Kazanie noworoczne

Podziel się:
0Shares

1 stycznia 2021 roku.

Nie wydarzyło się nic, ponad to, co z dopuszczalnymi dozami prawdopodobieństwa powinno się wydarzyć. Nie podoba mi się nasze “ugłaskiwanie” czasu, wszelkie tendencje do trywializacji naszego zanurzenia – bycia w czasie, z jednej strony, a z drugiej traktowanie czasu do bólu “użytkowo”. Tak, jakbyśmy nie byli w stanie wyzbyć się nawyku “wykrawania” z czasu wygodnych dla nas pojedynczych kąsków; linearna percepcja czasu jest jednocześnie jego instrumentalizacją, a my tkwimy pomiędzy tymi ścinkami, skrawkami, okruchami czasu, z poczuciem coraz większego burdelu w głowie…
Marzy mi się doświadczenie bycia w czasie tak, jakby go zupełnie nie było. Ale czego? Czasu jako takiego, czy też doświadczenia czasu? Intuicyjnie skłaniam się ku drugiemu wariantowi, a zatem ku doświadczeniu bycia zanurzonym w strumień egzystencji, bez świadomości jej “czasowych atrybutów”…

Sądzę jednak, że na taki luksus możemy pozwolić sobie jedynie w przestrzeni, której nie jesteśmy w stanie ogarnąć ot tak – umysłem, wzrokiem, wyobraźnią… Coś musi ewidentnie wymykać się nam z rąk, przelewać, przesypywać przez nie, by owa bezsilność doprowadziła nas do pogodzenia się z naszymi ułomnościami. Swoista bezradność jaka nas ogarnia w czterowymiarowym świecie musi być na tyle dojmująca, czy wręcz bolesna, abyśmy w efekcie zrezygnowali z prób rozumienia, ogarniania, uchwycenia nas w byciu.

Takimi przestrzeniami są niewątpliwie niekończące się stepy Mongolii, czy Kazachstanu, albo syberyjska tundra. Ale nie rozpędzajmy się zbytnio – możemy spokojnie rozmyślać nad tymi przestrzeniami, bez śliskiej poetyckiej nuty, bez metafizycznych kalek, bez błazenady polegającej na “przebieraniu się w szamanów”, do czego tak często skłonni są ludzie Zachodu; szamanizm zostawmy prawdziwym szamanom – to ich działka i ich naturalny świat. My, w naszym europocentryzmie tkwimy, niczym w szambie i ciężko nam w smrodzie naszej codzienności wyłowić nuty światów ewidentnie nie naszych.

foto: www.indostan.ru

W mojej ulubionej wersji filozofowania i potykania się o rzeczywistość, bycie jako takie (kocham tą jedną z najbardziej popularnych konstrukcji ontologicznych obecną niemal w każdym dyskursie nt istnienia!) obwarowane jest szeregiem zastrzeżeń, przypisów i lęków związanych z niemożnością “pozostawienia w spokoju” własnego istnienia, jako bezprzymiotnikowego bycia. Problem polega na tym, że rozmyślając nad tym gdzie umiejscowione jest moje bycie (czy raczej – w jakiej przestrzeni kształtuje się świadomość mojego bycia), niejako automatycznie pojawiają się refleksje na temat tego, jak owo bycie przejawia się w rzeczywistości, a zatem i w przestrzeni skorelowanej z czasem (bądź też z naszym wyobrażeniem czasu). Te nieznośne zastrzeżenia i wspomniane “jak” są u mnie niczym zgliszcza, jakie pozostawiły w mojej głowie trzy huragany o nazwach: Kirkegaard, Nietzsche i Heidegger.

Z takim doświadczeniem filozoficznym ciężko rozmyślać o bezkresnych stepach Mongolii w celu wyzbycia się toksycznych wyobrażeń o czasie – po to, by po prostu być. Przepiękne w filozofowaniu jest odkrywanie meandrów naszego istnienia niejako “po drodze”. Jeszcze ciekawsze jest to, że owe ontologiczne refleksje mogą pojawić się znikąd, a niemożność zlokalizowania ich pochodzenia tym bardziej prowokuje do dalszego wgryzania się w materię bycia.
Oto wczoraj, wiedziony kompletnie bezrefleksyjnym, tępym instynktem stadnym, wypiłem o północy Северное Игристое (“ruski szampan” made in Góra Kalwaria, produkt o smaku mydła i perfumowanych kostek do kibla),a pusta butelka skłoniła mnie do powyższych rozmyślań…

… albowiem w chwili, której się nie spodziewacie, myśl filozoficzna przyjdzie.

··· podkład muzyczny: Hanggai, Sedaa, Yat-Kha, Huun-Huur-Tu, San Mantsakay

Netflixowa ściema: /the social dilemma_

Podziel się:
0Shares
··· źródło: https://medium.com/

Media społecznościowe już na setki sposobów uzależniły od siebie miliardy ludzi na świecie i w zasadzie niczym niezwykłym jest w społecznej percepcji takie zjawisko, jak psychoterapia uzależnień internetowych. Temat – zdawać by się mogło – znany, przerobiony, z tysiącami opracowań naukowych w wielu dziedzinach…
Tymczasem Netflix wypuszcza w 2020 roku film dokumentalny, w którym byli pracownicy takich gigantów, jak: Google, Facebook, Twitter, Pinterest i im podobnych, w tonie pewnej konfidencjonalności, w atmosferze swoistej tajemnicy, opowiadają przyciszonymi głosami o swojej karierze w korporacjach.
Oszczędne w formie ujęcia w pokojach z minimalistycznym interiorem. Najazd kamery na twarz, długi kadr rejestrujący emocje siedzącego/siedzącej przed kamerą; niepewne uśmieszki, opuszczony wzrok, dezorientacja, lekkie zdenerwowanie – tak oto rozpoczyna się wielka docudrama Netflixa – kroi się coś naprawdę potężnego! Oglądajcie!

Najogólniej rzecz ujmując, największe internetowe korporacje, marki i właściciele social-mediów od wielu lat mają stosunkowo przesraną opinię zarówno wśród antykapitalistycznych aktywistów, psychologów społecznych, socjologów internetu, jak i wśród swoich ofiar – użytkowników tychże sieci społecznościowych.

The social dilemma, to film, który ma nam unaocznić fakt, w jak zaawansowanych stadiach znajdują się rozmaite psychomanipulacyjne strategie Facebooka, Twittera i innych gigantów tej branży, aby w sposób maksymalny i totalny przywiązać użytkowników nie tylko do samych narzędzi komunikacyjnych z ciekawymi i kolorowymi interfejsami, ale by w sposób perfekcyjny indywidualizować ofertę i kontent wyłącznie pod kątem preferencji i zachcianek konkretnego usera. Idzie bowiem oto, by nowa-stara koncepcja klienta będącego jednocześnie towarem na multimedialnym i internetowym rynku upowszechniła się jeszcze bardziej, ale tak, by miliardy ofiar nie poczuły się robione w balona.

Dokładnie o tym w owym dokumencie opowiadają ex-pracownicy multikorporacji, którzy byli odpowiedzialni właśnie za owe strategie psychospołecznej maszynki do mięsa, w której mielono pragnienia, kreowano potrzeby, wyciskano kasę, przerabiano na nowy produkt, sprzedawany z kolei innym korporacjom jako rezerwuar siły nabywczej dla wszelkich innych branż i tak dziko skoncentrowanych w kilkunastu światowych firmach-gigantach.
Bohaterowie filmu siedzą grzecznie przed kamerą – wszyscy bez wyjątku. Zatem mamy do czynienia z czymś w rodzaju “ławy oskarżonych”, na której siedzi banda nerdów, programistów, speców od wizerunku, psychologii rynków internetowych i innych magików pomagających social-mediom maksymalizować zyski w całkiem nieuczciwy i moralnie naganny sposób… Szok!

Jedni z ex-pracowników korporacji od razu na starcie robią smutne miny, inni pewnym głosem opowiadają o tym, jak tworzyli odpowiedni kontent, umożliwiający w czasie rzeczywistym kreować potrzeby użytkowników Facebooka / Google’a, maksymalizować pragnienia, tworząc tym samym żywe bazy danych, które dobrowolnie każdego dnia dawały na sobie zarabiać gigantyczną kasę we wszystkich możliwych branżach światowych rynków. Niemniej jednak wszyscy bez wyjątku, wraz z “rozwojem akcji” dokumentu, stają po jasnej stronie mocy, przyznając jak bardzo nagannymi i wątpliwymi etycznie rzeczami zajmowali się do tej pory…

Niby wszystko OK, prawda? Niby tak, ale…

Netflix produkując The social dilemma, pośliznął się na gównie, które chciał skrytykować i potępić. Nikt rozumny nie ma chyba złudzeń: Netflix jest dokładnie taką samą korporacją, w dokładnie tej samej niszy internetowej jak wszystkie firmy krytykowane w owym dokumencie. Więcej – Netflix jako “producent ruchomych obrazków” stosuje zapewne dokładnie te same chwyty podbudowywane obszernymi i szczegółowymi badaniami nad posegregowanymi umiejętnie grupami swoich odbiorców.
Trzeba być, łagodnie rzecz ujmując, debilem, aby tego nie dostrzec! Kolejna refleksja, jaka pojawia nie niemal jednocześnie z tymi powyższymi, zaraz po obejrzeniu dokumentu: The social dilemma nie opowiada o niczym nowym! Absolutnie!

Treść netflixowego dokumentu może być jakimś tam novum jedynie dla rzesz wciąż tępych, nieświadomych, bezrefleksyjnych klikaczy w Faceshicie, Google i w Instagramie, którzy do dziś – mimo jawnych dowodów na to, że w/w pijawki internetu kradną, szpiegują i robią syf w mózgach i kompach (smartfonach) userów – kierują się koszmarnie spierdoloną, żenującą opinią w stylu: no co? Niech sobie patrzą, niech sobie szpiegują. Ja nie mam nic do ukrycia i nie robię niczego złego!

Największa pretensja do twórców tego dokumentu? Fundamentalna: pieprzony Netflix, scenarzysta, reżyser, bohaterowie filmu – jednym słowem, kurwa, NIKT w tej produkcji nie zająknął się ni jednym słowem o potężnym już i wciąż rosnącym w siłę ruchu FOSS (Free and Open Source Software), o Free Software Foundation, o kluczowych alternatywach dla scentralizowanych molochów w sieciach socjalnych! O projektach totalnie wolnych i zdecentralizowanych sieci serwerów, tworzących poza cenzurą i kontrolą wielkich firm i podejrzanych kapitałów autentyczne sieci społeczne!
Ani słowa o GNU Social, o diasporze*, Fediverse, Mastodonie, PeerTubie, PixelFed, zero o zdecentralizowanych projektach w chmurze – kompletnie, kurwa, NIC!
Fakt ten unaocznia nam jedno: Netflix nie różni się absolutnie niczym od bohaterów The social dilemma. Korzysta z tych samych korporacyjnych sztuczek, kreując się jednocześnie na “postępowego społecznie dostarczyciela treści streamingowych”, tworząc w ilościach fabrycznych seriale i fabuły tak poprawne politycznie, że chce się rzygać już po kilkunastu minutach oglądania. Tym samym Netflix – kierując się Jedynym Przykazaniem – maksymalizuje zyski dokładnie tak jak inni giganci – tworząc “tęczowe” seriale, przyklejając czarnoskórych aktorów / aktorki tam, gdzie pasują jak pięść do nosa, ale czyniąc to z koniunkturalnych, strachliwych powodów. Tłum BLM i LGBT wszak może rozjebać w drobny mak wizerunek każdej korporacji, która w porę nie wkręci tęczy w swoje logo, nieprawdaż? Dlaczego? Bynajmniej nie dlatego, że gorąco wspierają oni walkę czarnych i LGBT+, ale dlatego, że w kapitalistycznych realiach rynkowo-kulturowych każdy tłum wściekły na coś / kogoś, jest idealną masą do uformowania z nich klientów, którym można sprzedać ich własny bunt za kasę płynącą tylko w jedną stronę – na konta korporacji.

Konkludując: The social dilemma, to wtórny, pełen hipokryzji dokument o samym Netflixie…

::: zlew ::: | lasery i radiowa Trójka

Podziel się:










0Shares

Zbiorczy post, coby w jakiejś znośnej formie nie rozdrabniać się zbytnio i zawrzeć w jednym wpisie to, co kotłuje mi się w głowie… W ogóle ostatnio myślę nad tym jak rozwiązać problem natłoku myśli wszelakich i jak wpasowywać ten nurt nieuporządkowanego dumania w formę posta blogowego. Walczą we mnie dwie tendencje: przekształcić дискраст w blog monotematyczny, typowo poruszający kwestie Wschodu, Rosji, kultur Syberii i społeczno-politycznych aspektów w tej części świata, albo kontynuować pisanie o kilku dyżurnych interesujących mnie sprawach…

* * *

Niemal trzy miesiące kwarantanny wyszło mi dobre. Dosłownie i w przenośni. Nie powiem, że wykorzystałem / wykorzystuję ten czas mega-produktywnie, chociaż zaliczyłem wiele zaległych książek, zrobiłem porządek z kompem (zmieniłem system: o ostatnim przemeblowaniu linuksowym napisałem na Telegramie), opierdalałem się cudownie jak nigdy dotąd, ale nade wszystko odzyskałem sporo przestrzeni w głowie i wokół siebie…

 

 

Obecnie tkwię na wypowiedzeniu, wczoraj po raz ostatni byłem w pracy. Mogę powiedzieć, że była to sytuacja do przewidzenia. Po niemal dziesięciu latach pracy na laserach Trumpf mam już dosyć… Mimo, że lubię tą pracę, podoba mi się proces obróbki metali przy użyciu lasera, to jednak wyraźnie czuję syndrom “zmęczenia materiału”. Ostatnie dwa lata sprawiły, że widząc laser mam ochotę się puścić pawia. Rzecz jasna nie o sam laser chodzi, a o dotychczasową atmosferę w miejscu pracy; kiedy po dwóch latach przychodzisz ostatni dzień do pracy i wciąż masz wrażenie jakby to był twój pierwszy dzień w robocie, to chyba coś jest nie halo :/ Nie chce mi się o tym pisać bardziej szczegółowo, albowiem przemieliłem w głowie ten temat na wszelkie możliwe sposoby (co psychologicznie wyszło mi zdecydowanie na dobre – takie introspekcje, to solidna dawka “antydepresantów domowej roboty”).

Póki co jestem więc bezrobolem. I dobrze. Z wiekiem tylko bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że nie ma najmniejszego sensu rozpierdalać się na tysiące kawałków w nerwówce i pogoni za kolejnym miejscem pracy – byle szybciej, byle zachować “ciągłość zatrudnienia”, byle pod presją czasu i jebanego rynku pracy pozostać na powierzchni tego syfiastego bajora konkurencji. Jeśli ktoś w tym momencie zacząłby nawijać te suche kapitalistyczne mantry, że “takie są teraz czasy, stary!”, “tak działa świat!” – serio, wyrzygałbym mu się pod nogi.
Ta pieprzona kwarantanna1Używam konsekwentnie tego debilnego określenia, oficjalnie funkcjonującego w “czasach zarazy” włącznie dlatego, że realnie znajduję się w grupie ryzyka, jako astmatyk po kilku zapaleniach oskrzeli, po obustronnym zapaleniu płuc i sepsie… pomogła mi nabrać dystansu do wielu stresujących sytuacji, w jakich często znajdujemy się, będąc pod presją pracodawcy. Podobnego dystansu nabrałem do permanentnego wkurwa na współpracowników nie przejawiających jakiejkolwiek inicjatywy pro-pracowniczej. Przestałem emocjonalnie podchodzić do tego, że syndrom sztokholmski wciąż trzyma za ryj olbrzymią część klasy robotniczej. Gdy wszelakie sugestie tyczące się praw pracowniczych kwitowane są milczeniem, a spojrzenie twoich współpracowników mówi ci: jak to?! sprzeciwić się?! pracodawcy?!, wtedy opadają ci ręce… Bez robotniczej solidarności w miejscu pracy i poza nim (symptomatyczne: w ciągu dwóch lat nie byłem ani razu na piwie z kimkolwiek z pracy, nie wspominając już o jakichkolwiek innych towarzyskich spotkaniach) jest się skazanym na ostracyzm, a ten perfekcyjnie wykorzystywany jest przez pracodawcę. Nie chcę powiedzieć, że moje ostatnie doświadczenia, to obóz pracy i eksploatacja, bo tak oczywiście nie było. Chodzi mi o specyficzną atmosferę; jeśli codziennie przez dwa lata czujesz się kurewsko nieswój i jesteś wyobcowany w miejscu, gdzie spędzasz na dobrą sprawę połowę swojego życia, niechybnie rzuci ci się to na mózg.

Ostatnie miesiące spędzone w domu sprawiły, że w dużej mierze przewietrzyłem swój umysł… Udało mi się osiągnąć stan względnego spokoju wewnętrznego; radość i satysfakcja pojawiające się w prozaicznych sytuacjach, to deficytowe odczucia, o których istnieniu niemal zapomniałem. Teraz gromadzę siły i cieszę się z powodu dupereli – to ważne.

* * *

Na temat kondycji Polskiego Radia pod butem PISu napomknąłem w recenzji książki Hermanowskiego o historii polskiej radiofonii. Nędza i rozpacz. Trzeba być naprawdę tępym fiutem, albo tępym PIS-owcem (co chyba na jedno wychodzi, jeśli już jedziemy na fali obrażania zwolenników reżimu), aby nie widzieć tego, że zarówno strukturalnie, jaki i decyzyjnie/politycznie, mediami państwowymi rządzi obecnie Radiokomitet, czystej wody postkomunistyczny moloch mający w swojej garści nie tylko radio, TV, serwisy internetowe, ale również myśli i słowa pracowników tychże mediów.
Jakże często chce mi się rzygać gdy w Radio TOK FM wytresowani dziennikarze i dziennikarki jadąc na kalkach czystej michnikowszczyzny obnażają swój “obiektywizm” i profesjonalizm. Ten sam wylew syfu oglądamy w TVN24. Ale dostrzegając pewną gradację degeneracji i absurdu w dziennikarskim świecie, dochodzimy do granicy wytrzymałości naszego umysłu, docieramy do miejsca, gdzie rozum śpi, gdzie budzi się propagandowa bestia, gdzie nikt, naprawdę NIKT normalny nie jest w stanie wytrzymać. Wydawać by się mogło, że to kres, że dalej nie ma już nic… Hehe, co za brednie! To właśnie tam zaczyna się królestwo Radiokomitetu!

Putinizacja polskiej polityki jest widoczna jak na dłoni dla każdego, kto śledzi i polską i rosyjską rzeczywistość. Jest to dla mnie tym bardziej symptomatyczne, że Kaczyński i jego przydupasy ostentacyjnie od dziesięcioleci stroją się w antyrosyjskie piórka, podczas gdy ich systemowe “rozwiązania” są niemal żywcem wyjęte z teczek kremlowskich PR-owców. Dokładnie z tym mamy do czynienia w przypadku Polskiego Radia.
Cieszyłem się kiedyś, że kupiłem radioodbiornik z technologią cyfrowego odsłuchu radia DAB+. W Polsce póki co w DAB+ nadają wyłącznie stacje Polskiego Radia (z regionalnymi rozgłośniami i z kilkoma radiostacjami z projektu Radia Gminnego włącznie).I c o z tego, skoro w chwili obecnej jedynym programem radiowym nadającym się do słuchania jest “Dwójka”?

Oto, jak zjebanymi politycznymi decyzjami i machlojami można spierdolić tak potężne medium jak Polskie Radio! Za czasów Kwacha i Millera, za czasów AWS-u i aferzystów z PO również mieliśmy do czynienia z ręcznym sterowaniem i grzebaniem w radiowych bebechach, ale Polskie Radio ery Kaczyńskiego, to do kurwy nędzy, jakiś naprawdę koszmarny dowcip. Serio, spośród wszystkich stacji publicznych w chwili obecnej można wytrzymać jedynie z Dwójką (no i z niszowym Radiem Chopin, które de facto jest bliźniacze tematycznie z  Dwójką i można słuchać go jedynie na DAB+ i w necie) – cała reszta przeżarta jest pierdolonym PIS-owskim bełkotem!

Oczywiście nie od dziś wiedziałem o tragicznej sytuacji w Trójce. To najbardziej sponiewierana i upokorzona przez PIS radiostacja publiczna. Nie wiem, co buractwo przylepione do Kaczyńskiego chciało udowodnić rozpierdalając kompletnie redakcję tego radia. Jednym z argumentów byłą “dekomunizacja”, która w 2020 roku, a nade wszystko, w ustach tych jebanych hipokrytów (wśród których roi się od PZPR-owskiego koniunkturalnego ścierwa) brzmi cokolwiek groteskowo. Wyjątkowo antypatyczna menda (żeby nie użyć słów cięższego kalibru…), “dziennikarka” Dorota Kania, usłużnie przypomniała niedawno, że Trójka powstała w okresie stanu wojennego jako “wentyl bezpieczeństwa” dla wkurwionej PRL-em młodzieży, ergo: Trójka A.D. 2020 pozostaje medium komuszym, z układami, z zabetonowanymi klanami dziennikarskimi itd. Po pierwsze, mówi to babsko, które czerpie garściami i pławi się w obecnym reżimie dokładnie tak samo jak Urban pławił się w PRL-u. Po drugie – fakt, w Trójce “zasiedziało się” wielu starczych dziennikarzy, którzy utuczyli się na swojej sławie i stali się nietykalni, poza zasięgiem jakiejkolwiek krytyki (vide Mann, czy Niedźwiedzki żeby nie szukać dalej…); do Trójki w bardzo kontrolowany sposób trafiały nowe, młode głosy. To prawda. Ale jaki to ma związek z ogólnym profilem tej stacji? Czy tępe PIS-owskie świnie naprawdę kierują się quasi-logiką typu: jeśli w czasie stanu wojennego Trójka puszczała zagraniczną muzykę, by odwrócić uwagę młodych od opozycji, to niejako z automatu przedłużyła swoją “misję” na czasy po komunie? Czy taki myślowy bełkot ma jakieś pierdolone odzwierciedlenie w audycjach Oli Kaczkowskiej, albo miał odzwierciedlenie w audycji Wrzenie świata?

 

 

Afera z kawałkiem Kazika na pierwszym miejscu Listy Przebojów Trójki jest tylko ukoronowaniem tej PIS-owskiej porażki. Pokazuje ona doskonale jak cudownie, jak perfekcyjnie pionki przyspawane do stanowisk decyzyjnych dzięki władzy PIS restaurują komunistyczne struktury, jak strachliwe, wiernopoddańcze reakcje nijakich żołnierzyków tej patykowatej władzy mają wpływ na losy ogólnopolskiej stacji radiowej. Jak po ludzku nazwać obecnych włodarzy PR, Trójki? Tylko ślepy, albo głupi nie zauważy tych subtelnych, niewolniczych, żenujących decyzji – byle tylko przypodobać się temu śmiesznemu człowieczkowi z Żoliborza. Tutaj, Panie i Panowie, nie ma już miejsca na jakieś głębsze, wyważone refleksje – tutaj liże się dupę władzy otwarcie, ostentacyjnie, bezrefleksyjnie, tępo i poddańczo. Ten schemat w obecnej Polsce jest powszechny. Wie o tym również Dorota Kania, zaangażowana w ten polityczny rimming nawet bez stanu wojennego.

Kawałek Kazika, Twój ból jest lepszy, niż mój, wylądował na 1. miejscu 1998-go wydania LP3. Zaraz potem info o tym wyparowało ze strony Trójki i pojawił się komunikat dyrekcji radia, że lista została sfałszowana, a w/w kawałek faktycznie zajął 4. miejsce. Później zorganizowano konferencję prasową, na której pokazano “skandaliczny mechanizm fałszowania listy przebojów”, co tylko pogrążyło tą jebaną bandę radiowych decydentów.
Niedźwiedzki nie jest moim bohaterem, ani mnie on ziębi ani grzeje, nie należę do jego fanów. Skoro on, bądź jego asystent przy okazji odsiewania realnych głosów słuchaczy od “głosowań” botów dokonywali ręcznych zmian w kolejności utworów na liście Trójki, dlaczego czujne mordy radiowej wierchuszki nie interweniowały wcześniej? Może jakiś kawałek Deep Purple, Organka czy innego Pearl Jam również został na nielegalu wrzucony kilka oczek wyżej?! Nieee, to byłoby zbyt banalne! Usłużne sługusy władzy zareagowały, gdy na horyzoncie pojawił się kawałek, który cała Polska powinna wyśpiewać w ryj temu samozwańczemu quasi-Napoleonowi, zdziwaczałemu starczemu księciu ewidentnie nie-z-naszej-bajki! Kawałek Kazika rewelacyjnie wpisał się w to, co odpierdala się w tym kraju pod rządami Kaczyńskiego. Prymitywna, ludowa rytmika i melodia oraz tekst mega-celnie pokazujący wszechwładzę tego małego, zakompleksionego człowieczka i jego jeszcze mniejszych przydupasów…

Przy okazji, nie wiadomo który to już raz, obwołano Kazika zbuntowanym artystą, twórcą niemal politycznym, autorem protest-songów… Pusty śmiech mnie ogarnia, bo jeszcze nie tak dawno Kazik apelował, “aby dać szansę Kaczyńskiemu”.. Poza tym – umówmy się – Kazik nigdy nie był żadnym politycznym “piosenkarzem”. Kilka tekstów będących komentarzami do rzeczywistości politycznej (owszem, bardzo celnych!) nie czyni z niego “buntownika”… Zresztą o czym tu mowa :D Wychowałem się na takich kapelach jak Crass, Conflict, Minor Threat, Subhumans, Dead Kennedys… Z perspektywy DIY sceny anarcho-HC/punk Kazik jest tylko kolejną mainstreamową gwiazdeczką… Cenię kilka jego songów, bo są świetne. Tak jak ten prymitywny kawałek-skandal, który przyprawił o ból dupy szefostwo Polskiego Radia.

Wracając jeszcze na moment do Niedźwiedzkiego… Koleś prowadził przez 35 lat Listę Przebojów w Trójce. To najdłużej istniejąca lista przebojów w polskich mediach. Usłużne prawicowe ścierwojady “dziennikarskie” nadmieniły zaraz po aferze z piosenką Kazika, że Niedźwiedzki i tak chciał odejść z Trójki, więc przy okazji zrobił to “z przytupem”, windując sztucznie kawałek przeciw władzy na 1. miejsce listy. Tak na odchodne.
Ktoś w necie trzeźwo zauważył: Niedźwiedzki przez większość swojego życia prowadził w/w listę przebojów, wychował na niej kilka generacji słuchaczy (i chuj mnie obchodzi, co myśli o tym jakaś Kania) i nadchodzi 1998. wydanie owej listy… Pomyślcie – kto chcący “z przytupem”, skandalicznie opuścić radiostację, robi to dokładnie na dwa wydania do 2000-ej edycji Listy? Przecież gdyby Niedźwiedzki chciał rzekomo ręcznie wrzucić song Kazika na pierwsze miejsce, mógłby zrobić to właśnie w czasie jubileuszowego wydania! To byłoby odejście! Mógłby jeszcze wtedy mniej lub bardziej kulturalnie oznajmić na antenie: pierdolę waszą PIS-owską bandę, która zdemontowała Trójkę!

Po raz kolejny, po incydencie z cenzurowaniem listy przebojów, odeszła z Trójki kolejna – liczna! – grupa dziennikarzy. Nie wiem, kto tam jeszcze został, oprócz sprzątaczek, koniunkturalistów i takich antypatycznych pasożytów obecnej władzy jak Grzegorz Górny, Marcin Wolski (ikoniczny wręcz, żenujący przykład betonu PRL-PIS), czy Paweł Lisicki (prawicowy bełkot-Od-Reczy)…
Życzyłbym sobie, aby takie postaci jak Ola Kaczkowska czy Dr Wilczur, zwinęli swoje manele i wraz ze swoimi świetnymi audycjami opuścili PIS-owską Trójkę. Zawsze znajdą morze słuchaczy i wielbicieli – w necie i na innych radiowych falach!

Ja żegnam się z Trójką. Nie włączę tej stacji dopóki w tym kraju będzie rządziła ta skurwiała banda. Dopisuję Trójkę do kolejnych reżimowych stacji. Jeszcze niejako siłą rozpędu i moich fascynacji słuchałem tych kilku fajnych trójkowych audycji. Teraz nie ma to już najmniejszego sensu…

Bardzo podoba mi się jeden z ostatnich kadrów teledysku do piosenki Twój ból jest lepszy niż mój. Jest mega-symptomatyczny! Surowy. Prawdziwy.

 

 

Kaczyński, na pewno nie czytasz дискраста, hehe… Ale nic to, Drogi Przywódco! Z tego miejsca życzę ci, abyś – zanim kopniesz w kalendarz i spoczniesz six feets under – pozbawiony swoich dupolizów i sługusów wokół, zetknął się z takimi właśnie spojrzeniami wszystkich tych, którzy mają dość twoich pierdolonych politycznych fanaberii! Chciałbym żebyś spojrzał w te wszystkie wkurzone twarze i zesrał się ze strachu. Niczego innego ci nie życzę…

Taaa, dzisiaj wyjątkowo dużo bluzgów i mięcha we wpisie. Wyjaśnienie tegoż jest banalne. Gdy pewne sytuacje, o których myśli/pisze człowiek dawno opuściły granice zdrowego rozsądku, jeśli napór syfu, groteski i poronionych pomysłów ze strony władzy jest nie do zniesienia, wtedy każdy myślący człowiek jest zwolniony z ubierania swojego niezadowolenia w językowe subtelności. Każda władza, to gówno i wrzód na dupie. Jednak ta władza, to wyjątkowy przykład zgnilizny i post-PRLowskich wzorców… Jak śpiewał niegdyś jeden z bohaterów tego wpisu:

“[…] może bardzo wielu nie zrozumie tych słów, ale nie ma litości dla skurwysynów!”

··· podkład muzyczny: Fredag Den 13:e, Disable, Pan Daijing,Davaajargal Tsaschikher, Death Toll 80k

 

COVID-19. Święty spokój w czasach zarazy

Podziel się:










0Shares

Szczyt bezczelności w czasie kolejnego tygodnia kwarantanny?
Upajać się samotnością, czytając Maxa Stirnera…

O samej pandemii koronawirusa pisać nie zamierzam – w tej kwestii wyręczają mnie codziennie wszystkie massmedia (te kłamliwe jak i te próbujące częściej ocierać się o fakty). Siedząc w domu, przypominam bardziej mojego dziadka, który miał takie specyficzne powojenne przyzwyczajenie: po załatwieniu wszystkich “ważnych spraw” na mieście, po obiedzie, zasiadał w kuchni przy stole, zabierał jeden ze swoich przenośnych odbiorników radiowych (przysięgam, że miał ich więcej, niż ja) i przez godzinę, czy dwie wyławiał z eteru stacje w różnych językach, słuchając co się dzieje w Europie. Patrzył w okno i słuchał. Czasem nabijał też fajkę…
Ja również siedzę z odbiornikami przy oknie, piję yerbę i wyławiam na falach średnich info o tym jak z wirusem walczą Włochy, Bałkany, Rosja… A potem skok na falach krótkich w stronę Bliskiego i Dalekiego Wschodu oraz na antypody; Izrael, Chiny, Japonia, Korea, Wietnam, Australia. Radio przynosi tylko miazgę w postaci kolejnych doniesień o tym, że COVID-19 wygrywa, póki co… Patrzę na wyjątkowo błękitne w ostatnich dniach niebo, trzeci tydzień w domu…

Ludzie w Polsce zaskakująco szybko, żeby nie powiedzieć karnie, dostowowują się do kolejnych, zaostrzających się nakazów/zakazów i ograniczeń wprowadzanych w związku z szalejącym koronawirusem. Ogranicza to znacznie panoszenie się tego ścierwa, ale ogranicza również swobodę poruszania się. Zamyka nas na małych przestrzeniach, zazwyczaj z najbliższymi (mówiąc kolokwialnie: te same ryje przez kilka tygodni – uff!), stawia nas w kompletnie nowej sytuacji. Daję głowę, że większość (zwłaszcza młodych) jest po raz pierwszy w życiu postawiona przed faktem takiej samoizolacji, chociaż i tutaj z pomocą przychodzą te niezawodne trucizny, które i przed pandemią doskonale spełniały swoją rolę: internet, Netflix, gry…
Sam truję się w necie, a po nocach oglądam Netflixa i nadrabiam wszelkie zaległości książkowe, ale nade wszystko – jest mi cudownie dobrze ze świadomością, że potok ludzkich istnień znika z ulic, że trafia go szlag w czterech ścianach, że nie potrafi sobie zagospodarować ni grama czasu tak, by czerpać z owego odosobnienia nie tylko przyjemność, ale i wyciągnąć jakieś pozytywne wnioski natury epistemologicznej w tych mocno “niestandardowych” czasach.

Kolejny tydzień z rzędu siedzę w domu, co kilka dni robiąc jedynie wypad do najbliższych sklepów po żarcie. W cieplejsze popołudnia, zakładam pancerną czarną maskę, kask i robię sobie kilka kółek po mieście na skuterze… Jestem zachwycony! Puste ulice, kilka osób grzecznie stojących pod marketem w dwumetrowych odstępach od siebie, zero korków, puste parki. Przez moment ma się wrażenie, że przejeżdża się przez autystyczne Twin Peaks A.D. 2020. Jadę i myślę sobie, jak obłędnie muszą teraz wyglądać miasteczka i wioski w Beskidzie Żywieckim, albo w Sudetach; nic, tylko wziąć kamerę i kręcić pejzaże do niskobudżetowych teledysków kapel grających depressive black metal.

To oczywiste, że następujące po sobie dni/noce są podobne do siebie, ale owa powtarzalność nie jest uciążliwa, nie drażni. Jeśli człowiek podzieli sobie dzień/noc na w miarę strawne kawałki, a ich sekwencja nie będzie zbytnio męczyć mózgu, wtedy samoizolacja zaczyna jawić się jako ciekawy eksperyment psychologiczno-filozoficzny; nawet w czasie palenia papierosa w oknie o poranku, przychodzą do głowy myśli, które spinają jak klamry setki rozproszonych refleksji. Bez przesadnego wysiłku, leniwie, bez szarpania się z samym sobą…
Jak wiadomo, nie należę do ludzi, którzy funkcjonują w oparciu o terminarz z rozpisanym miesiącem i zadaniami do wykonania. Próbowałem, owszem, ale ni chu… nie potrafię i nie chcę tak żyć. Tak więc z przyjemnością przypatruję się sobie, gdy codziennie powtarzam pewne czynności z lekką głową, gdzieś “obok” rezerwując sobie nieco miejsca i czasu na przemyślenia związane z kolejnymi światowymi doniesieniami o trupach, respiratorach, stanach wyjątkowych i ozdrowieniach. “Święty spokój w czasach zarazy”.

Rzeczą ze wszech miar niedorzeczną byłoby tworzenie jakieś osobistej mitologii samotności; jedną z elementarnych cech mizantropii, jak sądzę, jest jednak możność obserwowania i uczestniczenia (choćby “zdalnie”, refleksyjnie) w tych wydarzeniach, które tyczą się ludzkich, patykowatych poczynań, zwłaszcza w sytuacjach skrajnych, kryzysowych. To przecież doskonały żer, paliwo dzięki któremu jednostka ma możliwość wzięcia siebie w nawias, odłączenia się, świadomego wyautowania się poza strefę tych wpływów społecznych, które wkurwiają najbardziej. Taki stan ma mnóstwo pozytywów, a jego intensywność zależy rzecz jasna od indywidualnych czynników.
Ale, ale… bez mitologizacji! Gdybyśmy pokusili się tutaj o jakieś absolutyzowanie owej samotności, albo zapędzili się w apoteozę izolacji jako takiej, bez wątpienia wpakujemy się w groteskę, śmieszność i pretensjonalność najniższych lotów. Nie żyjemy bowiem za kołem podbiegunowym, nie jesteśmy odcięci od cywilizacji, bezmiar materialnej pustki nie kaleczy naszych oczu i myśli.
Czytałem gdzieś niedawno, że nawet Svalbard przestał być synonimem “samotności na końcu świata” – w oczach tych, którzy przeżyli tam kilka sezonów. Tak więc umówmy się co do jednej kwestii: samoizolacja w naszych warunkach bytowych jest raczej idealnym detoxem od codzienności, w której zawsze coś nas wkurwia, w której w najmniej odpowiednich momentach pojawiają się przed oczyma ludzkie zjawy.

Gdy COVID-19 przestanie być realnym zagrożeniem, ekonomiczny rozpierdol i trudności dnia codziennego zwalą się nam na łeb z potężną siłą. Żeby wygrzebać się z tego gówna będziemy potrzebować sporo energii. Dopiero teraz, w obliczu pandemii, kapitalizm pokazuje swój prawdziwy ryj. Możemy być pewni, że po opanowaniu wirusa międzynarodowe instytucje finansowe ze zdwojoną siłą “zaopiekują” się nami, więc… Ładujmy akumulatory w samotności, delektujmy się chwilami, które nieprędko się powtórzą – mam na myśli, rzecz jasna, czerpanie przyjemności z samotnych wycieczek wewnątrz swojej głowy, a nie samo zagrożenie zarazą ;)

Czytanie Bernharda i Stirnera w czasach koronawirusa jest swego rodzaju filozoficznym kaprysem; to tylko trochę mniej oczywisty wybór lektur – zawsze moglibyśmy wybrać Dżumę, Camusa. Bardziej przewidywalne, prawda? Jednakże bez względu na to, po jaką książkę zdecydujemy się sięgnąć, celebrujmy każde spotkanie z literaturą, uciekajmy wgłąb! Nie dajmy się zwariować w tym bagnie paniki, fake newsów i beznadziei! Zwariujmy lepiej w objęciach samotności, na jaką nas stać w tym do bólu stadnym kołchozie! Taki egzystencjalny majak nie powtórzy się w najbliższym czasie – korzystajmy z obłędu!

 

··· podkład muzyczny: BAPTISTS, SHE PAST AWAY, TORCH RUNNER, ASPHALT GRAVES