Wolność w sieci | Mój debianoid

Podziel się:
0Shares

Rzygam już tą burzą wokół zablokowania kont społecznościowych Trumpa i innych prawoskrętnych ścierwojadów. Cała “afera” ma kompletnie żenujące podłoże i przede wszystkim mówi nam o jednym: polityczne świnie maści wszelakiej, dziennikarze i tzw. “opinia publiczna”, to koszmarnie tępa masa idiotów, która nie ma zielonego pojęcia, o czym mówi. Oto bowiem z faktu, iż Faceshit, Twitter, czy YouTube stosują mechanizmy banowania określonych kont, wyciąga się z automatu wniosek, że jest to “zagrożenie dla wolności w sieci”, a zatem uznaje się tą korelację za naturalną i oczywistą, choć tak naprawdę to kompletna bzdura i niebezpieczny kierunek w myśleniu o przestrzeni internetowej i wolności w niej.

Zacznijmy może od podstaw. Otóż Facebook, Twitter, YouTube, Google, Instagram i szereg innych korporacyjnych, scentralizowanych usług społecznościowych, z których korzysta tzw. większość, to ewidentne i pozadyskusyjne pogwałcenie wolności swoich użytkowników. Kropka. Korzystając z w/w sieci (usług), a zatem akceptując terms of service, automatycznie zrzekamy się wolności, stajemy się produktem na rynku danych, zostajemy zmieleni przez miliony algorytmów, a nasze dane i metadane są pieczołowicie gromadzone na serwerach tych gigantów, lub są udostępniane innym graczom na globalnym rynku. Jesteśmy nikim, jako świadomy podmiot ruchu internetowego nie istniejemy w w/w sieciach (to tylko kilka skromnych przykładów – w rzeczywistości każdego dnia sprzedajemy się wielu innym koncernom).

Obecnie mamy do czynienia z osobliwą, internetową formą syndromu sztokholmskiego, kiedy to sami użytkownicy tych sieci rozlewają krokodyle łzy nad tym, że sieci banują, blokują, usuwają! Wielkie oburzenie! Kiedy dodatkowo słyszę, że tzw. “poważni dziennikarze” krzyczą: to zagrożenie dla demokracji!, mój wkurw osiąga poziom krytyczny! Jak można być tak bezdennie głupim?! Jak można pierdolić takie chore brednie?!
Scentralizowane, korporacyjne sieci społecznościowe banują i usuwają, bo po pierwsze chcą i mogą to robić, a po drugie, użytkownicy tychże pokornie się na to godzą, akceptując kolejne zmiany w regulaminach, które sukcesywnie wysysają resztki quasi-swobody wypowiedzi… Jak można dobrowolnie zgodzić się na cenzurę i ograniczenia wypowiedzi, a potem płakać nad “wolnością”?! Czy wy macie po kolei w głowach?

Oczywiście spora część użytkowników tych sieci zdaje sobie sprawę, że jest coś nie tak z ich swobodą poruszania się i wypowiedzi, ale ulega stadnemu przywiązaniu do produktu, marki i “społeczności” – wszyscy mają Facebooka… Twitter jest tak popularny! jak to? bez Google? a jak coś wyszukać w sieci? Te debilne pytania [retoryczne] pojawiają się tak często…
Wszystkie scentralizowane sieci społecznościowe, to gwałciciele wolności i realne zagrożenie dla swobody jakiejkolwiek wypowiedzi. To oczywisty fakt, z którym nie ma sensu się spierać.

Wspomniany wyżej syndrom uzależnienia od oprawcy skutecznie blokuje próby wyzwolenia się z sideł korporacyjnych mediów internetowych; coraz częściej zrezygnowanie z używania Facebooka, czy Instagrama poczytywane jest za nie lada wyczyn, porównywalny z rzuceniem alkoholu, czy dragów. Z drugiej jednak strony korporacje tego typu nie śpią i robią wszystko, by przywiązywać ludzi do siebie jeszcze mocniej (szerzej piszę o tym w poście nt. jednego z filmów Netflixa).
Kolejnym, znanym przecież powszechnie, przykładem na to, że najbardziej znane sieci społecznościowe i korporacje internetowe mają głęboko w dupie jakąś tam wolność (poza – rzecz jasna – wolnością do własnej, możliwie nieskrępowanej działalności) jest ich ścisła współpraca z reżimami gwałcącymi wszelkie prawa człowieka (Rosja, Iran, Chiny, Białoruś itp.), lub z reżimami gwałcącymi tylko część owych praw (USA). Współpraca ta zakłada względną swobodę działania w danym kraju, pod warunkiem blokowania newralgicznych, niewygodnych dla reżimów informacji, lub przekazywanie [meta]danych użytkowników psom reżimów.

Internet powinien zostać wolny i anonimowy w takim zakresie jak to tylko możliwe do osiągnięcia. Tutaj nie ma żadnych kompromisów!
O ile kompletnie mnie nie obchodzi, że Faceshit, czy Twitter blokują konta jakichś prawicowych zjebów (skoro są na tyle tępi, że korzystają z sieci, które w regulaminach mają zawarte restrykcje, cenzurę i możliwości banowania – to ich pieprzona sprawa), o tyle nie godzę się na jakąkolwiek cenzurę (nawet owych prawicowych zjebów!) w internecie w ogóle! O ile w duchu cieszę się, że multikorporacje w ramach usług które świadczą, blokują politycznych palantów i wszelkie naziolstwo, a oni z kolei nie przymuszeni zakładają konta w tych sieciach, o tyle jestem przeciwny jakimkolwiek ograniczeniom wypowiedzi i aktywności w sieci (poza czołowymi scentralizowanymi machinami web social) – bez względu na to, jakich grup społeczno-politycznych to dotyczy.

Istnieją rozwiązania i sieci społecznościowe zbudowane na zupełnie innych pryncypiach: zupełnej wolności wypowiedzi, pozbawione cenzury, pozbawione zarządów, od których zależy profil danej sieci. To sieci zdecentralizowane, których struktura jest totalnie oddolna, oparta o otwartoźródłowe oprogrmowanie (free and open source software – FOSS), gdzie każdy użytkownik może postawić swój własny serwer z oprogramowaniem kompatybilnym z daną siecią i tam głosić swoje poglądy – na równi z innymi serwerami podłączonymi do sieci.
Tak właśnie działają wolne projekty typu: diaspora*, Mastodon, Fediverse, PeerTube, GNUSocial, protokół Jabber/XMPP i wiele wiele innych. Rozproszona, ale połączona sieć serwerów bez jakiejkolwiek hierarchii, bez centrum nadzorującego, gdzie to sami użytkownicy decydują o zawartości sieci społecznościowej, nie ograniczani przez kogokolwiek z zewnątrz.

Jeśli okazuje się, że w takich zdecentralizowanych sieciach pojawia się np. ktoś, kto ma ochotę postawić sobie swój serwer i skupiać na nim ludzi, którzy rzygają rasizmem, homofobią, faszyzmem, religijnym ekstremizmem, sprawa jest do ogarnięcia w kilka minut. To ja, jako indywidualny użytkownik , jako świadomy podmiot w owych sieciach blokuję do siebie dostęp treści, które uważam za gówniane i szkodliwe. Co więcej – ludzie w wolnych sieciach społecznościowych błyskawicznie wyłapują treści, z którymi się nie zgadzają i – metodą domina – serwer za serwerem, odcinają się od serwera z chorymi treściami. Ponadto – w każdym innym przypadku, w owych zdecentralizowanych sieciach i poza nimi – istnieją przecież grupy hacktywistów, którzy dokonują ataków na naziolsko-nacjonalistyczno-rasistowskie portale/serwery, niszczą infrastrukturę i na własną rękę walczą “partyznacko” w sieci w celu zniszczenia takich delikwentów; walka zamiast urzędniczo-kapitałowej cenzury! Świadome odsiewanie gównianych informacji od tego, z czym sami się zgadzamy i co jest nam bliskie! Ale wara państwu i korporacjom od internetu – te molochy zawsze blokują, ograniczają i zamykają “na ślepo”; dziś Trump, a jutro ty i twoi znajomi, bo w swoim mieście walczycie o nowy park, zamiast deweloperskich “szklanych domów”. Dziś naziole i homofoby, a jutro ty i twój blog, który nie podoba się jakiemuś fiutkowi z Rady Miejskiej.

Wolnością się nie handluje, wolności się broni! Dlatego zamiast kopać się z koniem, który kradnie twoje dane, knebluje ci gębę, cenzuruje za kawałek cycka na zdjęciu w sieci społecznościowej, czy za niepoprawne politycznie słowa, słówka, akcenty, warto pójść po rozum do głowy , skasować wszelkie profile w “oficjalnych sieciach społecznościowych” i… odetchnąć pełną piersią! Owszem, owe sieci będą przechowywać dane, których im dostarczyłeś/-aś – trudno, płacisz cenę za swoją głupotę.

Wyłącz internet w telefonie i w domu na klika dni. Idź na spacer, posłuchaj muzyki, poczytaj książkę, spotkaj się ze starym kumplem, odwiedź babcię… Wytrzymaj bez jebanego klikania i twitterowania przez dwie, trzy doby…
Potem zrób sobie kawę, usiądź przed kompem…
To dobry czas, by zastanowić się nad podjęciem kilku ważnych kroków, które zapewne nie uczynią cię totalnie wolnym w internecie, ale mocno ograniczą wpływ i dostęp do twojego komputera czynnikom trzecim. Tak, istnieją alternatywy dla Facebooka i Twittera! Tak, istnieje “niezależny Instagram”! Oczywiście, masz możliwość publikowania swoich treści video w alternatywnych wobec YouTube’a portalach! Jasne, że masz ogromny wybór wśród wolnych, otwartoźródłowych i bezpiecznych, nie szpiegujących cię komunikatorów, które zastąpią Viber, WhatsApp i Messenger! Możesz odzyskać kontrolę nad swoimi danymi, którymi dzielisz się ze znajomymi! Możesz prowadzić konferencje nie używając Zoom’a!

Trzeba tylko chcieć i zrobić ten pierwszy krok!
W komentarzach do tego posta i na naszym czacie w Telegramie (namiar na niego znajdziecie w zakładce “o mnie | kontakt” oraz w prawej kolumnie obok) możecie zadawać konkretne pytania odnośnie alternatyw dla mainstreamowych i ograniczających swobodę komunikacji / wypowiedzi mediów internetowych. W miarę skromnych możliwości, postaram się pomóc i odpowiedzieć na wszystkie wasze pytania!


Mój debianoid, Sparky Linux, ma się rewelacyjnie! Nie wiem, na jakiej zasadzie to działa, ale z Windowsem pożegnałem się 21 lat temu i od tamtej pory wciąż jaram się jak dzieciak tym, że używam Linuxa! Bez dwóch zdań – Linux, to moja pasja, ale i zwyczajna radość i komfort pracy na systemie operacyjnym, który od A do Z jest mój, którego konfiguruję stricte pod swoje potrzeby, który jest jak druga skóra. Działa jak ja chcę i wygląda jak chcę. Ogranicza mnie wyłącznie moja wiedza i wyobraźnia.

i3 – clean

i3 – dirty

Wciąż w codziennej pracy z kompem używam menadżera okien i3, a więc minimal, w 80% przypadków aplikacje konsolowe i wygoda nawigacyjna. Przyzwyczajenie do tiling window managers sprawia, że dosyć niechętnie człowiek przestawia się na “klikalne” środowiska graficzne, choć ja wiedziony nostalgią i pewnym przywiązaniem, przełączam się czasem na XFCE. Ostatnio miała miejsce aktualizacja tego środowiska graficznego do wersji 4.16, chociaż nie zauważyłem żadnych przełomowych zmian, XFCE pracuje mega-stabilnie i płynnie; wiadomo, że łyka ono nieco więcej zasobów CPU, aniżeli lekkie i szybkie i3, ale wciąż XFCE pozostaje środowiskiem graficznym w kategorii lightweight. Zresztą przy 16GB pamięci RAM na moim Dellu, kompletnie nie czuję obciążenia samym XFCE.

XFCE

Co poza tym? Otóż jakiś czas temu przeniosłem się na nową powłokę. Nie pamiętam, czy wspominałem o tym tutaj, czy tylko na kanale tego bloga na Telegramie (zaglądajcie tam, albowiem na kanale wrzucam naprawdę dużo małych, postrzępionych wiadomości, z których nie chce mi się robić osobnych postów – nie tylko ze świata Linuxa, ale i jakieś wtręty muzyczne, obserwacje wszelakie, ciekawe grafiki z netu, interesujące linki itd. ), w każdym razie porzuciłem domyślną powłokę bash, na rzecz powłoki fish.
Zmiana powłoki w Linuxie nie jest niczym skomplikowanym, a korzyści z takiej zmiany bywają zaskakujące, przynajmniej dla mnie, linuksiarza, który nie pisze kodu i nie musi brać udziału w niekończących się dyskusjach nt. tego, czy lepszy jest bash, czy zsh, czy fish itd.

powłoka fish w xfce4-terminal
jedno z narzędzi do konfiguracji prompta dostępne w powłoce fish

Powłoka fish charakteryzuje się prostotą obsługi i ogromem udogodnień, m.in. takich jak perfekcyjne autouzupełnianie komend (nieskończony limit ich zapamiętywania), mega-czytelne kolorowanie składni, bogaty panel konfiguracji powłoki przy pomocy komendy: fish_config, która uruchamia panel konfiguracyjny w domyślnej dla systemu przeglądarce. Fish, to także super-szybkie tworzenie aliasów, dzięki czemu długie komendy zamieniasz w jedno łatwe do zapamiętania wyrażenie (które po wpisaniu jednej, bądź kilku liter i tak zostanie ci podpowiedziane w terminalu).
W porównaniu ze starym bashem, fish to dla mnie wieeelka wygoda i szybkość pracy w konsoli. Polecam wszystkim wypróbowanie tej powłoki!

Zainstalowałem ncspot – konsolowy Spotify player i od razu się w nim zakochałem! ncspot jest prosty, czytelny, łatwy w nawigacji i w wersji CLI oferuje wszystkie funkcje dostępne w “reżimowej” wersji aplikacji Spotify…
Wyszukiwanie, albumy, artyści, playlisty, podkasty, tworzenie własnych kolejek – jest wszystko czego potrzeba do obsługi Spotify Premium. Polecam!

ncspot – konsolowa wersja Spotify Premium w akcji

Ponadto, w ostatnim czasie ostatecznie zdecydowałem się na używanie GNU screen’a jako domyślnego multipleksera. Dlaczego nie wybrałem – jak olbrzymia większość linuksiarzy – tmuxa? Bo nie :D Taki kaprys. Przyzwyczaiłem się do screen’a i spełnia on wszystkie moje zachcianki w materii nowych okien i wirtualnych powłok w terminalu, a wygląda on u mnie tak:

GNU screen

Odświeżyłem też nieco wygląd mojego weechata. To mój ukochany klient IRC i mogę w nim dłubać w nieskończoność! Zmieniłem nieco znaczniki i symbole, zastępując je FontAwesome (m.in. strzałki wejść i wyjść z kanałów – vide screenshot poniżej) i dodając dodatkowe odstępy w liście uczestników kanału dla lepszej czytelności. Zmieniłem też skrypt sortujący kanały i listę serwerów…

sesja screen: weechat, profanity (klient XMPP) i rtv (konsolowy czytnik Reddita)

Hmm… to chyba na tyle… Jeszcze raz zapraszam wszystkich na kanał tego bloga w Telegramie (podgląd tego kanału znajduje się w kolumnie po prawej) i na nasz czat tamże! Komentujcie, czytajcie, krytykujcie!

Firefox 21.0 i weechat 0.4.1 – pożegnanie z Iceweaselem oraz irssi | Chrome sucks!

Podziel się:










0Shares

Kolejny dist-upgrade mojego Linuxa przyniósł kilka rozczarowujących zmian. Dotychczas przyzwyczaiłem się, że java wysypuje się w kolejnych wersjach Opery, tym razem jednak w Operze wszystko działa poprawnie, a Iceweasel zaczął strzelać fochy. Pobrałem więc nową paczkę javy, skompilowałem, zaktualizowałem przez update-alternatives i… lipa. Poza tym Iceweasel 17.0.6 (debianowskie wydania – oprócz gałęzi experimental –  zawsze są nieco “z tyłu” wobec “prawdziwego” Firefoxa) nie obsługiwał kilku ważnych dla mnie dodatków, nie wspominając już o radykalnym zmniejszeniu dostępnych motywów wyglądu (w sumie najmniej istotna sprawa).

Nie wywaliłem Iceweasela – postanowiłem pobrać paczkę najnowszego Firefoxa 21 i wrzucić ją do ~/.firefox_browser, odpalając przeglądarkę właśnie z tej lokalizacji. Wiadomo, że w wyniku różnic pomiędzy społecznością Debiana, a Fundacją Mozilla, debianowskie repozytoria nie udostępniają pakietu .deb Firefoxa. Nie jest to jednak problem dla chcących na Debianie używać Firefoxa.

Wadą umieszczenia Firefoxa w /home jest to, że chcąc ustawić Firefoxa w Debianie jako przeglądarkę domyślną, po wpisaniu w konsoli:

# update-alternatives --config x-www-browser

… nie znajdziemy Firefoxa na liście. W necie jest jednak sporo wskazówek, jak ten problem rozwiązać. Ja “męczyłem” się z tym jakieś 15 minut, aż z nieocenioną pomocą przyszedł  kolega log0ut, który podesłał mi ten oto link. Kilka wstukanych komend i Firefox stał się domyślną przeglądarką w moim systemie.

firefox

Firefox 21 poprawnie radzi sobie z javą, wszystkie potrzebne mi dodatki są dostępne, więc bajka. Oczywiście będę czekał na nowe wydanie Iceweasela.

* * *

Od dosyć dawna mój ulubiony konsolowy klient IRCirssi, nie jest rozwijany. Nie grzebałem w necie na tyle, by szukać przyczyn, dla których deweloperzy tego najfajniejszego ircowego klienta przestali się nim zajmować, niemniej jednak skłoniło mnie to przesiadki na weechata. Weechat jest przyjaznym i wygodnym klientem IRC dla systemów uniksowych działającym w konsoli. Oczywiście miałem z nim do czynienia wcześniej i wiele lat temu aktywnie używałem go na Xubuntu, ale zawsze wracałem do irssi (nostalgia i przywiązanie). Teraz skonfigurowałem weechata dokładnie pod własne potrzeby i śmiga chyba nawet lepiej, aniżeli irssi.

bitlbee
mój weechat [okno wtyczki identi.ca w bitlbee]

Weechat wygląda naprawdę fajnie i czytelnie. Domyślnie po odpaleniu mamy po prawej stronie pionowy buffer z listą uczestników danego kanału (lub z listą znajomych – jeśli używamy w weechacie bitlbee), co w irssi było dostępne jedynie poprzez dociągnięcie odpowiedniego skryptu i odpalenie programu poprzez screen. Dzięki zestawowi skryptów możemy modyfikować wygląd i funkcjonalność naszego klienta IRC (co skwapliwie wykorzystałem). Konfiguracja – dla zaznajomionego nieco z konsolą – jest bardzo prosta (a po instalacji skryptu iset.pl – wręcz banalna), podobnie jak użytkowanie. Polubiłem weechata na tyle, że stał się moją “defaultową” aplikacją obsługującą IRC i – poprzez bitlbee – Jabbera oraz identicę.

* * *

Na koniec ciekawostka ze stajni (chlewni?) Google…

Od jakiegoś czasu Chrome (oraz l Chromium) wywala dziwne info, gdy ktoś próbuje wejść na mojego bloga. Po wpisaniu adresu wyskakuje takie oto coś:

chromium

Uwagę na to zwrócił mi ktoś na ircowym kanale, gdy chciał zobaczyć screeny mojego Linuxa na blogu. Poprosiłem zatem kilku innych znajomych używających Chrome/Chromium i wynik był dokładnie taki sam, jak na powyższym screenie… Zagrożenie malware’owe na moim blogu?! Yyyy?? Sprawdziłem odruchowo bloga na Iceweaselu i Operze (sądząc, że zmieniło się coś przez ostatnie godziny) i wszystko wyświetlało się poprawnie, a strona otwierała się bez żadnych ostrzeżeń bezpieczeństwa (dodam, że w przeglądarce mam sporo dodatków śledzących i skanujących potencjalne zagrożenia w sieci). Pieprzona google’owska maszynka do przeglądania netu była/jest zatem wyjątkiem…

Jakoś dziwnie się złożyło, że komunikaty w Chrome zaczęły pojawiać się mniej więcej w tym samym czasie, gdy zacząłem blokować w swojej przeglądarce wszelkie widgety i śledzące ścierwa pochodzące od Google (rzecz jasna również w czasie gdy jestem zalogowany na blogu i np. edytuję jakiś wpis). Zeskanowałem bloga chyba przez dziesieć skanerów on-line i wszystkie bez wyjątku potwierdziły brak jakichkolwiek zagrożeń ze strony www.discrust.wordpress.com

Blog jest zatem całkowicie bezpieczny.

Nie chcę tutaj spiskowo spekulować, ale google’owskiej przeglądarce i wszystkim narzędziom szpiegująco-śledzacym made by Google mogę powiedzieć jedynie: FUCK OFF AND DIE!

Bitlbee + Weechat (Irssi) = wszystko, czego potrzeba w komunikacji IRC/Jabber.

Podziel się:










0Shares
Wreszcie odpaliłem bitlbee. Zbierałem się z tym lata świetlne, a jedyną przyczyną zwłoki było czyste lenistwo. Dzięki bitlbee jednak zrozumiałem, co oznacza wygoda w konsoli jeśli chodzi o IRC i Jabbera.
Z zabawek GUI używałem w tym celu niegdyś Gajima i Pidgina. Gajim – taki sobie. Fajnie przystosowany konfiguracyjnie dla tych wszystkich, którzy lubią graficzne interfejsy w komunikatorach. Pidgin – prawdziwa machina, jeśli chodzi o multikomunikator i obsługę poszczególnych protokołów. Jak dla mnie o niebo wygodniejszy od Gajima.
Długo jednak nie jestem w stanie wytrzymać z klikanymi komunikatorami. Nudzą mnie najzwyczajniej.
Długi czas używałem fincha, ale jego interfejs w konsoli zbytnio przypominał mi Pidgina i denerwowały mnie te wszystkie “fruwające” okna. Poza tym nie lubię korzystać z IRCa w finchu, więc zwyczajowo odpalałem fincha do Jabbera i irssido IRCa.Teraz mam totalnie wszystko w jednym. Doceniłem praktyczność i stabilność bitlbee jako sposobu na wrzucenie wszystkiego do jednej konsoli: Jabber, Google Talk, Yahoo, IRC, identi.ca.
Mam cholerny sentyment do irssi i bardzo lubię tego klienta, ale “domyślnie” uruchamiam bitlbee w weechacie, który jest nieco czytelniejszy or irssi. Nie chce mi się wchodzić w klimat polemik, który klient IRC jest lepszy, bo oba mają wiele zalet i ostro konkurują wśród konsolowych linuksiarzy. Oba mają świetne wsparcie i doskonale nadają się pod bitlbee.
Jak dla mnie jest to najlepsze z rozwiązań. Bitlbee pracuje bardzo stabilnie, dzięki skryptom do weechata można bez problemu dostosować klienta pod indywidualne potrzeby. Polecam wszystkim, którzy używają na codzień sieci IRC i XMPP/Jabber (czy innych protokołów IM).

Weechat 0.3.2

Podziel się:










0Shares
Dawno nie siedziałem na IRCu, więc dziś przy okazji wjazdu na parę kanałów uruchomiłem doskonałą alternatywę dla irssi, jaką jest weechat – świetny klient IRC. Osobiście nie lubię ani Xchata, ani IRCa w Pidginie, a zwróciłem uwagę właśnie na weechat, bo myślę, że pracuje się na nim nieco lepiej, niż na irssi.
Jeśli weechat jest alternatywą dla irssi, musi być oczywiście klientem konsolowym. I to klientem niezwykle przyjaznym dla użytkownika IRCa w Linuksie.
Czym wyróżnia się weechat? Dla mnie najważniejszą cechą jest jego przejrzystość; domyślnie kolorowane rozmowy (bez potrzeby dodawania skinów – jak w irssi, którego domyślny błękit nieco dezorientuje) i ich układ oraz nawigacja pomiędzy oknami (+ organizacja okien na pulpicie) – to wszystko sprawia, że weechat’a używa się wygodnie. Maniacy irssi oczywiście powiedzą, że to samo można zrobić w ich ulubionym kliencie i będą mieli rację. Irssi, jakkolwiek zacny klinet IRC, ma w sobie coś co jednak skłania mnie w stronę weechat’a. Wiem, przewrotne to tłumaczenie, ale przekonajcie się o co kaman, gdy zainstalujecie i odpalicie weechat.
Konfiguracja tego klienta jest bardzo podobna do konfiguracji irssi, więc pozostaje nam edycja pliku /.weechat/weechat.conf włączenie odpowiedniego serwera IRC, kanałów, ewentualne wybranie autologowania, doinstalowanie pluginów (jeśli ich potrzebujemy), pobranie skryptów (na stronie projektu jest ich naprawdę dużo!) i możemy zaczynać.
Paczki weechat są w repo większości najważniejszych dystrybucji, ale można je też pobrać ze strony weechat.