Modyfikowany węgiel. W poszukiwaniu powłoki

Podziel się:
0Shares

To raczej mój nędzny cyberpunkowy wykwit okołorecenzyjny, aniżeli typowa rezencja, ale co mi tam…

IMG_20180219_165016Modyfikowany węgiel, Richarda Morgana, to oczywiście mistrzostwo świata w kategorii cyberpunk. Bez dwóch zdań! Całkiem niedawno kupiłem książkę, ale tak się złożyło, że połykam ją sobie powoli, wraz z serialem Netflixa (pod tym samym tytułem). Serial zrobiony nie tyle z rozmachem, co ze smakiem i na pełnej profesce, jeśli chodzi o kanon gatunku (u kogo wieczny zachwyt wywołują deszczowe metropolie, japońskie holo migające na każdym kroku, powietrzne taksówki i neuroimplanty wszczepiane w nielegalnych laboratoriach na tyłach obskórnych knajp, ten od razu doceni pracę ekipy serialowej), przyciąga o wiele bardziej, niż książka. Szkoda. Mam po prostu wrażenie, że Morgan – skądinąd mistrz twardej fantastyki jak dla mnie – napisał książkę dla czytelników na wyższym levelu, niż przeciętny człek, któremu wpadła w ręce Diuna, Fundacja, czy jakaś klasyczna space opera z lat 80-tych.
Nic to! Modyfikowany węgiel jest wyśmienitym kawałkiem hard science fiction w filozoficznym sosie postapo. Na próżno jednak bedziemy szukać moralizatorskiej taniochy. Esencjonalnie, to wyważona epistemologia, emocjonalnie – ontologia powłoki.

Posmak nieśmiertelności w powieści (no i ogólnie – w cyberpunku), to możliwość “opuszczenia” aktualnie posiadanego ciała (powłoki), digitalizacja osobowości/świadomości/jestestwa i przeniesienie jej w formie stosu do nowego ciała, którego jakość zależy w dużej mierze od zasobności kieszeni. Nietrudno wyobrazić sobie, że upowłokowienie nie jest powszechne dostępne; ewidentna pauperyzacja światów i monopol korporacji i wojska w sferze kontroli kapitału, to smutna codzienność cyberpunka.
Mamy jednak renegatów i buntowników wyposażonych w hackerską wiedzę, wzglednie kradnących powłoki/stosy, [de]fragmentujących osobowości, układających się z władzą i burżujami po to, by w odpowiednim momencie zdradzić, zaatakować i spierdalać na inną planetę…

Co szczególnie pociąga mnie w tym wszystkim? To jasne, że cała technologia neuro- i bioimplantów, wspaniałe możliwości wymiany i ulepszenia wszelkich części ciała; mówcie, co chcecie, ale ja chciałbym mieć wszczepione elementy egzoszkieletu w rdzeń kręgowy, biomechaniczne komponenty tytanowe wspierające stawy i ramiona, w pełni integrowalne biologicznie pluginy wzroku pracujące na częstotliwościach podczerwieni, czy wszczepiona konsola BSD/GNU-Linux połączona z siatkówką oka.
Nie przeraża mnie “zajawka technologią we współczesnych czasach”. Przeraża mnie dokładnie coś odwrotnego: fakt, że ludzie A.D. 2018 cierpią na kolosalny techno-imbecylizm i technofobię. Przerażają mnie neo-katolicy w Modyfikowanym węglu, wpierdalający swoją duszę na arenę wymienialności cielesnych powłok.

Przechwycenie obrazu ekranu_2018-04-12_22-52-20Tak naprawdę świat wykreowany przez Morgana jest jedną wielką epicką opowieścią o tym, co najbardziej ludzkie w … człowieku. Podróże międzyplanetarne, latające taksówki, klonowanie, cielesna “mobilność” i jaźń przechowywana w bazach danych, to w cyberpunku coś oczywistego; coś z czym jedni walczą, inni bronią, a jeszcze inni kontrolują to wszystko, czerpiąc wymierne korzyści. Kropka w kropkę jak w “naszej” rzeczywistości. Każdy technologiczny progres najczęściej zwiastował kolejne wojny i katastrofy, a nade wszystko utrwalał stary jak świat “porządek” dysproporcji, “harmonię” nierówności i “radość” posiadania, bądź nieposiadania narzędzi kontroli.
Nie inaczej jest w wirtualno-holograficznym świecie Morgana. Jeśli wpleciemy w tą narrację dyżurne tematy typu: więzi rodzinne, miłość, zemsta, rebelia, fanatyzm, chciwość, czy władza, otrzymamy rzeczywistość baaardzo dokładnie skrojoną na naszą ludzką miarę, tyle że zakotwiczoną w przyszłości.

Jeszcze jedno. Autor wyświadczył wszystkim czytelnikom olbrzymią przysługę i nie wylał na nich wiadra gówna w postaci taniej podpuchy o nazwie: “walka dobra ze złem”. Przyznam, że gdy słyszę ten zlepek słów mam ochotę wyrzygać się i uciec w najciemniejszy zakątek galaktyki.
Dosyć konsekwentnie Morgan pozwala swoim bohaterom subiektywizować moralne oceny, dzięki czemu nie mamy do czynienia z kolejnym gniotem, gdzie “wszystko dobrze się kończy” albo “wszystko zostaje zniszczone”. Wartość książki wzmacnia antymoralizatorska refleksja, w której dotyka nas milion zasadniczych problemów epistemologicznych, ale nie mamy za sobą jakiegokolwiek monumentu etycznego, by móc “obiektywnie” wesprzeć siebie, czy innych. Zdroworozsądkowo jednak Richard Morgan zakłada, że człowiek i świat, to konstrukty ciążące raczej ku złu, niż ku dobru – dzięki temu nie ulegamy rozmaitym iluzjom w stylu: “naturalny porządek wszechrzeczy”. Taki porządek bowiem nie istnieje, jak doskonale wiecie :)

William Gibson – Trylogia Ciągu: Neuromancer, Graf Zero, Mona Liza Turbo

Podziel się:
0Shares

yyy

Obiecałem sobie dziś, że hurtowo opiszę 10-15 książek, które ostatnio pochłonąłem, ale próżna nadzieja… Czas zeżarł mi Drach, Twardocha, alkohol i trzygodzinna nasiadówka z radiem krótkofalowym. Wziąłem się jednak w garść i “zrobiłem” taką trochę inną recenzję Trylogii Ciągu, Williama Gibsona. Gibson i cyberpunk, to dla mnie kwintesencja science fiction. Kocham ten gatunek prozy i chyba nic tego nie zmieni. Entuzjastom przedstawiać nie trzeba, wszystkich innych chciałoby się zagonić do czytania “twardej” fantastyki!

* * *

[recenzja dedykowana wszystkim entuzjastom FOSS, LINUX, BSD i pracy w powłoce/konsoli ;)

Przede wszystkim brawa i podziękowania za tą książkę należą się Wydawnictwu MAG! Dla każdego maniaka hard science fiction i cyberpunk, wydanie to jest absolutnym strzałem w dziesiątkę!
Z ogromną radością pochłonąłem całą Trylogię Ciągu, przy okazji – niezły paradoks! – przy pomocy science fiction powracając do przeszłości (sic!). Jestem z tego pokolenia, które “na zapisach” w kioskach “Ruchu”, w tekturowych teczkach prenumerowało Fantastykę, które gniło godzinami w bibliotekach i cierpliwie czekało na nowe książki Asimova, Dicka, Zelaznego, Le Guin, czy Gibsona wreszcie, albo męczyło jedyny egzemplarz którejś części Diuny, Herberta w lokalnych czytelniach… Potem z zapamiętaniem grało w “papierowe” RPG-i takie jak np. Cyberpunk 2020Neuromancera czytałem 666 razy ;)

Neuromancer, to nie tylko nowatorska fantastyka i wspaniały literacki cyberpunk. To pewien etap w historii science fiction i zgodzi się z tym chyba każdy entuzjasta gatunku. Młodzieżowe zachłyśnięcie się literaturą fantastyczną ma w sobie coś z sinusoidalnej mody w Polsce, dlatego to wydanie trzech dzieł Williama Gibsona właśnie teraz jest doskonałą okazją by wszyscy, którzy do tej pory omijali obszary science fiction, czy wręcz uznawali ten gatunek za mało literacki, zapoznali się z kwintesencją i klasyką “twardej” fantastyki!

Trylogia Ciągu, to nie przydługawe space-opery, ani spotkania z Obcymi. Jedynym “obcym” w książkach Gibsona jest człowiek – najpierw sam dla siebie, a w drugiej kolejności dla rzeczywistości, która nie jest taka oczywista, jak mogłoby się wydawać; jej ramy są płynne i niebezpieczne i w sumie nazywając to “rzeczywistością”, tak naprawdę nie mówimy niczego konkretnego. Dehumanizacja jako immanentna cecha ludzka (sic!), to nie fakt istnienia zaawansowanej nanotechnologii i powszechności biowszczepów u głównych bohaterów Trylogii… To również nie prostacki samozachwyt technologicznymi możliwościami ujarzmiania wąskiej części kosmosu wokół małej, niewiele znaczącej Ziemi. Trylogia Ciągu, to twardy kop w twarz od świata, w którym giniesz, jeśli nie zainwestowałeś w kilka zabawek i jeśli dasz się zaskoczyć nieporównywalnie zwinniejszym od ciebie.
Konkrety? Ojjj, nie zrobię wam tej krzywdy i nie opiszę żadnego gadżetu, rozwiązania biomechanicznego, żadnych szczegółów nt tego, co dzieje się, gdy zakładasz triody i gdy jesteś cyberkowbojem! Przekonaj się sam/-a na czym polega innowacyjność, wyjątkowość, magnetyczna wręcz unikalność prozy Gibsona!

Chciałbym, żeby czytelnicy [nie]zainteresowani Trylogią Ciągu wiedzieli, że William Gibson jest absolutnym cyberpunkowym mistrzem. Wykreowany przez niego świat (będący cały czas NASZYM światem!) jest dowodem nie tylko na kreatywność literacką – William Gibson w latach 80-tych ubiegłego wieku pisał o tym, co czeka na nas za rogiem (nie wspominając o tym, co już stało się naszą codziennością). Już wkrótce. Jego wizja cyberprzestrzeni, to nie tylko geniusz wyobraźni, ale i spełniająca się rzeczywistość.

Czytacie tą recenzję, albowiem istnieje internet i to, co aktualnie piszę mogę zaraz wysłać na serwer, który umożliwia mi ograniczony dostęp do “Lubimy Czytać”. A teraz wyobraźcie sobie, że macie swoją konsolę (wszczepioną przykładowo w kark – od czasów Gibsona minęło trochę lat), a ja wysyłam wam moje zdanie nt Trylogii Ciągu – do zwizualizowania sobie w dowolnym momencie, ewentualnie do przeczytania w waszym osobistym terminalu wszczepionym w rogówkę oka. Jeśli wam się spodoba i spojrzycie na “wartościowa opinia”, to przelecimy się razem tam, gdzie jest trochę Lodu… A Lód jest właśnie dla takich jak ty i ja. Jesteśmy po to, by rozpierdalać Lód :) To jest cyberpunk!

Podsumowując. “Trylogia Ciągu”, to lektura absolutnie obowiązkowa dla wszystkich. Dlaczego? Ano dlatego, że wkrótce to, co nazywamy potocznie i poczciwie “rzeczywistością”, zacznie wyglądać tak, jak w latach 80-tych XX wieku obmyślił to Gibson. Jego książki, to żadna przestroga. To niedaleka przyszłość. Bardzo niedaleka. Nie szykujcie się na “odrodzenie” wielkich wartości, idei i religii. Przygotujcie się na terror korporacji, zanik państw i na niezły syf na tej małej planecie w nic nie znaczącej Drodze Mlecznej. Lepiej unikać ciosów molochów i zostać cyberpunkiem!