbę i wyławiam na falach średnich info o tym jak z wirusem walczą Włochy, Bałkany, Rosja… A potem skok na falach krótkich w stronę Bliskiego i Dalekiego Wschodu oraz na antypody; Izrael, Chiny, Japonia, Korea, Wietnam, Australia. Radio przynosi tylko miazgę w postaci kolejnych doniesień o tym, że COVID-19 wygrywa, póki co… Patrzę na wyjątkowo błękitne w ostatnich dniach niebo, trzeci tydzień w domu…

Ludzie w Polsce zaskakująco szybko, żeby nie powiedzieć karnie, dostowowują się do kolejnych, zaostrzających się nakazów/zakazów i ograniczeń wprowadzanych w związku z szalejącym koronawirusem. Ogranicza to znacznie panoszenie się tego ścierwa, ale ogranicza również swobodę poruszania się. Zamyka nas na małych przestrzeniach, zazwyczaj z najbliższymi (mówiąc kolokwialnie: te same ryje przez kilka tygodni – uff!), stawia nas w kompletnie nowej sytuacji. Daję głowę, że większość (zwłaszcza młodych) jest po raz pierwszy w życiu postawiona przed faktem takiej samoizolacji, chociaż i tutaj z pomocą przychodzą te niezawodne trucizny, które i przed pandemią doskonale spełniały swoją rolę: internet, Netflix, gry…
Sam truję się w necie, a po nocach oglądam Netflixa i nadrabiam wszelkie zaległości książkowe, ale nade wszystko – jest mi cudownie dobrze ze świadomością, że potok ludzkich istnień znika z ulic, że trafia go szlag w czterech ścianach, że nie potrafi sobie zagospodarować ni grama czasu tak, by czerpać z owego odosobnienia nie tylko przyjemność, ale i wyciągnąć jakieś pozytywne wnioski natury epistemologicznej w tych mocno “niestandardowych” czasach.

Kolejny tydzień z rzędu siedzę w domu, co kilka dni robiąc jedynie wypad do najbliższych sklepów po żarcie. W cieplejsze popołudnia, zakładam pancerną czarną maskę, kask i robię sobie kilka kółek po mieście na skuterze… Jestem zachwycony! Puste ulice, kilka osób grzecznie stojących pod marketem w dwumetrowych odstępach od siebie, zero korków, puste parki. Przez moment ma się wrażenie, że przejeżdża się przez autystyczne Twin Peaks A.D. 2020. Jadę i myślę sobie, jak obłędnie muszą teraz wyglądać miasteczka i wioski w Beskidzie Żywieckim, albo w Sudetach; nic, tylko wziąć kamerę i kręcić pejzaże do niskobudżetowych teledysków kapel grających depressive black metal.

To oczywiste, że następujące po sobie dni/noce są podobne do siebie, ale owa powtarzalność nie jest uciążliwa, nie drażni. Jeśli człowiek podzieli sobie dzień/noc na w miarę strawne kawałki, a ich sekwencja nie będzie zbytnio męczyć mózgu, wtedy samoizolacja zaczyna jawić się jako ciekawy eksperyment psychologiczno-filozoficzny; nawet w czasie palenia papierosa w oknie o poranku, przychodzą do głowy myśli, które spinają jak klamry setki rozproszonych refleksji. Bez przesadnego wysiłku, leniwie, bez szarpania się z samym sobą…
Jak wiadomo, nie należę do ludzi, którzy funkcjonują w oparciu o terminarz z rozpisanym miesiącem i zadaniami do wykonania. Próbowałem, owszem, ale ni chu… nie potrafię i nie chcę tak żyć. Tak więc z przyjemnością przypatruję się sobie, gdy codziennie powtarzam pewne czynności z lekką głową, gdzieś “obok” rezerwując sobie nieco miejsca i czasu na przemyślenia związane z kolejnymi światowymi doniesieniami o trupach, respiratorach, stanach wyjątkowych i ozdrowieniach. “Święty spokój w czasach zarazy”.

Rzeczą ze wszech miar niedorzeczną byłoby tworzenie jakieś osobistej mitologii samotności; jedną z elementarnych cech mizantropii, jak sądzę, jest jednak możność obserwowania i uczestniczenia (choćby “zdalnie”, refleksyjnie) w tych wydarzeniach, które tyczą się ludzkich, patykowatych poczynań, zwłaszcza w sytuacjach skrajnych, kryzysowych. To przecież doskonały żer, paliwo dzięki któremu jednostka ma możliwość wzięcia siebie w nawias, odłączenia się, świadomego wyautowania się poza strefę tych wpływów społecznych, które wkurwiają najbardziej. Taki stan ma mnóstwo pozytywów, a jego intensywność zależy rzecz jasna od indywidualnych czynników.
Ale, ale… bez mitologizacji! Gdybyśmy pokusili się tutaj o jakieś absolutyzowanie owej samotności, albo zapędzili się w apoteozę izolacji jako takiej, bez wątpienia wpakujemy się w groteskę, śmieszność i pretensjonalność najniższych lotów. Nie żyjemy bowiem za kołem podbiegunowym, nie jesteśmy odcięci od cywilizacji, bezmiar materialnej pustki nie kaleczy naszych oczu i myśli.
Czytałem gdzieś niedawno, że nawet Svalbard przestał być synonimem “samotności na końcu świata” – w oczach tych, którzy przeżyli tam kilka sezonów. Tak więc umówmy się co do jednej kwestii: samoizolacja w naszych warunkach bytowych jest raczej idealnym detoxem od codzienności, w której zawsze coś nas wkurwia, w której w najmniej odpowiednich momentach pojawiają się przed oczyma ludzkie zjawy.

Gdy COVID-19 przestanie być realnym zagrożeniem, ekonomiczny rozpierdol i trudności dnia codziennego zwalą się nam na łeb z potężną siłą. Żeby wygrzebać się z tego gówna będziemy potrzebować sporo energii. Dopiero teraz, w obliczu pandemii, kapitalizm pokazuje swój prawdziwy ryj. Możemy być pewni, że po opanowaniu wirusa międzynarodowe instytucje finansowe ze zdwojoną siłą “zaopiekują” się nami, więc… Ładujmy akumulatory w samotności, delektujmy się chwilami, które nieprędko się powtórzą – mam na myśli, rzecz jasna, czerpanie przyjemności z samotnych wycieczek wewnątrz swojej głowy, a nie samo zagrożenie zarazą ;)

Czytanie Bernharda i Stirnera w czasach koronawirusa jest swego rodzaju filozoficznym kaprysem; to tylko trochę mniej oczywisty wybór lektur – zawsze moglibyśmy wybrać Dżumę, Camusa. Bardziej przewidywalne, prawda? Jednakże bez względu na to, po jaką książkę zdecydujemy się sięgnąć, celebrujmy każde spotkanie z literaturą, uciekajmy wgłąb! Nie dajmy się zwariować w tym bagnie paniki, fake newsów i beznadziei! Zwariujmy lepiej w objęciach samotności, na jaką nas stać w tym do bólu stadnym kołchozie! Taki egzystencjalny majak nie powtórzy się w najbliższym czasie – korzystajmy z obłędu!

 

··· podkład muzyczny: BAPTISTS, SHE PAST AWAY, TORCH RUNNER, ASPHALT GRAVES

 

 

 

Пиздец…

Podziel się:
0Shares
··· reflex #1

Spokojna, jesienna powtarzalność mglistych poranków, kiedy wracam z pracy pustymi niemal ulicami, działa na mnie dziwnie kojąco. Mleczno-szare smugi sunące pomiędzy drzewami ogołoconymi z liści, liżące betonowe kloce. Wyludniona dziura z większością chrapiącą jeszcze w postrzępionych łachmanach marzeń sennych, staje się na chwilę [paradoksalnie] bardziej “ludzka”; tak jakby wzięcie w nawias elementu ludzkiego uwydatniało istotę formy – jak usunięcie kluczowego puzzlle’a uświadamia ów brak i projektuje w umyśle egzemplifikację tegoż. Moją osobistą “aberracją” (czy – jak kto woli – przerysowaniem)  tego poczucia, są setki miast i miasteczek syberyjskich, gdzie drzewa rosną na ulicach, a pozostałości okien wyglądają jak puste oczodoły. Brak człowieka w miejscach stricte ludzkich ma w sobie coś złowieszczego, wywołującego albo niepokój, albo refleksję [w większości przypadków to pierwsze, niestety…].

··· reflex #2

Niebo ma już kolor szpitalnej pościeli, żałobnego, wyblakłego błękitu. Nie zamykam drzwi balkonowych i chłód przyjemnie panoszy się nad podłogą. Oczywiście piję. [Niemal] zawsze coś piję po nocnej zmianie.

Kilka “kroków” wstecz i jestem jeszcze w pracy… 21_11K_ST3_6_1. Tak nazywa się program, nad którym ślęczę całą noc, pilnując by laserowe ścierwo cięło tak jak powinno. Syk, wkłucie, iskry… Gazy (tlen, hel, azot, dwutlenek węgla), rezonator i duch Mendelejewa unoszący się nad tą machiną. Przed niewidzialnym promieniowaniem chronią mnie filtry, jednak  od czasu do czasu włażę do środka, by usunąć “przeszkody” na drodze wiązki laserowej (przeszkody = uprzednio wycięte elementy)… Włazisz tam i od razu w nozdrza wpierdala ci się ten smród. Wysoka temperatura, mgiełka oparów i – po kilku sekundach – słodkawy posmak na języku. Cyberpunk ’90. Kto zaczytywał się tą konwencją w ramach science fiction, zrozumie…

Konserwacja i czyszczenie molocha typu: laser, to spotkanie face to face z całym stadem związków chemicznych, których skład i szkodliwość, to swoista tajemnica poliszynela.  Nakładasz maskę na twarz, kaptur na głowę… Wymieniasz filtry, usuwasz “żużel” [to naprawdę nie to samo co tradycyjny żużel…]. Czujesz przez maskę ten pierdolony posmak na języku… Pył laserowy jest wszędzie. Jest mniejszy, niż cząsteczki pyłu węglowego. Masz je na twarzy, ubraniu, w kieszeniach, pod ubraniem, na skórze… Przez kilka kolejnych dni twoje gluty z nosa są czarne, częściej dopada cię kaszel…

Kroki wstecz anulowane. Za oknem wciąż “szpitalne” niebo. Nie trawię czystej w godzinach rannych. Od zawsze. Otwieram wiśniówkę, względnie portera. W linuksowej konsoli  wstukuję: mocp. Klikam na radio informacyjne (MOC [w linuksie program do odtwarzania muzy]służy mi tylko do słuchania inet-radia). Kilkanaście minut informacji z kraju typu PL wystarczy, by nabrać odruchów wymiotnych… W kolejnym oknie konsoli otwieram ncmpcpp [taki “bardziej minimalistyczny” Winamp w systemach unixowych :D]. Piję i słucham Ionosphere. Space dark ambient. Zimno i międzyplanetarnie. Zapominam na moment o tym, że nie powinienem pić codziennie. Przypominam sobie nagrane przez NASA dźwięki poszczególnych planet, tło fal, które miażdżą absolutnie. Astronomia, alkoholizm, depresja i czarne gluty z nosa. Ot, poranek po pracy…

··· reflex #3

Nie wiem dlaczego, ale od poniedziałku rozmawiam z moją znajomą Katją (Moskwa) wyłącznie o sposobach postrzegania życia w metropoliach i konsekwencjach funkcjonowania w takich miejsach. Mimo, że jej marzeniem jest Jakucja, Czukotka, Kamczatka i Bajkał, z rozbrajającą szczerością (oraz nutą zrezygnowania)  mówi mi, że to nie takie proste, bo praca = Moskwa. Znam Katję wiele lat i rozumiem jej podejście, będące ewidentnym “odpryskiem” Zachodu – w domyśle wszystkiego, co na zachód od Rosji. To nie kompleks (bo Moskwa już dawno jest “europejska” w rozumieniu consume & living – brana jako całość), a pewna “rysa” w głowie + przyzwyczajenie do czegoś, co w stolicy Rosji jest normą, a poza nią – niedoścignionym Rajem, Ideałem, Pewexem. Katja ma dobrą pracę i w Moskwie odnajduje się perfekcyjnie. Metropolia, to miejsce stadnej orgii – w sensie socjologicznym.

Tymczasem czytam o psychologicznych i neurologicznych uwarunkowaniach homo sapiens w kontekście samotności… Naukowcy skanujący mózgi ludzi żyjących w stanie samotności (szeroko pojętej – od sierocińca, po świadomy wybór bycia odludkiem) udowadniają, iż mózgi tychże – z powodu braku więzi emocjonalnych z innymi – aktywują te same obszary, które odpowiedzialne są za ból fizyczny.

Seth Pollak, naukowiec z Uniwersytetu w Wisconsin zajął się badaniem problemu i dowiódł (źródło: ostatni, grudniowy numer Świata Wiedzy), że w wyniku samotności zostają uszkodzone obszary mózgu odpowiedzialne za naukę oraz płaty czołowe (odpowiedzialne m.in. za odczuwanie lęku). Człowiek żyjący w samotności ryzykuje tym, że zmniejsza się jego kora mózgowa… Nie wiem jak bardzo zmniejszył się mój mózg przez ostatnie kilka[naście] lat, ale w/w Katja wysłała mi link do bloga pewnego rosyjskiego podróżnika, gdzie zobaczyłem miejsca, w których mój mózg zapewne doświadczyłby wszystkich “niedogodności” bycia poza stadem. Nieodmiennie wkurza mnie, to autorytatywne: Człowiek jest zwierzęciem stadnym.  Kurwa mać, dla mnie ewidentny dysonans…