Podziel się:
0Shares
Wieje halny. Pozbawia mnie ostatnich liści na ciemnym balkonie i wierci we łbie dziury wielkości pięści. Głuchy rechot powietrza za kawałkiem źle wytopionego szkła moduluje i kłóci się z sykiem FOUNDATION HOPE…
Inwentaryzuję wspomnienia o ludziach, którzy zniknęli, albo których sam zniknąłem i wydmuchując wraz z dymem papierosowym echa dzisiejszej rozmowy z Mary, przywołuję na pierwszy, mroźny i czysty plan monotonię obłędu z Как я провёл этим летом, klatka po klatce. Kilka mikroskopijnych drobin popiołu unosi się i wpada do kubka z zieloną herbatą…
Uwielbiam pierścienie wokół Saturna. Ten gazowy potwór otoczony jest miazgą kosmicznych skał i lodu, których piękno jawi się dopiero ze znacznej odległości. Grawitacja Saturna jak i tłoczące się w obrębie pierścieni odłamki, to wielki odkurzacz Układu Słonecznego przyciągający swoje kolejne ofiary: księżyce asteroidy i zbłąkane ciała [prawie] niebieskie.
Inwentaryzacja, którą niedbale i na kolanie prowadzę, to właśnie taki proces – bezlitosnej symbiozy grawitacji i destrukcji, po którym w kompletnej próżni zdarza mi się oglądać opalizujące szczątki ofiar, względnie szczątki siebie.
Nigdy nie chciałbym być w skórze bohaterów wspomnianego wyżej, genialnego (i bez wątpienia najwspanialszego w ostatnich latach) rosyjskiego filmu, choć coś grawitacyjnie wypruwającego mój zdrowy rozsądek, pcha mnie ku pustce bezlitosnego braku orientacji, co oznacza ni mniej, ni więcej to, iż jednak tego pragnę. By rozpaść się na kawałki, by rozpaść innych w promieniu najbliższych kilku oddechów zasyfionych astmą.
Dopiero w zakneblowanej ciszą próżni daje się odczuć potworność i (sic!) piękno śmierci i rozpadu, które stanowią budulec dla nowych tworów, opalizujących jeśli nie byciem, to na pewno trwaniem.

UDFy-38135539

Podziel się:
0Shares
Jak doniosły ośrodki astronomiczne, naukowcom udało się wyznaczyć odległość najdalej położonej, znanej nam galaktyki (UDFy-38135539). Jej redshift wynosi z=8.55; jest ona dla nas widoczna 600 milionów lat po Wielkim Wybuchu.
Słowo: daleko wydaje się być głębokim nieporozumieniem, czymś koszmarnie nieadekwatnym w odniesieniu do przestrzeni, o jakiej się nam nie śniło… Próbuję usilnie zrozumieć mechanizm, jaki zachodzi w mojej głowie, próbuję go oswoić w kontekście odnalezienia proporcji (jakbym naiwnie wierzył, że to właśnie wytyczenie proporcji ratuje człowieka przed szaleństwem). Zastanawiam się mianowicie, skąd bierze się fascynacja skalą makro i jej odniesienie do mikro-życia na kształt z grubsza ludzki.
Słuchając ostatnio zmagań w konkursie chopinowskim (pieprzyć krytyków! Юлианна Авдеева zagrała przepięknie!) i odgrzewając co nieco dzieła Pendereckiego (o kótrym zapomniałem przez lata…), zanurzyłem się w czymś skrajnie różnym od moich dotychczasowych “potknięć”  o rozmaite interpretacyjne wariacje, jakie zdarzało mi się popełniać w głowie podczas słuchania muzyki. Zbliżenie się do jakieś mocno umownej granicy pomiędzy dźwiękiem, jako językiem, a symboliczną zawartością tegoż niejako automatycznie sprawiło, że przed oczyma stanęły mi astronomiczne analizy linii widma, które przesuwały się w czerwoną jego stronę. Idiotyczne, można by rzecz – wszak nie ma w tym jakiejś żelaznej konsekwencji czy związku, a “kosmiczne” interpretacje choćby Hymnu do św. Adalberta, Pendereckiego, niechybnie zaprowadziłyby mnie w jakiś podejrzanej reputacji zaułek metafizyki. Ta moja dziwna paralela w zasadzie należy do gatunku refleksyjnych i nie widzę istotnego powodu, by przesadnie się o niej rozpisywać. Mimo wszystko jest to dla mnie pewne novum.
Muzyka, jak mi się wydaje, może stać się czymś w rodzaju palety barw, z której można wybrać akurat te odcienie, które najbardziej pasują do nakreślenia tych przepastnych odległości pomiędzy jednym, a drugim człowiekiem. Wymiar życia i śmierci przeniesiony na makro-skalę, opleciony nieodmiennie kolczastym krzewem ludzkich zależności, wydaje się śmiesznie nieistotny, zabawnie miałki. Dziwne, ale w Dies Irae, z Requiem for my friend, Preisnera “słyszę” tą niewyobrażalną odległość pomiędzy ziemskimi teleskopami, a galaktyką  UDFy-38135539. Nie jest to żadna przewrotna reminiscencja “boskiej wielkości” z mojej strony, czy coś na kształt ludycznych quasi-mądrości Wojtyły, typu: czas ucieka – wieczność czeka. Piękno w oswajaniu tych proporcji makro i mikro bywa zabójczo urokliwe. Zwłaszcza ponad niebiosami, w zimnej przestrzeni kosmicznej…