Padraic Kenney – Budowanie Polski Ludowej. Robotnicy a komuniści 1945-1950

Podziel się:
0Shares

 

Książka ta zapewne umknęłaby mi w morzu wydawniczych nowości, gdyby nie radiowa audycja na jej temat. Po wysłuchaniu opinii, postanowiłem ją kupić. Przyznam, że zaciekawiła mnie symptomatyczna dychotomia zawarta w podtytule: “robotnicy i komuniści”; pomyślałem, że Autor potraktował temat solidnie, jeśli – słusznie skądinąd – oddzielił dwa byty: klasę robotniczą (mającą przed wojną bogate tradycje strajkowe i spory instynkt samoorganizacji – [o czym później]) od “komunistów” – decydenckiej grupy “spadochroniarzy” ze stalinowskiej Moskwy pełniącej w istocie rolę posłanników okupanta, jakim faktycznie był ZSRS.
Nie mniej interesujący wydał mi się okres, na jakim skupił się Autor, a więc lata 1945-1950: czas, gdy reżim komunistyczny nie tylko zakorzeniał się strukturalnie na ziemiach polskich (łącznie z ziemiami odzyskanymi, potraktowanymi dość obszernie w w/w książce), ale i  rozkręcał swoją machinę opresji – głównie przeciwko klasie robotniczej właśnie.

Padraic Kenney opisuje relacje: robotnicy vs komuniści, ale z założenia robi to wybiórczo. Pomimo tego jego książka wydaje się jedną z pierwszych w tym zakresie na oficjalnym rynku wydawniczym (nie licząc drugoobiegowych i niszowych publikacji lewicowych i anarchistycznych po 1989 roku).
Dlaczego wybiórczo? Autor postanowił na ową relację spojrzeć przez pryzmat dwóch bardzo istotnych miast w historii powojennej Polski: Łodzi i Wrocławia. Wybór tych miast nie jest przypadkowy. Łódź, jako potężny ośrodek przemysłowy (w czasach zaborów jak i  po odzyskaniu niepodległości, aż do czasów powojennych) ze świadomą swoich praw klasą robotniczą i tradycją strajkową, jest wyborem oczywistym (tym bardziej że po wojnie Warszawa leżała w gruzach, a komunistyczny aparat i administracja przeniosły się właśnie do Łodzi). Wrocław natomiast – wielkie miasto odzyskane na ziemiach często nazywanych polskim Dzikim Zachodem, dla komunistów przestrzeń do zaanektowania przede wszystkim propagandowo i organizacyjnie, ale i przemysłowo.
W obu tych miastach relacje robotników z aparatem komunistycznym były diametralnie różne i to właśnie decydyje o wyjątkowości książki Kenny’ego.

Autor, sięgając do polskich archiwów w Łodzi, opisuje bardzo rozwiniętą świadomość klasową robotników przemysłu tekstylnego w 1945 roku i w latach kolejnych. Nic dziwnego. Łódź pod tym względem zawsze wyróżniała się na tle innych polskich miast, posiadając bogatą i długą tradycję ruchu robotniczego. Oczywiście miasto nie zawdzięcza tego ani KPP, ani prostalinowskim strukturom politycznym; w Łodzi “rządzi” PPS i syndykaliści, co jest solą w oku komuchów, którzy zaczynają dopiero wnikać w środowiska robotnicze. Padraic Kenney szczegółowo opisuje akcje strajkowe łódzkich robotników, którzy dosyć szybko zdali sobie sprawę, że KPP nie jest żadnym emisariuszem sprawy robotniczej, a kolejną machiną opresji żerującą na ich ciężkiej pracy. Bardzo istotną kwestią jest permanentne dążenie do osłabienia tradycji (anarcho)syndykalistycznej w fabrykach; autentyczna samoorganizacja w łódzkich fabrykach po wojnie była modelowo realizowana właśnie na gruncie anarchosyndykalizmu, kiedy to robotnicy po wojnie sami wracali do fabryk, w których pracowali, przejmowali je, dokonywali niezbędnych napraw i sami ruszali z produkcją, szukając na własną rękę kooperacji – bez państwa, aparatu partyjnego i bezpieczniackiego.
Komuniści robili wszystko, by “złapać za ryj” krąbrne i skore do buntów pracownice przemysłu włókienniczego i przede wszystkim opanować newralgiczne dla siebie punkty: rady zakładowe i związki zawodowe.

Wrocław natomiast jest przykładem diametralnie innej organizacji powojennej klasy robotniczej. Miasto wyrwane spod wpływu Niemiec, zniszczone z leżącym na łopatkach przemysłem (nigdy nie rozwiniętym tak jak na Śląsku, czy w Łodzi właśnie), z olbrzymią ilością ludności napływowej (głównie ze wsi i z całej Polski, gdzie ziemie odzyskane były traktowane jak “eldorado” i obietnica lepszego startu po zawierusze wojennej). Tutaj KPP mierzy się głównie z szabrownictwem, analfabetyzmem wśród robotników, uruchamianiem starych zakładów i tworzeniem nowej industrialnej tkanki miasta. Wrocław nie posiada jednolitego środowiska robotniczego, a sami robotnicy często porzucają pracę i szukają nowych możliwości zarobkowych w zdewastowanym mieście. Te i inne czynniki sprawiają, że we Wrocławiu strajk jest rzadkością, a eskalacja opresji ze strony struktur bezpieczeństwa – większa.

W oparciu o te dwa miasta, Padraic Kenney analizuje kilka ważnych aspektów tytułowej relacji: robotnicy-komuniści. Po pierwsze szeroko (zwłaszcza w przypadku Łodzi) opisuje on rewolucję w samych fabrykach i sukcesywne wyjaławianie środowiska robotniczego na rzecz totalnej nad nim kontroli. Po drugie opisuje zmiany w samej KPP i jej zaciekłą walkę o wpływy z o wiele bardziej doświadczoną (i cieszącą się większym zaufaniem wśród robotników) PPS – aż do chwili spacyfikowania i wchłonięcia tej ostatniej (“zjednoczenie” i powstanie PZPR). Po trzecie Kenney skupia się na takich kwestiach jak powojenna retoryka klasowa, współzawodnictwo pracy (jako kolejne narzędzie podporządkowania sobie klasy robotniczej), robotnicza i socjalno-bytowa świadomość pracujących kobiet (szczególnie interesujący i wcześniej nie podejmowany temat w publikacjach historycznych tego typu!) i rozziew pomiędzy tradycją przedwojennego pokolenia robotników, a młodym, w większości napływowym elementem “nowej klasy robotniczej”.

Budowanie Polski Ludowej jest publikacją wyjątkową, ale i problematyczną. Autor niestety uległ dziwnej tendencji do “łagodzenia” obrazu nowej władzy w 1945 roku. Dlaczego? Ano bagatelizuje on aktywność służby bezpieczeństwa bezpośrednio po przejęciu władzy przez KPP – zarówno w społeczeństwie jak i w fabrykach. Na próżno szukać w książce aktywności ubecji i jej brutalnych metod działania już na starcie “ludowej ojczyzny”. Jakkolwiek słusznie Padraic Kenney zauważa, iż stalinowskie represje nie zaczęły się przecież w 1945, “spychając” niejako epicentrum stalinizmu poza ramy 1945-1950, skrzętnie pomija on wszelkie zwiastuny owego zamordyzmu (którego zapowiedzi były przecież immanentnie wplecione w system decyzyjny partii, a sam Autor podaje szereg przykładów tegoż), zaledwie dwa, trzy razy przebąkując gdzieś na marginesie, że nie neguje on zasadniczo faktu, że to, co działo się przed rokiem 1950 było jasnym preludium do stalinizmu w wersji hard w latach późniejszych.
Książka w ogóle jest niezwykle “łagodną” publikacją; Autor nie jest Polakiem (co w przypadku historyka jest tylko in plus w interesującym nas dyskursie) więc nie znajdziemy w tej książce typowo polskich: wichury antysowieckiej, czy mydlin quasi-lewicowych obrońców spod znaku: owszem, były zbrodnie i represje, ale przecież odbudowano Polskę! Mimo tego, podczas lektury daje się odczuć lekki powiew michnikowszczyzny i tego typowego relatywizowania a’la Gazeta Wybiórcza, nawet jeśli owym relatywizowaniem jest po prostu niepisanie o pewnych faktach.

Podsumowując… Budowanie Polski Ludowej, to pozycja godna uwagi, albowiem jest świetnie udokumentowaną publikacją historyczną, gdzie mamy możliwość zapoznania się z jednostkowymi i grupowymi portretami robotników bezpośrednio po wojnie. Podczas lektury obserwujemy sukcesywne tłumienie wszelkich buntowniczych odruchów klasy robotniczej przez aparat partyjny, który za wszelką cenę pragnie przejąć kontrolę nad wszystkim, co daje robotnikom możność owocnej walki o swoje prawa i lepsze położenie socjalno-bytowe. Ponadto w książce znajdziemy bogato udokumentowaną walkę KPP vs PPS w latach powojennych, aż do czasu spacyfikowania i wchłonięcia PPS.
Można tylko żałować, że Autor nie podjął się poszerzenia obszaru badawczego o Śląsk – mielibyśmy wtedy dzieło naprawdę monumentalne! No i oczywiście drażni nieco owa łagodność ocen w stosunku do pierwszych lat działania aparatu komunistycznego w Polsce. Jedna, czy dwie ciche deklaracje Kenny’ego, że nie neguje on opresyjności tego systemu, to nie tylko stanowczo za mało – to poważna luka w tej pracy historycznej w kontekście samych faktów.

Julius Margolin – “Podróż do krainy zeków”

Podziel się:
0Shares

image

Duszny wieczór… Zapalam papierosa i leję sobie pięćdziesiątkę zimnej czystej. W tle sączy się ambient z radia, a ja gapię się na szarzejące beskidzkie szczyty.

Właśnie skończyłem Podróż do krainy zeków. Podróż, która wgniotła mnie w ziemię, sponiewierała i zostawiła samego w złowrogiej ciszy. Wódka spływa ciepłym strumieniem, flaki ogarnia dziwny niepokój…

Powiedzieć, że ta książka jest fenomenalnym świadectwem barbarzyństwa sowieckiej machiny więziennej to tak, jakby nie powiedzieć nic. To ten rodzaj relacji z piekła łagrowego dogorywania, który wymyka się wszelkim kategoryzacjom. Tej książki nie powinno się recenzować bez emocjonalnego zaangażowania. Nie wspominam już samego jej czytania – w czasie lektury nieuchronnie uderzy nas ów emocjonalny ładunek, głęboko ludzki skowyt kogoś, kto przed łagrem – jak Julius Margolin – pędził życie filozofa i pisarza w przedwojennej Polsce, po czym wessała go wojenna zawierucha i machina NKWD. Wessała w otchłań “obozów pracy poprawczej”. Заключенный (зэ-ка) – zek, więzień, wróg, parch. Tym stał się Margolin dla Kraju Rad.

Julius Margolin był polskim Żydem urodzonym w Pińsku (obecnie należącym do Białorusi), filozofem, myślicielem, pisarzem i przedstawicielem syjonizmu. Jeszcze przed wojną wyjechał wraz z rodziną z Łodzi do Palestyny i tam postanowił osiąść.
Tęsknota za przyjaciółmi, Pińskiem i rodzicami sprawiła jednak, że zapragnął odwiedzić Polskę. Na jego nieszczęście, uczynił to tuż przed wybuchem wojny.
Świadomy faszystowskiego zagrożenia i pomny antysemickich ekscesów skrajnej prawicy II Rzeczypospolitej, instynktownie uciekł z Łodzi na wschód, do rodzinnego Pińska. Margolin nie przypuszczał nawet, że zajęte przez komunistów polskie ziemie na Wschodzie (na krótko po agresji Hitlera) staną się początkiem jego gehenny.

Alians Hitler-Stalin na początku II Wojny Światowej wydawał się dla Margolina czymś niezrozumiałym i ohydnym. Znalazł się w potrzasku. Nie mógł i nie chciał wrócić do Polski z powodu oczywistego zagrożenia ze strony nazistów. Nie mógł też – jako polski obywatel – opuścić Pińska, który stał się już miastem “wyzwolonym” przez Armię Czerwoną i był częścią ZSRS. Skoro nie istniało coś takiego jak państwo polskie, znajdował się on na terenie imperium Stalina “nielegalnie” (mimo że wszystkie jego dokumenty i wiza były w porządku).
Margolin próbował wydostać się z ZSRS przez Rumunię i Litwę. Bez skutku. Został wreszcie aresztowany i skazany na 5 lat czegoś, o czym nie miał zielonego pojęcia. Nie przypuszczał, że w kraju “proletariatu i humanizmu” istnieje coś tak przerażającego. System obozów pracy poprawczej. Łagry.

Skazany za sam fakt “nielegalnego” przebywania na terytorium ZSRS, Margolin trafia do łagrów na Północy. Najpierw w kraju karelskim, a potem w archangielskim. Odsiaduje cały pięcioletni wyrok, doświadczając  okrucieństwa sowieckich obozów pracy.

* * *

Dlaczego Podróż… jest wyjątkowa, jako świadectwo komunistycznego terroru i zezwierzęcenia? Przede wszystkim – to istotne! – jest to książka napisana o wiele wcześniej, aniżeli sztandarowe  dzieła literatury łagrowej Szałamowa, Sołżenicyna czy Herlinga-Grudzińskiego. Po drugie mamy do czynienia z ofiarą sowieckiej machiny śmierci, która będąc polskim Żydem, czuła się przede wszystkim obywatelem i mieszkańcem Palestyny. Po trzecie – nie mniej ważne – Margolin (który pisał Podróż… w Tel Awiwie od grudnia 1946 do października 1947) spotkał się z szokującą dla niego barierą milczenia i wrogości wobec chęci ujawnienia sowieckich zbrodni w łagrach, wobec osądzenia ich przez “świat Zachodu”, przez wszystkich przyzwoitych ludzi… Przyzwoitość jest tutaj kategorią istotną, albowiem Julius Margolin – jako człowiek Zachodu – święcie wierzył, że intelektualne kręgi Europy owładnięte lewicową gorączką w czasach powojennych, obudzą się i zrewidują swoje poglądy na temat “ojczyzny proletariatu”.
Niestety spotkało go gorzkie rozczarowanie. Domyślam się, że umierając w 1971 roku, wciąż czuł potworny zawód z tego powodu, że nawet w Izraelu był niezrozumiany i odrzucony jako ofiara sowieckich obozów śmierci.

* * *

Podróż do krainy zeków  trzeba przeczytać. Celowo nie skupiam się w tej recenzji na szczegółach życia obozowego opisywanych przez Margolina. 700 stron relacji z piekła, to skondensowany akt oskarżenia i demaskacja leninowsko-marksistowskiego raju dla robotników i chłopów. Margolin był filozofem i z właściwą swojej profesji przenikliwością opisał proces upodlenia i powolnej śmierci w objęciach systemu, w którego istotę wpisany był terror i masowa, przemyślana i z żelazną konsekwencją prowadzona degradacja ludzi uznanych za wrogów ludowej ojczyzny.

Nie mniej ciekawym wątkiem w książce jest żydowskie pochodzenie Autora. Margolin będąc Żydem, często w swojej relacji kładł nacisk na ten aspekt łagrowej katorgi. Ponadto warto zwrócić uwagę na bardzo empatyczny sposób opisywania relacji wewnątrzłagrowych. Margolin napisał w łagrze Teorię wolności – traktat niezwykłej wagi, który bezowrotnie przepadł na samym końcu jego pięcioletniego uwięzienia. Podróż do krainy zeków jest zapewne rozpaczliwą próbą odtworzenia koszmaru. To głęboko humanistyczny krzyk. Pierwszy z krainy zeków.
Jerzy Czech, tłumacz polskiego wydania, w słowie wstępnym zauważył coś niebagatelnego: … mówilibyśmy nie “archipelag gułag”, ale “kraina zeków”. Gdyby tylko książka Margolina przebiła mur milczenia w świecie Zachodu. Gdyby nie spotkał się on  z obłudną tendencją do odrzucania jego świadectwa w imię “czystości marksistowskiej teorii klas” w Europie Zachodniej.

* * *

W czasie lektury Podróży… rozmawiałem z moimi znajomymi i przyjaciółmi z Rosji i Białorusi; anarchiści, feministki, punki, wreszcie osoby nie zaangażowane ideowo w cokolwiek wykraczającego poza rosyjską i białoruską rzeczywistość. Wszyscy bez wyjątku – zapytani o Juliusa Margolina – odpowiadali: Нет, вообще не знаю, никогда не читал/-а…
Co więcej, do dziś w Rosji nie wydano oficjalnie Podróży… Pierwsze rosyjskojęzyczne wydanie pojawiło się w 1952 roku, w Nowym Jorku. Znamienne.

Ironia losu: w rosyjskim wydaniu Wikipedii, Julius Margolin, to: русско-еврейский писатель, публицист, историк и философ, деятель.. Rosyjsko-żydowski! Człowiek, który całe swoje życie był polskim Żydem, mieszkańcem Palestyny, a potem Izraela, który w najbardziej esencjonalny i filozoficzny sposób traktował ZSRS jako ziemię swojego uwięzienia, stał się “rosyjsko-żydowskim” myślicielem, pisarzem i filozofem…
Jestem anarchistą, ale wiem że Margolin przewracałby się w grobie, gdyby przeczytał to, co współcześni mogą po rosyjsku przeczytać o jego pochodzeniu…

* * *

Podsumowanie.

Dla kogoś, kto nigdy nie miał styczności z lekturą nt łagru i komunistucznego upodlenia w imię quasi-humanistycznych idei, Podróż do krainy zeków powinna być absolutnie pierwszą książką w tej materii!!!
Potem trzeba przeczytać Szałamowa i jego Opowiadania kołymskie no i wszystko co łagrowe Sołżenicyna. Wtedy liźniemy maleńki procent tragedii i śmierci. Upodlenia i oczekiwania na koniec. Kogo pochłonie świadectwo z łagrów, ten zawsze będzie grzebał w historii, aby zrozumieć nie tylko komunistyczny terror, ale i kondycję homo soveticus

Lektura obowiązkowa. Bezsprzecznie.

Chciałem jeszcze dziś napisać o książce Anne Applebaum – Za żelazną kurtyną
Nie mogę. Muszę “wchłonąć” książkę Juliusa Margolina. To świadectwo, a nie praca historyczna. Może w jakiś jebnięty sposób przyswajam relacje z sowieckich czasów, może biorę je zbyt “do siebie”.

Dygresja…

Tak samo czytałem powieść Jeleny Czyżowej – Czas kobiet. To też jest świadectwo, liryczne ujęcie homo soveticus w swej esencjonalnej formie. Tyle że Czas kobiet jest “drugą stroną lustra”, optyką zniewolenia poza drutami łagru. Kto nie zna, niech koniecznie przeczyta..